niedziela, 9 sierpnia 2026

Lato festiwalowe 2026 - "Carmen" w Salzburgu

Ile razy widzieliście/słyszeliście „Carmen”? Nowicjusz zapewne potrafi odpowiedzieć na to pytanie, ale jeśli ktoś kocha sztukę liryczną nieco dłużej i nie prowadzi dziennika na bank nie potrafi policzyć. Gorzej, zapewne wydaje mu się, że przynajmniej widział już wszystko i kiedy znów ma do czynienia z prawdopodobnie, może obok „Traviaty” najpopularniejszą operą świata marzy już tylko o tym, żeby od strony muzycznej było co najmniej dobrze. Bo w sensie teatralnym zrealizowano już na scenie sporo koncepcji interesujących, kilka wspaniałych, niepoliczalną ilość przeciętnych i niestety mnóstwo złych (oraz trochę koszmarnych). A jednak idąc do teatru czy włączając transmisję ciągle bywa się ciekawym kim tym razem będą bohaterowie i jakimi ich zobaczymy, przynajmniej ja tak mam. Tym razem na papierze przedstawienie z Salzburga nie wyglądało zachęcająco. Reżyserię powierzono Gabrieli Carrizo, a ja chyba cierpię na coś w rodzaju alergii na choreografów robiących opery – kojarzą mi się z naturalnym skupieniem uwagi na własnej specjalności i odwracaniu jej od tego, co powinno być istotne. Ale może Carrizo, współzałożycielka belgijskiego teatru tańca o intrygującej i efekciarskiej nazwie Peeping Tom będzie moim środkiem antyhistaminowym, wszystko się może zdarzyć. Drugim powodem uczucia lekkiej rezerwy, z jakim siadałam przed ekranem była Asmik Gregorian. Nie dlatego, żebym nie doceniała jej klasy wykonawczej, jeśli czytaliście kilka moich tekstów wiecie, że na pewno nie o to chodzi. Natomiast wszechobecność gwiazdy zaczyna mnie przerażać i nie wiem czy występuje u niej niebywała wszechstronność, czy to już wszystkoizm. Podobno dobrego nigdy nie za dużo, ale obawiam się, że taki tryb pracy może zaszkodzić przede wszystkim jej głosowi, a tego bym za nic nie chciała. Znamy wszyscy takie przypadki – z najsłynniejszym – Callas – na czele. Obawy obawami, a zawsze rzeczywistość może się okazać całkiem inna, niż nam się zdawało oraz zrewidować nasze poglądy. Tak więc włączyłam sobie „Carmen” z Salzburga i… ku memu ogromnemu strapieniu wszystkie przewidywania sprawdziły się co do joty. Carrico najwyraźniej przeszkadzali ci niepotrzebni osobnicy, którzy musieli pętać się po scenie i wydawać jakieś dźwięki okropnie zaburzając jej choreografię. Gdyby chociaż ta choreografia była dobra, ale nie – była banalna do bólu i upstrzona, jak całe to przedstawienie „pomysłami”. Po scenie biegała rogacizna różnej, nie tylko byczej proweniencji, miotał się facet w aureoli (w czasie arii Micaeli) a podczas kupletów Escamilla jego samego ukryto w głębokim cieniu, podczas gdy światło pokazywało nam chłopię w odnośnym kostiumie to ogarnięte agonalnymi drgawkami, to znów wypinające kusząco. Uroczy ów młodzieniec w jadowicie różowych pończoszkach powrócił potem, by wziąć udział jako trzeci w pojedynku nożowniczym Jose i Escamilla. Nie zabrakło, a jakże, pana w czerwonej halce podrygującego we wstępie do ostatniego aktu. A wiecie, kto finalnie okazał się winien finałowej tragedii? Ano uważajcie, bo będzie jak w kiepskim dowcipie - teściowa. Mamusia Jose, obecna w tym towarzystwie nie wiedzieć czemu towarzyszyła synkowi i swojej (bo raczej nie jego) wybrance w duecie z pierwszego aktu. Była też u Lillas Pastii i kiedy Carmen rozgniotła na twarzy sierżanta ciasto z kremem dzielna ta niewiasta rzuciła się ratować wypiek, jak to czynią straszne mieszczanki. Dodatkowo pani reżyser próbowała nas straszyć męskim światem przemocy. Żołnierze torturowali więźnia, uczyli małego chłopca strzelać itd. Wyrafinowane. Właściwie jedyną koncepcją, z którą można dyskutować, ale która nie wydaje się tak wytarta i zużyta była sama postać Carmen. Nie musiała grać ostentacyjnie seksownej, wydawała się normalną kobietą, tyle, że wiedzącą czego chce a czego nie i gotowa jest za to zapłacić. Zostało to przez Asmik Gregorian znakomicie wykonane aktorsko, nieco gorzej ze stroną wokalną. Nie źle, ale jakoś anonimowo. Gregorian ma głos bardzo świetlisty, ale nie jest on szczególnie bogaty w barwy i odcienie, nie ma też potrzebnej Carmen zmysłowości (bo o ile bohaterka nie musi być cielesnym demonem seksu, w głosie erotyzm być powinien, chociaż niekoniecznie na pierwszym planie). To, że dołu skali momentami brakowało raczej niespodzianki nie stanowiło. Jonathan Tetelman okazał się bardzo dobrym Jose – głos pełen blasku, z pięknie swobodną górą, pełnym dołem i efektowną średnicą, efektowna też kreacja aktorska – brawo. Kiedy wreszcie tych dwoje w finale zostawiono na scenie samych ze sceny iskrzyło. Kristina Mkhitaryan, promienna Micaela takiej szansy nie dostała, ale śpiewała znakomicie. Davide Luciano jako Escamillo był nieoczekiwanie sympatyczny, ale, jak to baryton przy dobrej górze skali z dołem miał pewne kłopoty. Od strony wokalnej postacie drugoplanowe, a jest ich w „Carmen” sporo nie wypadły najlepiej. Chóry – OK. Teodor Currentzis dyrygował swoją Utopia Orchestra jak to on – bez wyczucia szczegółu, bez subtelności i za głośno. P.S. Dziś wieczorem wracam do Salzburga i tym razem już się cieszę na „Podróż do Reims” w dobrej obsadzie i z reżyserii Barriego Kosky. Do zobaczenia.