wtorek, 28 kwietnia 2026

Muti - padre e figlia, czyli "Macbeth" w Turynie

Riccardo Muti pozostaje, właściwie od najwcześniejszych początków mojego zainteresowania operą jednym z dwóch artystów za tę pasję, która została mi na życie współodpowiedzialnych. Drugim, czego nietrudno się domyślić jest Placido Domingo. To z ich nagrań, czasem wspólnych („Aida”, „Bal maskowy”, „Ernani”, „Moc przeznaczenia”) poznawałam Verdiego i zakochiwałam się w tej muzyce. Potem oczywiście zgłębiałam zapisy starsze i nowsze, ale, cokolwiek by się nie działo ci dwaj giganci byli moimi przewodnikami po sztuce lirycznej. W 2026 obaj panowie obchodzą swoje 85 urodziny – Domingo ma je już za sobą, o pół roku młodszy Muti przed (w lipcu). O wielkim dyrygencie mówi się różnie ze względu na podobno trudny charakter – właściwie ze wszystkimi instytucjami muzycznymi, którymi kierował na przestrzeni długiej kariery rozstawał się niekoniecznie pokojowo. Ale może to wynikać z tego, że jest on szefem orkiestry starej daty – muzycy mają słuchać jego wskazówek, ni dyskutować. Taki styl nie może się podobać np. związkom zawodowym. Co nie zmienia faktu, iż Muti cieszy się wyjątkowym szacunkiem w środowisku i równie wielką miłością publiczności. Dało się to zaobserwować w Teatro Regio w Turynie podczas spektakli „Macbetha” na przełomie lutego i marca. Widownia reagowała na wejście maestra owacjami, muzycy także okazywali niecodzienny respekt. Byłam ciekawa tego, co usłyszę, bo ładnych parę lat nie miałam do czynienia z orkiestrą kierowaną przez Mutiego. O nim za chwilę, na razie zaś o … jego córce. Chiara Muti, która podpisała produkcję nie jest typowym nepo baby, ma już całkiem spory dorobek filmowo-sceniczny, na koncie wiele ról ekranowych, występy śpiewacze i wreszcie reżyserię – zarówno w teatrze dramatycznym jak operze. Wydaje się, że dzięki temu mogła poznać wiele różnych aspektów sztuk scenicznych, bo edukację w zakresie muzyki miała w domu od urodzenia. Turyński „Macbeth” nie był jej debiutancką ani ostatnią współpracą z ojcem (przed sobą mają np. „Don Giovanniego”), ja rezultaty ich kolaboracji miałam okazję widzieć po raz pierwszy. O inscenizacjach Chiary Muti pisze się różnie, również o pewnych kontrowersjach z nimi związanych, ale „Macbeth” wydał mi się kompletnie niekontrowersyjny, co nie znaczy, że nudny. Został zrobiony w zgodzie z tekstem, podparty wyobraźnią plastyczną Alessandra Camery i nic nie zostało zrobione po to, aby nas zaszokować czy zniesmaczyć. Scenografia była oszczędna, ale trafiająca w punkt – składała się głównie z różnej przezroczystości jasnych kurtyn zbryzganych od dołu rozpryśniętymi plamami. W ciemnej sepii, żadnych czerwonych dosłowności. Od czasu do czasu pojawiały się też inne elementy – rekwizyty w postaci łoża. Stołów, gałęzi a także wielkie lustrzane ostrza. Największe wrażenie robił jednak krajobraz, w jakim rozegrano akcję – jak unurzany w błocie czy wręcz lawie, na scenie mieliśmy bowiem otwarte chwilami koło krateru. I to wszystko razem funkcjonowało znakomicie, z wyjątkiem może baletu. Kostiumy Ursuli Patzak (w stylu średniowiecznego fantasy) wkomponowały się w tę przestrzeń znakomicie. Współautorem wizualnego sukcesu był niewątpliwie autor oświetlenia Vincent Longuemare tworzący nastrój grozy i niebezpieczeństwa. Śpiewacy zostali wyreżyserowani zgodnie z możliwościami, najlepsze rezultaty dała praca Chiary Muti z Lidią Fridman – lekko upiorny, rozmarzony uśmiech, z którym Lady Macbeth pojawia się na scenie powtarzając z pamięci list męża naprawdę robi wrażenie. Podobnie jak sposób jej pojawienia – wychodzi na powierzchnię wprost z owego krateru. Piekła? Tym mocniej działa obraz szaleństwa bohaterki, bo prowadzi do wniosku, że z tej dwójki, to jednak ona zdaje się mieć jakieś szczątkowe sumienie. Macbeth w kreacji Luki Miechelettiego mnie nie zachwycił ze względu na mimiczną nadekspresję śpiewaka bezustannie przewracającego nazbyt szeroko otwartymi oczami. Nie wiem na ile wynikła ona z naturalnej skłonności artysty (widziałam go na scenie zaledwie drugi raz, poprzednio jako mozartowskiego Figara) a na ile ze wskazówek Muti. Wokalnie również supremacja Fridman była wyraźna. Pamiętam ją głównie z partii belcantowych, zwłaszcza Donizettiego. Rok temu odniosła w Turynie wielki sukces swoją Lucrezią Borgią, ale Lady Macbeth to inne wymagania. Sopranistka śpiewa ją od dwóch lat i początkowo recenzje nie należały do entuzjastycznych. Dziś stworzyła naprawdę piękną, kompleksową kreację wokalno-aktorską, a nie miała okazji popisać się koloraturą, bo na życzenie Riccardo Mutiego ozdobniki w pierwszej arii zostały obcięte. Biorąc pod uwagę młody wiek śpiewaczki (ma zaledwie 30 lat) można się po niej wiele spodziewać. Luca Micheletti śpiewał dobrze, zaprezentował ładne frazowanie a dysponuje pięknym, ciepłym barytonem. Słuchany i oglądany bezpośrednio prawdopodobnie brzmiał jeszcze lepiej, a ze względu na oddalenie problem nadmiernej wyrazistości znikał. Nie zachwycił mnie od strony wokalnej Banco – Maharram Huseynov- owszem, bas piękny, ale niedostatki w górze słyszalne. Macduff Giovanniego Sali był w porządku, podobnie jak Malcolm Riccardo Radosa. Szczególne gratulacje należą się Piero Montiemu, szefowi chóru. Chyba nigdy jak dotąd nie słyszałam tak perfekcyjnej dykcji, zarówno u pań jak u panów. Każde słowo słyszalne i zrozumiałe, a do tego bardzo wysoka jakość wokalna. A Riccardo Muti? Miał bardzo konkretną wizję opery, którą prowadzi od 52 lat. Wydaje się, że chciał zaprezentować jak najbardziej, surową wersję dzieła, na ile się da wyczyszczoną z ozdóbek będących reliktem czasów w których powstało a jednocześnie świadectwem etapu rozwoju geniuszu Verdiego. Nie mnie oceniać, czy taka postawa wielkiego dyrygenta jest słuszna. Tym niemniej gdybyście mieli ochotę na „Macbetha” przedstawienie z Turynu polecam Waszej uwadze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz