>Moje życie z “Don Giovannim”< - to byłby piękny
tytuł pamiętników. Widziałam już tyle produkcji, w teatrze, w kinie i na DVD że
chyba mogłabym zaryzykować. A jednak ciągle nie mam dosyć, i chociaż znalazłam
już „swoją” każda nowa wywołuje miły dreszczyk emocji. W czasach internetu
niemal niemożliwe jest przyjmowanie spektaklu całkowicie na świeżo, chyba, że
masz żelazną wolę i potrafisz zignorować liczne recenzje, tak profesjonalne jak
blogowe. Nawet udając się na premierę
(czego w miarę możliwości unikam) ma się często głowę pełną informacji – a to
jakiś wywiad z reżyserem, a to seria zdjęć z prób - i chcąc nie chcąc nabiera jakiegoś stosunku
do czegoś, czego się na oczy nie widziało i na uszy nie słyszało. Tym razem
relacje były bardzo rozstrzelone i nawzajem ze sobą sprzeczne (na szczęście nie
w kwestiach muzycznych) – od autentycznego entuzjazmu do krańcowej niechęci. Wywołały
w moją sporą dezorientację, ale i tak zasiadłam w fotelu obarczona pewna dozą
podejrzliwości, jako, że poprzednia próba Kaspera Holtena zmierzenia się z
utworem była nieudana (film „Juan”). Tym razem jednak czekało na mnie
rozczarowanie z gatunku tych, które tygrysy lubią najbardziej. Holten, mając do
dyspozycji rewelacyjny team śpiewaczy i świetny zespół współpracowników dokonał
rzeczy zdumiewającej – pokazał nam „Don Giovanniego” tak, jak chyba nikt tego
jeszcze nie zrobił. A raczej Don Giovanniego, bo w tej produkcji od pierwszej
do ostatniej minuty nie było żadnej wątpliwości o kim jest ta historia i kto
jest w niej najważniejszy. Uwodziciel wszechczasów bywa na scenie prezentowany
różnie: jako socjopata czy wręcz psychopata, jako banalny podrywacz
przeciętniak, jako „siła natury”, jako elegancki i zdystansowany ironista,
wreszcie jako istota transcendentna, bardziej ucieleśnienie idei niż prawdziwy
bohater. Ale właściwie żaden reżyser nie zobaczył w nim człowieka. Aż do tej
chwili. Zacznijmy jednak jak należy, od uwertury. Niestety, nie wróżyła ona
dobrze całości, bo Nicola Luisotti najwyraźniej uznał, że dostosowanie się do ogólnej
koncepcji wymaga maksymalnego zwolnienia tempa. Pomijając już ten drobny fakt,
że nie tak zapisał to w partyturze Mozart wolno nie musi znaczyć dramatycznie a
szybko wesoło … Ta tendencja była widoczna w czasie całego spektaklu, czasem
mniej przeszkadzała, czasem więcej. Trzeba jednak przyznać, że Luisotti dobrze
współpracował ze śpiewakami i nie popełnił największego grzechu przeciwko
Mozartowi - nie uczynił z niego grzmiącego niczym Beethoven symfonika. Po
odsłonięciu kurtyny ukazuje się dwupoziomowa dekoracja - dom z licznymi drzwiami, balkonami i
schodami. W sumie nic szczególnego, ale w miarę rozwoju akcji zaczyna się
dostrzegać, że wyświetlane na nim projekcje wideo nie służą tylko temu aby było
ładniej czy ciekawiej. One mają reprezentować stany ducha głównego bohatera, mają
widzowi pomóc w ich zrozumieniu. Wydaje się, że zapisane odręcznie kobiece
imiona, które widzimy jako pierwsze, to nie tylko słynny rejestr podbojów – to
także osobiste wspomnienia Giovanniego. Holten rozwiewa odwieczne wątpliwości „czy to był
gwałt?”. Oczekujący na zakończenie rozrywek szefa Leporello wypisuje na ścianie
„Anna” zaś my widzimy na balkonie parę w stanie
postkoitalnego rozleniwienia i zadowolenia. Kobieta czule żegna kochanka i
dopiero pojawienie się Komandora uruchamia odruch obronny złapanej na gorącym
uczynku „zhańbionej” . W takiej sytuacji niektóre prababcie doradzały
pragmatycznie nie przyznawać się żeby tam nie wiem co. Tak też czyni Anna. Co
nie przeszkodzi jej rzucić się w ramiona Giovanniego, gdy nieszczęsny Ottavio
będzie na przedzie sceny deklarował, co też jest w stanie zrobić „Dalla sua
pace”. Biedak jest w tej produkcji znacznie młodszy od swej narzeczonej,
rozczulająco naiwny i szczery. Może właśnie tu leży przyczyna końcowego
odrzucenia wezwania kochanka przez niewierną narzeczoną (w czasie „Non mi
dir”), może ona też dostrzegła zalety Ottavia? Nieważne – ważny jest Don
Giovanni. Też dziwnie kruchy mimo całej otoczki
machismo. Ma podstawowy
problem – potrzebuje innych ludzi bardziej, niż oni jego. Każdą kobietę uwodzi
inaczej , dla każdej chce być taki, jakim ona go pragnie. Dla Anny ma stanowić
seksualną odskocznię od nudnego małżeństwa, dla Zerliny być możnym protektorem
i nauczycielem prawdziwej zmysłowości (fantastyczne „La ci darem” - to, jak Giovanni zdejmuje z ręki dziewczęcia
rękawiczkę ślubną i dotyka jej nagiej dłoni jest niezmiernie erotyczne i warte
tuzinów bezpośrednich obłapianek), dla masochistycznej Elviry – ukochanym
słodkim draniem, W ten sposób nie tworzy się prawdziwych związków, a Giovanni rozpaczliwie
ich potrzebuje. Właściwie nie odrzuca żadnej ze swych dawnych konkiet, wszystkim
próbuje dać wszystko (w czasie, gdy
Leporello wymienia podboje patrona, ten … czule pieści zrozpaczoną Elvirę). Złe
rzeczy, podłe zachowania przychodzą mu jakby mimochodem, przypadkiem (nie da
się przypisać mu całości winy za śmierć Komandora). Widmo zabitego, które
widuje częściej, niżby to wynikało z libretta to prywatny demon Giovanniego,
jego wyrzut sumienia, uosobienie panicznego strachu przed samotnością i
odrzuceniem. Bo piekło to, przeciwnie niż u Satre’a wcale nie inni, ale ich
brak, osobność. Lęk Giovanniego jest tak silny, że stanowi samospełniającą
przepowiednię, nie pozwala mu dostrzec
miłości Elviry i Leporella. W tej produkcji Leporello jest bardziej
przyjacielem niż służącym Giovanniego i bezsilnie przypatruje się w drugim
akcie jego pogrążaniu się w rozpacz i szaleństwo. Usiłuje go ukołysać, ukoić
jak dziecko, delikatnie, z czułością. Za późno. Ci z Państwa, którzy spektaklu
nie widzieli nawet z mojego nieudolnego opisu mogą wywnioskować, że, podoba się
nam ta interpretacja czy nie, akceptujemy ją czy wszystko się jej w nas
sprzeciwia należy oddać Holtenowi sprawiedliwość – takiego Don Giovanniego
chyba jeszcze nie było. Oczywiście reżyser nie jest jedynym autorem tego
sukcesu i bardzo mnie ciekawi jak produkcja będzie wyglądać we wznowieniach w
przyszłych sezonach, kiedy zabraknie w niej Mariusza Kwietnia. To on musiał
udźwignąć ciężar tej koncepcji, zagrać tę skomplikowaną rolę i nie bać się
ominąć utarte szlaki. 12.02 Kwiecień wystąpił jako Don Giovanni już po raz
setny, ale do jego kreacji nie zakradło się ani trochę rutyny (tak widocznej w
Met) – był fantastyczny! Także wokalnie – on się urodził do Mozarta (chociaż
wiem ze stuprocentowa pewnością, że on sam by się ze mną nie zgodził). To nie
tylko aksamitny, pełny głos, ale także szacunek dla tekstu i techniczne
mistrzostwo. Jakoś tak dziwnie się dzieje, że gdy Kwiecień śpiewa arię
szampańską, każde słowo jest doskonale zrozumiałe niezależnie od tego jak
karkołomne tempo zafundował mu dyrygent. A nikt, nawet Peter Mattei nie
wykonuje serenady tak welwetowo i uwodzicielsko jak on. Kwietniowa charyzma na
jednych działa, na innych nie, ale pewnych zalet odmówić mu nie sposób,
zwłaszcza porywającego aktorstwa. Tym
razem miał cudowne wsparcie w postaci naprawdę niebywałego zespołu kolegów,
wokalnie znakomitych. Podobali mi się prawie wszyscy z wyjątkiem Dawida Kimberga - Masetta
