sobota, 20 czerwca 2026
Chłodni kochankowie - "Romeo i Julia" w Warszawie
Zastanawialiście się może kiedyś, co sprawia, że pewne wersje powszechnych toposów zyskują popularność nieporównywalną z innymi, wraz z upływającym czasem nie tylko rozpowszechniają się coraz szerzej ale też obrastają kolejnymi przekształceniami przekazywanymi w przeróżnych formach? Do nich należy nieśmiertelny mit miłości w zagrożeniu doskonale ucieleśniony w historii Romea i Julii, która powstała lub też została po raz pierwszy zapisana na przełomie piętnastego i szesnastego wieku. Opowiedział ją wówczas dominikański zakonnik Matteo Bandello w drugim tomie swoich „Novellae” (nr. 9). Z tego źródła czerpał Shakespeare i wielu innych a dziś ilość powstałych z owej inspiracji dzieł pozostaje niepoliczalna. Shakespeare, jak zawsze do oryginalnej fabuły dodał własne wątki poboczne (na przykład postacie Mercutia i Parysa) i wzbogacił całość swoim talentem. Można się zastanawiać dlaczego właśnie ta wersja historii nieszczęśliwych kochanków tak skutecznie trafiła do masowej wyobraźni, ale poza argumentem podstawowym, czyli geniuszem Stratfordczyka są jeszcze inne. Nie do przeoczenia jest wszak niemal równie jak główny ważny wątek odwiecznej plemiennej wojny, która trwa z całą bezwzględnością już tak długo, że niewielu pamięta kto i dlaczego ją rozpoczął. Znamy? Znamy! Nie tylko my, temat dotyczy każdego zakątka globu w każdym czasie. Opera eksplorowała „Romea i Julię” wielokrotnie i entuzjastycznie, ale w żelaznym repertuarze pozostały do dziś tylko dzieła Belliniego i Gounoda, oparte zresztą na różnych wersjach tej historii. Dziś interesuje nas ta późniejsza, której libretto opiera się na dramacie Shakespeare’a. A raczej to, co z niego wyciągnęła reżyserka Barbara Wysocka, której wizję przeniesiono do TWON z Semperoper w Dreźnie. I niestety od razu pojawia się problem zasadniczy, bo nie wyciągnęła nic. Jest to najbardziej anonimowy, letni i obojętny spektakl „Romea i Julii” (w jakiejkolwiek formie – operowej, baletowej, filmowej, teatralnej, musicalowej) z jakim miałam do czynienia. A widziałam ich wiele. Fabuła toczy się zgodnie z tekstem, czyli powinnam być wzruszona a nie poczułam nic, i nie ja jedna jak wynikało z rozmów po wszystkim. Na to, że będzie współcześnie (mniej lub więcej) byłam przygotowana, ale dlaczego znów w scenografii (Barbara Hanicka) przypominającej Rzym Mussolliniego? Można spokojnie podmieniać dekorację z tymi do „Toski”, nikt nie zauważy. Za to kostiumy, wyjątkowo paskudne i workowate (Julia Kornacka) wyglądają prawie bieżąco, co uroku ani charakteru im nie dodaje. No cóż, na dramę w stylu fashion trzeba w TWON poczekać rok, kiedy to pojawią się „Poławiacze pereł”, którzy sądząc po wiedeńskiej premierze przynajmniej od strony teatralnej zapowiadają się jeszcze gorzej. A wracając do nieśmiertelnych kochanków wszechczasów nudząc się potwornie na widowni naprawdę momentami żałowałam serdecznie, że akcji, jak w Izmirze na balecie Prokofiewa nie urozmaicił żaden uparty kot. Za to Wysocka użyła metody, której serdecznie nie cierpię dopowiadając znaczenie wydarzeń napisami na murach dekoracji. Dlaczego? Bo publiczność nie zrozumie inaczej jakie to bezcenne idee pprezentuje jej reżyserka? Do tego wszystkiego Robert Houssart nie bardzo wspomagał swoich solistów obdarzonych pięknymi głosami, ale raczej w rozmiarze Opery Krakowskiej niż TWON. No właśnie – protagoniści. Oboje młodzi, piękni, sympatyczni, wykonujący poprawnie zadania aktorskie, ale nie było między nimi żadnej chemii. Julia – Nina Minasyan ma głos nieduży, ale dźwięczny i okrągły, starała się najwyraźniej przekazać nim jakieś emocje, ale bez większego powodzenia. Nieco bardziej podobał mi się robiący ostatnio poważną karierę w Europie Bekhzod Davronov - tenor urodziwy zarówno w dźwiękach górnych jak dolnych i o ładnym frazowaniu, ale mam wrażenie, iż role belcantowe leżą mu lepiej, mógłby być na przykład uroczym Nemorinem. Sytuację ratowali trochę wykonawcy ról drugoplanowych z Rafałem Siwkiem na czele (nie ma to jak potężny bas), ale nie dla nich idzie się na „Romea i Julię”. Tym niemniej warto wymienić zawadiacką Zuzannę Nalewajek (jak zawsze atrakcyjną wokalnie w roli Stephano), Pawła Trojaka – Merkutia i Elżbietę Wróblewską, bardzo dobrą Gertrudę. W przyszłym sezonie kochankowie będą mieć twarze i głosy Gabrieli Legun i Piotra Buszewskiego, obawiam się, że ta inscenizacja im też nie pomoże.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz