niedziela, 15 lutego 2026

Oui, c'est toi, je t'aime - Walentynki z "Faustem" w Monachium

Gdzieś pomiędzy różowymi serduszkami, skoczniami narciarskimi, trasami zjazdowymi, lodowiskami i innymi obiektami do uprawiania sportów zimowych wybrałam się wirtualnie do Bayerische Staatsoper. Na „Fausta” Gounoda, z którym od początku swego melomańskiego życia relację mam mocno problematyczną. To widać nawet po moich blogowych statystykach – wśród ponad 500 wpisów tylko 2 poświęciłam tej operze, ostatni 8 lat temu. Sama nie bardzo rozumiem, dlaczego jakoś nie zachwyca, bo na pewno nie z powodu spłycenia i przekształcenia oryginalnego tekstu. Nikt przy zdrowych zmysłach nie oczekiwałby przecież, że da się monumentalne dzieło Goethego przełożyć na język sztuki lirycznej bezstratnie (przynajmniej w zakresie filozoficznym). Może zawinił tu mój pierwszy kontakt z „Faustem”, a było to dawno, dawno temu, za moich wczesno nastoletnich czasów w warszawskim Teatrze Wielkim. Nie, żeby spektakl był tak zły, bo tego jeszcze, przynajmniej w aspekcie muzycznym nie umiałam ocenić. Może odstraszył moje młodzieńcze wcielenie kaliber dobrze ponad trzygodzinnego utworu, w każdym razie „nie zażarło” i tak właściwie pozostało do dziś. Z czasem nauczyłam się trochę doceniać operę, która przez więcej niż stulecie była tą najczęściej wystawianą na świecie, ale obdarzyłam ją raczej szacunkiem z pewną nutką rezerwy, niż miłością. Na monachijski spektakl moją uwagę ściągnęła przede wszystkim Nathalie Stutzmann za pulpitem dyrygenckim i całkiem zacna obsada. Obawiałam się jednak co zobaczę, bo reżyserię powierzono Lotte de Beer, szefowej Dutch National Opera, a jest to osoba, która popełniła prześmieszną „Aidę” w Paryżu. Owo arcydzieło scenicznej głupoty oraz koncepcyjnej indolencji Jonas Kaufmann, kontraktem zmuszony do jego realizacji wspomina ze zgrozą okraszoną sardonicznym humorem. Było się więc czego bać. Strach ma wielkie oczy, więc tym razem tego typu atrakcji na szczęście nie zobaczyliśmy. Właściwie de Beer pokazała nam produkcję zadziwiająco tradycyjną, choć oczywiście niepozbawioną pewnych modyfikacji. Przede wszystkim brak w niej elementów humoru, w tekście istniejących całość namalowano w barwach nie tyle czarnych, co raczej ciemno-błotnistych. Można pokusić się o stwierdzenie, że jest to wręcz coś w rodzaju postapo rozgrywającego się wszędzie, nigdzie i w dowolnym czasie, o czym świadczą wymieszane kostiumy z różnych wieków (nie wiem tylko, dlaczego wszyscy oprócz Mefista noszą pod ubraniami brudno cieliste bandaże, bo to zapewne coś ma znaczyć). Niemiecka krytyka, zepsuta już doszczętnie wieloma latami obcowania z koszmarem regieoper pisała wręcz o … wizycie w muzeum. Nie obawiajcie się, nie jest tak źle, jest w zasadzie całkiem dobrze. Reżyserka podąża za librettem nawet w kwestiach religijnych, co w dzisiejszych czasach naprawdę nieczęsto się zdarza. Mefisto reaguje na widok krzyża jak powinien, Małgorzata zostaje zbawiona (pręty jej więzienia zamieniają się w krzyże), Faust dostaje nadzieję, ale nie wiemy czy się ona spełni. Czyli dokładnie jak w libretcie. Wszystko to rozgrywa się w ciemności (ale co i kogo trzeba widać doskonale – światło Benedikt Zehm), na spękanej ziemi, w oszczędnej a bardzo funkcjonalnej scenografii Christofa Hetzera. Trudno też nie dostrzec jakości projekcji wideo, które wreszcie nie są tylko obrazkami migającymi w tle, ale znaczą i zaprojektowano je z pomysłem. Nie robiłoby to wrażenia gdyby nie muzyczna jakość spektaklu, a ta jest imponująca. Nathalie Stuntzmann perfekcyjnie wyważyła proporcje między liryką a tragedią doprawiając je szczyptą dramatycznego efektu, którego ta partytura się domaga. Pod jej ręką orkiestra Bayerische Staatsoper grała niczym pod Petrenką – fantastycznie. Do tego poziomu dostosował się chór, którego w takiej formie nie słyszałam od niepamiętnych czasów. Jonathan Tetelman jako Faust pozostał nie tyle bohaterem, co katalizatorem wydarzeń, ale tak jego postać wygląda w tekście. Za to brzmial znakomicie – otwartą, szeroką frazą, z pewną górą i piękną barwą. Wzruszenie w tej operze to departament Małgorzaty, co też Olga Kulchynska wypełniła doskonale śpiewając przy tym pięknym, okrągłym dźwiękiem. Kyle Ketelsen był świetny i prawdziwie szatański jako postać – typ urody ma do roli idealny, grał wspaniale chociaż w głosie troszkę brakowało diabolicznej głębi. Florian Sempey, którego dawno nie słyszałam nic nie stracił na klasie wokalnej (ale nie przeklinał Małgorzaty w sposób tak mrożący krew w żyłach jak Hvorostovsky). Bardzo ciepło będę wspominać Emily Sierrę (Siebel) i Thomasa Mole’a (Wagner). Oglądajcie. Dla mnie ten „Faust” to było naprawdę pozytywne zaskoczenie, a to się często nie zdarza. https://www.youtube.com/watch?v=nsgp4GQqhEk

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz