sobota, 29 sierpnia 2026

Śmierć i dziewczyna - "Cyganeria" z Glyndebourne

Nowy sezon jeszcze nie wystartował, letnie festiwale powoli się kończą – czas sięgnąć do zasobów. A w nich czekała „Cyganeria” wystawiana w 2022 w Glyndebourne. Czekała, bo chociaż samo miejsce jest bliskie sercu, najpopularniejsza opera Pucciniego nie należy do moich ulubionych. W czasach kariery Mariusza Kwietnia przyswajałam ją w miarę często ze względu na jego Marcella, ale dziś… W warszawskim Teatrze Wielkim, w którym jako lokals bywam najczęściej „La Boheme” umknęła mi dwa razy – w obu wypadkach miałam bilet, w obu na widownię nie dotarłam. Z losem walczyć nie należy, więc trzeciej próby nie zaryzykuję. Ostatnią produkcją pechowego (dla mnie) dzieła, która zapisała się dobrze w pamięci była ta prezentowana przez Opera di Roma też w 2022. Ów miks filmu ze spektaklem live reżyserował Mario Martone , śpiewali Federica Lombardi i Jonathan Tetelman, wówczas jeszcze gwiazda wschodząca a dyrygował Michele Mariotti. Jeśli gdzieś w przepaściach sieci traficie na tę wersję – warto. Teraz zaś namawiam Was na poszukanie przedstawienia z Glyndebourne. Namawiam, bo jest ten rzadki przypadek, w którym wszystko się zgadza i grzeje serce – a na liście realizatorów nie ma żadnych wielkich nazwisk, co cieszy tym bardziej. Szczególnie zadowolone mogą być osoby zmęczone inscenizacjami wymagającymi lektury długich, zawiłych i nadętych tłumaczeń reżyserów zawartych w programach. Tego typu teksty i tak zazwyczaj (nie zawsze, ale jednak częściej niż rzadziej) niczego nie wyjaśniają, służą tylko kolejnej autoprezentacji ich autorów. Tymczasem przedstawienie powinno trafiać do widza wprost, bo i tak każdy z nas przefiltruje je przez własną wrażliwość i doświadczenie. I tak właśnie się dzieje w wypadku „Cyganerii” z Glyndebourne, w której jeśli nawet nie wszystko zgadza się stuprocentowo z literą, to z duchem na pewno tak. Scenografia (Dieuweke van Reij) jest nie tylko ta sama we wszystkich aktach, ale też ascetyczna i monochromatyczna. Znaleźliśmy się oto na paryskiej ulicy, z szarymi ścianami budynków z obu stron i stosem charakterystycznych, kawiarnianych krzesełek, które będą tworzyć odpowiednie miejsca akcji. Kostiumy (Jon Morrell) wpasowują się doskonale w ten pozbawiony żywszych barw klimat, tylko czerwone baloniki na początku i różowe kwiecie w końcówce dają temu światu żywsze akcenty, ale wbrew pozorom nie są świadectwem nadziei. Nie ma jej od początku, bo Mimi towarzyszy od pierwszej chwili śmierć czy też jej anioł, który w finale zabierze ją gdzieś w nieznane. Gdy Rodolpho i cala kompania patrzą na umierającą dziewczynę jej już tam nie ma, odchodzi razem ze swoim przewodnikiem w perspektywę uliczki. Może nie jest to rozwiązanie odkrywcze, ale robi potężne wrażenie. Po tym opisie możecie pomyśleć, że jest to spektakl ponury od startu, ale tak się nie dzieje nie tylko ze względu na energię muzyki. Radość i śmiech obecne w partyturze podkreśla młoda i niesłychanie witalna, a przy tym bardzo kompetentna wokalnie ekipa wykonawców. Yaritza Véliz, chilijska sopranistka, absolwentka Jette Parker Young Artists Programme przy ROH (trudno mi przyzwyczaić się do obecnej, długaśnej nazwy) jest zachwycającą Mimi. Ma nie tylko wdzięk i naturalność, które uwiarygodniają tę postać, ale też ciepło w głosie. Przy tym jej prowadzenie frazy też brzmi właśnie naturalnie – ona śpiewa tak, jakby mówiła, jakby to był jedyny możliwy środek komunikacji. Jej Rodolpho, chiński tenor Long Long, znany w Polsce z Konkursu Moniuszkowskiego (był tam trzeci, powinien być wyżej) miał podobno problemy z wizą i nie dotarł na czas na premierę. Aż żal premierowych widzów. Nie bardzo pojmuję dlaczego Long Long nie został (jeszcze?) supergwiazdą, bo dysponuje ku temu wszelkimi atutami. Jego glos brzmi promiennie, swobodnie, słychać, że zwłaszcza w górnym odcinku skali ma jeszcze zapas. Przy tym śpiewak tworzy naprawdę udaną kreację aktorską. Mimi i Rodolpho są w tym spektaklu wzruszający, mają ze sobą silną chemię, świetnie śpiewają – czego chcieć więcej? Głównej parze towarzyszy mocna grupa wykonawców drobniejszych ról – Daniel Scofield jako Marcello, Ivo Stanchev – Colline, Luthando Qave – Schaunard (troszkę mi przeszkadza groszek w jego głosie, ale to kwestia preferencji osobistych). Mniej przekonuje mnie do siebie powszechnie chwalona Vuvu Mpofu jako Musetta, której sopran odbieram jako nieco płaski i ostry na krańcach. Trzeba jednak przyznać, że tworzy bardzo sympatyczną rolę. Christopher Lemmings jestł tym złowieszczym widmem, które finalnie odbiera nam protagonistkę. Orkiestra prowadzona przez Jordana de Souzę miękko i raczej lirycznie nie podkreśla charakterystycznych cech instrumentacji Pucciniego, ale współtworzy klimat melancholii i fatalizmu obecny w tym, co widzimy na scenie. Aha – dopisuję sobie nazwisko reżysera do tych, które trzeba uważnie śledzić. Floris Visser tą produkcją udowadnia, że można być w zgodzie przede wszystkim z autorami i nie wyprowadzać siebie na plan pierwszy. A przy tym nie zanudzić publiczności, która przecież często doskonale zna prezentowane dzieło. A mając, tak jak tu grupę świetnych wykonawców i współpracowników nawet ją wzruszyć.

środa, 19 sierpnia 2026

U Ceci na urodzinach - "Il viaggio a Reims" w Salzburgu

W 1825 Gioacchino Rossini mieszkał już w Paryżu, miał 33 lata i mnóstwo dzieł w swoim portfolio. Tylko … już nie bardzo mu się chciało. Przed nim było jeszcze całkiem sporo życia (zmarł w 1868), ale niedużo oper, które porzucił zaledwie 4 lata później oddając się przyjemnościom kuchni i z rzadka komponując muzykę sakralną. Na razie jednak trzeba było wypełnić zaszczytne zobowiązanie kontraktowe i dostarczyć okolicznościowy utwór mający uczcić koronację Karola X. Luigi Balochi dostarczył libretto, które raczej nie mogło maestra zainspirować - było nudne, przeładowane, cierpiało na nadmiar zaangażowanych w wątłą akcję postaci, za to przedstawienie musiałoby trwać nieskończenie długo. I na premierze 19 czerwca 1825 tyle właśnie trwało – bite trzy godziny. Publiczność okazała uprzejmość, ale nic ponadto a „Il viaggio a Reims” zyskało wątpliwą sławę najdłuższej jednoaktówki świata. Rossini wszystkie te cechy własnego dziecięcia dostrzegał i wycofał je po zaledwie trzech spektaklach. Ale – jak to on zrecyklingował materiał i jego część umieścił w „Hrabim Ory”. Znalazł się jednak ktoś, kto po latach (słusznego?) zapomnienia poskładał fragmenty, które zdążyły już rozejść się po całej Europie i przywołał rzecz na scenę. A że był to Claudio Abbado obsadę zapewnił zacną i opera święciła triumfy. Do tego stopnia, że nie należąc do najpopularniejszych dzieł Rossiniego pozostała jednak w repertuarze i od czasu do czasu ktoś decyduje się ją wystawić. Na taki krok ważyła się Cecilia Bartoli, dyrektor salzburskiego Festiwalu Zielonoświątkowego – a jej niedomiaru brawury nikt przy zdrowych zmysłach nie zarzuci. Reżyserię oddała w ręce Barriego Kosky, co już było dziwne, bo jest to reżyser znany raczej z równowagi i elegancji. A tu należało zrobić coś, żeby zamaskować kantatowy charakter utworu i rozruszać nieco akcję. Kosky zrobił dużo więcej – stworzył, w ścisłej współpracy ze swoją divą coś tak szalonego, że jako żywo zapewne nikt patrząc na efekt nie rozpoznałby go po „charakterze pisma’. Nie wiem kto – reżyser czy pani dyrektor wpadł na ryzykowny pomysł, żeby zamiast koronacji uczynić bohaterów uczestnikami imprezy urodzinowej „najwspanialszej śpiewaczki świata”, niejakiej … Ceci, a miała ona z tej okazji dać recital w katedrze w Reims. Co, oczywiście się nie udało. Przepisano więc kilka dialogów, ale dalej akcja mniej więcej zgadzała się z oryginałem. Muszę przyznać (chociaż wcale nie chcę), że Barrie Kosky potężnie mnie rozczarował. Na scenie panowało nie tyle zwariowane poczucie humoru (ono samo jest bowiem kwestią delikatną i wysoce indywidualną), a raczej potężny chaos ekstremalnie farsowej natury. Reżyser postawił na podkreślanie nadmiaru, którym utwór się charakteryzuje i nie zrobiło mu to dobrze. Z czasem, mimo wszystkich „dowcipnych”, wściekle jaskrawych kostiumów (Victoria Behr) i takich też zachowań bohaterów robiło się coraz nudniej. Ileż można się śmiać z powtarzanych w kółko tych samych dowcipasów czy napawać karykaturalnymi manierami postaci? Ileż można się bawić obserwując panie i panów zmieniających ustawicznie obiekty swoich seksualnych zainteresowań i znikających co chwila za innymi hotelowymi drzwiami? Chichotać dwuznacznie na widok akcesoriów BDSM jednej z postaci? Bardzo chciałabym się ubawić setnie, ale nie tym razem. A dodać należy, że Cecilia Bartoli rzeczywiście 4 czerwca obchodziła 60-te urodziny i do spektaklu dołożono jeszcze celebrację gwiazdy. Ceci wyskoczyła z tortu już w cywilnej kreacji, laudację wygłosił Barrie Kosky, poprowadził Rolando Villazon, zaśpiewał „gigantic” Placido Domingo z fortepianowym towarzyszeniem „great” Antonio Pappano, popisali się też Pretty Yende, Lang Lang i Maxim Vengerov ze swoim trio. Nie obyło się bez nieśmiertelnego przy wszelkich tego typu zdarzeniach toastu z „Traviaty”. Co w sumie było miłe, zwłaszcza dla jubilatki, ale jeszcze wydłużyło niemiłosiernie ciągnący się spektakl. I to by było na tyle … Zaraz, zaraz a czy ktoś tym dyrygował, ktoś poza gwiazdą śpiewał? A i owszem, nawet całkiem nieźle. Właśnie tak – nie świetnie, ale całkiem w porządku. Jaka jest Bartoli każdy słyszy i albo ją kocha w całości albo znieść nie może. Są jeszcze tacy jak ja, chociaż chyba w