czwartek, 5 lutego 2026
Mozart wiecznie żywy - "Czarodziejski flet" w Salzburgu
Kilkanaście dni temu Międzynarodowa Fundacja Mozarteum ogłosiła przedłużenie kontraktu ze swoim szefem, Rolando Villazónem aż do 2031 roku. Zważywszy na to, że jest on intendentem Mozartwoche od 2019 a odpowiedzialność za całą fundację przejął 2 lata później to całkiem długa współpraca (i nie wiadomo, czy na tym się skończy). Villazón, który wobec wokalnych trudności skupia teraz na reżyserii przygotował już dla Salzburga „Wesele Figara” w 2020 i „Don Giovanniego” w 2023. „Cosi fan tutte” ma zamknąć „trylogię” Mozarta i Da Pontego w 2027, ale na razie kolejnym projektem w ramach Mozartwoche jest „Czarodziejski flet”, który niedawno miał premierę. Na widok tego tytułu uruchamia się we mnie, podobnie jak w wypadku „Rusałki” odruch bezwarunkowy – nawet jeśli projekt już na papierze nie wygląda obiecująco po prostu muszę spróbować. W tym konkretnym przypadku nie spodziewałam się niczego mając tylko nadzieję, że natura dużego dziecka z ADHD pozwoli Villazónowi dokonać czegoś interesującego. Przynajmniej. Koncepcja rzeczywiście okazała się ciekawa – wraca do 30 września 1791, dnia prapremiery opery w Theater im Freihaus auf der Wieden. Mozart był już wówczas zbyt chory, aby w niej uczestniczyć, chociaż jeszcze dwa dni wcześniej, w trakcie trwających od dawna prób pracował nad ostatnimi fragmentami partytury. Tak więc odsłonięcie kurtyny przenosi widza do domu Wolfganga, Konstancji i ich dzieci, którzy wyobrażają sobie, co w tym momencie (mamy duży, podświetlony zegar) dzieje się w teatrze i jak postępuje fabuła. Te dwa wątki – zdarzeń właściwych i rodzinnych splatają się ze sobą ściśle, zarówno sam Mozart jak i jego bliscy intensywnie uczestniczą w akcji scenicznej. Są domniemania, że nie całkiem jest to fikcja a Konstancja rzeczywiście „śledziła” rozwój wydarzeń na domowym czasomierzu. W każdym razie nie wydaje mi się przypadkiem, że aktor grający boskiego Amadeusza Vitus Denifl nie bardzo przypomina jego wizerunek znany z portretów, natomiast mógłby być bliźniakiem Villazóna – takie same czarne loki i krzaczaste brwi. Czas odpowiedzieć na zasadnicze pytanie – czy ta mieszanka działa? Mnie pozostawiła raczej niewrażliwą, nawet kiedy prezentowano wzruszające z założenia scenki familijne (ojcowskie pouczenia Sarastra splatały się wizualnie z radami Mozarta dla syna Carla Thomasa). Moment w którym kompozytor umiera, a my słyszymy zamiast właściwej muzyki „Lacrimosę” z requiem wydał mi się wręcz próbą szantażu moralnego. Chociaż wiem, że prawdopodobnie nią nie był a wynikał wprost z temperamentu reżysera. Tym niemniej to właśnie jest najbardziej kontrowersyjny moment przedstawienia, bo ciało Amadeusza podciągnięte zostaje na linach do góry i nie mamy żadnych wątpliwości, że za chwilę zrzuci okowy śmierci, pokaże nam krotochwilną i radosną twarz. Tak też się dzieje, Mozart wszak jest nieśmiertelny, prawda? Nie zrozumcie mnie źle – to nie jest zła inscenizacja. Mnie się wydała nieco bałaganiarska,chaotyczna i naiwna, ale widziałam mnóstwo gorszych od niej. Nie zachwyciła mnie przede wszystkim dlatego, że chociaż nieźle dyrygowana (Roberto González-Monja), śpiewana była niekoniecznie jak trzeba. Kwestia nie w samych głosach, bo te okazały się całkiem ładne i we właściwym rozmiarze a w sposobie ich używania. Najbardziej raziła mnie maniera wokalna Magnusa Dietricha, na pierwszy rzut oka wymarzonego wcielenia swego bohatera, ale śpiewającego z niepotrzebną emfazą.31-letni tenor (wygląda na znacznie mniej, bardzo chłopięco) uważany jest za wielki talent, ja mam wrażenie, iż powinien się jeszcze sporo nauczyć. Jeśli da się nauczyć niezbędnej w Mozarcie prostoty. Trzy damy śpiewały nierówno i trochę krzykliwie. Sarastro – Franz Josef Selig i Pamina – Emily Pogorelc byli poprawni i tyle. Papageno, jak właściwie każdy wykonawca tej wyjątkowej roli był uroczy, ale zarówno jego – Theodore Platta – jak jego głos zapomnę natychmiast. Pozostała Królowa Nocy, rola-pułapka, która zazwyczaj więzi swoją interpretatorkę często kojarzoną przede wszystkim z nią mimo wykonywania innego repertuaru. Tak było ze Zdzisławą Donat, tak trochę jest obecnie z Aleksandrą Olczyk. Kathryn Lewek również padła ofiarą tego syndromu, a szkoda. Jej Królowa Nocy zazwyczaj jest mniej demoniczna, a bardziej ludzka i tak też było tym razem. Koloratura Lewek brzmi może ciut mniej precyzyjnie niż kiedyś , ale nadal robi wrażenie a sam sopran nieco urósł i stał się cieplejszy. W sumie ten salzburski „Czarodziejski flet” okazał się produkcją do obejrzenia, tylko … po co, skoro mamy tyle ciekawszych, także współczesnych?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)