(ale on tez był akceptowalny), najbardziej Véronique Gens (przepięknie zaśpiewane
„Mi tradi”) i Alex Esposito. Gens, pomimo okazjonalnych zaostrzeń głosu
stworzyła wiarygodną kreację kobiety, która nie może uchronić uwielbianego
mężczyzny przed nim samym. Alexa Esposito widziałam jako Leporella po raz
kolejny, w tym drugi u boku Kwietnia. Ale jak różna to była rola niż zazwyczaj
i jak wspaniale brzmiał głos o idealnej wadze – giętki, pełny, ładny. Malin
Byström miała do zagrania nieco inną postać niż zazwyczaj, ale podołała trudnemu
zadaniu a śpiewała doskonale jasnym ale mocnym sopranem. Wyraźnie dramatyczne
inklinacje nie przeszkodziły jej w zaokrągleniu brzmienia w „Non mi dir”,
uniknęła też krzyku. Don Ottavio, Antonio Poli (laureat Operaliów 2012)
stworzył ujmującą postać sceniczną, o co w tej roli niezmiernie trudno. Młody,
romantyczny, zakochany, skrzywdzony – zupełnie inny niż zazwyczaj. Dysponuje
ładnym, dźwięcznym chociaż niezbyt silnym tenorem i wydaje się bardzo dobrze
rozumieć istotę mozartowskiego stylu. Elizabeth Watts była Zerliną, którą można
by określić określeniem wziętym wprost z dawnego serialu – cwana bestia. Głosowo
wykazała się sprawnością, chociaż raczej nie olśniewała. Alexandrowi Tsymbalyukowi
przypadło w udziale trudne zadanie – poza pierwsza sceną musiał zagrać nie tyle
człowieka, co wcielenie lęków Don Giovanniego. Udało się, także dzięki
aksamitnemu brzmieniu jego potężnego głosu. Warto wymienić, poza śpiewakami
kilka nazwisk współtwórców produkcji – scenografkę Es Devlin, projektantkę kostiumów Anję Vang Krach,
której wszystkie występujące panie powinny być nieskończenie wdzięczne oraz
autora projekcji Luke Hallsa. Należy jeszcze wspomnieć o pewnej, dla mnie
zasadniczej zalecie spektaklu – braku dosłowności. Nie trzeba koniecznie
pokazywać Giovanniego kopulującego z kobietami i mężczyznami żeby uwiarygodnić
jego podboje, Nie musi on też koniecznie świecić gołą klatą, aby nas przekonać
o swej seksowności… A na koniec chcę się
przyznać do pewnej, dręczącej mnie wątpliwości. Otóż ta produkcja była, bez najmniejszych
wątpliwości niezgodna z autorskimi zamierzeniami. Mozart uważał własne dzieło
za operę buffa, zaś tu komedii ani śladu. Relacje między postaciami zostały
zmienione, scena finałowa niemiłosiernie pocięta. Skreślenie finałowego
sekstetu było logiczna konsekwencją reżyserskiej koncepcji – mieliśmy zostać z
obrazem samotnego, przerażonego Don Giovanniego – dalsze losy innych postaci
nie powinny nas obchodzić (zwłaszcza, że musiały by być inne, niż w tekście). Ten sekstet, którego nie lubię (i którego
pozbył się też sam Mozart w wersji wiedeńskiej - jak to było dokładnie wyjasnia p. Kamiński w swoim komentarzu - zajrzyjcie) ma rzesze przysięgłych
zwolenników - bo rozbija ponury nastrój
pozostały po dramatycznej scenie pochłonięcia bohatera przez ogień piekielny. I
tu mam problem – do niedawna niczym Katon (i p. Piotr Kamiński) byłabym gotowa
bronić ortodoksyjnej wersji autorskiej (i to w przypadku każdej opery, nie
tylko tej). Tymczasem na ogół wystawia się hybrydę parysko-wiedeńską, głównie
po to, by nie pozbawiać śpiewaków popisowych arii. Holten poszedł dalej i dokonał zbrodniczych
cięć - na samą myśl o tym jeszcze kilka
lat temu grzmiałabym niesiona jedynie słusznym gniewem. Problem w tym, że
musiał, inaczej jego koncepcja straciłaby sens. A mnie się ta koncepcja
podobała…
http://www.youtube.com/watch?v=NFOuVrt6nM4#t=16
http://www.youtube.com/watch?v=VUy_zEqk9mA
http://www.youtube.com/watch?v=Y9dcOj3tZS0
http://www.youtube.com/watch?v=VUy_zEqk9mA
http://www.youtube.com/watch?v=Y9dcOj3tZS0







