niedziela, 17 maja 2026

"Eugeniusz Oniegin" w Met - odsłona trzecia

To już trzeci raz w ramach cyklu „Met in HD” nowojorski teatr prezentuje nam „Eugeniusza Onegina” w reżyserii Deborah Warner. Premierowa transmisja miała miejsce w 2013, kiedy produkcja debiutowała na scenie z niezapomnianym tercetem Kwiecień – Netrebko – Beczała w rolach głównych. Cztery lata później protagonistą miał być Dmitri Hvorostovsky, który już wtedy bardzo chorował i zastąpił go u boku divy Peter Mattei (w nietransmitowanych spektaklach Kwiecień) a towarzyszył im Alexey Dolgov. Była jeszcze nieprzekazywana do kin odsłona z 2022 z Ailyn Pérez, Igorem Golovatenko i Beczałą. Golovatenko figurował też w obsadzie, kiedy ogłaszano plan na bieżący sezon, ale tu zaszła zmiana. Nie zamierzałam recenzować „Oniegina” z Met po raz kolejny, jednak po nieudanej próbie zmierzenia się z barcelońską „Manon Lescaut” stwierdziłam, że z Asmik Grigorian i Iuriim Samoilovem lepiej będzie spotkać się przy tej okazji. Inscenizację znam wprawdzie dobrze, ale rewitalizacja mogła coś dodać lub ująć, poza tym chociaż obciążona pewnymi problemami wydaje się w miarę bezpieczna i nie naraża odbiorcy na wstrząsy. W samej produkcji właściwie nic lub niewiele się zmieniło – oczywiście o ile pamiętam, ostatni raz widziałam ją 9 lat temu. Nadal pozostaje wrażenie nienaturalnego ściśnięcia przestrzeni w pierwszych dwóch aktach biorące się z przeniesienia ze znacznie mniejszej sceny ENO. Przyczyna dosyć oczywista, lecz o ile premiera odbyła się w pośpiechu i bez chorej Warner przez tak długi czas funkcjonowania w Met można to było bardziej przystosować do innych warunków. Nadal natomiast piękna jest scena pojedynku i akceptowalny finał. Niestety od najważniejszej, muzycznej strony spektakl nieszczególnie się udał, więcej – to była najsłabsza z trzech odsłon, które obejrzałam. Mieliśmy ogólnikowego dyrygenta (Timur Zangiev, debiutant w Met), który zrobił niewiele aby było to coś więcej niż przyzwoite odtworzenie partytury. To raczej niedużo. Role drugoplanowe nie zachwyciły. Elena Zaremba zaprezentowała swoją „wieczną” Łarinę. Larissa Diadkova osobowość nadal ma mocną i ciekawą, nie aż tak jednak by przysłoniła wokalne kłopoty. Przyjemniej słuchało się Marii Barakovej, która przy okazji dała sympatyczny portret Olgi – wdzięcznej trzpiotki, która nie potrafi przewidzieć konsekwencji swojej beztroski. Asmik Grigorian zgodnie z oczekiwaniami była właściwie jedyną prawdziwą atrakcją wieczoru, dając nam kreację przekonującą, szczerą i wiarygodną, przy tym znakomitą wokalnie. Grigorian stworzyła Tatianę młodszą (chodzi o wrażenie, nie metrykalny wiek), bardziej dziewczęcą niż niegdyś Anna Netrebko, dysponuje też jaśniejszym głosem. Niestety nie miała godnych partnerów (może z wyjątkiem Alexandra Tsymbaluka, porządnego Gremina). Stanislas de Barbeyrac porwał się na partię przerastającą możliwości dalece. Mniejsza już o wyjątkową niechlujną wymowę rosyjską (gdyby ktoś tak śpiewał po francusku tamtejsi krytycy nie posiadaliby się z oburzenia), gorzej, że wolumen nie ten, ładna zazwyczaj barwa zniszczona wysiłkiem, górne dźwięki też. Tak, słyszałam frenetyczne brawa po „Kuda, kuda”, ale podejrzewam, że zadziałała tu magia jednej z najpiękniejszych arii tenorowych niż to, co rzeczywiście usłyszeliśmy. Największy kłopot mam z protagonistą. Iurii Samoilov był Onieginem piętnaście miesięcy temu w Madrycie i wtedy mi się podobał. Nie wiem, czy to kwestia formy dnia, czy wielkości audytorium (widownia Met jest ponad dwukrotnie większa niż w Teatro Real), czy to we mnie i moim odbiorze coś się zmieniło, ale tym razem … Dostaliśmy wprawdzie znów niezłą, choć zupełnie inną rolę, Oniegina bardziej chłopięcego, delikatniejszego ale zaśpiewanego kiepsko. Przez większość czasu Samoilov brzmiał jak sztucznie ściemniony tenor, nie było barytonowego bogactwa, głos był chudy i wyszarzały. A w związku z tym mój ulubiony, krótki duet przed pojedynkiem („Wraga”) nie miał ani dobrego wykonania, ani połowy normalnej siły rażenia emocjonalnego. Ech, jeśli lubicie produkcję Warner lepiej wróćcie do jej pierwszej wersji – Mariusz Kwiecień Was nie zawiedzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz