środa, 19 sierpnia 2026

U Ceci na urodzinach - "Il viaggio a Reims" w Salzburgu

W 1825 Gioacchino Rossini mieszkał już w Paryżu, miał 33 lata i mnóstwo dzieł w swoim portfolio. Tylko … już nie bardzo mu się chciało. Przed nim było jeszcze całkiem sporo życia (zmarł w 1868), ale niedużo oper, które porzucił zaledwie 4 lata później oddając się przyjemnościom kuchni i z rzadka komponując muzykę sakralną. Na razie jednak trzeba było wypełnić zaszczytne zobowiązanie kontraktowe i dostarczyć okolicznościowy utwór mający uczcić koronację Karola X. Luigi Balochi dostarczył libretto, które raczej nie mogło maestra zainspirować - było nudne, przeładowane, cierpiało na nadmiar zaangażowanych w wątłą akcję postaci, za to przedstawienie musiałoby trwać nieskończenie długo. I na premierze 19 czerwca 1825 tyle właśnie trwało – bite trzy godziny. Publiczność okazała uprzejmość, ale nic ponadto a „Il viaggio a Reims” zyskało wątpliwą sławę najdłuższej jednoaktówki świata. Rossini wszystkie te cechy własnego dziecięcia dostrzegał i wycofał je po zaledwie trzech spektaklach. Ale – jak to on zrecyklingował materiał i jego część umieścił w „Hrabim Ory”. Znalazł się jednak ktoś, kto po latach (słusznego?) zapomnienia poskładał fragmenty, które zdążyły już rozejść się po całej Europie i przywołał rzecz na scenę. A że był to Claudio Abbado obsadę zapewnił zacną i opera święciła triumfy. Do tego stopnia, że nie należąc do najpopularniejszych dzieł Rossiniego pozostała jednak w repertuarze i od czasu do czasu ktoś decyduje się ją wystawić. Na taki krok ważyła się Cecilia Bartoli, dyrektor salzburskiego Festiwalu Zielonoświątkowego – a jej niedomiaru brawury nikt przy zdrowych zmysłach nie zarzuci. Reżyserię oddała w ręce Barriego Kosky, co już było dziwne, bo jest to reżyser znany raczej z równowagi i elegancji. A tu należało zrobić coś, żeby zamaskować kantatowy charakter utworu i rozruszać nieco akcję. Kosky zrobił dużo więcej – stworzył, w ścisłej współpracy ze swoją divą coś tak szalonego, że jako żywo zapewne nikt patrząc na efekt nie rozpoznałby go po „charakterze pisma’. Nie wiem kto – reżyser czy pani dyrektor wpadł na ryzykowny pomysł, żeby zamiast koronacji uczynić bohaterów uczestnikami imprezy urodzinowej „najwspanialszej śpiewaczki świata”, niejakiej … Ceci, a miała ona z tej okazji dać recital w katedrze w Reims. Co, oczywiście się nie udało. Przepisano więc kilka dialogów, ale dalej akcja mniej więcej zgadzała się z oryginałem. Muszę przyznać (chociaż wcale nie chcę), że Barrie Kosky potężnie mnie rozczarował. Na scenie panowało nie tyle zwariowane poczucie humoru (ono samo jest bowiem kwestią delikatną i wysoce indywidualną), a raczej potężny chaos ekstremalnie farsowej natury. Reżyser postawił na podkreślanie nadmiaru, którym utwór się charakteryzuje i nie zrobiło mu to dobrze. Z czasem, mimo wszystkich „dowcipnych”, wściekle jaskrawych kostiumów (Victoria Behr) i takich też zachowań bohaterów robiło się coraz nudniej. Ileż można się śmiać z powtarzanych w kółko tych samych dowcipasów czy napawać karykaturalnymi manierami postaci? Ileż można się bawić obserwując panie i panów zmieniających ustawicznie obiekty swoich seksualnych zainteresowań i znikających co chwila za innymi hotelowymi drzwiami? Chichotać dwuznacznie na widok akcesoriów BDSM jednej z postaci? Bardzo chciałabym się ubawić setnie, ale nie tym razem. A dodać należy, że Cecilia Bartoli rzeczywiście 4 czerwca obchodziła 60-te urodziny i do spektaklu dołożono jeszcze celebrację gwiazdy. Ceci wyskoczyła z tortu już w cywilnej kreacji, laudację wygłosił Barrie Kosky, poprowadził Rolando Villazon, zaśpiewał „gigantic” Placido Domingo z fortepianowym towarzyszeniem „great” Antonio Pappano, popisali się też Pretty Yende, Lang Lang i Maxim Vengerov ze swoim trio. Nie obyło się bez nieśmiertelnego przy wszelkich tego typu zdarzeniach toastu z „Traviaty”. Co w sumie było miłe, zwłaszcza dla jubilatki, ale jeszcze wydłużyło niemiłosiernie ciągnący się spektakl. I to by było na tyle … Zaraz, zaraz a czy ktoś tym dyrygował, ktoś poza gwiazdą śpiewał? A i owszem, nawet całkiem nieźle. Właśnie tak – nie świetnie, ale całkiem w porządku. Jaka jest Bartoli każdy słyszy i albo ją kocha w całości albo znieść nie może. Są jeszcze tacy jak ja, chociaż chyba w mniejszości, którzy szanują i nawet trochę lubią panią Cecilię bez darzenia jej gwałtownymi emocjami (w jedną lub drugą stronę). Na moje uszy jej Corinna jest całkiem udaną kreacją wokalną – oczywiście głos już nie tak giętki i ruchliwy jak kiedyś, ale wciąż brzmi jak trzeba. A jednak Tara Erraught (Madama Cortese) czy Mélissa Petit (contessa di Folleville) zaprezentowały się swobodniej i lepiej. Z licznej obsady męskiej wyróżnili się Florian Sempey (Don Profondo), który brawurowo wykonał jedyny hit tej opery – „Medaglie incomparabili” oraz Ildebrando d’Arcangelo (lord Sidney). Les Musiciens du Prince — Monaco sprawnie i energicznie zadyrygował doświadczony Gianluca Capuano. W sumie - jeśli macie 3,5 godziny wolnego czasu można je poświęcić „Il viaggio a Reims”, ale dla mnie to doświadczenie okazało się dosyć męczące. Na wypadek, gdybyście nie mieli dość – tegoroczny festiwal w Pesaro wystawia … „Il viaggio a Reims” siłami Accademia Rossiniana . Opera Vision transmitowała już obsadę A, jutro będzie obsada B. Reżyserował Emilio Sagi. Może warto chociaż zajrzeć i sprawdzić, jak też młodzi śpiewacy dają sobie radę z Rossinim.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz