wtorek, 17 czerwca 2014

Jak rewolucja staje się klasyką - "Ring" według Bouleza i Chereau - 2





Mam zasadniczy kłopot z Siegfriedem – najzwyczajniej mówiąc go nie lubię, trudno mi w tej postaci znaleźć jakieś pozamuzyczne zalety. To wieczny chłopiec, który nigdy nie dorasta – patologicznie egoistyczny, niewdzięczny a przy tym zwyczajnie nieobciążony bystrością umysłu. Jego heroizm wynika po części z uzdolnień bojowych, po części jednak z głupoty, wszak głupi jest ten, kto nie zna strachu. Na tę niechęć nałożył się przy bieżącym oglądaniu element dodatkowy – podobieństwo Manfreda Junga do pewnego polityka, którego nie akceptuję. Może to i trywialne, ale pewnie jakiś wpływ na percepcję miało. Na domiar złego partia nie ma szczęścia do dobrych odtwórców – zdarzają się nieźli, ale takich na miarę tego, co w partyturze  - brak (od czasów Melchiora chyba). Patrice Chereau zrobił co się dało, żeby pomóc Jungowi wykreować Siegfrieda przynajmniej znośnego i wysiłek obu panów został uwieńczony sukcesem. Z tym, że w każdej scenie, w której Siefried nie jest na scenie sam ktoś go „przykrywa”. W akcie pierwszym to Mime – znów fantastyczna rola Heinza Zednika. Nieszczęsny Nibelung jest niebezpieczny jak człowiek naznaczony przemocą od początku życia i nigdy nie doświadczający miłości ze strony drugiej istoty. Może gdyby Alberich nie był wobec niego taki okrutny, może gdyby Siegfried … dla Mimego byłaby jeszcze szansa. I to udało się Zednikowi pokazać nie popadając przy tym ani w łatwą śmieszność (chociaż elementy komiczne oczywiście istnieją), ani równie prostą czułostkowość. Niewiele widywałam Zednika na scenie, pamiętam tylko, że wyspecjalizował się w rolach drugoplanowych ( to pewnie przez ten niezbyt atrakcyjny w brzmieniu głos).  Musiał jednak, z takim talentem aktorskim ukraść wiele chwały głównym gwiazdom. Jak tu – Wotanowi. W drugim akcie wciąż przykuwa uwagę, chociaż niższe głosy brzmią znacznie piękniej, a dotyczy to zwłaszcza Albericha i Fafnera (Herman Becht, Fritz Hübner). Ciekawie rozwiązano kwestię smoczego wcielenia tego ostatniego – wielka figura umieszczona na wozie popychana jest przez nieukrywających się wcale pracowników technicznych. To, co w „Siegfriedzie” najciekawsze, ma jednak miejsce dopiero w akcie ostatnim, począwszy od spotkania Erdy z Wotanem i naszego z nim pożegnania. Nie bardzo rozumiem koncepcję postaci Erdy w tej produkcji – dlaczego zarówno w „Złocie Renu” jak i tu została ona pokazana jako pełzający po podłożu tłumok, zaś po szczęśliwym acz późnym pozbyciu się wierzchniej warstwy szmat spogląda na nas łysawa staruszka. Cała mądrość, niezwykłość i enigmatyczność  Matki Ziemi została już oddana w muzyce, nie trzeba było w moim odczuciu jej podkreślać w ten sposób. Na szczęście Ortrun Wenkel sprostała zadaniu wokalnemu, jej ciemny głos brzmiał nie tylko pięknie, ale też rzeczywiście jakoś transcendentnie i zaświatowo, jak u istoty istniejącej od zawsze i mającej przed sobą równie nieskończoną przyszłość. Donald McIntyre tym razem, jak w „Walkirii” miał trochę problemów kondycyjnych i na tym etapie słychać już było zmęczenie. Natomiast z Manfredem Jungiem działo  się najzupełniej odwrotnie, jego tenor z czasem nabierał blasku i najpełniej zaprezentował się w finałowym, wspaniałym duecie z  Brünnhildą. To chwila, w której Siegfried odkrywając miłość przestaje być pyszałkowatym, bezmyślnym chłopczykiem, chociaż pozostaje naiwny. Ładnie te scenę Chereau ustawił, doskonale pokazując zarówno budzące się do uczuć dusze i ciała początkujących kochanków, jak lęk i wątpliwości debiutantów. Z taką Brünnhilde jak Gwyneth Jones nie było pewnie trudno, stworzyła ona rolę wyjątkową pod każdym względem, wiarygodną, wzruszającą, nieskazitelną wokalnie. Jej przebudzenie, powitanie słońca i dnia zapadło mi w pamięć już przy pierwszym usłyszeniu i to wspomnienie całkowicie potwierdziło dziś, po wielu minionych latach. To nie tylko mistrzostwo formalne, ale też wyrazowe.
 Czas dzielący „Siegfrieda” od „Zmierzchu bogów” jest niezwykle krótki - tylko jedna noc. U Chereau dotyczy to wyłącznie kochanków – świat wokół toczył się swoim torem, podczas gdy oni poznawali nieskończoną miłość. Dlatego Gibichungowie i ich otoczenie noszą współczesne stroje zaś architektura, aczkolwiek monumentalna jest bieżąco brzydka. Pojawiający się wśród nich Siegfried , odziany po rycersku rozgląda się po tym wszystkim ze zdumieniem by później zamienić zbroję na garnitur. Wniosek wydaje się oczywisty – karlejemy, bogowie umarli, herosi zginęli, Walhalla upadła. Pozostaje nam taplanie się w naszym małym bajorku, wśród naszych małych spraw, skoro nawet Ren wysechł i nie został przywrócony naturalnemu porządkowi po odzyskaniu złota przez jego córy. Apokaliptyczna wizja Wagnera została przez Chereau „zmniejszona”, przykrojona do ludzkich rozmiarów – nic się nie wali, nie mamy żadnej przepięknej katastrofy – tylko gęsty dym ze stosu Siegfrieda i Brünnhilde zasnuwa całą przestrzeń za plecami skamieniałego tłumu. Kto wie, czy to nie najbardziej przerażająca i pesymistyczna wersja finału jaka można zobaczyć. Ale chyba tak właśnie powinno to działać, po wybrzmieniu ostatnich nut „Zmierzchu bogów” powinniśmy pozostać  w poczuciu osamotnienia i przygnębienia, przynajmniej na chwilę. Dopiero po ochłonięciu można zacząć się zastanawiać jakimi środkami zostało to osiągnięte.  Śpiewacy w zasadzie wszyscy podołali swym heroicznym zadaniom, prezentując ten sam wyśrubowany poziom co poprzednio. Wysoka tessitura tej części partii Brünnhilde sprawiała Gwyneth Jones nieco więcej problemów niż wcześniej, ale daj Boże wszystkim takie problemy. Podobnie z orkiestrą – nie ma sensu powtarzać tego, co w części pierwszej posta – koncepcja dyrygencka zwarta i konsekwentna, ale niezupełnie do mnie trafia. Natomiast reżyseria… Ten „Pierścień” zwany bywa najczęściej industrialnym, z czym się nie zgadzam. Mam wrażenie, że to zapora na Renie ułatwiła zadanie tym, którzy koniecznie muszą upraszczać i nazywać rzeczy jednym słowem.  Mnie się wydaje, że to raczej mistrzostwo ukazania relacji między postaciami czyni tę wersję tetralogii tak nośną, niezapomnianą i wartościową a nie scenografia (Richard Peduzzi) , kostiumy(Jacques Schmidt) czy światła (Andre Diot) chociaż oczywiście dopiero wszystko to razem dało ten unikalny i pamiętny efekt.  Ze szczegółów technicznych moją uwagę zwróciły … dymy i to, jak wiele funkcji mogą pełnić i jak dużo można za ich pomocą przekazać. A co mi pozostanie w pamięci po tym dłuuuugim seansie na następnych kilka lat (to nie jest rzecz, którą można oglądać często?). Właściwie – nie wiem. Porozmawiamy o tym kiedy ten czas upłynie, jeśli mój blog jeszcze będzie istniał .










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz