piątek, 5 czerwca 2026

Cud w Amsterdamie - "Dziewica Orleańska" w DNO

Piąta opera Czajkowskiego, „Dziewica Orleańska” powstała bezpośrednio po „Eugeniuszu Onieginie”, ale nie odniosła sukcesu, nie zaznała nawet chwilowej mody jak „Trzewiczki”. Co gorsza, do dziś trudno ją złowić nie tylko na światowych scenach, ale nawet w Rosji. Piotr Kamiński wspomina o wystawieniu z marca 1998 w Opera national du Rhin (Strasburg) po którym nie ma prawie żadnych śladów (także w postaci recenzji, nie mówiąc już o zdjęciach) w internecie. Szkoda, bo byłyby interesujące dla fanów Mariusza Kwietnia, który śpiewał tam „kłopotliwego amanta” Lionela (miał wtedy 25 lat) i Wojtka Śmiłka. Właściwie dlaczego? Czy próba zmierzenia się z odrębną stylistyką francuskiej grand opera (w partyturze jest także tradycyjny balet w drugim akcie) tak bardzo się Czajkowskiemu nie udała? I z czego to ewentualnie wynikało? Odpowiedź na te wszystkie pytania jest dosyć złożona i niejednoznaczna. Pierwszym i natychmiast widocznym problemem jest, jak zawsze libretto. Czajkowski napisał je osobiście, co mu nie pomogło, a wręcz zaszkodziło. Zasadniczy kłopot stanowi w tym wypadku nie brak literackich talentów autora, chociaż wielkie one nie były na pewno, a wielość inspiracji którymi się wspomagał. Za najważniejszą podstawę tekstu przyjęło się uważać dramat Schillera w rosyjskim tłumaczeniu, ale poza nim były inne – „Jeanne d’Arc” Julesa Barbiera (muzykę teatralną napisał Gounod), libretto Auguste Mermeta do własnej opery, biografia bohaterki Henry’ego Waltona. Kto Czajkowskiego przeczyta bądź uważnie posłucha znajdzie w nim wyraźnie ślady jednej z najbardziej idiotycznych historii operowych wszechczasów, przy której „Trubadur” jest wzorem logiki oraz uporządkowania, mianowicie „Giovanny d”Arco” Verdiego. Rosyjski mistrz nie posunął się tak daleko jak Temistocle Solera i nie przypisał protagonistce niewczesnego romansu z Karolem VII, ale niewątpliwie stąd wzięła postać zbrodniczo głupiego tatusia, który celowo przyczynia się do skazania córki. Za to Czajkowski wprowadził ową wysoce problematyczną postać Lionela, rycerza, który nie tylko jest obiektem romantycznych porywów Joanny, ale też powoduje, że nie umiera ona jako tytułowa dziewica. Przy tym wszystkim fabuła nie jest jedynym niedostatkiem całości, bo kompozytor nie potrafił jej skondensować i nadać precyzyjnego kierunku, wobec czego powstał długi i nieruchawy wehikuł – wypisz wymaluj jak francuska grand opera. Ale oprócz tego jest muzyka, bardzo piękna, bardzo „czajkowska” i bardzo emocjonalna w wyrazie. Pod koniec 2025 Dutch National Opera pozwoliła nam to sprawdzić wystawiając „Dziewicę Orleańską” a pół roku później retransmitując jeden ze spektakli. Przyznaję, że na widok nazwiska Dmitri Tcherniakova w czołówce trochę się wystraszyłam, ale z przyjemnością stwierdzam, że niesłusznie. To jeden z tych przypadków, w których zetknięcie z rodzimą operą budzi w Tcherniakovie to, co w nim najlepsze najbardziej twórcze mimo „przybliżania i uwspółcześniania”. Pomysł na inscenizację jest może niezbyt oryginalny, ale w jej ramach funkcjonuje doskonale. Oto zostaliśmy świadkami procesu Joanny z całym współczesnym sztafażem znanym nam głównie z mediów. A oskarżona, zamknięta w metalowej klatce niczym najgroźniejsi mafiosi czy terroryści jest świadkiem we własnej sprawie i historia rozgrywa się w większości w jej pamięci (która miesza rzeczywistość z halucynacjami powstałymi pod tym druzgoczącym wpływem). Joanna bywa na scenie obecna nawet wtedy, gdy teoretycznie być jej tam nie powinno, skupiona na odtwarzaniu w głowie wydarzeń, które doprowadziły ją na salę sądową. Tcherniakovowi udało się nawet rozwiązać kwestię Lionela, który asystuje przy brutalnym badaniu ginekologicznym bohaterki w więzieniu i z którym połączy ją trudna do zerwanie więź miłości i nienawiści. To jeden z najbardziej wiarygodnych związków jakie kiedykolwiek widziałam na operowej scenie. Przy tym typowe dla reżysera pozbawienie scenicznej rzeczywistości całego sztafażu ładności i efektowności niczego operze nie odbiera, wręcz podkreśla i uwiarygodnia dramat rozgrywany przed naszymi oczami. Team wspomagający Tcherniakova , ten sam co zawsze (dramaturgia Tatiana Werestchagina, kostiumy Elena Zaitseva, światła Gleb Filshtinsky) tym razem rzeczywiście mu pomógł. Szczególne gratulacje należą się Ranowi Arthurowi Braunowi przygotowującemu choreografię więziennej walki między Joanną a Lionelem. Zupełnie mnie to zaskoczyło, ale „Dziewica Orleańska” jak „Legenda o niewidzialnym grodzie Kiteżu i dziewicy Fiewronii” (też w reżyserii Tcherniakova) pozostanie wśród najcenniejszych operowych wspomnień, jakie mam. Oczywiście nie byłoby tak, gdyby nie jakość wykonawstwa muzycznego, naprawdę we współczesnej sztuce lirycznej niesłychanie rzadka. To ten przypadek, w którym wszystko się zgadza i jest tak dobre, że po seansie trudno ochłonąć. Długo pozostawałam po nim w emocjach, które od dawna już ekstremalnie trudno we mnie wzbudzić. Nie przegapcie, nie róbcie sobie tego! Zwłaszcza, że Valentin Uryupin poprowadził orkiestrę wydobywając nie tylko śpiewność i melodię partytury, ale też jej dramatyzm. Fantastycznie, i to nie jest przesada zabrzmiał chór DNO, dawno czegoś takiego nie słyszałam. Jeden z jego numerów, pieśń minstreli z początki drugiego aktu zamieniono wprawdzie na numer solowy, ale wykonał go (przepięknie) właśnie członek chóru, tenor Tigran Matinyan. I stało się całkiem jasne dlaczego ten zespół jest wspaniały jeśli ma takich artystów. Joanną była Elena Stikhina i stworzyła kreację porażającą, w każdym szczególe doskonałą. Czajkowski napisał tę partię na sopran, ale z powodu braku odpowiedniej wykonawczyni przetransponował na mezzo, tak się ją do dziś wykonuje. Tu powrócono do wersji sopranowej. Stikhina dysponuje pięknym, jasnym głosem, nienaganną w każdym odcinku skali emisją, świetnie frazuje nadając swemu śpiewowi niesamowitą płynność. Straszliwie trudno byłoby tu wyróżniać kogoś z pozostałych, licznych solistów bo wszyscy, co do jednego spisali się na złoty medal pod względem wokalnym. I dokładnie to samo można powiedzieć o aspekcie aktorskim – tylu wybitnych kreacji nie ogląda się na scenie lirycznej często, ba nie ogląda się naraz niemal nigdy. Pozostaje więc tylko przytoczyć komplet nazwisk i ról - Joanna Elena Stikhina Charles VII Allan Clayton Agnes Sorel Nadezhda Pavlova Dunois Vladislav Sulimsky Lionel Andrey Zhilikhovsky Arcybiskup John Relyea Raimond Oleksiy Palchykov Thibaut d’Arc Gábor Bretz Bertrand / Lauret / Żołnierz Patrick Guetti Głos Anioła Eva Rae Martinez Minstrel Tigran Matinyan Warto oglądać inscenizacje Tcherniakova – zirytujecie się i to mocno wiele razy, może Wam się zdarzyć przyśnięcie - ale raz na jakiś czas, jak tu pozostaniecie wstrząśnięci długo po seansie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz