czwartek, 7 lutego 2013

Nowe płyty - Spyres,Vogt, Gerhaher



 Tęskne oczekiwanie na nowe CD Kaufmanna, Leżniewej  i Beczały (z Verdim, Tauber nie dla mnie)  umilam sobie sprawdzaniem innych, pewnie wcale nie mniej interesujących. Właśnie przesłuchałam  płytę o bardzo standardowym tytule „A Fool for Love” , ale niezmiernie ciekawej zawartości. Ukazała się kilka miesięcy temu, ale dopiero dziś, po obejrzeniu „Ciro in Babilonia” z Pesaro jej wykonawca zwrócił moją baczną uwagę. Młody amerykański tenor , Michael Spyres przedstawia tu swoją wizytówkę , więc w sposób typowy dla debiutanta usiłuje na niej zmieścić wszystko, co umie i jest tego za dużo – prawdziwy groch z kapustą: Donizetti i Czajkowski, Strawiński i  Bizet, Richard Strauss i Puccini. A jeszcze Verdi, Rossini, Mozart i Cilea.
Czy taka mieszanka wybuchowa może podziałać? Otóż może, chociaż nieuchronne wrażenie chaosu jednak pozostaje. Ale jaka to rozkosz odpocząć od koncept-albumów, zwłaszcza, jeśli artysta dysponuje takimi atutami jak Spyres. A są one niebagatelne: Jasny, srebrzysty głos o metalicznym zabarwieniu i sporej, jak na tenora nominalnie lirycznego sile, wspaniałe legato (a na to jestem szczególnie wrażliwa), giętkość, no i podziwu godna góra skali (z dołem nieco gorzej). Najpiękniej wypada w interpretacji Spyresa repertuar francuski, nawet jeżeli śpiewak ma wyraźny problem z wymową. Za to stylistycznie – delicje. Nigdy nie słyszałam tak rozmarzonego romansu Nadira z „Poławiaczy pereł”! Polecam też szczerze posłuchanie, jak debiutant radzi sobie z jedną z najpopularniejszych arii w całym operowym repertuarze – „Una furtiva lagrima”. Czajkowski („Kuda, Kuda”), znów pomimo kontrowersyjnej ruszczyzny jest taki jak trzeba: dramatyczny i melancholijny zarazem. A jeszcze elegancko zaśpiewane  „Il mio tesoro” i „Che gelida manina”, i kilka innych. Jedyne , co nie do końca mnie przekonało, to fragment „Córki pułku”, ale to nie względu na jakieś wykonawcze niedoróbki, tylko na głos Pavarottiego, który przy arii Tonia zawsze brzmi w mej pamięci, a nikt nie jest w stanie mu dorównać. Spyres to mniej więcej ta sama kategoria co Calleja, ale przewyższa maltańskeigo tenora łatwością koloratury i znakomitymi ozdobnikami (warto sobie posłuchać w jego wykonaniu np. „Fuor del mar” – na płycie nie ma , ale na Tubie i owszem).
Jako druga wylądowała w odtwarzaczu płyta Klausa Floriana Vogta „Wagner”. I dla mnie jest to porażka. Specyficzny głos Vogta albo się akceptuje z dobrodziejstwem inwentarza, albo nie. Dla mnie, o ile w operze jest akceptowalny, w recitalu staje się nie do zniesienia. Poprzedni, dość bezczelnie zatytułowany „Helden” już zapowiadał tę klęskę monotonii, ale ratowała go różnorodność repertuaru. Tutaj artysta śpiewa  tylko fragmenty z Wagnera i robi to tak samo, niezależnie od tego, czy jego bohaterem jest Siegfried, Siegmund, Parsifal czy Tristan. Pomijając już wszystko inne , Vogt kompletnie nie ma warunków głosowych do tych ról, a zaśpiewane wysokim (niektórzy piszą – „anielskim”) , nieszczególnie mocnym głosem brzmią najzwyczajniej anemicznie  O ile Lohengrin czy Walter leżą w zasięgu jego możliwości nie chciałabym słuchać „Walkirii” z jego udziałem , nie mówiąc już o „Tristanie”
Na koniec zostawiłam sobie krążek, który sprawił mi wielką, choć zupełnie inną niż w wypadku Spyresa przyjemność. „Romantische Arien” to pierwsza operowa składanka Christiana Gerhahera, chociaż oczywiście kolejna jego płyta. Byłam bardzo ciekawa, jak mistrz pieśni potraktuje arie. Repertuar daleki jest od standardowego a niemiecka opera romantyczna niosła zagrożenie nadmierną jednorodnością stylu. Ale Gerhaher  to na szczęście nie Vogt. Jego głos nie zaleca się szczególną głębią czy charakterystyczną barwą . To jest , jak mawia inny słynny baryton o własnym „baryton liryczny i nigdy nie będzie więcej”. Ale jak on nim operuje! Ile kolorów, odcieni, nastrojów: od lirycznej melancholii i rezygnacji do pełnokrwistego dramatu. Gerhaher nie musi krzyczeć, żeby ten dramat wyrazić. Posłuchajcie , jak on śpiewa Wolframa, nie przegapcie tej płyty! 


poniedziałek, 4 lutego 2013

Urok szatana - "Wolny strzelec"



Podejrzewam, że u większości z nas, operowych maniaków-kolekcjonerów pasja czasem wygrywa z rozsądkiem, ilość płyt do przesłuchania/obejrzenia momentami przerasta  możliwości czasowo-percepcyjne. Skutek, przynajmniej u mnie jest taki, że niektóre giną upchane w czeluściach szafek i pokrywają się kurzem. Aż w końcu nadchodzi ten moment – znudzona i z niewytłumaczalnego powodu niemająca chęci na nic, co miało być wrzucone do odtwarzacza w pierwszej kolejności zaczynam wielkie grzebanie. I wyciągam ukrytą gdzieś w tylnym rzędzie płytę, o której nawet nie pamiętałam, że ją mam. Do oglądania siadam gotowa na wielkie odkrycie. Co czasem się sprawdza, ale częściej nie.  Tym razem rzecz wydobyta z niepamięci sprawiła mi sporą frajdę.  A była to opera dziś już rzadko grywana, choć nadal pozostająca częścią kanonu – „Wolny strzelec”  Webera.   Właściwie trudno powiedzieć, dlaczego utwór ten ma dziś niezasłużoną opinię szlachetnej ramoty, którą należy podziwiać z daleka, bo z bliska gotowa zanudzić na śmierć. Piękna, niespecjalnie skomplikowana, za to operująca nastrojem i  bardzo emocjonalna muzyka , romantyczne libretto (historia wręcz gotycka, z udziałem siły nieczystej), wspaniałe możliwości dla śpiewaków. Fabuła sama wydaje się tworzyć idealne warunki, by reżyser ze scenografem mogli sobie poszaleć, poprzenosić akcję w dowolne czasy i poużywać do woli współczesnej, wyrafinowanej maszynerii teatralnej, projekcji wideo i licho wie czego jeszcze. A tu – nic. Nie, żebym pamiętała wiele inscenizacji „Wolnego strzelca”,  wręcz przeciwnie (z wyłożonych już przyczyn) , ale te, które majaczą mi gdzieś w mrokach pamięci nie zostawiły dobrych wspomnień, bo zwyczajnie były paskudne. A tu prawdziwa niespodzianka. Niestety, nie mogę powiedzieć, że współczesna bo produkcja pochodzi z 1988 roku i wyszła spod ręki reżysera, którego już nie ma między nami. A tam, reżysera - Bernhard Victor Christoph Carl von Bülow  ( nazwisko poniekąd znaczące, ale nie mam pojęcia, czy istnieje jakiś związek z tymi von Bülow)  był komikiem, twórcą komiksów, pisarzem i Bóg wie kim jeszcze.  Posługiwał się  pseudonimem Loriot. Po tym przydługim wstępie czas na produkcję samą. Wystawiono ją na festiwalu w Ludwigsburgu (Badenia-Wirtembergia) , który do najbardziej prestiżowych nie należy. Ale – może właśnie dlatego może sobie pozwolić na tak coś tak ostentacyjnie, tak bezwstydnie oldskulowego . Wszystko, od dekoracji poczynając , poprzez kostiumy a na sposobie poprowadzenia akcji i postaci skończywszy wydaje się  tak staromodnie bajkowe i zgodne z założeniami autora, że odbiorca zastanawia się, czy to nie jest jeden wielki żart. I – w pewnym sensie – jest.  Popatrzmy na bohaterów – zanim otworzą usta, wiemy już, kim są. Max - sfrustrowany młodzieniec z długimi czarnymi puklami to niewątpliwie Bohater Romantyczny . Kacper - mężczyzna z rozwichrzoną fryzurą toczący wokół wściekłym spojrzeniem i strojący demoniczne grymasy – Czarny Charakter. Agata – pulchne dziewczę błękitnookie i jasnoblond – Niewinna Dziewica . Anusia – fertyczna brunetka o figlarnym spojrzeniu - Subretka . A poza tym mamy jeszcze zafrasowanego o przyszłość dzieciny Ojca, dobrego i stanowczego Księcia Pana, świętego Pustelnika w odpowiednim , białym gieźle oraz na czarno odzianego Przedstawiciela Piekła. Oraz tłum złożony z dziarskich wieśniaków, służby leśnej , muzykantów itd. Teraz przyjrzyjmy się dekoracjom – ponury, ciemny las,  salon w leśniczówce z myśliwskimi akcesoriami na ścianach, Wilczy Jar jak żywy. Cudo. No i akcja – poprowadzona dokładnie tak, jak tekst libretta nakazuje, bez udziwnień, za to z cieniem uśmiechu w tle. I jeszcze  finał, w którym Agent Dołu (pamiętacie?) pozostaje przy stole sam na sam z Pustelnikiem…Zdecydowanie  - lubię to! Zwłaszcza, że od strony wykonawczej niewiele można zarzucić. Dyrygent Wolfgang Gönnenwein wykonał swoje bardzo fachowo, a ta muzyka, zwodniczo prosta, zawiera trochę pułapek. Chór był sprawny nadzwyczaj ( zwłaszcza fragment na początku, gdzie współplemieńcy szydzą sobie z Maxa wypadł znakomicie). Soliści też na wysokim poziomie. Uwe Heilmann – Max mógłby mieć lepszy dół skali i nieco więcej mocy, ale i tak zrobił dobre wrażenie. Podobnie jak srebrzystogłosa Nancy Johnson i temperamentna  Ulrike Sonntag (głosy obu śpiewaczek idealnie go siebie pasują). Najbardziej podobał mi się jednak Siegmund Nimsgern, którego głęboki bas-baryton idealnie sprawdził się w roli bohatera, który przeszedł na ciemną stronę mocy(niektórzy zarzucali mu ,że za lekki – nie zgadzam się stanowczo!). Cały ten spektakl można określić słowem tyleż staromodnym (a jakże!) co adekwatnym  - uroczy.


http://www.youtube.com/watch?v=ocVyU_uuKHE

środa, 30 stycznia 2013

Dwie królowe Joyce DiDonato

DiDonato jako Elisabetta i Cutler jako Leicester
Heever  w roli Elisabetty
DiDonato jako Maria

 Przy okazji transmisji  z Met „ Marii Stuardy”  uświadomiłam sobie, że Joyce DiDonato jest jedną z nielicznych śpiewaczek, które na scenie kreowały role obu głównych bohaterek. I postanowiłam sprawdzić jak też wypadła w jej interpretacji królowa Elżbieta. Jedyne - według mojej wiedzy - dostępne nagranie jest dość osobliwe, zarejestrowano bowiem próbę generalną … bez chóru, który akurat postanowił zastrajkować (2005, Grand Theatre de Geneve). Ta absencja zasadniczo wpływa na percepcję dzieła, w którym akurat chór ma co zaśpiewać i zagrać, przyczynia się też zasadniczo do stworzenia właściwego klimatu kilku scen, w tym (ale nie tylko) finałów obu aktów. Scena , zgodnie z modą która od dłuższego czasu panuje w Europie pozbawiona niemal scenografii wydaje się jeszcze bardziej pusta, gdy protagoniści dramatu zostają na niej sami. Ocenianie w tej sytuacji reżyserii byłoby nie całkiem fair , ale trzeba przyznać, że ma ona (sytuacja, nie reżyseria)  pewien zasadniczy plus: wszelkie zalety i wady kreacji wokalno-aktorskich uwypuklają się mocno.  Co też powoduje, że bohaterka tytułowa w wykonaniu Gabrieli Fontany jest dla mnie całkowicie nie do zniesienia. Minoderyjna, infantylna, histeryczna, nadwyrężająca głos o zupełnie niewłaściwym dla tej partii wolumenie. Eric Cutler, który jako Leicester debiutował właśnie w Europie nie popisał się szczególnie ,ale też trudno mu wytknąć ewidentne błędy. Nie mogę powiedzieć, że DiDonato, którą bardzo lubię zawiodła mnie jako Elisabetta , podejrzewałam bowiem, że to nie jest rola dla niej. I nie jest, co chyba także odczuła sama artystka nie wykonując jej już później. Oczywiście, śpiewaczka tej klasy nigdy nie tworzy ról, które przynosiłyby jej wstyd. Tym nie mniej w warstwie czysto wokalnej partia wyraźnie przerasta DiDonato , która w momentach dramatycznych, wymagających siły i metalicznego brzmienia ujawnia wysiłek i skłonność do forsowania głosu. Fragmenty liryczne w jej wykonaniu bywają za to piękne, ale akurat w tej partii dużo ich nie znajdziemy. Aktorsko także pozostawiła mi niedosyt:  zobaczyłam tylko zazdrosną kobietę , zabrakło mi królowej . Konwencjonalność tak ukazanej Elżbiety podkreśla jeszcze kostium – banalnie ładny, uzupełniony podobnie upiększającą peruką . Ani śladu królowej znanej z portretów.  Evelino Pido poprowadził orkiestrę bez szczególnej finezji. Po tym doświadczeniu genewskim do oglądania „Stuardy” z MET usiadłam z nadzieją na znacznie intensywniejsze przeżycia artystyczne. I na szczęście tak też było. Produkcja Davida McVicara jest pokrewna jego „Annie Bolenie” z zeszłego roku, co nie dziwi, bo z przyszłosezonowym „Roberto Devereux” maja stanowić swego rodzaju trylogię. McVicar nie przeszkadza swoim śpiewakom , ustawia im koncepcje postaci i pozwala interpretować. Dobrze  też wie, co zrobić z chórem, który u niego nie tkwi nieruchomo, ale też nie miota się przeciążony nadmiarem zajęć.  Doskonale pokazany został na przykład stosunek  dworu do władczyni – podziwiają ją, ale też panicznie się boją, co widać w drobnych ruchach i gestach chórzystów. Jednakże nawet McVicar nie znalazł patentu na Leicestera, bo też i niezmiernie o to trudno. Nieszczęśnik miota się od jednej damy do drugiej, u jednej skamle o litość, u drugiej usiłuje uzyskać obietnicę pokory. Niby kocha Marię, ale i wizja świetlanej przyszłości u boku Elżbiety nie jest mu wstrętna. Matthew Polenzani do charyzmatycznych wykonawców nie należy, spełnia swoją powinność i koniec. Dodatkowo skrzywdzono go kostiumem, w którym wygląda, jakby wybierał się ujarzmiać rój dzikich pszczół. No, ale mężczyźni w tej operze nie są specjalnie ważni. Zaś obie protagonistki okazały się godne siebie i swych ról. Dla Joyce DiDonato Maria okazała się partią znacznie właściwszą niż Elżbieta. Nie tylko dla jej pełnego blasku głosu (choć i tu braki mocy dały się zauważyć), ale też osobowościowo. Tym razem jej bohaterka miała w sobie niezbędny dualizm : zwykła, zakochana kobieta – królowa, nawet jeżeli tronu pozbawiona. Była królewska duma i wściekłość, wyrażona słynną kwestią „Figlia impura di Bolena” i monarsza godność, gdy Maria szła pod topór. Drugi akt, tak jak powinien należał do niej, a spowiedź scena i finałowa naprawdę mnie poruszyła. Interpretacyjny majstersztyk, zwłaszcza, że i w głosie DiDonato, jako bardziej liryczny ten fragment  leży wspaniale. I tak dotarłam do Elzy van den Heever, która dla mnie w tym spektaklu „ukradła” każdą scenę , w której wystąpiła. Heever, która tą rolą debiutuje w Met w USA znana jest głównie z incydentu sprzed kilku lat, kiedy to dosłownie dzień przed podniesieniem kurtyny zgodziła się wystąpić w roli Donny Anny w San Francisco (u boku Mariusza Kwietnia). Planowana oryginalnie artystka popadła w gwałtowny konflikt z dyrygentem i dyrekcją teatru, została nagle i bezapelacyjnie zwolniona. Usiłowała nadać sprawie kontekst rasowy jako Afroamerykanka podkreślając pochodzenie swojej następczyni z … RPA. Gdyby rzecz cała miała choćby cień prawdopodobieństwa żaden amerykański sąd by tego nie przegapił ale …. skargi były bezzasadne. Co takiego stało się zasadniczą i prawdziwą przyczyną konfliktu do dziś nie wiadomo. W każdym razie, Heever wykazała się żelaznymi nerwami i stworzyła znakomitą kreację, dla mnie pamiętną tym bardziej, że nie przepadam za postacią Donny Anny, zaś tutaj byłam zachwycona całokształtem (przede wszystkim tym, że nie dostrzegłam forsowania głosu i krzyku, co zdarza się niemal wszystkim Annom). Obecne zetknięcie  z Heever jest zaledwie moim drugim, ale mam nadzieję, że będzie ich jeszcze dużo. Nie mam pojęcia, czy ktokolwiek dzieli mój zachwyt (nie czytałam recenzji, podejrzewam, że zachwycano się głownie gwiazdą), ale mnie ta rola wydała się wspaniała. Oczywiście w samych kwestiach aktorskich wydatnie wspomógł swą śpiewaczkę McVicar, ale trafił na wyjątkowy talent. Popatrzmy na tę Elżbietę – Heever nie przestraszyła się charakterystyczności, nie bała pokazać jako postać niemal karykaturalna. Niemal, bo to jeszcze nie jest stara „królowa-dziewica” z czasów Essexa. Elżbieta , mająca władzę nad życiem i śmiercią swych poddanych nie ma jej ani nad ich sercami, ani nawet nad własnym ciałem, które nie wygląda tak, jakby chciała (ten drobny, zrezygnowany gest, którym odsyła służące z lustrem). Stanowi niebezpieczny konglomerat siły i pychy z rozczarowaniem i świadomością osobistej porażki w sprawie tak ważnej jak uczucia. Cóż, podobno na szczytach władzy samotność bywa dojmująca. Wokalnie także chylę czoła. Heever nie ma konwencjonalnie pięknego głosu, ale jak ona włada tym co dostała od natury! Partia Elżbiety, napisana wysoko i dramatycznie prowokuje często brzmienie wysilone, ostre i krzykliwe. Tu nie ma nic z tego (no, przyznaję, że niektórym ten głos może się wydać troszkę za spiczasty), jest moc, nie ma krzyku. I co za wyraz emocjonalny! Stronę czysto muzyczną powierzono staremu wydze, Maurizio Beniniemu, który znakomicie zrobił swoje i chyba należy do tych dyrygentów, którzy potrafią pomagać śpiewakom. Na koniec muszę, po prostu muszę oddać sprawiedliwość chórowi. Donizetti napisał dla niego piękną arię pod koniec drugiego aktu i została ona wykonana wspaniale , co czujna publiczność Met nagrodziła rzęsistymi brawami  a potem aprobującymi gwizdami i potupywaniem przy ukłonach.
Jak dotąd „Maria Stuarta” wydaje mi się najlepszą transmisją z Met w tym sezonie. Sporo sobie jeszcze obiecuję po „Parsifalu”. Okaże się 2 marca.
http://www.youtube.com/watch?v=-WMzj6_kF6o
http://www.youtube.com/watch?v=vU-aN_hzjbE
http://www.youtube.com/watch?v=_LJ0b6Bfu4M

sobota, 26 stycznia 2013

Przetrwają najpiękniejsi - "Purytanie" przecudni



 
Chyba najładniejsza obsada jaką zdarzyło mi się w życiu w operze oglądać: od protagonistów  po role drugoplanowe wszyscy piękni i zgrabni. Czyli very trendy . We  Włoszech "bella figura" jest najważniejsza od początku świata zaś przedstawienie pochodzi z Bolonii. Przyjemność dla oczu była niewątpliwa, z uszami różnie bywało. Inscenizacja obywająca się bez modnych „rewelacji” i trzymająca didaskaliów, libretta i tekstu niezmiernie rzadko się obecnie w Europie zdarza, toteż patrzyłam z sentymentem. „Purytanie” nie należą do dzieł o specjalnie skomplikowanej bądź ekscytującej akcji a w dodatku główna bohaterka jest postacią dość absurdalną – to popada w szaleństwo, to odzyskuje zmysły i tak w kółko. Bohaterskie pohukiwania tenora też są raczej nieprzekonujące, pozostaje więc skupić się na muzyce zaś o prawdopodobieństwie psychologicznym zapomnieć. Nino Machaidze  wygląda na 10 lat młodszą wersję Anny Netrebko ale głos ma jaśniejszy i nie tak lejący. Wszystkie nuty były na właściwych miejscach, dziewczę szalało wdzięcznie – czegóż więcej chcieć od Elviry… Arturo – Juan Diego Florez to maestro w partiach belcantowych , pięknie śpiewa, wyciąga oszałamiające góry, ma nienaganne legato, przyzwoicie gra (w ramach konwencji)  a na domiar wszystkiego jest przecudnej urody. Gabriele Viviani to mężczyzna wysoki, postawny i nader urodziwego oblicza. Dysponuje też ciepłym, bardzo ładnym głosem, ale używa go dość niechlujnie , jego Riccardo wyraźnie woli pokrzykiwać niż wyrażać sentymenty co odbija się zwłaszcza na jego arii. Śpiewający wuja  Elviry Ildebrando D’Arcangelo dosyć zabawnie wyglądał w siwej peruce, chociaż i tak był pociągający. Nie przepadam natomiast za trochę głuchą i matową barwą jego głosu, chociaż od strony technicznej zastrzeżeń żadnych. Orkiestra na początku brzmiała trochę katarynkowo, za hałaśliwie, później nabrała nieco płynności. Dyrygentowi, Michele Mariotti zdecydowanie gratulacje się nie należą. "Purytanów" należy jednak, mimo tych zastrzeżeń oglądać póki jeszcze jest szansa. Niedługo, jako opera niespecjalnie inspirująca współczesnych guru reżyserii mogą zniknąć ze scen i długo trzeba będzie czekać na następną okazję.

wtorek, 22 stycznia 2013

Mój Rok Donizettiego - "Faworyta"


Zostałam, jak większość z nas wyposażona w odruch sprzeciwu wobec wszystkiego, co powszechne i z góry narzucone. Nie zamierzam więc świętować jubileuszy Verdiego i Wagnera – dzieła obu panów  są w repertuarach teatrów całego świata permanentnie ( całkowicie słusznie , oczywiście) i w roku 200 rocznicy urodzin nie ma żadnego powodu, aby słuchać ich jeszcze więcej niż zwykle. Ja sobie zrobię …Rok Donizettiego. Dlaczego? A , bo tak !!! Napisał mnóstwo, z czego grane jest niewiele - za to do upojenia. Najwyższe autorytety i znawcy nie mają Donizettiego w szczególnym poważaniu uśmiechając się protekcjonalnie gdy o nim mowa. I to jest powód. Tak więc, nie porzucając oczywiście w ramach małpiej złośliwości utworów obu Wielkich, Czcigodnych Jubilatów , bo sama zrobiłabym sobie krzywdę – zamierzam poeksplorować twórczość , zwłaszcza mniej znaną - Donizettiego. Zaczęłam od opery, która jeszcze nie tak dawno gościła na scenach może nie często, ale jednak dość regularnie. Zawdzięczała  swój renesans jednej śpiewaczce i wyjątkowo nie była to Maria Callas, ale Fiorenza Cosotto . „Faworyta” funkcjonuje dziś właściwie już tylko dzięki wykonującym na recitalach arię „Ange si pur” („Spirto gentil” w wersji włoskiej) tenorom. Wspomagają ich czasem barytony przywołując Léonore, viens / „Vien, Leonora” (ma to w repertuarze i bardzo pięknie śpiewa Mariusz Kwiecień). O samej bohaterce – cisza. W libretcie nie została potraktowana szczególnie łaskawie. Każe nam się współczuć damie, która przez dłuższy czas była oficjalną metresą królewską. Dokładnie w momencie , w którym władca decyduje się porzucić legalną małżonkę i z kochanki „uczynić uczciwą kobietę” ta zakochuje się w młodszym i zapewne przystojniejszym … kandydacie na mnicha. I rozpacza, że dowiedziawszy się, kim ona jest niedoszły kapłan odrzuci ją ze wstrętem. Ma to oczywiście tragiczny koniec, bo właściwie wszyscy pozostają z niczym – Leonora traci zarówno lukratywną pozycję jak i nowego ukochanego, a wreszcie życie. Fernand ,  porzuciwszy Boga przekonuje się, że uczynił to dla „kobiety upadłej”, której nie przestaje kochać, ale  - za późno. Król cierpi, daje szansę kochankom godząc się na ich związek (wie, że nic z tego nie będzie?)  - na próżno. Przytoczyłam krótko fabułę „Faworyty”  aby spróbować opisać jak w spektaklu, który oglądałam cały ten konwencjonalny melodramatyzm próbowano rozbroić. Była to próba aż nadto udana, o czym dalej.  Jesteśmy na Gran Canarii, w Las Palmas, rok 2002. Po odsłonięciu kurtyny ukazuje się nam pusta, ciemna  scena . Na niej … świecący własnym światłem duży, przezroczysty  sześcian , w którym uwięziony Fernand rozpoczyna swoją skargę-zwierzenie. Dalej mamy serię podobnie abstrakcyjnych obrazków, co bywa nawet zajmujące i atrakcyjne dla oka, ale nijak się librettem nie tłumaczy. W każdym razie do finału scena pozostanie na ogół pusta, czasem tylko pojawia się na niej jakiś element dominujący. Jak na przykład posąg roznegliżowanej, pulchnej damy , który ma być albo portretem Leonory z jej rozpustnych czasów albo też tę niechlubną przeszłość symbolizować. A jeśli tak, to dlaczego bohaterka dotyka go „z pewną taką nieśmiałością’ i rzuca  w jego stronę nostalgiczne spojrzenia? I dlaczego znacznie wyższa temperatura emocjonalna panuje  pomiędzy Leonorą a królem Alfonsem niż między teoretycznie pałającymi wielką namiętnością świeżo zakochanymi? Pytania można by mnożyć, ale skutek takiego ustawienia postaci nie jest dobry – pewien enigmatyzm i chłód powoduje, że, owszem, melodramatyzm fabuły zostaje nieco okiełznany. Tyle, że przy tym widz traci zainteresowanie dla czysto teatralnej strony przedsięwzięcia. I nawet oryginalny pomysł na scenę finałową tego efektu nie niweluje (Leonora zostaje rozdzielona na „ciało” i „duszę” i podczas gdy Fernand rozpacza nad martwym już ciałem duszę pochłania świetlisty sześcian) Dziwaczne , efekciarskie kostiumy i nowoczesna ( w rozumieniu nadmiernie oszczędna ) scenografia nie wystarczą, by uzyskać uwagę widowni. Takie eksperymenty można ( tylko czy trzeba?) czynić na dziełach powszechnie znanych, w których i tak wiemy w czym rzecz. Od strony muzycznej ta „Faworyta” prezentowała się zupełnie nieźle co zawdzięcza głównie parze amantów. Daniela Barcellona to jedna z tych pań, które nie uzyskały statusu gwiazdy i muszą się zadowalać pozycją znanej śpiewaczki. Zaczynała w okresie rozwoju regietheatru kiedy warunki zewnętrzne (matronowaty wygląd) w połączeniu z brakiem szczególnych inklinacji dramatycznych nie predystynowały jej  do roli superstar. Szkoda. Bo głos ma piękny, technikę znakomitą, a emocje, które nie odzwierciedlają się w grze aktorskiej doskonale słychać.Jako Fernand wystąpił młody (28 lat) i entuzjastyczny Giuseppe Filianotti. W jego grze uczuć nie brakowało, ale niedostatki techniczne były wyraźne (wahnięcia intonacyjne , zwłaszcza na początku). Mimo wszystko początkujący tenor mógł sobie ten występ poczytać za sukces – brzmiał jasno, ale ciepło, stworzył zwyczajnie sympatyczną postać. Niezmiernie żałuję , że tej parze nie towarzyszył baryton na ich poziomie. Roberto Servile od początku do końca brzmiał sucho, niepewnie, górne dźwięki sprawiały mu wyraźny problem. Można się pogodzić z piskliwą  Ines- Eleonore Contucci, ale król powinien prezentować się po królewsku pod każdym względem. Zwłaszcza, że ma do zaśpiewanie dużo pięknej muzyki a jego aria jest bodaj najpiękniejsza w całej operze. Nie wiem, może coś niedobrego działo się z jego zdrowiem, bo nie wyszedł do ukłonów.

sobota, 19 stycznia 2013

Giulio Cesare w muzeum


Haendel napisał całe mnóstwo oper, ale “Giulio Cesare” to z pewnością jego największy hit. Widziałam go już w wielu wersjach, ale nadal ciekawi mnie każda kolejna, bo to dzieło daje dużo możliwości zarówno śpiewakom jak inscenizatorowi. Wprawdzie mam już swojego „Giulio” (Glyndenbourne 2005, o którym już pisałam), lecz nie zawadzi sprawdzić , czy przypadkiem ktoś nie wystawił tego równie dobrze. Sprawdziłam więc jak powiodło się Laurentovi Pelly niecałe 2 lata temu w Opera Garnier pokonując nieufność wobec Natalie Dessay w roli Cleopatry. Produkcja, z pewnymi zastrzeżeniami okazała się całkiem przyjemna, diva niestety się nie obroniła. Po  odsłonięciu kurtyny znajdujemy się w dziale starożytności jakiegoś, najprawdopodobniej kairskiego sądząc po karnacji  statystów muzeum. Pracownicy techniczni uwijają się przygotowując ekspozycję i nie zauważając wcale, że eksponaty mają do załatwienia mnóstwo ważnych spraw – żyją własnym życiem. Konfrontacja Cezara z Ptolomeuszem odbywa się , gdy obaj panowie zasiadają każdy w swojej gablocie. Głowa zabitego Pompejusza okazuje się być głową odciętą od wspaniałego posągu, Cleopatra i Tolomeo szaleją używając jako podłoża do owych igraszek olbrzymiego posągu faraona ( tu jedno z zastrzeżeń – czy Dessay musiała koniecznie niedwuznacznie anglezować na nosie faraona?). W drugim akcie znajdujemy się na moment w innej sali naszego muzeum , co pozwala nam podziwiać rokokowe damy i odpowiednie obrazy.  Wiem, że niektórzy się krzywili na tę koncepcję, ale mnie ona nieco ubawiła. Gdyby tylko nie stawała się momentami zbyt dosłowna i wulgarna… I gdyby miała dobrą Cleopatrę. Wydaje mi się, że Natalie Dessay utraciła ostatnimi czasy zdrowy rozsądek i instynkt – porywa się na partie, których zdecydowanie śpiewać nie powinna.Co z tego, że w ramach zakreślonych przez reżysera tworzy znakomitą postać niedojrzałej, rozkapryszonej dziewczynki o wspaniałym ciele kobiety (chapeau-bas,golizna, którą epatuje jest fałszywa, ale świetna figura widoczna spod prześwitujących szatek prawdziwa). Niestety wokalnie to także infantylne dziewczątko, jakim Cleopatra w trzecim akcie być już zdecydowanie nie powinna, nie mówiąc  o wysilonych najwyższych dźwiękach momentami na granicy koguta.  Właściwie nigdy nie słyszałam Cleopatry, która by mnie zachwyciła. Jakieś podpowiedzi? Lawrence Zazzo też nie był na najwyższym poziomie (ciągle mam w pamięci idealną pod każdym względem jako Cesare  Sarah Connolly), ale zrobił swoje fachowo. Isabel Leonard  nieodparcie kojarzyła mi się z młodą Audrey Hepburn, śpiewała bardzo dobrze, ale wolałabym Sesto o trochę cieplejszym głosie. Czysto wokalnie najbardziej podobała mi się Varduhi Abrahamyan , piękny, ciepły właśnie kontralt i doświadczona już w Haendlu śpiewaczka umiejąca te doświadczenia wykorzystać. Pelly postanowił podkreślić , że żałoba Cornelii jest podejrzanie histeryczna, co Abrahamyan zrealizowała z wyraźną satysfakcją.Do Cornelli i Sesto należy mój ulubiony fragment muzyczny  i zalinkowałam go jako pierwszy. Nie pomnę już ile razy widziałam Christophe’a Dumaux w roli Tolomea ( właściwie tylko raz widziałam go w innej  -Giasone’a), doprowadził tę postać do perfekcji, potrafi ją zagrać na każdy sposób. Tutaj był bliźniaczym odbiciem swej siostry –  rozkapryszonym dzieciakiem, który w sprzyjających okolicznościach może się stać naprawdę wredny. Wykazał się znakomitym wygimnastykowaniem i umiejętnościami wokalnymi na swym zwykłym, wysokim poziomie. Role drugoplanowe nierewelacyjne, radzę unikać zwłaszcza koszmarnego od strony dźwiękowej Dominique’a Visse. Emmanuelle Haim poprowadziła swój zespół Le Concert d’Astree ze swą charakterystyczną  energią i entuzjazmem, aczkolwiek wielka sala Opera Garnier nie sprzyja małym, barokowym zespołom i dźwięk czasami troszkę się rozłaził.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

"Rigoletto" na trybunach













W okresie świąteczno-sylwestrowym nie miałam specjalnie czasu ani chęci na internetową transmisję „Rigoletta”  z Bayerische Staatsoper. Teraz jednak zwyciężyła ciekawość czym też zastąpiono niesławną  „Planetę małp”. I przyszło mi stwierdzić, że być może rację miał Piotr Beczała broniąc jej konstatacją, że przynajmniej była zaskakująca i pewien sposób konsekwentna. Bo nowa wersja „Rigoletta” z Monachium jest …żadna. Scenografii brak, kostiumy nijako brzydkie, reżyseria albo nieobecna, albo – jeszcze gorzej – obecna w postaci konceptów, które niczym się nie tłumaczą i stawiają w całkowitej, momentami absurdalnej wręcz sprzeczności śpiewany tekst i widzialną akcję. Nie ma potrzeby opisywać tego scena po cenie, ale nie odmówię sobie odwiecznego pytania ( a nuż ktoś będzie w stanie mi to wyjaśnić) – „ale o co chodzi?”. Mogę znieść Gildę , która „Caro nome” śpiewa przemieszczając się po trybunach , stanowiących jedyny element scenograficzny i przechodzi  z ramion jednego doskonale anonimowo wyglądającego chórzysty w drugie i następne, następne, następne. Ale w  akcie trzecim absurd bierze scenę we władanie , bo Rigoletto i Gilda nie muszą podpatrywać zdradzieckiego amanta i rozpustnej karczmarki -  biorą aktywny udział w akcji niczym od nich nieoddzieleni. Po czym Sparafucicile podcina gardło Gildzie (odzianej w białą suknię) a  Maddalena zbiera do blaszanego wiadra jej krew i …na śnieżnej bieli ukazuje się wielka, imponująco skomponowana plama. Czarna.  Na koniec zaś niedobite dziewczę leży sobie na wózku inwalidzkim z gigantycznymi kołami (to z kolei samotny rekwizyt pojawiający się dość  regularnie, zapewne ma głęboką symbolikę – ale o co…) i tatuś musiałby być całkowicie niesprawny wzrokowo, żeby nie dostrzec czyje to prawie zwłoki. Najgorsze nie wydaja mi się jednak nieudane i nielogiczne pomysły , najgorszy jest fakt, że sceny wieje nudą! Oczywiście , to pewnie sto któryś tam „Rigoletto” w moim życiu, nie zastanawiam się , co będzie dalej i dużo trudniej niż kiedyś mnie wzruszyć czy zachwycić. Ale – można. Doświadczyłam tych uczuć  Nawet w TWON,  oglądając do bólu staromodną inscenizację sprzed kilku lat. Ale tam Księciem Mantui był Beczała, który pozostawił mnie w chłodnym podziwie dla klasy głosu i wokalnej sztuki oraz w stanie akceptacji dla przyzwoitego aktorstwa. A nieco później w tej samej produkcji Andrzej Dobber, posiadacz pełnego, prawdziwie verdiowskiego barytonu  nie barwą głosu a interpretacją wywołał chlipanie połowy widowni przy „Cortigiani” (w tym moje , i wcale się nie wstydzę).W Monachium zaś… Joseph Calleja, śpiewający znakomicie nie stworzył postaci uwodzicielskiego Księcia. Nie bardzo już może to zrobić przechodząc niestety ewolucję wręcz przeciwną do tej, którą obserwujemy u Beczały, który wyprzystojniał ( nie jestem specjalną zwolenniczką image’u a la Tauber, mam nadzieję , że mu przejdzie po promocji płyty i zostanie samo dobre – przede wszystkim nowa sylwetka) i zyskał na aktorskich umiejętnościach. Calleja odwrotnie – tyje z miesiąca na miesiąc ( obraz jego brzuszyska i  … biustu obciśniętego podkoszulkiem na długo pozostanie w mej niewdzięcznej pamięci) i  traci na wiarygodności amanckiej. Starał się, ale nie jest niestety jak niektórzy twierdzą drugim Pavarottim i sam głos wszystkiego nie załatwia. Zwłaszcza, że reżyser Arpad Schilling nie pomógł ani jemu, ani innym śpiewakom. Franco Vassallo od strony czysto wokalnej nie zawiódł – to, podobnie jak u Callei piękna barwa i technika bez zarzutu. Ale jego również nie można zostawiać bez interpretacyjnego wsparcia -  po  „Cortigiani” pozostałam całkowicie obojętna. Problem ten w najmniejszym stopniu dotyczy Patricii Petibon. Ona przedstawiła jakąś propozycję  - to nie jest mimozowata Gilda, to dziewczyna rozdarta między miłością do ojca a sprzeciwem wobec jego tyranii. Petibon nieco też ostatnio dojrzała wokalnie – nadal brzmi czasem ostro nie do zniesienia, ale też potrafi już zaokrąglić głos na długie frazy. Oczywiście , daleko jej do mojej ulubionej Gildy ( tylko z nagrania płytowego) – Ileany Cotrubas, ale to przynajmniej konkretna, konsekwentnie zbudowana postać. Nadia Krasteva i Dmitrij Ivashenko dostali  do zaśpiewania zdublowane postacie ( ale o co…)  Giovanny/Maddaleny oraz Monterrone’a/Sparafucille’a co wykonali efektywnie. I tak dotarliśmy do Marco Armiliato, który moim zdaniem poniósł całkowitą klęskę jako dyrygent. Pod jego ręką uwertura zabrzmiała jak Bruckner, pierwsza scena, i tak szybka poprowadzona została w tempie szalonym ,To samo zaszkodziło „Cortigiani”. Długie fragmenty brzmiały nie tylko za głośno – wręcz hałaśliwie. Szkoda, bo orkiestra monachijska jest naprawdę niezła, ale potrzebuje dobrego szefa. Nie tym razem, niestety.