mniejszości, którzy szanują i nawet trochę lubią panią Cecilię bez darzenia jej gwałtownymi emocjami (w jedną lub drugą stronę). Na moje uszy jej Corinna jest całkiem udaną kreacją wokalną – oczywiście głos już nie tak giętki i ruchliwy jak kiedyś, ale wciąż brzmi jak trzeba. A jednak Tara Erraught (Madama Cortese) czy Mélissa Petit (contessa di Folleville) zaprezentowały się swobodniej i lepiej. Z licznej obsady męskiej wyróżnili się Florian Sempey (Don Profondo), który brawurowo wykonał jedyny hit tej opery – „Medaglie incomparabili” oraz Ildebrando d’Arcangelo (lord Sidney). Les Musiciens du Prince — Monaco sprawnie i energicznie zadyrygował doświadczony Gianluca Capuano. W sumie - jeśli macie 3,5 godziny wolnego czasu można je poświęcić „Il viaggio a Reims”, ale dla mnie to doświadczenie okazało się dosyć męczące. Na wypadek, gdybyście nie mieli dość – tegoroczny festiwal w Pesaro wystawia … „Il viaggio a Reims” siłami Accademia Rossiniana . Opera Vision transmitowała już obsadę A, jutro będzie obsada B. Reżyserował Emilio Sagi. Może warto chociaż zajrzeć i sprawdzić, jak też młodzi śpiewacy dają sobie radę z Rossinim.

niedziela, 9 sierpnia 2026

Lato festiwalowe 2026 - "Carmen" w Salzburgu

Ile razy widzieliście/słyszeliście „Carmen”? Nowicjusz zapewne potrafi odpowiedzieć na to pytanie, ale jeśli ktoś kocha sztukę liryczną nieco dłużej i nie prowadzi dziennika na bank nie potrafi policzyć. Gorzej, zapewne wydaje mu się, że przynajmniej widział już wszystko i kiedy znów ma do czynienia z prawdopodobnie, może obok „Traviaty” najpopularniejszą operą świata marzy już tylko o tym, żeby od strony muzycznej było co najmniej dobrze. Bo w sensie teatralnym zrealizowano już na scenie sporo koncepcji interesujących, kilka wspaniałych, niepoliczalną ilość przeciętnych i niestety mnóstwo złych (oraz trochę koszmarnych). A jednak idąc do teatru czy włączając transmisję ciągle bywa się ciekawym kim tym razem będą bohaterowie i jakimi ich zobaczymy, przynajmniej ja tak mam. Tym razem na papierze przedstawienie z Salzburga nie wyglądało zachęcająco. Reżyserię powierzono Gabrieli Carrizo, a ja chyba cierpię na coś w rodzaju alergii na choreografów robiących opery – kojarzą mi się z naturalnym skupieniem uwagi na własnej specjalności i odwracaniu jej od tego, co powinno być istotne. Ale może Carrizo, współzałożycielka belgijskiego teatru tańca o intrygującej i efekciarskiej nazwie Peeping Tom będzie moim środkiem antyhistaminowym, wszystko się może zdarzyć. Drugim powodem uczucia lekkiej rezerwy, z jakim siadałam przed ekranem była Asmik Gregorian. Nie dlatego, żebym nie doceniała jej klasy wykonawczej, jeśli czytaliście kilka moich tekstów wiecie, że na pewno nie o to chodzi. Natomiast wszechobecność gwiazdy zaczyna mnie przerażać i nie wiem czy występuje u niej niebywała wszechstronność, czy to już wszystkoizm. Podobno dobrego nigdy nie za dużo, ale obawiam się, że taki tryb pracy może zaszkodzić przede wszystkim jej głosowi, a tego bym za nic nie chciała. Znamy wszyscy takie przypadki – z najsłynniejszym – Callas – na czele. Obawy obawami, a zawsze rzeczywistość może się okazać całkiem inna, niż nam się zdawało oraz zrewidować nasze poglądy. Tak więc włączyłam sobie „Carmen” z Salzburga i… ku memu ogromnemu strapieniu wszystkie przewidywania sprawdziły się co do joty. Carrico najwyraźniej przeszkadzali ci niepotrzebni osobnicy, którzy musieli pętać się po scenie i wydawać jakieś dźwięki okropnie zaburzając jej choreografię. Gdyby chociaż ta choreografia była dobra, ale nie – była banalna do bólu i upstrzona, jak całe to przedstawienie „pomysłami”. Po scenie biegała rogacizna różnej, nie tylko byczej proweniencji, miotał się facet w aureoli (w czasie arii Micaeli) a podczas kupletów Escamilla jego samego ukryto w głębokim cieniu, podczas gdy światło pokazywało nam chłopię w odnośnym kostiumie to ogarnięte agonalnymi drgawkami, to znów wypinające kusząco. Uroczy ów młodzieniec w jadowicie różowych pończoszkach powrócił potem, by wziąć udział jako trzeci w pojedynku nożowniczym Jose i Escamilla. Nie zabrakło, a jakże, pana w czerwonej halce podrygującego we wstępie do ostatniego aktu. A wiecie, kto finalnie okazał się winien finałowej tragedii? Ano uważajcie, bo będzie jak w kiepskim dowcipie - teściowa. Mamusia Jose, obecna w tym towarzystwie nie wiedzieć czemu towarzyszyła synkowi i swojej (bo raczej nie jego) wybrance w duecie z pierwszego aktu. Była też u Lillas Pastii i kiedy Carmen rozgniotła na twarzy sierżanta ciasto z kremem dzielna ta niewiasta rzuciła się ratować wypiek, jak to czynią straszne mieszczanki. Dodatkowo pani reżyser próbowała nas straszyć męskim światem przemocy. Żołnierze torturowali więźnia, uczyli małego chłopca strzelać itd. Wyrafinowane. Właściwie jedyną koncepcją, z którą można dyskutować, ale która nie wydaje się tak wytarta i zużyta była sama postać Carmen. Nie musiała grać ostentacyjnie seksownej, wydawała się normalną kobietą, tyle, że wiedzącą czego chce a czego nie i gotowa jest za to zapłacić. Zostało to przez Asmik Gregorian znakomicie wykonane aktorsko, nieco gorzej ze stroną wokalną. Nie źle, ale jakoś anonimowo. Gregorian ma głos bardzo świetlisty, ale nie jest on szczególnie bogaty w barwy i odcienie, nie ma też potrzebnej Carmen zmysłowości (bo o ile bohaterka nie musi być cielesnym demonem seksu, w głosie erotyzm być powinien, chociaż niekoniecznie na pierwszym planie). To, że dołu skali momentami brakowało raczej niespodzianki nie stanowiło. Jonathan Tetelman okazał się bardzo dobrym Jose – głos pełen blasku, z pięknie swobodną górą, pełnym dołem i efektowną średnicą, efektowna też kreacja aktorska – brawo. Kiedy wreszcie tych dwoje w finale zostawiono na scenie samych ze sceny iskrzyło. Kristina Mkhitaryan, promienna Micaela takiej szansy nie dostała, ale śpiewała znakomicie. Davide Luciano jako Escamillo był nieoczekiwanie sympatyczny, ale, jak to baryton przy dobrej górze skali z dołem miał pewne kłopoty. Od strony wokalnej postacie drugoplanowe, a jest ich w „Carmen” sporo nie wypadły najlepiej. Chóry – OK. Teodor Currentzis dyrygował swoją Utopia Orchestra jak to on – bez wyczucia szczegółu, bez subtelności i za głośno. P.S. Dziś wieczorem wracam do Salzburga i tym razem już się cieszę na „Podróż do Reims” w dobrej obsadzie i z reżyserii Barriego Kosky. Do zobaczenia.