wtorek, 26 maja 2026

Z życia marionetek - "Tancredi" W Teatro Constanzi

Wyobraźcie to sobie dziś – prapremierę opery, której kompozytor ma już za sobą 9 wcześniejszych (w tym 8 wystawionych, część nawet z sukcesem) a ponad trzy tygodnie po tym wydarzeniu będzie świętować … 21-sze urodziny. A tak właśnie działo się 6 lutego 1813 w weneckim Teatro La Fenice, gdy smarkaty Gioacchino Rosssini po raz pierwszy zaprezentował publiczności swoje kolejne dzieło. Z tą prezentacją od początku były kłopoty, bo obie wykonawczynie głównych ról dopadła niedyspozycja zdrowotna i choć dzielnie próbowały podołać zadaniu poniosły porażkę. Premierowy spektakl przerwano w połowie, co niestety powtórzyło się wieczoru następnego. Na szczęście trzecia próba została uwieńczona powodzeniem i tak „Tancred” doczekał 15 przedstawień, co na owe czasy było bardzo dobrym wynikiem. Potem rozszedł się po całych Włoszech i Europie, w Polsce grano go już w 1818. Potem na trochę zniknął z żelaznego repertuaru powracając za sprawą wielkich odtwórczyń roli tytułowej – Giulietty Simionato, Marilyn Horne czy Ewy Podleś (w Warszawie 2000 śpiewała pod batutą Alberto Zeddy). Słabo pamiętając samą operę (poza oczywiście „Di tanti palpiti”) uznałam możliwość przyswojenia jej teraz za gratkę – rzeczywiście się nią okazała, nie tylko dzięki dziełu, ale też jakości wykonawstwa. Nieoczekiwany ten prezent zafundowała mi Opera di Roma, która z czasem wyrosła na mój ulubiony włoski teatr liryczny, więc dziwić się nie powinnam. Libretto „Tancreda” Gaetano Rossi oparł na tekście samego Voltaire’a, inspirowanym z kolei fragmentem „Jerozolimy wyzwolonej” Tasso. Trzeba przyznać, że historia dzielnego rycerza nie jest dla gatunku całkiem standardowa, zwłaszcza w aspekcie postaci i ich charakterów. Opera, zwłaszcza dziewiętnastowieczna przyzwyczaiła nas w końcu do mściwych amantów, którym najlżejszy cień podejrzenia wystarcza by nie tylko odrzucić „ukochaną”, ale też domagać się jej ukarania. A także do ojców łatwo wierzących w zdradzieckie działania córek i skazujących je na śmierć. Tu jest inaczej – Tancredi, za sprawą tragicznego nieporozumienia ma powody by wierzyć w winę Amenaide, ale cierpiąc straszliwe męki sercowe i tak broni jej życia i honoru. A tatuś, nie mając innego wyjścia (chodzi nie tylko o domniemaną zdradę miłosną, ale przede wszystkim zaprzedanie się wrogowi ojczyzny) wydaje wyrok, ale niezmiernie się cieszy że dziewczę znalazło obrońcę i udziela mu swego błogosławieństwa. Do tego dochodzi kwestia finału. W tekście oryginalnym protagonista ginął z odniesionych ran, ale libretto powstało w początkach 19-ego wieku. Wówczas bywało, że nawet Romeo i Julia unikali swego losu - jakoś lieto fine nie wydawało się publice tak banalne jak dzisiaj. Na weneckiej prapremierze wszystko kończyło się szczęśliwie, chociaż Rossini nad tym cierpiał. Do tego stopnia, że dwa lata później, dla Ferrary napisał nowy finał ze śmiercią Tancreda i nową uwerturę (poprzednia pochodziła z recyklingu). Musiało mu naprawdę zależeć, bo wszak znany był z ponownego wykorzystania swojej pracy, która nie sprzedała się należycie za pierwszym razem. Niestety, ówczesna publiczność zdecydowanie wolała widzieć bohaterów umykających przeznaczeniu i tak zostało na długo. Dziś, nie wiedzieć czemu szczęście uważamy za banalne i najczęściej gra się „Tancreda” z tragicznym zakończeniem, jak to zrobiono w Rzymie. Muzycznie opera zawiera tylko jeden superprzebój, ale za to można partyturze zaobserwować początki żelaznego schematu który potem przez dłuższy czas obowiązywał na scenie : cavatina-scena-cabaletta i concertato na koniec aktu. Rossini dodał od siebie duety na sopran i alt, bo właściwie nie pisał ról amanckich dla kastratów (zdarzyło mu się raz) . Tutaj zaś mamy jeszcze relikt okresu klasycznego, w którym tenor był raczej stroskanym ojcem niż kochankiem. Czas teraz zająć się tym, co z owym pięknym materiałem zrobił team realizacyjny pod wodzą Michele Mariottiego i Emmy Dante. Reżyserka zainspirowała się miejscem akcji – Syrakuzy- i jego tradycjami scenicznymi. Trafiliśmy więc do sycylijskiego teatru marionetek, granych zarówno przez chór i tancerzy jak też głównych bohaterów. Ci na początku byli operatorami lalek (wszyscy w identycznych, czarnych kostiumach z drążkami do sterowania w rękach), potem sytuacja zaczęła ewoluować i postacie pokazywały się nam już to jako podczepione do linek kukiełki, już to jako ludzie. Muszę przyznać, że było to interesujące, acz jak każda rzecz oparta na jednym, podstawowym pomyśle po pewnym czasie troszeczkę zaczynało nużyć . Przy tym rozszyfrowanie dlaczego ktoś jest momentami marionetką, a potem powraca do tożsamości ludzkiej nie zawsze było czytelne, przynajmniej dla mnie. Oczywiście można podejrzewać, że kiedy postać kieruje się ludzkimi emocjami wyrażanymi przez muzykę jest w pełni człowiekiem, kiedy górę bierze fabularna konwencja lalką. Trzeba jednak przyznać, że spektakl przyniósł publiczności, w tym nie mnóstwo czysto teatralnej frajdy i zabawy. Spójrzcie na zdjęcia , na te rozbuchane kolory, na te wściekle jaskrawe pióropusze i w ogóle na radosne, gorące barwy kostiumów (Emma Dante i Chicca Ruocco, scenografia Carmine Maringola, światła Luigi Biondi, choreografia Manuela Lo Sicco ) . Już to powinno Was zachęcić do obejrzenia, a warto bo warstwa muzyczna jest godna scenicznej i sądząc po entuzjazmie rzymskiej publiczności zaznała ona mnóstwo radości. Michele Mariotti prowadził „Tancreda” po raz pierwszy i zrobił to z dbałością o detal, uważnością i dobrze zadbał o swoich solistów. Wykonawcy ról drugoplanowych – Luca Tittolo (czarny charakter Orbazzano), Ekaterine Buachidze (Isaura) i Maria Elena Pepi (Roggiero) byli w porządku. Antonino Siragusa jako Argirio, stroskany król i ojciec nigdy nie zalecał się barwą swego tenoru lirycznego, ale jest już na scenie długo i umiejętności oraz doświadczenie pozwalają mu nadal (ma 61 lat) dobrze funkcjonować w rossiniowskim repertuarze. Szczególne zachwyty zarezerwować należy dla dwójki głównych bohaterów. Tancredi nie został obsadzony typowo, bo przez falsecistę zamiast żeńskiego altu, ale był nim uwielbiany w Rzymie Carlo Vistoli. Nie bez przyczyny. Jego alt jest przepiękny w barwie, frazowanie wspaniałe, przejścia między rejestrem głowowym a piersiowym perfekcyjnie naturalne. Vistoli interpretuje swojego bohatera z taką czułą wrażliwością i szczerością w emocjach, że nic tylko się wzruszać. O ile jednak Vistoli był pewnikiem, o tyle Martina Russomanno zrobiła mi prawdziwą niespodziankę. Amenaide ma do zaśpiewania trzy spore arie, w tym dwie w drugim akcie niemal jedna po drugiej. Młoda (rocznik 1998) sopranistka robiła wrażenie, jakby przyszło jej to ot tak, bez wysiłku. Od natury dostała piękny głos i atrakcyjną postać, ale to jak szlachetnie te dary wykorzystuje budzi podziw. Godna partnerka dla gwiazdy – tak jak on subtelna, ciepła i precyzyjna technicznie . A przy tym jak pięknie głosy Vistolego i Russomanno mieszały się i uzupełniały w duecie z drugiego aktu, w którym już słychać przyszłą „Semiramidę”.

niedziela, 17 maja 2026

"Eugeniusz Oniegin" w Met - odsłona trzecia

To już trzeci raz w ramach cyklu „Met in HD” nowojorski teatr prezentuje nam „Eugeniusza Onegina” w reżyserii Deborah Warner. Premierowa transmisja miała miejsce w 2013, kiedy produkcja debiutowała na scenie z niezapomnianym tercetem Kwiecień – Netrebko – Beczała w rolach głównych. Cztery lata później protagonistą miał być Dmitri Hvorostovsky, który już wtedy bardzo chorował i zastąpił go u boku divy Peter Mattei (w nietransmitowanych spektaklach Kwiecień) a towarzyszył im Alexey Dolgov. Była jeszcze nieprzekazywana do kin odsłona z 2022 z Ailyn Pérez, Igorem Golovatenko i Beczałą. Golovatenko figurował też w obsadzie, kiedy ogłaszano plan na bieżący sezon, ale tu zaszła zmiana. Nie zamierzałam recenzować „Oniegina” z Met po raz kolejny, jednak po nieudanej próbie zmierzenia się z barcelońską „Manon Lescaut” stwierdziłam, że z Asmik Grigorian i Iuriim Samoilovem lepiej będzie spotkać się przy tej okazji. Inscenizację znam wprawdzie dobrze, ale rewitalizacja mogła coś dodać lub ująć, poza tym chociaż obciążona pewnymi problemami wydaje się w miarę bezpieczna i nie naraża odbiorcy na wstrząsy. W samej produkcji właściwie nic lub niewiele się zmieniło – oczywiście o ile pamiętam, ostatni raz widziałam ją 9 lat temu. Nadal pozostaje wrażenie nienaturalnego ściśnięcia przestrzeni w pierwszych dwóch aktach biorące się z przeniesienia ze znacznie mniejszej sceny ENO. Przyczyna dosyć oczywista, lecz o ile premiera odbyła się w pośpiechu i bez chorej Warner przez tak długi czas funkcjonowania w Met można to było bardziej przystosować do innych warunków. Nadal natomiast piękna jest scena pojedynku i akceptowalny finał. Niestety od najważniejszej, muzycznej strony spektakl nieszczególnie się udał, więcej – to była najsłabsza z trzech odsłon, które obejrzałam. Mieliśmy ogólnikowego dyrygenta (Timur Zangiev, debiutant w Met), który zrobił niewiele aby było to coś więcej niż przyzwoite odtworzenie partytury. To raczej niedużo. Role drugoplanowe nie zachwyciły. Elena Zaremba zaprezentowała swoją „wieczną” Łarinę. Larissa Diadkova osobowość nadal ma mocną i ciekawą, nie aż tak jednak by przysłoniła wokalne kłopoty. Przyjemniej słuchało się Marii Barakovej, która przy okazji dała sympatyczny portret Olgi – wdzięcznej trzpiotki, która nie potrafi przewidzieć konsekwencji swojej beztroski. Asmik Grigorian zgodnie z oczekiwaniami była właściwie jedyną prawdziwą atrakcją wieczoru, dając nam kreację przekonującą, szczerą i wiarygodną, przy tym znakomitą wokalnie. Grigorian stworzyła Tatianę młodszą (chodzi o wrażenie, nie metrykalny wiek), bardziej dziewczęcą niż niegdyś Anna Netrebko, dysponuje też jaśniejszym głosem. Niestety nie miała godnych partnerów (może z wyjątkiem Alexandra Tsymbaluka, porządnego Gremina). Stanislas de Barbeyrac porwał się na partię przerastającą możliwości dalece. Mniejsza już o wyjątkową niechlujną wymowę rosyjską (gdyby ktoś tak śpiewał po francusku tamtejsi krytycy nie posiadaliby się z oburzenia), gorzej, że wolumen nie ten, ładna zazwyczaj barwa zniszczona wysiłkiem, górne dźwięki też. Tak, słyszałam frenetyczne brawa po „Kuda, kuda”, ale podejrzewam, że zadziałała tu magia jednej z najpiękniejszych arii tenorowych niż to, co rzeczywiście usłyszeliśmy. Największy kłopot mam z protagonistą. Iurii Samoilov był Onieginem piętnaście miesięcy temu w Madrycie i wtedy mi się podobał. Nie wiem, czy to kwestia formy dnia, czy wielkości audytorium (widownia Met jest ponad dwukrotnie większa niż w Teatro Real), czy to we mnie i moim odbiorze coś się zmieniło, ale tym razem … Dostaliśmy wprawdzie znów niezłą, choć zupełnie inną rolę, Oniegina bardziej chłopięcego, delikatniejszego ale zaśpiewanego kiepsko. Przez większość czasu Samoilov brzmiał jak sztucznie ściemniony tenor, nie było barytonowego bogactwa, głos był chudy i wyszarzały. A w związku z tym mój ulubiony, krótki duet przed pojedynkiem („Wraga”) nie miał ani dobrego wykonania, ani połowy normalnej siły rażenia emocjonalnego. Ech, jeśli lubicie produkcję Warner lepiej wróćcie do jej pierwszej wersji – Mariusz Kwiecień Was nie zawiedzie.

piątek, 8 maja 2026

Holender w Wiedniu

Wiedeński kombinat operowy, formalnie zwany Wiener Staatsoper funkcjonuje na troszkę innych zasadach niż większość teatrów lirycznych typu staggione. Różnica ta wynika z ilości prezentowanych spektakli – przy masie przedstawień nowe produkcje zdarzają si znacznie rzadziej niż gdzie indziej, bo koszty ich przygotowania są olbrzymie (zarówno od strony materialnej jak wykonawczej). W związku z tym właściwie każda nowa wersja opery repertuarowej ma tę samą perspektywę pozostania na scenie przez długie lata, niezależnie od tego, czy jest uważana za udaną czy nie. W Wiedniu jakoś bardziej liczy się to, co słyszymy niż widzimy, ale tu też tkwi haczyk – nie zawsze ilość przeradza się w jakość, chociaż czasem tak bywa. W każdym razie na frekwencję WSO nie narzeka i nie ma problemów z wypełnieniem swoich około 2000 miejsc (w przeciwieństwie do np. niemal dwa razy pod tym względem większej Met). Wiedeńska publiczność, zupełnie jak mediolańska uważa, że na sztuce lirycznej zna się najlepiej na świecie i jej koneserska supremacja nie podlega dyskusji. Nie wiem, czy nadal robione są tam rankingi ukochanych śpiewaków, ale kiedyś były. W kategorii tenorowej wygrywał Placido Domingo, co pewnie nie dziwi, ale wiceliderem nie był wcale, jak można by pomyśleć Luciano Pavarotti tylko Jose Carreras. Cały ten wstęp dotyczący specyfiki lokalnej służy wyjaśnieniu dlaczego znów będę pisać o przedstawieniu mającym premierę w 2003 roku – czyli jak na Wiedeń całkiem niedawno, co daje perspektywę jeszcze wielu lat scenicznego funkcjonowania. Widziałam tę produkcję „Latającego Holendra” w 2014, z Brynem Terfelem i Ricardą Merbeth i nie zostawiła ona szczególnych śladów w mojej pamięci – czyli musiała być przeciętna. I teraz, po latach to wrażenie niestety się potwierdziło. Nie ma w niej niczego, co by stało w sprzeczności z tekstem (może poza przeradzającą się w zbiorowy gwałt imprezą w porcie), ale też niczego inspirującego. Aluzje do innych dzieł Wagnera (Holender w charakteryzacji kojarzącej się jednoznacznie z Wotanem, Senta dokonująca samospalenia niczym Brunhilda wchodząca na stos Siegrieda) nie przeszkadzają, ale też nie dopełniają i nie przydają znaczeń. Nie wiem, czy lokalna publiczność tęskniła za inscenizacją Christine Mielitz, pokazywaną ostatnio 5 lat temu (przerwę spowodowała głównie pandemia), ale chyba nie. Nijakość sceniczna co gorsza udzieliła się trochę (na szczęście nie całkowicie) warstwie muzycznej. Bertrand de Billy poprowadził wprawdzie orkiestrę zaskakująco, zwłaszcza w trzecim akcie rytmicznie, ale żaden wicher ubraniem nie szarpał. Za to dyrygent zapanował nad głośnością brzmienia, co w tym wypadku było szczególnie ważne, ze względu na obsadę. Oczywiście nie dotyczy to Tomasza Koniecznego, któremu, jak to dowcipnie napisał pewien krytyk natura wbudowała wzmacniacz, kłopot był przede wszystkim z Sentą, Erikiem i Sternikiem. Ten ostatni ucierpiał najmniej, bo rola krótka i napisana już na tenor liryczny, tym razem w interpretacji Hiroshiego Amako aż nazbyt. Andreas Schager był, jak podejrzewam chory (zrezygnował z udziału w kolejnych przedstawieniach), bo jako Erik brzmiał szaro i monochromatycznie, nie stworzył też kreacji aktorskiej. Senta nie musi grzmieć niczym Brunhilda, ale Erica Eloff okazała się wokalnie tak delikatna, że czasami trudno było ją usłyszeć. Kiedy było, jej sopran wydawał się ładny acz pozbawiony nerwu dramatycznego. Franz-Josef Selig zaczął niepokojąco niestabilnie (pojawił się niemiły efekt falowania głosu), ale dosyć szybko wrócił do swojej wysokiej normy i słuchałam go z przyjemnością. Podobnie jak Stephanie Maitland – Mary. Tomasz Konieczny spowodował, że zostałam przy ekranie do końca transmisji. Taką pewność każdego dźwięku słyszy się obecnie rzadko, a Konieczny wspiera ją pełną świadomością znaczenia wszystkich śpiewanych z perfekcyjną dykcją słów, a to przekłada się też na znakomitą kreację aktorską.