To już mój setny post i z tej okazji wracam
do jednego z najwspanialszych spektakli operowych jakie widziałam. Niestety,
nie z widowni (to byłoby zapewne przeżycie jeszcze większe), ale zawsze mogę
wyciągnąć DVD, włożyć do odtwarzacza i przenieść się w zupełnie inny wymiar.
Taki cud , jak to przedstawienie „Katii Kabanowej” w madryckim Teatro Real
zdarza się niezmiernie rzadko. Żeby powstał muszą się spotkać i wzajemnie
uzupełniać cztery zasadnicze elementy najwyższej próby : samo dzieło,
wykonawstwo muzyczne, aktorskie i reżyseria . Z takim niezwykłym przypadkiem mamy
tu do czynienia. Nie zamierzam tu zachwalać samej opery Janacka – kto lubi, ten
wie – mogę tylko zachęcać tych, którzy polubić nie mieli okazji, bo jest to rzecz zwłaszcza (ale nie tylko) w
warstwie instrumentalnej wspaniała. Produkcja, o której piszę powstała w 2004
roku dla Vlaamse Opera i przeszła przez kilka europejskich scen by w końcu, w
grudniu 2008 trafić do Teatro Real. Wyreżyserował ją Robert Carsen i to już
wystarcza za rekomendację – Carsen to taki operowy Armani : powściągliwy,
bardzo elegancki, klasyczny i wyrafinowany. Co absolutnie nie znaczy , że
nudny. Poczucie humoru ma też w tym typie
- nieoczekiwane i niebezpośrednie. A należy dodać , że był w wyjątkowo
dobrej formie inscenizując „Katię”. Nawet jemu tak idealne połączenie
pierwiastka duchowego z czysto fizycznym, ziemskim, zmysłowym nieczęsto się
zdarza, a trzeba do tego dodać zapierającą dech w piersiach plastyczną urodę
spektaklu. Osiągnął ją prostymi, wręcz minimalistycznymi środkami. W jego
wypadku scena zalana wodą nie stanowi efekciarskiego dodatku przywołanego przez aktualną modę,
jest wraz ze specyficznym , błękitnym światłem samą esencją. Woda pokrywająca
całą widoczną przestrzeń i niewielkie drewniane palety za pomocą których
kreowane są różne miejsca akcji stanowią całą scenografię. I to wystarczy.
Kiedy kurtyna się podnosi widzimy Wołgę, na której kładą się niebieskie
refleksy i dziewczęta w białych sukienkach , które będą Katią zwielokrotnioną i
jednocześnie ucieleśnieniem stanu jej duszy. To one także zmieniają układ palet
tworząc odrębne miejsca. W ten sposób na przykład dom Katii i Tichona staje się wyspą i więzieniem
jednocześnie. Akcję prowadzi Carsen prosto i klarownie trzeba przyznać, że w
Madrycie znalazł godnych partnerów w osobach właściwie wszystkich aktorów –
śpiewaków. Jest to zespół z tylko jedną
( ale jaką!) gwiazdą, który jednak jest w stanie przekazać wszystko, czego
autor dzieła i jego reżyser od niego wymagają . Ciężar główny zarówno Janacek
jak i Carsen (żadnych przesunięć akcentów) złożyli na barki tytułowej bohaterki
którą tu jest fantastyczna Karita Mattila. Proszę na nią popatrzeć, jak ciałem i
krystalicznie czystym głosem staje się Katią. Jak bardzo jest nią, jednocześnie
niewinną i dręczoną zmysłowymi pragnieniami a potem poczuciem winy kobietą. Jak
wstrząsająco wygląda moment śmierci Katii i brzmią jej ostanie słowa o tym, że „ jest tak pięknie, a ja muszę
umierać”. I to wszystko bez efektownych skoków do wody, rozbryzgów i plusków.
Reszta zespołu także wykonuje swoje zadania z podziwu godną prostotą. Trudno mi
ocenić muzyczną stronę roli Kabanichy (Dalia Schaechter) ,bo to partia złożona
właściwie z samych ostrych, krzykliwych a wręcz szczekliwych dźwięków,
scenicznie postać potraktowana została wprost, bez szukania dla niej
usprawiedliwień. Podobał mi się Miroslav Dvorski jako Boris (ładny, świeży
tenor), dobrze dźwiękowo skontrastowany
z Gordonem Gietzem (Kudriasz). Natascha Petrinsky (Warwara) zarysowała swoja
bohaterkę nieco pogubioną kreską , jako nieskomplikowaną dziewczynę, niemal
subretkę . Mieściło się to jednak w ogólnej koncepcji , a jej dźwięczny
mezzosopran o specyficznej wibracji przypadł mi do gustu. Trzeba jeszcze
wymienić doskonałych odtwórców ról Tichona – Guy De Mey i Dikoja – Oleg Bryjak.
Orkiestrę Teatro Real poprowadził Jiri Belohlavek i nie wyobrażam sobie , żeby
ktoś mógł zrobić to nie tyle lepiej , co choć w przybliżeniu tak wspaniale.
Nigdy, ale to nigdy nie słyszałam tej orkiestry (ani przed ani potem) tak
grającej. Wszystkie barwy, odcienie , pulsacje uczuć od których partytura
Janacka jest aż gęsta były doskonale słyszalne. Jeśli nie znacie tego
przedstawienia warto włożyć sporo wysiłku (w sieci nie jest chyba dostępne,
było na YT, ale zostało zdjęte) żeby je zobaczyć. Nie tylko Verdim, Wagnerem i
barokiem operomaniak żyje!
niedziela, 19 maja 2013
środa, 15 maja 2013
Król Placido - Nabucco po raz drugi


Minęło
zaledwie kilka tygodni a już wracam do „Nabucca”, w dodatku tej samej produkcji , która mnie
delikatnie mówiąc nie zachwyciła. Mój powrót nie jest spowodowany ani nagłym
olśnieniem i rewizją poglądów ani też sceną, na której rzecz tę wystawiono (poprzednio La Scala , teraz ROH).
Natomiast częściowa zmiana obsady wydała
mi się niezmiernie znacząca. Zacznijmy od pomniejszych ról : Ismaele w ROH nie
zyskał odtwórcy tak luksusowego jak w Mediolanie, ale Andrea Care może sobie
poczytać ten występ za sukces. Jasny, miły w barwie tenor do tej partii
zupełnie wystarczy, przy tym Care doskonale
sprawdził się jako postać – ma idealny typ urody. Jego Fenena – Marianna
Pizzolato wręcz przeciwnie. Żałowałam już kiedyś, że brak obowiązującej obecnie
z całą bezwzględnością okładkowej powierzchowności utrudni jej bardzo karierę i
tak właśnie się dzieje. Szkoda, bo to świetny głos i znakomita śpiewaczka. A
teraz – do właściwej przyczyny mojego ponownego zetknięcia z nieudaną produkcją
Daniele Abbado. I od razu załatwmy oczywistą oczywistość : ten Nabucco nie nigdy
nie był , nie jest i nie będzie barytonem. Kropka. Poza tym ma 72 lata i jego
głos nie brzmi tak samo, jak 40, 30, 20 czy nawet 10 lat temu. Tyle, że daj Boże zdecydowanej
większości młodych taką barwę, wciąż piękną , chociaż nieco przydymioną i tyle
możliwości wyrazowych, ile ma ten starszy pan. Placido Domingo dzięki koncepcji
artystycznej Abbado pojawia się na scenie wyglądając w zasadzie tak, jak w
cywilu ( w zasadzie, bo pewnie nigdy nie założyłby takiego garnituru) – na
nobliwego, acz zaawansowanego wiekiem dżentelmena. Ale wystarczy, żeby otworzył
usta, a już mamy przed sobą nieszczęsnego, miotanego sprzecznymi uczuciami a
nawet szalonego Nabucco. Domingo ciągle wkłada w śpiewanie całe serce, to nie
tylko się słyszy , ale tez i czuje. Dzięki temu scena jego konfrontacji z
Abigaile zyskała całkiem nową jakość – napięcie pomiędzy nim a Monastyrską (jeśli
to możliwe jeszcze lepszą niż poprzednio) było fizycznie wyczuwalne. Wiem, że niektórzy się ze mną nie zgodzą, ale
dla mnie w erze nagrań Domingo dzieli tron tylko z Marią Callas. Z tym, że
jej przed czterdziestką została tylko
interpretacja, bo głosu już nie było. I nic w tym moim odczuciu nie zmienia
fakt, że w poszczególnych rolach można znaleźć lepszych od niego, że Jussi
Bjoerling był być może jeszcze lepszym tenorem. Być może … Ale tylko Domingo,
stary , niezbyt już seksowny i zdecydowanie nie baryton był w stanie mnie jako
Nabucco tak poruszyć!
niedziela, 12 maja 2013
Przecudne loki Kaufmanna albo zaczarowany ołówek
Bycie muzyczną profanką czasem ma swoje dobre strony. Można się publicznie przyznać, że Wielkie Dzieło nas wcale nie zachwyciło , mało tego, znudziło potężnie. A gdyby ktoś się zgorszył - przecież uprzedzałam. Tak właśnie mam z "Potępieniem Fausta" Berlioza. Nie jest to rzecz pasjonująca, delikatnie mówiąc. W belgijskim La Monnaie (2002) wystawiono ją w
sposób maksymalnie oszczędny i symboliczny, co w braku akcji scenicznej do
śledzenia skupiło moją uwagę na zawartości muzycznej, a ta mnie nie porwała.
Właściwie mamy tu monotonnie powtarzające się segmenty : aria, chór , czasem zdarza się duet, ale
taki, w którym głosy solistów się nie łączą, są tylko naprzemienne repliki
(prawdziwy duet jest jeden, oraz jeden tercet). Przyznam też, że nie bardzo
rozumiem tę inscenizację. Scenografia tu nie istnieje , czasem jedynie podnosi
się i opada półprzezroczysta kurtyna,
która odkrywa bądź osłania chór. Za to rekwizyty są wielkości nadnaturalnej ,
jako to przede wszystkim olbrzymi ... czerwony ołówek ( później ołówki się
zmultiplikują). Poza
tym, że nim właśnie Faust podpisuje cyrograf aż strach się domyślać , co też
może symbolizować. W każdym razie stanowi dla Fausta (potem także Małgorzaty)
obiekt niezwykle poręczny , do którego można się przytulić, oprzeć na nim, a w
krańcowej sytuacji wyładować swe emocje. Oprócz ołówka mamy także wielki
kontrabas ( nieszczęsny Faust ciągnie go za sobą, aby w końcu spocząć na nim
uśpiony przez Mefista) a także organy, których klawiszami są chórzyści. Jose
Van Dam nie wypadł szczególnie demonicznie, zwłaszcza, że charakteryzacja
usytuowała go bliżej batmanowego Jokera niż prawdziwej siły piekielnej. Jest to
bas-baryton, od którego młodzież mogłaby się wiele o śpiewaniu nauczyć, ale
jego głos nigdy barwą nie uwodził. Susan Graham wyglądała nieco zbyt dojrzale,
jak na dziewicze i naiwne dziewczę (o 9 lat starsza od swego amanta, ale wobec
jego szczenięcego image’u można było podejrzewać znacznie więcej), ale śpiewała
bardzo pięknie, krystalicznie świeżym, dźwięcznym mezzosopranem. Jonas Kaufmann
miał wtedy 32 lata (konia z rzędem temu, kto by się tego domyślił, na oko to jakieś
22 ) a jego sceniczna osobowość była jeszcze w trakcie wykluwania się. Fakt ,
że niespecjalnie miał co grać też nie pomógł i na ekranie mamy młodzieńca,
który marzy trudno powiedzieć o czym (bo raczej nie o Małgorzacie). Do
wykonawstwa czysto muzycznego też mam spore zastrzeżenia: albo partia mu nie
leży, albo był w kiepskiej formie. Oczywiście, czego nie dośpiewał i nie dograł
to dowyglądał ( o erotycznej funkcji loków Kaufmanna w inscenizacjach operowych pracę doktorską można by napisać) , co nawet miało swa funkcje dramaturgiczną – w tej
operze to Małgorzata zachwyca się urodą Fausta, a nie odwrotnie. Zachwyca się
też Mefisto, który w celu uśpienia Fausta….a jakże , łagodnie i dłuuuugo
głaszcze go po włosach ( i znów te kędziory!). Na koniec trzeba wspomnieć o chórze,
który wykonał świetną robotę i zwłaszcza piekielny finał wypadł dzięki niemu
świetnie. Antonio Pappano dyrygował z właściwą sobie czułością dla partytury i
swoich wykonawców.
środa, 8 maja 2013
Romantyk w rajtuzach - "Hans Heiling"
Po około dwóch latach od przesłuchania "Wampira" , pierwszej opery Marschnera jaką poznałam dokonałam kolejnego odkrycia na własnej półce z DVD i wyciągnęłam z niej "Hansa Heilinga" nagranego w Teatro Lirico di Cagliari w 2004. Nie doznałam żadnego objawienia, ale oglądało i słuchało się świetnie. Muzycznie to coś pomiędzy Weberem a wczesnym Wagnerem i chociaż nie dorównuje żadnemu z panów W ma swój styl i wdzięk. W czasach premiery całą, typowo romantyczną historię przyjmowano zapewne z wielką powagą, ale dziś niezmiernie trudno o tego typu poryrywy i Pier Luigi Pizzi troszkę się zabawił podkreślając i uwypuklając pewne motywy i doprowadzając je przy tym do absurdu. Stąd zapewne mroczne dekoracje uzupełnione o ostentacyjnie oleodrukowe, malowane tła, stąd też kostiumy podkreślające nie tyle osobowości bohaterów , ile typ postaci, którą reprezentują. Spójrzmy na prolog, dziejący się we wnętrzu ziemi, czyli zapewne blisko jej jądra - a tam, jak wiemy jest zdecydowanie gorąco. Cała dekoracja jest więc purpurowa, purpurowe szaty noszą też Królowa i Hans. Matka nosi długą, powłóczystą suknię i nabijany cekinami turban, syn zaś czerwoną koszulę i .... czerwone rajtuzy podkreślające niekoniecznie potrzebnie anatomię artysty (miejscowi geje musieli mieć dużo radości). Po uwerturze (następuje nietypowo po prologu) przenosimy się do ziemskiej siedziby Hansa zapełnionej dziwnymi przedmiotami i elementami dekoracyjnymi. W takim otoczeniu nieskomplikowana wieśniaczka Anna, obiekt płomiennej pasji Heilinga rzeczywiście mogłaby się czuć nieswojo i zatęsknić za nie tak namiętnym i gorzej ustawionym finansowo, ale zwyczajnym Konradem. Czemu daje wyraz w efektownej arii - Pizzi ubrał tu śpiewaczkę w kostium uwypuklający jej biust w sposób nadto dosłowny (reszta widowni też ma na co popatrzeć). I tak dalej... Bohater romantyczny miota się targany namiętnością, rzuca lokami, wygłasza płomienne monologi , ale w końcu traci swą bogdankę (kobieta zmienną jest). Ta , jeszcze przed chwilą całkiem chętna odrzuca niepewne splendory i ze wstrętem odpycha nieziemskiego amanta, który odtąd przez wieki będzie cierpiał władając swym czarodziejskim królestwem. Pier Luigi Pizzi założył (nie mam pojęcia czy słusznie), że takiej fabuły współczesny widz nie zniósłby , gdyby ją potraktować stuprocentowo poważnie, Stąd też zapewne liczne "oczka" puszczane do publiczności - jak te nieszczęsne purpurowe rajtuzy właśnie. Od strony muzycznej spektakl udał się nadzwyczaj. Markus Werba swym aktorstwem i płomiennym barytonem stworzył niezmiernie ciekawą postać. Anna Caterina Antonacci nijak na niewinną dziewczynę wodzoną na pokuszenie przez nieczystą siłę nie wygląda, ale gra świetnie, i co to za głos... Tyle dramatycznej siły a przy tym liryczna miękkość, znakomite frazowanie, piękne legato. Hebert Lippert , tenor liryczny mnie nie nie zachwycił, ale też to nieco konwencjonalna, nudna rola. Zaśpiewał w tych ramach bardzo dobrze, nie napinając niezbyt silnego głosu. Czego nie da się powiedzieć o Gabriele Fontana, która jako Królowa darła się bez opamiętania. Należy jeszcze wspomnieć o kreującej drugoplanową rolę Gertrudy Cornelii Wulkopf - była znakomita. Bardzo podobał mi się maestro Renato Palumbo - orkiestra pod jego ręką przepięknie opowiadała nam tę historię. Na koniec warto dodać, że niezwykle ważną partię chóralną - Gnomów podległych Heilingowi - wykonały dzieci ucharakteryzowane na karły. I o ile śpiewały ślicznie pieszcząc moje uszy, to zupełnie nie było w tym niezbędnej , groźnej siły, bo i być nie mogło. Może trzeba było jednak zatrudnić dorosłych?
https://www.youtube.com/watch?v=fgoRdm0L-qk
https://www.youtube.com/watch?v=fgoRdm0L-qk
sobota, 4 maja 2013
Don Giovanni w krematorium
Czasami czuję się całkowicie bezsilna I
po raz kolejny przychodzą mi do głowy te same, retoryczne pytania. Gdzie przebiega
granica między interpretacją, do której reżyser ma prawo, a całkowitym
zmasakrowaniem dzieła? Kiedy to się skończy? I dlaczego każdy bałwan , któremu
zachciało się zostać operowym demiurgiem musi zmierzyć się z „Don Giovannim”?
Obawiam się, że znam odpowiedzi. Tę falę złości wywołała we mnie produkcja
nawet nieszczególnie brzydka ( widywałam gorsze) , ale kompletnie pozbawiona
sensu i pełna tandetnych efektów. Wygląda to tak , jakby rozpaskudzonemu
smarkaczowi dano do rączek najbardziej skomplikowaną zabawkę świata. I …
wszyscy wiemy co dalej. Po zabawie dziecię pozostaje radosne nad resztkami
zamordowanego cudu zaś widzowie zastanawiają się po co jedliśmy tę żabę. Stephane Braunschweig ,
przyczyna mojej desperacji na scenie paryskiego Theatre de Champs Elysees
wystawił coś, co zapewne uważa za głęboką i odkrywczą wersję opery oper. Na czym
owa głębia polega? Otóż Braunschweig wykoncypował sobie, że cała akcja rozgrywa
się w głowie udręczonego Leporella, który towarzyszy swemu padrone w jego
pożegnaniu z ziemskimi rozkoszami. Skutkiem tego pomysłu na scenie mamy
wózek-nosze, na którym spoczywa ciało Giovanniego a zaraz zanim czeluść
krematoryjnego pieca, w którym już buzują płomienie. Uroczy ten obrazek ukazuje
się naszym oczom przy pierwszych dźwiękach uwertury, bo reżyser ma nam tyle do
powiedzenia, że koniecznie musi i ten czas zagospodarować. Dalej oczyma
storturowanej duszy biednego Leporella obserwujemy pojawienie się zamaskowanych
trupimi czaszkami pielęgniarek, poderwanie się zwłok Giovanniego i próbę
sprostania agresywnym zalotom owych dam (trupie maski będą sie jeszcze pojawiać wielokrotnie na różnych twarzach). Po tym egzystencjalnym wstępie
zabieramy się do akcji właściwej, przy czym sypialnię Donny Anny z krematorium
dzieli tylko okno i ćwierć obrotu sceny. I ciąg dalszy w tym samym stylu. Na
zakończenie powracamy tam, gdzie zaczęliśmy a Komandor wpycha Don Giovanniego
do pieca. Ktoś jest zaskoczony? Nie wydaje mi się. Ale mamy jeszcze lieto fine:
piątka protagonistów otacza leżącego na szpitalnym łóżku , umierającego
Leporella… Bardzo nowatorskie, głębokie i odkrywcze, nieprawdaż ? Otóż nieprawdaż!
