Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania samotność don giovanniego, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania samotność don giovanniego, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 lutego 2014

Samotność Don Giovanniego - ROH 2014

>Moje życie z “Don Giovannim”< - to byłby piękny tytuł pamiętników. Widziałam już tyle produkcji, w teatrze, w kinie i na DVD że chyba mogłabym zaryzykować. A jednak ciągle nie mam dosyć, i chociaż znalazłam już „swoją” każda nowa wywołuje miły dreszczyk emocji. W czasach internetu niemal niemożliwe jest przyjmowanie spektaklu całkowicie na świeżo, chyba, że masz żelazną wolę i potrafisz zignorować liczne recenzje, tak profesjonalne jak blogowe.  Nawet udając się na premierę (czego w miarę możliwości unikam) ma się często głowę pełną informacji – a to jakiś wywiad z reżyserem, a to seria zdjęć z prób -  i chcąc nie chcąc nabiera jakiegoś stosunku do czegoś, czego się na oczy nie widziało i na uszy nie słyszało. Tym razem relacje były bardzo rozstrzelone i nawzajem ze sobą sprzeczne (na szczęście nie w kwestiach muzycznych) – od autentycznego entuzjazmu do krańcowej niechęci. Wywołały w moją sporą dezorientację, ale i tak zasiadłam w fotelu obarczona pewna dozą podejrzliwości, jako, że poprzednia próba Kaspera Holtena zmierzenia się z utworem była nieudana (film „Juan”). Tym razem jednak czekało na mnie rozczarowanie z gatunku tych, które tygrysy lubią najbardziej. Holten, mając do dyspozycji rewelacyjny team śpiewaczy i świetny zespół współpracowników dokonał rzeczy zdumiewającej – pokazał nam „Don Giovanniego” tak, jak chyba nikt tego jeszcze nie zrobił. A raczej Don Giovanniego, bo w tej produkcji od pierwszej do ostatniej minuty nie było żadnej wątpliwości o kim jest ta historia i kto jest w niej najważniejszy. Uwodziciel wszechczasów bywa na scenie prezentowany różnie: jako socjopata czy wręcz psychopata, jako banalny podrywacz przeciętniak, jako „siła natury”, jako elegancki i zdystansowany ironista, wreszcie jako istota transcendentna, bardziej ucieleśnienie idei niż   prawdziwy bohater. Ale właściwie żaden reżyser nie zobaczył w nim człowieka. Aż do tej chwili. Zacznijmy jednak jak należy, od uwertury. Niestety, nie wróżyła ona dobrze całości, bo Nicola Luisotti najwyraźniej uznał, że dostosowanie się do ogólnej koncepcji wymaga maksymalnego zwolnienia tempa. Pomijając już ten drobny fakt, że nie tak zapisał to w partyturze Mozart wolno nie musi znaczyć dramatycznie a szybko wesoło … Ta tendencja była widoczna w czasie całego spektaklu, czasem mniej przeszkadzała, czasem więcej. Trzeba jednak przyznać, że Luisotti dobrze współpracował ze śpiewakami i nie popełnił największego grzechu przeciwko Mozartowi - nie uczynił z niego grzmiącego niczym Beethoven symfonika. Po odsłonięciu kurtyny ukazuje się dwupoziomowa dekoracja  - dom z licznymi drzwiami, balkonami i schodami. W sumie nic szczególnego, ale w miarę rozwoju akcji zaczyna się dostrzegać, że wyświetlane na nim projekcje wideo nie służą tylko temu aby było ładniej czy ciekawiej. One mają reprezentować stany ducha głównego bohatera, mają widzowi pomóc w ich zrozumieniu. Wydaje się, że zapisane odręcznie kobiece imiona, które widzimy jako pierwsze, to nie tylko słynny rejestr podbojów – to także osobiste wspomnienia Giovanniego.  Holten rozwiewa odwieczne wątpliwości „czy to był gwałt?”. Oczekujący na zakończenie rozrywek szefa Leporello wypisuje na ścianie „Anna”   zaś my widzimy na balkonie parę w stanie postkoitalnego rozleniwienia i zadowolenia. Kobieta czule żegna kochanka i dopiero pojawienie się Komandora uruchamia odruch obronny złapanej na gorącym uczynku „zhańbionej” . W takiej sytuacji niektóre prababcie doradzały pragmatycznie nie przyznawać się żeby tam nie wiem co. Tak też czyni Anna. Co nie przeszkodzi jej rzucić się w ramiona Giovanniego, gdy nieszczęsny Ottavio będzie na przedzie sceny deklarował, co też jest w stanie zrobić „Dalla sua pace”. Biedak jest w tej produkcji znacznie młodszy od swej narzeczonej, rozczulająco naiwny i szczery. Może właśnie tu leży przyczyna końcowego odrzucenia wezwania kochanka przez niewierną narzeczoną (w czasie „Non mi dir”), może ona też dostrzegła zalety Ottavia? Nieważne – ważny jest Don Giovanni. Też dziwnie kruchy mimo całej otoczki
machismo. Ma podstawowy problem – potrzebuje innych ludzi bardziej, niż oni jego. Każdą kobietę uwodzi inaczej , dla każdej chce być taki, jakim ona go pragnie. Dla Anny ma stanowić seksualną odskocznię od nudnego małżeństwa, dla Zerliny być możnym protektorem i nauczycielem prawdziwej zmysłowości (fantastyczne „La ci darem” -  to, jak Giovanni zdejmuje z ręki dziewczęcia rękawiczkę ślubną i dotyka jej nagiej dłoni jest niezmiernie erotyczne i warte tuzinów bezpośrednich obłapianek), dla masochistycznej Elviry – ukochanym słodkim draniem, W ten sposób nie tworzy się prawdziwych związków, a Giovanni rozpaczliwie ich potrzebuje. Właściwie nie odrzuca żadnej ze swych dawnych konkiet, wszystkim  próbuje dać wszystko (w czasie, gdy Leporello wymienia podboje patrona, ten … czule pieści zrozpaczoną Elvirę). Złe rzeczy, podłe zachowania przychodzą mu jakby mimochodem, przypadkiem (nie da się przypisać mu całości winy za śmierć Komandora). Widmo zabitego, które widuje częściej, niżby to wynikało z libretta to prywatny demon Giovanniego, jego wyrzut sumienia, uosobienie panicznego strachu przed samotnością i odrzuceniem. Bo piekło to, przeciwnie niż u Satre’a wcale nie inni, ale ich brak, osobność. Lęk Giovanniego jest tak silny, że stanowi samospełniającą przepowiednię, nie pozwala mu dostrzec  miłości Elviry i Leporella. W tej produkcji Leporello jest bardziej przyjacielem niż służącym Giovanniego i bezsilnie przypatruje się w drugim akcie jego pogrążaniu się w rozpacz i szaleństwo. Usiłuje go ukołysać, ukoić jak dziecko, delikatnie, z czułością. Za późno. Ci z Państwa, którzy spektaklu nie widzieli nawet z mojego nieudolnego opisu mogą wywnioskować, że, podoba się nam ta interpretacja czy nie, akceptujemy ją czy wszystko się jej w nas sprzeciwia należy oddać Holtenowi sprawiedliwość – takiego Don Giovanniego chyba jeszcze nie było. Oczywiście reżyser nie jest jedynym autorem tego sukcesu i bardzo mnie ciekawi jak produkcja będzie wyglądać we wznowieniach w przyszłych sezonach, kiedy zabraknie w niej Mariusza Kwietnia. To on musiał udźwignąć ciężar tej koncepcji, zagrać tę skomplikowaną rolę i nie bać się ominąć utarte szlaki. 12.02 Kwiecień wystąpił jako Don Giovanni już po raz setny, ale do jego kreacji nie zakradło się ani trochę rutyny (tak widocznej w Met) – był fantastyczny! Także wokalnie – on się urodził do Mozarta (chociaż wiem ze stuprocentowa pewnością, że on sam by się ze mną nie zgodził). To nie tylko aksamitny, pełny głos, ale także szacunek dla tekstu i techniczne mistrzostwo. Jakoś tak dziwnie się dzieje, że gdy Kwiecień śpiewa arię szampańską, każde słowo jest doskonale zrozumiałe niezależnie od tego jak karkołomne tempo zafundował mu dyrygent. A nikt, nawet Peter Mattei nie wykonuje serenady tak welwetowo i uwodzicielsko jak on. Kwietniowa charyzma na jednych działa, na innych nie, ale pewnych zalet odmówić mu nie sposób, zwłaszcza porywającego aktorstwa.  Tym razem miał cudowne wsparcie w postaci naprawdę niebywałego zespołu kolegów, wokalnie znakomitych. Podobali mi się prawie wszyscy z wyjątkiem Dawida Kimberga - Masetta (ale on tez był akceptowalny), najbardziej Véronique Gens (przepięknie zaśpiewane „Mi tradi”) i Alex Esposito. Gens, pomimo okazjonalnych zaostrzeń głosu stworzyła wiarygodną kreację kobiety, która nie może uchronić uwielbianego mężczyzny przed nim samym. Alexa Esposito widziałam jako Leporella po raz kolejny, w tym drugi u boku Kwietnia. Ale jak różna to była rola niż zazwyczaj i jak wspaniale brzmiał głos o idealnej wadze – giętki, pełny, ładny. Malin Byström miała do zagrania nieco inną postać niż zazwyczaj, ale podołała trudnemu zadaniu a śpiewała doskonale jasnym ale mocnym sopranem. Wyraźnie dramatyczne inklinacje nie przeszkodziły jej w zaokrągleniu brzmienia w „Non mi dir”, uniknęła też krzyku. Don Ottavio, Antonio Poli (laureat Operaliów 2012) stworzył ujmującą postać sceniczną, o co w tej roli niezmiernie trudno. Młody, romantyczny, zakochany, skrzywdzony – zupełnie inny niż zazwyczaj. Dysponuje ładnym, dźwięcznym chociaż niezbyt silnym tenorem i wydaje się bardzo dobrze rozumieć istotę mozartowskiego stylu. Elizabeth Watts była Zerliną, którą można by określić określeniem wziętym wprost z dawnego serialu – cwana bestia. Głosowo wykazała się sprawnością, chociaż raczej nie olśniewała. Alexandrowi Tsymbalyukowi przypadło w udziale trudne zadanie – poza pierwsza sceną musiał zagrać nie tyle człowieka, co wcielenie lęków Don Giovanniego. Udało się, także dzięki aksamitnemu brzmieniu jego potężnego głosu. Warto wymienić, poza śpiewakami kilka nazwisk współtwórców produkcji – scenografkę  Es Devlin, projektantkę kostiumów Anję Vang Krach, której wszystkie występujące panie powinny być nieskończenie wdzięczne oraz autora projekcji Luke Hallsa. Należy jeszcze wspomnieć o pewnej, dla mnie zasadniczej zalecie spektaklu – braku dosłowności. Nie trzeba koniecznie pokazywać Giovanniego kopulującego z kobietami i mężczyznami żeby uwiarygodnić jego podboje, Nie musi on też koniecznie świecić gołą klatą, aby nas przekonać o swej seksowności…  A na koniec chcę się przyznać do pewnej, dręczącej mnie wątpliwości. Otóż ta produkcja była, bez najmniejszych wątpliwości niezgodna z autorskimi zamierzeniami. Mozart uważał własne dzieło za operę buffa, zaś tu komedii ani śladu. Relacje między postaciami zostały zmienione, scena finałowa niemiłosiernie pocięta. Skreślenie finałowego sekstetu było logiczna konsekwencją reżyserskiej koncepcji – mieliśmy zostać z obrazem samotnego, przerażonego Don Giovanniego – dalsze losy innych postaci nie powinny nas obchodzić (zwłaszcza, że musiały by być inne, niż w tekście).  Ten sekstet, którego nie lubię (i którego pozbył się też sam Mozart w wersji wiedeńskiej - jak to było dokładnie wyjasnia p. Kamiński w swoim komentarzu - zajrzyjcie) ma rzesze przysięgłych zwolenników  - bo rozbija ponury nastrój pozostały po dramatycznej scenie pochłonięcia bohatera przez ogień piekielny. I tu mam problem – do niedawna niczym Katon (i p. Piotr Kamiński) byłabym gotowa bronić ortodoksyjnej wersji autorskiej (i to w przypadku każdej opery, nie tylko tej). Tymczasem na ogół wystawia się hybrydę parysko-wiedeńską, głównie po to, by nie pozbawiać śpiewaków popisowych arii.  Holten poszedł dalej i dokonał zbrodniczych cięć  - na samą myśl o tym jeszcze kilka lat temu grzmiałabym niesiona jedynie słusznym gniewem. Problem w tym, że musiał, inaczej jego koncepcja straciłaby sens. A mnie się ta koncepcja podobała…