Narażę się, oj, narażę. Ze wszystkich stron
docierają do mnie westchnienia I zachwyty – nie, nie nad konkretnym śpiewakiem.
Nad kontratenorami en masse. A właściwie nad falsecistami, bo kontratenor to
tylko lepiej brzmiące, ale nieprawidłowe określenie tego rodzaju głosu. Tu także korekta: to nie jest gatunek głosu,
bo żaden falsecista się nim nie urodził
( tym także różni się od prawdziwego kontratenora , klejnotu rzadszego
niż brylant) , co czasem daje się na scenie słyszeć, kiedy śpiewakowi nie udaje
się utrzymać w tym sztucznym rejestrze i nagle słyszymy jego naturalny baryton
(najczęściej). Wraz z coraz większą popularnością
oper barokowych zapotrzebowanie na falsecistów gwałtownie wzrosło. W imię
seksualnego realizmu wszechwładni reżyserzy wolą bowiem, aby role pisane dla
kastratów śpiewali cienkogłosi panowie niż panie w spodenkach. W takiej
sytuacji np. Handel zdecydowanie wolał zatrudniać kobiety, ale co tam jakiś
Handel. Kilka miesięcy temu w Nancy wystawiono dawno zapomnianą operę
„Artaserse” Vinciego i posunięto się jeszcze dalej: wszystkie role , również
żeńskie wykonali mężczyźni , w związku z czym mamy na scenie 5 falsecistów i 1
tenora. Oczywiście realizatorzy mają swoje argumenty, głównie ten, że tak też
było na premierze w 1730 roku. Wtedy jednak kastraci musieli wystąpić w
partiach damskich, bo kobiety nie miały wstępu na włoskie sceny. A jaki tego
eksperymentu rezultat? Moim zadaniem od strony wizualnej dosyć pokraczny.
Sztuczność całej sytuacji została – oczywiście celowo – jeszcze podkreślona
przez wzięcie akcji w nawias , mamy bowiem teatr w teatrze. W czasie uwertury
bohaterowie zasiadają w garderobie, malują się, spotykają na przedspektaklowej
pogawędce w szlafrokach wreszcie z całym ceremoniałem przywdziewają kostiumy. A
te ostatnie są dziwaczne, ostentacyjnie sztuczne i przesadzone. Co zapewne ma
być dodatkowym elementem gry z widzem . O ile jednak wszystkie te pióra,
skórzane kurty z kolczastymi wypustkami, przedziwne nakrycia głowy, straszliwe peruki i geometryczne krynoliny dają się jakoś usprawiedliwić to już wejście na
scenę tytułowego bohatera odzianego w damską koszulę nocną (dla nieznających
fabuły: Artaserse to mężczyzna, syn króla Kserksesa) w żaden sensowny sposób
się nie tłumaczy. Sztuka aktorska także jest w tej produkcji specyficzna,
podkreślająca sztuczność i teatralność sytuacji. Gest ma tu podwójne znaczenie – ma przekazać nie
tylko komunikat o stanie uczuć postaci ale też przypomnieć widzowi, że znajduje
się w operze, najdziwniejszym i najbardziej szalonym rodzaju teatru. No cóż,
mam wrażenie, że wielu z tych, którzy przetrzymają ponad 4 godziny spektaklu ma
to szansę się spodobać. Dla mnie, po pewnym czasie patrzenia z zainteresowaniem
stało się nieznośnie nużące. Zaś muzycznie, dla osoby jak ja niespecjalnie
wrażliwej na specyficzny urok głosu falsecisty nużące było jeszcze bardziej. Mimo,
że sam utwór pełen jest naprawdę pięknych fragmentów a męski sekstet wykonał go
bardzo dobrze. Wśród śpiewaków prym wiódł zdecydowanie Franco Fagioli jako
Arbace – brzmienie jego głosu jest pełniejsze niż u jego kolegów . No i udało
mu się mnie wzruszyć. Philippe Jaroussky – jaki jest, każdy słyszy. Ulubieniec
tłumów zawsze trzyma poziom, tu także, ale tym razem nie zachwyciłam się nim,
był OK. Drugi gwiazdor , Max Emanuel
Cencic ma właśnie taki głos , jakiego
szczerze nie cierpię: świdrujący, płaski, skrzypiący aczkolwiek trudno by coś
zarzucać jego technice. Poza tym facet w damskich szatkach zazwyczaj wygląda
dość pokracznie (chyba, że jest trans- Tajem - oni są piękniejsi od większości znanych mi
kobiet), i nic tego nie zniweluje.Z ulgą słuchałam Juana Sancho, jedynego w
tym towarzystwie tenora. Poza ciepłą barwą głosu wyróżniał się też
naturalnością, z jaką traktował frazę.Całością żelazną ręką w aksamitnej
rękawiczce pokierował Diego Fasolis – temperament nie przeszkodził mu
poprowadzić Concerto Köln z precyzją, której ta muzyka wymaga.
sobota, 8 grudnia 2012
środa, 5 grudnia 2012
"Don Carlo" w MET , ROH i La Scali
To nie jest opera łatwa do wystawienia. Ogromna,
monumentalna, wymagająca inscenizacyjnie , A niezbędna obsada przyprawia szefów
castingu o zawrót głowy: tenor, baryton, 2 basy, sopran, mezzosopran – to tylko
role główne, oprócz tego kilka wspomagających, chór im większy tym lepszy, duża
orkiestra , no i oczywiście zdolny zapanować nad masą dźwięku generowaną przez
ten wielki aparat wykonawczy dyrygent. Pozostaje jeszcze kwestia wyboru jednej
z istniejących wersji: a są trzy podstawowe (pierwotna, francuskojęzyczna,
oczywiście z baletem i pięcioaktowa ; późniejsza, włoska, ze sporymi skrótami i
czteroaktowa ; wreszcie najpóźniejsza, włoska, pięcioaktowa, dość gruntownie
przerobiona). W spektaklu przygotowanym
wspólnymi siłami ROH Covent Garden i MET mamy do czynienia z tą ostatnią, którą sam Verdi uznawał chyba za
ostateczną. Muszę przyznać, że jest
bardzo udana inscenizacja, w której
strona teatralna i wokalna mają szansę pozostawać w idealnej równowadze.
Akt pierwszy, rozgrywający się w lesie Fontainebleaux ma najprostszą, ale
niezmiernie efektowną scenografię. Na białej (zasypanej śniegiem) scenie
biegnie zakosami czarna ścieżka, rosną białe nagie drzewa, są dwa niewysokie
pnie i kupka drewna. Wszytko to jest piękne, choć nieprzeładowane, sprawdza się
zarówno na wielkiej scenie MET, jak na mniejszej ROH. I tak też będzie dalej,
kiedy scenerią akcji stanie się Escorial: pusty, groźny, i trochę nieludzki a w
nim jedyne elementy nadmiaru stanowią rekwizyty związane z kościołem: prywatny,
złoty ołtarz w komnacie króla czy
barokowo ozdobny grobowiec cesarza. Miałam okazję zobaczyc 2 odsłony tej świetnej
inscenizacji: jej premierę z 2009 w Covent Garden i 2 lata późniejszą z MET.
Obsada niektórych ról była ta sama (Filip II, Posa, Elisabetta), za to różni
dyrygenci. „Konkurencję” wygrała moim zdaniem ROH. Przede wszystkim za pulpitem
stanął tam Antonio Pappano, dawno nie słyszałam tak znakomicie wyważonych temp
i równowagi między orkiestrą i głosami śpiewaków. Yannick Nézet-Séguin, który
tak mnie zachwycił w „Carmen” tu był w porządku – aż i tylko tyle. MET
dysponuje większym chórem i większym pudłem sceny, co daje pewną, acz niewielką
przewagę. Śpiewacy. W ROH Carlosa śpiewał Rolando Villazon i był już wówczas w
wyraźnym kryzysie wokalnym. Zdarzały mu się załamania głosu, i momenty słabej
słyszalności, chociaż i tak brzmiał znacznie lepiej ( i piękniej, dzięki
ciemnej, nasyconej barwie) niż cienkogłosy i krzykliwy Roberto Alagna.
Umiejętności aktorskie obu panów są porównywalnie wysokie, choć jako postać
czarnowłosy, szczupły i średniego
wzrostu Villazon prezentuje się ciekawiej niż niskopienny i krępy Alagna.
Księżniczkę Eboli śpiewały Sonia Ganassi(ROH)
i Anna Smirnova (MET) i tu wybór był bezdyskusyjny : Ganassi wykreowała
postać wiarygodną wizualnie i dźwiękowo, podczas gdy Smirnova darła się
przeraźliwie a przyzwoite aktorstwo nie ratowało jej postaci w obliczu tak
katastrofalnej nieznajomości podstaw techniki wokalnej. Pozostałe z ról
głównych w obu spektaklach grali ci sami artyści. Marina Poplavskaya zbiera
wszędzie dość podobne recenzje : niby wszystko pięknie, głos verdiowski,
właściwy do partii Elisabetty, prowadzony bez zarzutu, dobre góry i piana,
porządne aktorstwo Ale czegoś brakuje , odczuwa się u niej pewien chłód, który
nie pozwala zaakceptować jej interpretacji do końca. Markizem Posą był Simon
Keenlyside. Muzycznie to obok Filipa II najlepsza rola w całej operze a
Keenlyside naprawdę umie śpiewać, ale niestety to jest typowy baryton liryczny
i momentami (zwłaszcza w duetach i scenach zespołowych) nie wystarczało siły i
wolumenu. Sam głos nie ma też szczególnie uwodzicielskiej barwy. Za to wyraz
emocjonalny wspaniały. W tej sytuacji Feruccio Furlanetto jako Filip II rządził
sceną jak chciał , bo ma wszystko co
niezbędne do stworzenia roli monarchy tyleż groźnego co żałosnego : głos mocny
i piękny, zdolny przekazania najbardziej ulotnych uczuć, znakomite legato,
talent aktorski. Eric Halfvarson
dopełnił obie obsady jako odpowiednio obmierzły Wielki Inkwizytor.
Po tym doświadczeniu z „Don Carlosem” obejrzałam jeszcze,
ale bardzo fragmentarycznie zapis spektaklu
z 1978 roku z La Scali. Nie
była to dobra kolejność : archaiczna inscenizacja nie do zniesienia, oldskulowe
aktorstwo utrudniały podziwianie znakomitej momentami wokalistyki. Placido
Domingo był wówczas bardzo gruby, Margaret Price też i żadną miarą nie dało się
uwierzyć w potęgę ich przeklętego uczucia, Śpiewali jednak cudownie, i gdyby to
by tylko zapis dźwiękowy byłaby to atrakcja rzadkiej klasy. Jako Posa Renato
Bruson, którego kiedyś lubiłam zaprezentował głos niepokojąco rozwibrowany.
Obrazcowa za to do moich ulubiennic nigdy nie należała , jej imponująco potężny
mezzosopran brzmiał zawsze sucho i tak też było tym razem. Robert Lloyd
przyzwoicie wykonał Filipa II , ale porównania z Furlanettem żadnego.
piątek, 30 listopada 2012
Zapomnieć o Shakespearze
Zabierałam się do tej płyty z daleko posuniętą
ostrożnością, podejrzewając kolejną nudną francuską operę, a tu…niespodzianka.
Thomas wyraźnie więcej zawdzięcza Verdiemu niż ojczystej grand opera. Muzyka
nie jest może szczególnie wyrafinowana, ale potoczysta, melodyjna i efektywna
dramaturgicznie. Wystarczy zapomnieć o Shakespearze i rzecz może się szczerze
podobać, zwłaszcza , jeżeli została porządnie, bez dziwaczenia wystawiona. A
takim przypadkiem się zetknęłam. Produkcja z 2003 , z barcelońskiego Liceu jest
prosta, zrobiona z poszanowaniem tekstu . Dzieje się „w Danii czyli nigdzie”,
bo scenografia i kostiumy są czasowo-przestrzenną mieszanką, co w tym akurat
przypadku ma sens. Na scenie przestrzeń organizują przesuwane moduły murów z
ceglaną podmurówką i ścianami przecieranymi w rdzawe plamy, które mają kojarzyć
się z krwią. Mebli bardzo niewiele – długi stól w akcie drugim, sofa w czwartym
i to właściwie wszystko. Akcję przeprowadzono sprawnie i również w pełnej
zgodzie z muzyką, co w czasach dyktatury reżyserskiej wcale oczywistości nie
stanowi. Śpiewacy w pełni udźwignęli ciężar swoich ról, zarówno pod względem
wokalnym jak aktorskim. Fenomenalna okazała się Natalie Dessay jako Ofelia i
choć głos, jakim dysponuje nigdy do moich ulubionych nie należał muszę jej
oddać, co cesarskie. Za wspaniałą precyzją dźwiękową poszła kreacja aktorska
takiej klasy (myślę głównie o scenie szaleństwa) jaką nieczęsto widuje się w
teatrze dramatycznym (kilka Ofelii w
życiu widziałam, wiem co mówię). Na jej tle Simon Keenlyside jako Hamlet nie
mógł szczególnie zabłysnąć, ale jego interpretacji trudno cokolwiek zarzucić.
Jego głos nie powala urodą , ale Keenlyside potrafi nim operować w sposób
bardzo zniuansowany. Jest też dobrym aktorem więc hamletowskie dylematy
zaprezentował wyraziście. Beatrice Uria-Monzon została potraktowana przedziwną
charakteryzacją , która po trosze już określała postać (Gertruda nosiła się w
stylu elżbietańskim: peruka na wygolonej do połowy głowie).Ona jedyna wśród
trójki protagonistów ma bogaty, piękny głos
a jej bohaterka okazała się kobietą zaskakująco miękką i nieco bezwolną.
Znając jednak umiejętności Monzon można być pewnym, że to wynik ustawienia jej
przez reżysera, które zresztą miało rację bytu. Z pozostałych wykonawców
(wszyscy, włącznie z chórem byli bardzo dobrzy) szczególnie podobał mi się duet
grabarzy: przede wszystkim bas , ale
także tenor. Trudno ocenić pracę dyrygenta (Bertrand de Billy) przy dziele,
które słyszy się pierwszy raz, więc w tym względzie pozostanę nieświadoma – dla
mnie muzyka brzmiała jednak świetnie.
środa, 21 listopada 2012
Królewskie rywalki
„Maria Stuarda” to jedna oper , które Donizetti poświęcił
królowym z rodu Tudorów (pozostałe 2 to oczywiście „Anna Bolena” i „Roberto
Devereux”). Nie stanowią cyklu, ale są podobnie skonstruowane i wszystkie
zawierają po 2 wspaniałe role żeńskie. Mężczyźni są w nich znacznie mniej
ważni, jakkolwiek w każdej plącze się tenor, bo jakiś amant być musi. Chociażby
po to, aby królowa Elżbieta miała o kogo być zazdrosną („Maria” i „Roberto”)
lub by król miał pretekst do usunięcia niekochanej żony („Anna”). „Stuarda”
wykonywana jest chyba najrzadziej, chociaż
obecnie notuje wyraźny
renesans. Właśnie trafiła w moje ręce
płyta ze spektaklem, który zarejestrowano w 2007, w
Akt pierwszy rozpoczyna się na dworze Elżbiety I, ale my
widzimy wnętrze złożone z kilku podestów i rzędów schodów, za to otoczone
kratami - Anglia jest więzieniem , jak
powiedziałby Shakespeare. W tym wrogim, ascetycznym i współczesnym otoczeniu
pojawiają się postacie ubrane w kostiumy stylizowane, ale również z bieżącymi
nawiązaniami (wątpię , by dworzanie królowej nosili skórzane stroje a ona sama
spodnie).Samą akcję Pier Luigi Pizzi przeprowadził logicznie i bez zbędnych
udziwnień. Miał do dyspozycji Annę Caterinę Antonacci, która uwielbia role
wyraziste , z dużym ładunkiem dramatycznej ekspresji i takie gra doskonale. Jej
Elżbieta była władcza, wściekle
zazdrosna i mściwa. Śpiewała bardzo dobrze, chociaż jak już w tym blogu
wspominałam jej głos do moich ulubionych nie należy. Poza tym , to dla Marii
Donizetti przewidział najpiękniejszą muzykę i Mariella Devia w pełni to
wykorzystała. Najlepsze wrażenie zrobiła na mnie we fragmentach lirycznych,
kiedy mogła zaprezentować znakomite piana, ale i mocniejsze fragmenty roli
brzmiały odpowiednio dramatycznie. Devia
nie jest ani tak wytrawną aktorką, ani tak efektowną kobietą jak Antonacci, ale
na finałowy triumf całkowicie sobie zasłużyła. Z panów najlepiej zaprezentował
się tenor Francesco Meli, obdarzony głosem dość jasnym, ale zaskakująco ciepłym
. Meli nie ma aparycji młodzieżowego idola, ale jego sympatyczna osobowość i
młody wiek ( każda z partnerek mogłaby
być jego matką) uwiarygodniły miłosną fiksację królowych. Simone Alberghini mnie w roli Talbota nie zachwycił
, głos, choć atrakcyjny wibrował niebezpiecznie na granicy nieprzyjemnego
drżenia. Dyrygent Antonio Fogliani albo miał za mało prób ze swymi śpiewakami,
albo nie potrafił się z nimi dogadać. Nigdy nie widziałam tylu spłoszonych
spojrzeń w stronę maestra ze strony wszystkich protagonistów , co tutaj. Nie
znam „Stuardy” na tyle dobrze , żeby oceniać bardziej szczegółowo, ale momentami między sceną a kanałem pełnej
synchronizacji zdecydowanie nie było.
poniedziałek, 19 listopada 2012
Uria-Monzon, Carmen niespodziewanie doskonała
Nie będę sobie zawracać głowy wstępem, bo każdy z nas zna najpopularniejszą operę świata prawie (albo i nie prawie) na pamięć.Barceloński Teatro Liceu wystawił ją współcześnie, co oznacza zazwyczaj odarcie
jej ze wszystkich elementów pseudohiszpańskich, ale także z wszelkiego
romantyzmu. Ta wersja Calixto Bieito jest tego podręcznikowym przykładem. Nie
ma co przytaczać szczegółów , choć oczywiście znalazły się tu fragmenty służące
wyłącznie „pour épater les bourgeois”
jako to nagi toreador ćwiczący najwyraźniej przed pójściem do pracy i z dumą
prezentujący nieskazitelne ciało (grający go tancerz ma się czym pochwalić pod
każdym względem).Także ostentacyjnie brzydkie kostiumy i tanie chwyty typu olbrzymi byk z papier-mache czy habanera wykonywana częściowo w budce telefonicznej należą do kanonu tego typu produkcji. Zazwyczaj omijam je starannie, ale tu moją uwagę
przykuła i zatrzymała Beatrice Uria Monzon, świetna Carmen pomimo teoretycznego
braku warunków fizycznych. Jest zdecydowanie dojrzała i niekoniecznie urodziwa
(choć figura znakomita), ale dramatycznie wyjątkowo efektywna i skutkiem tego
całkowicie wiarygodna jako uwodzicielka. Ma jakiś rodzaj scenicznej charyzmy,
która powoduje, że chce się na nią patrzeć. Słuchać też, bo głosowo z kolei
warunki posiada wszelakie: mocny, mięsisty, bogaty w barwie i ruchliwy
mezzosopran. Jej Jose, Roberto Alagna ma pecha, bo porównanie z Kaufmannem w
tej roli nikomu nie wyszłoby na zdrowie. Tu Alagna śpiewał ładnym,
niewymęczonym (jak mu się zdarza coraz częściej, niestety), jasnym tenorem ,
grał również zdecydowanie dobrze. Był może nieco… zbyt sympatyczny, co
powodowało zasadniczą trudność uwierzenia w jego morderczy szał ,ale i tak –
brawo. Marina Popłavska – OK., ale ja mam już jej dość. Jak na śpiewaczkę tak
bezwyrazową jak ona, karierę zrobiła oszałamiającą, jest wszędzie. Erwin
Schrott stworzył bardzo dobrą rolę jako Escamillo, ale jego kuplety to był
zdecydowany niewypał wokalny. Wyblakły, wyszarzały głos momentami miał poważny
problem z przebiciem się przez orkiestrę. Potem , w duecie z Jose, a zwłaszcza w króciutkim z Carmen
sprawował się dużo lepiej (jak na tak niepokaźny rozmiar tego ostatniego Monzon i Schrottowi udała się rzecz dość
niezwykła: stworzyli atmosferę prawdziwej, delikatnej intymności między Carmen
i Escamillem). No i oczy można było
napaść, bo Schrott wyglądał tu fantastycznie.
sobota, 17 listopada 2012
Tajemnica trzech kart
„Dama pikowa”, chociaż oparta na tekście
Aleksandra Puszkina podobnie jak „Eugeniusz Oniegin” bardzo się od
najpopularniejszej opery Czajkowskiego różni klimatem. Zamiast prostej
opowieści mamy obsesje, paroksyzmy, wizje i wreszcie ducha. W warstwie czysto
muzycznej pokrewieństwa są już bardziej wyraźne, zwłaszcza w nieomylnie
słowiańskiej melodyjności, tak różnej od włoskiej czy niemieckiej (z
wyłączeniem części aktu drugiego, zawierającej fragmenty czysto mozartowskiej
proweniencji). W każdym razie dobrze wykonana „Dama” może odbiorcy przynieść
masę satysfakcji. Moje pierwsze z nią zetknięcie miało miejsce już tak dawno,
że wstyd wspominać i zupełnie nie pamiętam , kto i jak wtedy śpiewał. Pamiętam
za to, że dzieło wywarło na wczesnonastoletnim dziewczęciu wielkie wrażenie i –
jak się właśnie okazało – wywiera je nadal. Produkcja Elijaha
Moshinsky’ego pochodzi z roku 1995, ale
na DVD zarejestrowano ją 4 lata później, zapewne ze względu na optymalny zestaw
gwiazd, który udało się do niej pozyskać, Sama inscenizacja jest dość
konwencjonalna , ze sprawnie i z sensem przeprowadzoną akcją. Scena jest tu
ujęta w ukośne ramy, które oświetlane pod koniec każdego aktu być może mają nam przypominać, że patrzymy na tableau, a „życie jest gdzie
indziej” ( w tym wypadku w muzyce). Tym bardziej, że panie i panowie noszą wielkie, niemal karykaturalne pudrowane
peruki, zgodne z czasem akcji (panowanie
Katarzyny II, czyli koniec wieku 18), ale nadające wszystkim rys groteskowy.
Właściwie prawie wszystkim, bo Herman jej nie nosi. Człowiek ogarnięty obsesją tak silną
jest bowiem uciekinierem ze świata konwencji jako ktoś, kto swój cel stawia
ponad ludzkie zasady. Dla Hermana samo
poznanie tajemnicy trzech kart i materialne
korzyści mające z niego wynikać są równoważne. Herman to rola niezwykle trudna,
wymaga świetnego aktorstwa, a przy takim bohaterze łatwo przeszarżować.
Wymaga też znakomitego opanowania głosu, i to we wszystkich tenorowych
rejestrach. Placido Domingo nie był oczywistym kandydatem do tej partii: głos i owszem, ale o nietypowej dla opery
rosyjskiej barwie, interpretacja też, ale tu z kolei skłonność do przerysowań,
które mogłyby Hermana ośmieszyć. No i ten język…A tu zaskoczenie: po pierwsze –
Domingo posługuje się całkiem dobrym rosyjskim. Poza tym naprawdę świetnie
przekazuje rozedrganie nieszczęśnika i jego stopniowe pogrążanie się w obsesji.
13 lat temu maestro był jeszcze tylko tenorem, nie zaś „tenorem, który stracił
góry, czytaj: barytonem”. I to jakim! Wszyscy wiemy, jak brzmiał w pełni sił
wokalnych. Tutaj można też go pochwalić za wyczucie stylu – to nie jest żaden
„hispano-Czajkowski”. Galina Gorchakova nie zrobiła na mnie tak wielkiego
wrażenia jak przy okazji „Ognistego anioła”. Niby wszystko OK., ale czegoś
brak. Może tej niezwykłej samokontroli, która w tamtej operze nie pozwoliła jej
ani na sekundę osunąć się w szpony konwencji. Dimitrij Hvorostovsky jako Książe
Jelecki ma do zaśpiewania niewiele ponad swoją arię, ale cóż to za aria! Muszę
przyznać, że zawsze dziwiłam się Lizie, że, po jej usłyszeniu nie przestaje
ślęczeć nad Hermanem i nie wychodzi spokojnie za księcia. No ale wtedy nie
byłoby dramatu. Ja w każdym razie, gdyby
Hvorostovsky tak mi ją zaśpiewał ani sekundy nie tkwiłabym przy biednym
furiacie. Olga Borodina, wówczas na początku swej amerykańskiej kariery
zachwyciła mnie bez reszty – piękny, jeszcze nie za ciężki mezzosopran, cudowne
prowadzenie frazy – delicje. I jaka ponętna z niej była Paulina! Partia Hrabiny zwykle wykonywana jest przez przez wielce zasłużone gwiazdy, które lepiej lub gorzej próbują przywołać wspomnienia scenicznej chwały. 71-letniej Elizabeth Soderstrom niestety się nie udało: interpretowała bez zarzutu,ale głosu już nie miała. Nie ma co
rozwodzić się nad klasą czystko muzyczną tej „Damy” : orkiestra MET w kanale i
Valery Gergiev za pulpitem dają w wypadku Czajkowskiego jakość najwyższą i tak
też się stało tym razem.
niedziela, 11 listopada 2012
Śpiewacy prowincjonalni?
W wielu recenzjach zetknęłam się z poręcznym porównaniem
(oczywiście pejoratywnym) do prowincjonalnych teatrów włoskich. Z ciekawości
postanowiłam sprawdzić jak wygląda współcześnie spektakl w jednym z nich i
obejrzałam „Luisę Miller” zarejestrowaną
w Teatro Verdi w Sassari. Produkcja okazała się krzepiąco staromodna i
nieszczególnie inspirująca , ale „Luisa” (której libretto opiera się na
schillerowskiej „Intrydze i miłości) należy do tych oper, które ciężko poddają
się transformacjom. Może dlatego specjaliści od regietheatru tak rzadko
porywają się na tego typu dzieła. Bo i cóż można by tu wymyślić ? Wbić bohaterów w korporacyjne
mundurki i posadzić wokół stołu konferencyjnego? W Sassari oszczędzono nam pomysłów
tego rodzaju, Marco Spada ograniczył się chyba do ustawienia sytuacji
scenicznych wyraz emocjonalny pozostawiając swoim śpiewakom. Z różnym skutkiem, o czym dalej.
Na scenografię nie wydano zbyt dużo, redukując ją do kilku przesuwanych
ścian i niezbędnych rekwizytów. Kostiumy
za to są niezwykle bogate, i zgodne z epoką. W roli tytułowej wystąpiła Rachele
Stanisci, która najwyraźniej ma temperament dramatyczny i nie poradziła sobie z
pierwszą sceną opery zawierającą arię i duet z Rodolphem. Tu muzyka domaga się
głosu lekkiego, i świetlistego a także
pogodnego nastroju, którego nie mącą narzekania Millera. Stanisci próbuje to
osiągnąć całkowicie bez powodzenia, głos brzmi ciężko, skrzypliwie (żeby nie
powiedzieć skrzekliwie) , to niewinne dziewczę brzmi jak zbolała matrona. Na
szczęście im dalej, tym lepiej. W akcie drugim i trzecim Stanisci jest już najwyraźniej na własnym terytorium i
jako heroina dramatyczna sprawdza się znacznie efektywniej. Prezentuje też przyzwoite
aktorstwo. Nie da się tego samego powiedzieć o Antonio De Gobi (hrabia Walter)
który nie tylko jest straszliwie konwencjonalny, ale też śpiewa brzydkim,
matowym głosem o dziwacznej wibracji Drugi bas, Taihwan Park (Wurm), jeśli
pominąć miny jak z latynoskiej
telenoweli sprawia się całkiem dobrze, ma, ładny, bogaty w barwie głos i wie ,
na czym polega verdiowski styl. Sarah Maria Punga ubawiła mnie serdecznie, co w
partii Frederiki komplementu nie stanowi. Jeśli ktoś chciałby zobaczyć, jak
przedwojenna podkuchenna mogłaby sobie wyobrażać jaśnie panią to tu miałby
ilustrację idealną. Głosowo Punga nie zawiodła ani nie zachwyciła.Miller –
Alberto Gazale po suchym początku rozśpiewał się i jego ciepły baryton
zabrzmiał naprawdę dobrze. Tyle, że warto byłoby zwrócić mu uwagę
najstaranniejsze wykańczanie frazy, bo ma z tym pewne kłopoty. Poza tym, jeśli
już w scenie początkowej markuje grę na skrzypcach , powinien to robić choć
troszkę wiarygodniej. I tu drobna uwaga natury estetycznej : obaj zaborczy
ojcowie zostali w tym spektaklu zagrani
przez wyjątkowo przystojnych mężczyzn, co dla oka jest miłe, ale dla
dramaturgii niekonieczne, a wręcz zbędne. Na koniec Rodopho – Francesco Demuro.
Znam go doskonale ze sceny TWON, ale ta „Luisa” została zarejestrowana
dosłownie klika dni po jego scenicznym debiucie ( w tej samej roli) i w związku
z tym stanowi ciekawostkę. 29-letni tenor, troszkę wówczas nieporadny aktorsko
zapowiadał się już nieźle. To nie jest mój ulubiony typ głosu (jasny, liryczny,
z nadziejami na rozszerzenie w późniejszych czasach) - wolę brzmienie nieco
ciemniejsze i bardziej nasycone - ale w
swojej klasie bardzo obiecujący. Jako nieszczęsny amant wykazywał pewne kłopoty
z górą skali, ale ogólnie wypadł bardzo dobrze. Dziś, po 5 latach ma już za
sobą debiuty w Wiener Staatsoper,
Subskrybuj:
Posty (Atom)






