W
dobie globalnej wioski, powszechnej dostępności spektakli operowych na DVD , w
TV oraz Internecie CD recitalowe zyskały
na znaczeniu. Często nie są już tylko typowym
potpourri mającym stanowić świadectwo
aktualnych możliwości artysty, dziś bywają
projektami. Co oznacza jakąś myśl przewodnią (mniej lub bardziej
naciąganą), często wyrafinowaną oprawę plastyczną, a także solidną kampanię
reklamową. Kampanie owe bywają wysoce denerwujące i namolne, co nie zmienia
faktu, że koniec końców słuchacz zostaje sam na sam z płytą i głosem na niej
utrwalonym. A recital jest formą bardzo trudną – w krótkim fragmencie trzeba
zarysować postać, która w normalnym spektaklu rozwija się i ma czas
zaprezentować różne stany ducha. Poza tym obnaża bezlitośnie formę, w jakiej ten
głos się obecnie znajduje oraz ewentualne braki techniczne. Oczywiście,
inżynierowie dźwięku mają możliwości skorygowania wielu błędów, ale trzeba też
wziąć pod uwagę, że odbiorca o tym doskonale wie i dlatego oczekuje perfekcji. Czy
oczekiwałam jej włączając najnowszą płytę Rolando Villazona za tytułowaną
prosto i konkretnie „Verdi”? Może podświadomie trochę tak, chociaż znam
przecież koleje losu Villazona wiem , że
nie jest łatwo powrócić po tak poważnych problemach zdrowotnych. Biorąc pod
uwagę bieżący repertuar, który wykonuje zdziwiłam się nieco, że na płytę wybrał
akurat Verdiego – okrągła rocznica nie może przecież być jedynym powodem. Niestety,
mimo całej życzliwości jaką mam dla Rolando Villazona nie mogę tego CD zaliczyć
do jego sukcesów, i to zarówno pod względem czystko wokalnym , jak i wyrazowym.
Zawsze lubiłam ciemną , barytonową barwę jego głosu, niezbyt częstą u tenora
lirycznego. Wydawało mi się też, że śpiewak wyciągnął wnioski ze swych złych
przygód i długiej absencji ( do tej optymistycznej konstatacji doprowadziła
mnie radykalna zmiana repertuaru i jej pozytywne
rezultaty). Rzeczywiście.
Wydawało się. Villazon śpiewa tu
ściśniętym gardłem, górne dźwięki sprawiają mu wyraźną trudność, a jeśli już
są, nie brzmią zbyt imponująco. A co jak co, ale pozornie łatwa ( niektórzy
twierdzą, że prymitywna) piosenka Księcia Mantui „La donna e mobile” swobodnej
góry i blasku wymaga bezwzględnie. Nie jest to jedyny przebój na tej płycie
(przemieszane są utwory bardzo i mniej znane), ale zdecydowanie największy.
Każdy słyszał go dziesiątkach wykonań i naprawdę, takie jak to zadowoli tylko
ortodoksyjnych fanów tego tenora. Przyznam, że jeszcze większy problem miałam
ze stroną interpretacyjną - na właściwie całej płycie. Villazon sprawia
wrażenie, jakby znajdował się w stanie permanentnej histerii. Nie potrafię
zapomnieć o poprzednich wykonawcach tych arii i nie porównywać: ze szlachetnym
liryzmem Jose Carrerasa („Korsarz”),
nieskazitelną linią Pavarottiego („Lombardczycy”) i elegancką wyrazistością
Placida Dominga , który nie musiał popadać w przydechy, aby przekazać
namiętność („Bal maskowy”). Żal tym bardziej, że 3 z „8 Romanze per tenore e
orchestra” także mnie nie przekonały, a
nigdy ich nie słyszam i porównania do wielkich poprzedników nie mogły mi zepsuć
wrażenia. Całkowitą katastrofą jest „Ingemisco” z „Reqiuem”, bo artysta śpiewa
tak, jakby to była opera. Sumując: po wszystkich narzekaniach pora stwierdzić –
nie, to nie jest zła płyta. Głos Villazona ,wciąż ciemny i ciepły czasami brzmi
pięknie (najlepiej chyba w zamykającym recital fragmencie „Falstaffa”) . Ale
wolałabym, by ten jeden z najsympatyczniejszych śpiewaków świata pozostał głównie
przy Mozarcie i robił mi takie niespodzianki jak wspaniałe wykonanie partii Don
Ottavia.
czwartek, 8 listopada 2012
wtorek, 6 listopada 2012
"Traviata" paryska
Nie wiem, które miejsce zajmuje „Traviata” w rankingu
najczęściej grywanych oper, ale jestem pewna, że jedno z czołowych. Ja też
widziałam ją niezliczoną ilość razy w dziesiątkach wersji : w krynolinie, halce, „małej czerwonej”,
ascetyczną i rozpasaną scenograficznie, w salonie, w zamtuzie, w kabarecie. I
żadna dotychczas nie wzbudziła mojej reakcji czysto emocjonalnej – nie
wzruszałam się i nie ocierałam łezki choć czasem to co widziałam i słyszałam
bardzo mi się podobało a widownia wokół mnie (nie wyłączając niektórych panów)
chlipała na potęgę. Do teraz. Dopadło wreszcie i mnie, co najdziwniejsze w
spektaklu niepozbawionym wad wykonawczych i z Violettą daleką od ideału. A
jednak. Reżyserował Christopher Marthaler którego nazwisko mnie raczej do oglądania dotąd zniechęcało , jak się okazało tylko częściowo
słusznie. Bo rzeczywiście : wszystkie wady regietheatru obecne i widoczne jak
na dłoni, jako to nonsensownie brzydka scenografia , paskudne kostiumy , a nade
wszystko nałożenie akcji oryginalnej na historię współczesną i znaną
powszechnie. W tym wypadku była to epopeja miłosna Edith Piaf i Theo Sarapo.
Boję się, że w wykonaniu innym niż to zapisane na płycie spektakl ten może być
nie do zniesienia, ale z tymi artystami ma broni się wspaniałą emocjonalną
prawdą i temperaturą. Rzecz zaczyna się w… szatni, gdzie wśród ludzi zastygłych
w sztucznych pozach manekinów i
dzierżących sztywno w dłoniach numerki (
towarzystwo uwięzione przez konwencję? ) Alfredo składa Violetcie pierwsze
deklaracje miłosne. Ten Alfredo jest chłopcem, nieporadnym i niezręcznym,
bezustannie w coś się zaplątuje, oblewa winem siebie i ją, potyka się. Violetta
przygląda się z pewnym niedowierzaniem, ale potem jej zainteresowanie i
rozczulenie szczerością szczenięcych uczuć rośnie. A Kaufmann… mój Boże, jak on
gra! Nawet ja, nastawiona sceptycznie i twardo trzymająca się podłoża
uwierzyłam na 2 godziny w tę jego miłość, a potem w rozpacz, zazdrość, ból.
Przestały mnie razić dziwne zmiany emisyjne w różnych rejestrach głosu, miałam
przed oczami (no dobrze, przed uszami może nie do końca) Alfreda idealnego. A
Marthaler nie postawił przed nim łatwego zadania każąc nieszczęśnikowi śpiewać
podczas wyczołgiwania się na plecach spod udającego samochodowy podnośnik
krzesła, podczas podnoszenia Violetty i wreszcie leżąc na plecach i wisząc
głową w dół. Christine Schaefer również znakomicie poradziła sobie aktorsko :
to na pewno nie była lala w krynolinie, to był człowiek. Wokalnie Schaefer i
Kaufmann zaprezentowali dobry poziom, chociaż od tej strony mogliby znaleźć
zwycięskich rywali , co dotyczy zwłaszcza Schaefer. Produkcję zarejestrowano w Paryżu , w 2007,
kiedy Kaufmann powoli żegnał się z Alfredem, a do speców od obsad dotarło
wreszcie, że to nie jest tenor liryczny. Jose Van Dam – Germont senior wyglądał
ale niestety nie brzmiał. Verdi nigdy nie należał do jego mocnych stron, a czas
nie pomógł głosowi - „trzeba wiedzieć
kiedy ze sceny zejść niepokonanym”. Sylvain
Cambreling orkiestrę poprowadził fachową ręką, chociaż tempo „Libiamo”
było nieco rozwleczone.
I jeszcze w ramach uzupełnienia: autentyczna historia
Piaf i Sarapo była bardzo „duszoszczipatielnaja”. Młody, piękny i niemajętny
chłopak ożenił się z niemłodą, niepiękną i schorowaną gwiazdą. Szeptano , że
dla pieniędzy. Byli małżeństwem przez
rok a po jej śmierci zostały mu tylko długi (nie był ich przyczyną), które
usilnie starał się spłacić. Nie zdążył. Zginął w katastrofie lotniczej mając 34
lata.
poniedziałek, 5 listopada 2012
Iago
Niemal każdy, kto interesuje się operą zna tę produkcję „Otella”. Jest pełnoletnia i już w roku swego powstania – 1994 - nie była szczególnie ekscytująca, ot, kolejna, bardzo tradycyjna i równie porządna co większość innych na tej scenie. Czas nic tu nie zmienił – odbiera się ją dokładnie tak samo, jak na początku. Zdarzało się, że wielcy śpiewacy wypełniali swoją indywidualnością to, co w samej inscenizacji zostało tylko naszkicowane, a zdarzało się głównie wtedy, kiedy tytułową rolę śpiewał Placido Domingo, który swoją pasją potrafił poruszyć zarówno widownię, jak partnerów. On już jednak rozstał się z „Otellem” a my 27 października dostaliśmy operę , która powinna nosić tytuł „Iago”, jak to podobno Verdi planował na początku swej nad nią pracy. Falk Struckmann zdominował spektakl pod każdym względem: wokalnym, aktorskim, osobowościowym. Jego „Credo” mroziło krew w żyłach ! Nowojorska publiczność, zazwyczaj niezwykle kulturalna i klaszcząca tak, by nie przeszkadzać muzyce tym razem nie zdołała opanować entuzjazmu, i wcale się nie dziwię. Tego wszystkiego dokonał 54-letni, specjalizujący się w rodzimym repertuarze niemiecki bas-baryton, w MET pamiętany jako świetny „Wozzeck”. Ale chyba nikt nie podejrzewał go o tak fantastyczny występ w Verdim. Renee Fleming, która żegna się z partią Desdemony także pozostała w cieniu demonicznego Iagona, choć poza nadmiernym wdzięczeniem się trudno jej coś zarzucić. Głos nie stracił nic ze swego słynnego, kremowego brzmienia, znakomite legato, ładne piana. Zastanowiło mnie tylko nietypowe zachowanie Renee wobec będącej gospodynią tej transmisji Sondry Radvanovsky. Panie chyba się wzajemnie nie cierpią, ale to nie usprawiedliwia demonstracyjnego odwracanie się do koleżanki bokiem i patrzenia gdzieś w siną dal. Świadczy to niestety o tym, że Fleming pretendująca do miana damy jednak nią nie jest… Wracając do spraw zasadniczych – Johann Botha okazał się najbardziej wypranym z emocji Otellem jakiego w życiu słyszałam. Jak wiadomo, ten spektakl był jego pierwszym po rezygnacji z kilku poprzednich, która została wymuszona przez bardzo silne ataki alergii , niepozwalajace mu śpiewać. Istniały poważne obawy, że i tym razem choroba może go powalić, ale po „Esultate” wiadomym już się stało, że to nam nie grozi. Botha ma głos o odpowiednim wolumenie i mocy (z blaskiem już gorzej), ale zwyczajnie jest kiepskim aktorem, co akurat w roli Otella dyskwalifikuje. I nie chodzi wcale o specyficzne warunki fizyczne, siłą rzeczy aktywność sceniczną ograniczające.Chodzi o aktorstwo wokalne. W roli Cassia obsadzono 28-letniego Michaela Fabiano, wschodzącą amerykańską gwiazdę. Dyskusja i zachwyty nad nim na forum Opera L zajęły większość miejsca poświęconego temu spektaklowi. Rzeczywiście, poza tym, że młody i dość przystojny, Fabiano ma bardzo atrakcyjny w barwie i dość mocny jak na tenora lirycznego głos. Role wspomagające zostały wykonane bardzo dobrze ( Emilia – Renee Tatum – świetna). Gorzej z chórem i dyrygentem. Siemion Byczkow nie wydobył z partytury tego co w niej najważniejsze – wspaniałych kontrastów momentów lirycznych i pełnych namiętności. Otwierajaca operę scena burzy , jedna z najefektowniejszych w całej literaturze operowej wypadła dość blado - za mało dynamiki! Na domiar złego, i tu już winą trzeba obciązyć Elijaha Moshinsky’ego ustawił on chór w sposób bardzo statyczny, podczas, gdy muzyka wymaga ruchu, akcji. Ogólnie jeśli ten spektakl będzie pamiętany po latach, to wyłącznie dzięki Falkowi Struckmannowi.
niedziela, 4 listopada 2012
Mariusz Kwiecień - Birthday Boy
Mój ulubieniec, Mariusz Kwiecień kończy dziś 40 lat. W
tym wieku baryton ma przed sobą sporo więcej, niż za sobą, więc pozwolę sobie
powinszować i ”pożyczyć”. Panie Mariuszu, w życiu pozaoperowym , które jest
najważniejsze - samego życia po prostu,
bogatego w przyjaznych ludzi i miłość.
Dużo frajdy ze wszystkiego, co ono przynosi! A w pracy - inspirujących
partnerów, muzykalnych i kreatywnych reżyserów, wspaniałych dyrygentów i
orkiestr, „Króla Rogera” w MET oraz wszędzie, gdzie zechce Pan go śpiewać.Oraz
świetnej formy fizycznej i oby fortuna
Panu sprzyjała. A sobie, w imieniu własnym i innych fanów z mojego miasta (
jest nas duuuużo) życzę, żeby śpiewał Pan u nas częściej. Nie jesteśmy
Krakowem, ale w Warszawie też bywa miło, chociaż nie wszyscy w to wierzą.
czwartek, 1 listopada 2012
"Lohengrin" wytęskniony
Od lat nie pomnę już ilu szukam swojego „Lohengrina”.
Wersji kompletnej, w której to co przed oczami i w uszach zgadzałoby się ze
sobą i było nie tylko najwyższej klasy , ale też …moje. Wszystko to dlatego, że
„Lohengrin” jest dla mnie utworem wyjątkowym, pokochałam to dzieło od
pierwszego z nim kontaktu dawno, dawno temu. Jak dotąd poszukiwania nie zostały
uwieńczone sukcesem. I o ile zdarzało mi się słyszeć je doskonale wykonane od
strony muzycznej , to żadna produkcja sceniczna nie zaspokoiła mego głodu
„Lohengrina” idealnego. Wyrażam się nieco patetycznie, ale w końcu chodzi o
Wagnera! Każdej wizycie w teatrze
operowym (niestety bardzo rzadko), każdej nowej płycie DVD towarzyszy nadzieja
, że może tym razem. I rozczarowanie , że jednak nie, jakkolwiek interesująco
się zapowiadało. Właśnie mam za sobą
kolejne tego typu doświadczenie – spektakl z Opery Paryskiej , z 1996 roku.
Oczekiwania miałam może zbyt duże, bo reżyserował mój faworyt Robert Carsen,
który później , także w Paryżu wystawił wyjątkową, poetycką „Rusałkę”. Tym
razem się nie udało. Od pierwszych taktów wstępu widzimy zastygły w bezruchu
lud Brabancji odziany w brudnobure , współczesne , zgrzebne stroje (walonki,
kufajki). Król Henryk nosi mundur (nieszczególnie oryginalne) zaś Elsa , jako
jedyna jasną sukienkę – ale z narzuconą kurtką. Z tyłu wyświetla się ponury, wyszarzały krajobraz. Elsa jest tu źródłem czystości i jasności , w
półmroku tylko ją prowadzi złociste, ciepłe światło. Lohengrin nosi
średniowieczny kostium z mieczem i przybywa z innego, lepszego świata, który
odsłania się nam na chwilę wraz z pierwszym pojawieniem się herosa. Trochę
łopatologiczne, prawda ?I tak to się toczy aż do finału, w którym mityczna
kraina odsłoni się na kolejny moment i zabierze Lohengrina na zawsze. Zasada opozycji i nieprzenikalności dwóch
światów niewzruszenie rządzi spektaklem.
Lohengrin, który próbuje wieść zwyczajne życie ponosi niezawinioną porażkę (w drugim akcie i
na początku trzeciego jako symbol tej próby
zakłada ślubny garnitur by w
finale powrócić do wizerunku herosa). Słynny marsz weselny towarzyszy tu
czynności zaścielania łoża dla nowożeńców, a po śmierci Telramunda pościel
zostaje sprzątnięta zaś łoże wyniesione. Element nadziei, symbolizowany przez
przywróconego dziedzica Brabancji i jego symboliczny gest zasadzenia dębu nie
wydał mi się przekonujący. Wykonawstwo w tej produkcji jest jak ona sama – w zasadzie dobre, ale jakieś
takie blade. Karita Mattila ma wszelkie
dane, aby być fantastyczną Elsą i od strony wokalnej taka właśnie jest. Jej
głos, jasny, czysty, o wyraźnie północnym zabarwieniu cudownie się sprawdza w
długich, miękkich frazach ( (ktoś nazwał „Lohengrina” wagnerowskim listem
miłosnym …do Belliniego – słusznie) . Ale aktorsko Mattila wypada gorzej , bo
nie zmienia się ani trochę. Od początku do końca pokazuje ten sam wyraz twarzy
naiwnego dziecka zmuszonego mierzyć się z przeznaczeniem. A przecież Elsa ma
też swoją mroczną stronę i fakt, że przez moment pozwala jej ( z poduszczenia
Ortrud i Telramunda) sobą zawładnąć powoduje finałową katastrofę (przynajmniej
w wymiarze osobistym). Gósta Winbergh dysponuje podobnymi zaletami głosowymi co
jego partnerka, niestety prezentuje też drewniane aktorstwo . Trudno więc się
dopatrzeć między tą parą silnego uczucia i finałowy dramat zostaje osłabiony.
Helmut Welker jest bladym pod każdym względem Telramundem, zaś Gwyneth Jones,
niegdyś znakomita, czasy świetności wokalnej miała już w tym spektaklu za sobą.
Rola Ortrud jest trudna i wyczerpująca, Jones nie sprostała, choć starała się
stworzyć mocną kreację aktorską. Jan-Hendrik Rootering nie wyróżnia się niczym
szczególnym jako król Henryk ograniczając się do poprawnego śpiewania.
Prowadzący orkiestrę James Conlon dostosował się do ogólnego poziomu – w
porządku, ale bez większej finezji. Cóż, najwyraźniej mój „Lohengrin” ciągle
jeszcze przede mną. Może to będzie ten, którym sezon 2012/2013 otworzy 7
grudnia sobota, 27 października 2012
"Zelmira" obrzydliwa

Nie wiem, w jakim stopniu
na percepcję po raz pierwszy widzianego i słyszanego dzieła ma wpływ
jego wykonanie, ale zapewne w znacznym. W tym sensie twórcy inscenizacji
„Zelmiry” nie przysłużyli się operze ani trochę, chociaż i tak Rossini na ogół
nudzi mnie niepomiernie (są 2-3 wyjątki). Tutaj odkryłam piękną arię Emmy,
takiż duet Zelmiry i Emmy oraz znakomity finał I aktu. Reszta standardowo
usypiająca. Za to spektakl głupio , momentami nawet obrzydliwie wykoncypowany. Przytaczanie nazwisk twórców tej produkcji (z Pesaro 2009) byłoby nieuzasadnioną uprzejmością wobec nich - niech zginą w pomroce dziejów (nazwiska, nie ludzie oczywiście) . Szczytem obrzydliwości jest scena, w której Zelmira karmi piersią …swego
tatusia (ucharakteryzowany udatnie na odrażającego starca Alex Esposito),który
ssie łapczywie, obmacując przy tym biust córeczki. Od strony muzycznej było w porządku. Podobała
mi się Kate Aldrich, piękna zewnętrznie (wygląda jak siostra Salmy Hayek) i
głosowo. Juan Diego Florez postaciowo nieciekawy , nie dano mu na to szansy,
wokalnie jak zawsze klasa. Dobry był wspominany już Alex Esposito, gdyby tylko nie musiał wypełniać zaleceń reżysera... Gregory Kunde zupełnie nieudany, ale rossiniowskie
wymagania obsadowe wykończyłyby każdy teatr (tu: 2 rownorzędne tenory, podobnie
z mezzosopranami i basami). Podbiła moje uszy Marianna Pizzolato, dla mnie
główna gwiazda tego spektaklu – ciepły, dźwięczny głos, znakomita kontrola
oddechu, koloratura, piękne legato. No, ale ona divą nigdy nie będzie, nie w
dzisiejszych czasach, niestety .
Zdecydowanie nie jest pięknością – niewysoka, krępa, krótkoszyja. Szkoda,bo
naprawdę jest warta więcej niż pozycja „znanej śpiewaczki” Ale cóż, signum temporis.
poniedziałek, 22 października 2012
"Cosi" w okowach psychoanalizy
„Cosi
fan tutte” jako psychoanalityczny dramat? U Clausa Gutha to zupełnie oczywiste
i nikogo, kto widział jego salzburskie realizacje „Wesela Figara” i „Don
Giovanniego” nie zdziwi. O ile taka koncepcja nie przysłużyła się szczególnie
„Weselu” ( swoje dołożył Harnoncourt żywcem zarzynając partyturę Mozarta) , to
„Don Giovanni” był już wielkim sukcesem. „Cosi” miało premierę jako ostatnie z
nieśmiertelnej trójki duetu Mozart-Da Ponte
- w lipcu 2009 i nie powtórzyło ani porażki, ani triumfu. Jak wiemy jest
to opera wyjątkowo zespołowa ale w tej produkcji ma ona zdecydowanie głównego
bohatera – Don Alfonsa. I w niczym nie przypomina on nieco złośliwych, ale w
sumie nie takich groźnych „wujaszków”, których oglądaliśmy wcześniej. Ten Don
Alfonso to mężczyzna zmęczony, wypalony i – to przede wszystkim – rozczarowany.
Możemy się domyślać, że przeżył jakąś katastrofę uczuciową (ewidentnie „bo to
zła kobieta była”) i wszystko co robi stanowi tego nieszczęścia konsekwencję.
Kieruje nim chęć ukarania kobiet bo… „cosi fan tutte” ale ofiarami są też mężczyźni - na końcu nikt nie jest nawet zadowolony , o szczęściu nie mówiąc. A my, widzowie wiemy
o tym od pierwszych nut początkowego tercetu.
Znaleźliśmy się w domu urządzonym przez współczesnego dekoratora
minimalistę – proste meble w niewielkiej ilości, kontrast czerni i bieli, na ścianie
pseudoafrykańskie maski , obowiązkowe schody. Za wielką taflą szkła drzewa,
dwa z nich rosną nawet w środku – zupełnie jak w magazynach wnętrzarskich
prezentujących snobistyczny szyk nowobogackich domów. Mieszkające tu siostry
też wyglądają jak żurnalowa ilustracja: są piękne, eleganckie i wystylizowane,
takie, jakimi otaczają się majętni mężczyźni sukcesu. Zarówno one jak ich
partnerzy wydają się przybywać prosto z kart różowej „chiclit” . Trzeba
przyznać, że Guth znakomicie podkreślił zawarty już w tekście muzycznym
kontrast charakterów. Uczciwszą z sióstr jest zdecydowanie Dorabella, która
szybko godzi się na nowego kochanka i nie krygując się „bierze brunecika’,
podczas gdy Fiordiligi … przeżywa rozdzierający dramat, bo chciałaby a boi się.
Chciałaby zachować w swoich i otoczenia oczach obraz osoby wiernej i uczciwej a
boi się go stracić. Kiedy się już zdecyduje, będzie seksualnie agresywniejsza
od Dorabelli. Z panów bardziej świadomy,
czym eksperyment może się skończyć jest Guglielmo, który od początku wie (z
doświadczenia?), że wierność może być tylko fasadą , ale boi się otrzymać
dowód. Guglielmo to Don Alfonso in statu nascendi, w przyszłości gorycz może go
zniszczyć. Ferrando jest tylko buńczucznym młodzieniaszkiem, niezbyt
refleksyjnym, dość gwałtownym i nieszczególnie inteligentnym. Guth ,zgodnie
zresztą z tekstem, nie rozwiązał dylematu kto z kim zostanie, gdy wybrzmią ostatnie
nuty.Najgrubszą kreską Da Ponte
nakreślił Despinę . Ale to zdecydowanie nie usprawiedliwia tego, co z tej
postaci uczynili reżyser i wykonawczyni,
Patricia Petibon. Bo Despina nie jest tu
po prostu sprytną, niepozbawioną wdzięku i „chłopskiego rozumu” subretką. Zrobiono
z niej karykaturę, tu słowo wulgarna nie
wystarcza , na usta ciśnie się określenie prostacka. Petibon uraczyła nas swoją
zwyczajową, kompulsywną nadaktywnością
połączoną z obsesyjną chęcią bycia w centrum uwagi. Co gorsza jej wokalne
manieryzmy są nie do zniesienia, zaś ostry, szklisty głos sytuacji nie ratuje. Bo
Skovhus nie dysponuje głosem pięknym w barwie , ale śpiewa dobrze i jako
zgorzkniały i niebezpieczny Alfonso wypadł znakomicie. Z czwórki amantów lepsze
okazały się panie: Isabel Leonard– ciepły , pięknie prowadzony nominalny
mezzosopran (jej głos pozwoliłby także zaśpiewać Fiordiligi) i Miah Persson,
jaśniejszy, ale równie sprawny sopran. Obie były też znakomite aktorsko, w czym
Florian Boesch i Topi Lehtipuu im dzielnie sekundowali . Boesch sprawił na mnie
wrażenie barytona aż nazbyt lirycznego, ta postać wymaga jednak troszkę więcej
wolumenu, choć na plus należy mu zaliczyć brak napinania się i ciśnięcia głosu.
Lehtipuu , klasyczny tenore gi grazia powinien popracować nad legato , które u
Mozarta jest tak ważne. Ogólnie jednak stronę muzyczną spektaklu można uznać za
bardzo udaną, dyrygent Adam Fischer oszczędził nam eksperymentów , nie poganiał
ani nie zwalniał zanadto, Wiener Philharmoniker zabrzmieli w związku z tym
bardzo dobrze. Podobnie jak chór, który mieliśmy okazję zobaczyć dopiero przy
ukłonach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







