poniedziałek, 2 marca 2026
Oniegin w Paryżu
Rozczuliłam się trochę. Muszę przyznać, iż jedną z ostatnich rzeczy, jakich mogłabym oczekiwać jest to, że właśnie Opéra national de Paris zafunduje nam taką produkcję „Eugeniusza Oniegina”. Taką w tym wypadku oznacza … normalną w dawnym sensie tego słowa czyli zgodną z historią, muzyką i ogólnym wyrazem dzieła. Bo wyobraźcie sobie, że reżyser nie przenosi akcji do współczesności, nie ubiera dziewiętnastowiecznych bohaterów w korpo-mundurki, nie daje do rąk smartfonów. Więcej, jest na tyle bezczelny i odważny, że nie zatrudnia dramaturga i nie tłumaczy niesłusznych obyczajów i reguł postępowania z lat minionych na obowiązujące obecnie. Nie uscenicznia też dręczących jego samego traum czy obsesji. Idzie za tekstem libretta i partyturą – lekko wycofany, ale obecny. Nic go nie przeraża, nawet to iż rzecz cała będzie wyglądać pięknie a widz nie odczuje „zamierzonego dyskomfortu”. Myślę, że wiecie kim jest ów szalony rewolucjonista i operowy debiutant, ale gdyby nie – ową brawurą i konsekwencją wykazał się Ralph Fiennes, jeden z najwybitniejszych aktorów naszych czasów. Nie mam pojęcia kto wpadł na pomysł zaproponowania mu wkroczenia do zwariowanego operowego świata, ale wybór konkretnego dzieła był w tym wypadku zrozumiały. Z poematem Puszkina Fiennes pracował już w czasie studiów na RADA. Potem, w 1999 roku grał Oniegina w filmie, który stanowił swego rodzaju przedsięwzięcie rodzinne – reżyserowała go siostra Ralpha Martha a muzykę napisał jeden z braci, Magnus. Po ponad ćwierć wieku Fiennes powrócił do swego bohatera w innej roli, innym medium i bez wsparcia rodzeństwa. Czy jego produkcja musiała być tak ostentacyjnie wręcz tradycyjna ? Czy to świadoma decyzja czy jednak nieśmiałość debiutanta? Stawiam na to pierwsze, bo doskonale pamiętam reżyserski debiut filmowy Fiennesa i jego współczesnego, bardzo brutalnego „Koriolana”. Jeśli zdecydujecie się paryską produkcję obejrzeć, to nie będzie zapewne „Eugeniusz Oniegin” waszego życia. Być może wszystko to już widzieliście – scenę zasłaną liśćmi (jak u Carscena), kosze jabłek, pojedynek na skutej lodem tafli. Ale coś wam po seansie pod powiekami zostanie, może pierwszy obraz spektaklu – Tatiana uwięziona w kolumnie światła, może coś innego. Scenografia Michaela Levine’a, kostiumy Annemarie Woods i oświetlenie Alessandro Carlettiego są takie, jak reżyseria : nie wychodzą przed szereg, ale tworzą klimat. A, co nie jest raczej zaskakujące Fiennes doskonale potrafi wesprzeć swoich wykonawców w zadaniach aktorskich, które w tej operze wcale nie są proste. Młodzieńcza emocjonalność Tatiany i Leńskiego spotyka się ze swobodną, rozflirtowaną naturą Olgi i skłonnością do popadania w szybką irytację oraz znudzenie Oniegina. To wszystko nie może dobrze się skończyć i w tej inscenizacji mielibyśmy taką pewność od początku, nawet gdybyśmy fabuły nie znali. Cieszę się, że mogę donieść iż strona muzyczna całości nie zawodzi. Nie może, kiedy za pulpitem dyrygenckim mamy Semyona Bychkova, on wie, jak rozlewność partytury pogodzić z dramatycznym efektem i tanecznością niektórych fragmentów. Ruzan Mantashyan dokonała czegoś, co po tylu Tatianach w moim życiu było niebywale trudne i rzadkie - wzruszyła mnie. Była wiarygodna w każdej frazie i geście, miała w sobie świetlistość młodej, zakochanej dziewczyny i gorzką dojrzałość kobiety, która chce być wierna nie tylko mężowi, ale przede wszystkim sobie. Muszę przyznać, że chociaż zaakceptowałam koncepcję postaci Oniegina i kreację wokalną Borisa Pinkhasovicha wciąż tęsknię za Mariuszem Kwietniem i jego Onieginem. Bogdan Volkov jest jednym za najlepszych współczesnych Leńskich, co potwierdził i tym razem. Rola księcia Gremina składa się właściwie tylko z jednej arii, ale ... cóż to za aria! Alexander Tsymbalyuk zaśpiewał ją przepięknie, słuchałam jak zaczarowana. Elena Zaremba okazała się dobrą Filipiewną, co mnie nie zdziwiło, natomiast niestety Susan Graham nie powinna się podejmować partii Łariny, szczerze mówiąc żadnej innej też, głos już na to nie pozwala. Obsadę udanie uzupełnili Marvic Monreal jako Olga (bogaty mezzosopran) i Peter Bronder jako charakterystyczny Monsieur Triquet.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)