Głupie i nudne, bo taka akcja powoduje, że postaci snują się po scenie
letargicznie (może w poszukiwaniu
sensu?), co kompletnie zamordowało Robertowi Gleadow postać Leporella. Jest to
najsmętniejszy i najnudniejszy Leporello
jakiego w życiu widziałam i, jako żywo nie ma tym winy śpiewaka. Pamiętam Gleadowa
jeszcze jako Masetta z ROH, miał wtedy 23 lata i był naprawdę świetny. Tutaj też
zaprezentował się od strony wokalnej dobrze , mnie trochę przeszkadza wibracja
w jego głosie. Ale i tak żałuję , że to nie on był Don Giovannim, bo ta rola
wymaga nie tylko głosu, ale też bardzo silnej osobowości. Markus Werba nie ma
żadnej z tych cech wystarczającym stopniu. Zaprezentował wyblakłego,
pozbawionego charyzmy DG, koszmarnie niechlujnie zaśpiewaną arię szampańską
(jak zwykle za szybko dyrygowaną) i „Deh vieni…” bez krzty wdzięku i
uwodzicielskiej miękkości. Przy tym recytatywy podawane są przez wszystkich bez
wyjątku fatalnie, przez co żadna scena nie ma odpowiedniego rytmu i napięcia. Nie
wiem, kto przekonał Miah Persson , że może być Elvirą. Nie może, ma na to za mało mocy i
wyrazu. Trzeba jednak przyznać, że liryczne fragmenty roli zabrzmiały w jej
wykonaniu ładnie, tyle, że to nie wystarczy.Sophie Marin-Degor słyszałam po raz
pierwszy i nie chciałabym tego doświadczenia powtarzać: zmęczony, zużyty głos i
skłonność do ostrego brzmienia w górze skali (gwoli sprawiedliwości należy
dodać , że to jest wyjątkowo trudna wokalnie partia).Jej Ottavio , Daniel Behle
był poprawny. Najlepiej wypadła w tym spektaklu para najmłodsza: sympatyczny,
efektywny Nahuel Di Pierro jako Masetto i zdecydowana gwiazda przedstawienia
Serena Malfi jako Zerlina. Młoda ,
śliczna-apetyczna i przede wszystkim dobrze śpiewająca okrągłym, ciepłym mezzosopranem
dziewczyna ma przed sobą przyszłość.Miałabym lekkie zastrzeżenia wyrazowe ale
myślę, że z doświadczeniem i to przyjdzie. Komandor został odarty z wszelkich pozaziemskich atrybutów
(może i dobrze), Ale Steven Humes sprawił się nieźle. Za to nie pierwszy już
raz przyszło mi się zastanawiać nad nazwą Le Cercle de l’Harmonie. Czego jak
czego, ale harmonii w tym zespole Jeremie Rohrer nie osiągnął, miałam wrażenie
chaosu, braku panowania nad dynamiką i momentami niewłaściwych temp. Nie, to
nie brzmiało okropnie. Ale też nie tak, jak powinno. Na koniec muszę dodać jedno - to nie była ani najbrzydsza, ani najgłupsza produkcja "Don Giovannego" jaką widziałam. Miała tego pecha, że przelała czarę goryczy.
poniedziałek, 29 kwietnia 2013
Ruggiero, efeb doskonały
Zakochane czarodziejki, masowo zaludniające barokowe libretta mogłyby
być wyjątkowo wdzięcznym tematem dla reżysera. Mogłyby , ale prawie nie bywają,
bo współczesne produkcje operowe na brak wdzięku cierpią chyba najbardziej.
„Alcina” ze Staatsoper Stuttgart (1999)
jest pod tym względem niestety typowa. Jossi Wieler i Sergio Morabito nie tylko
przenieśli akcję w czasy współczesne (a jakże) , ale też sporo pomajstrowali
przy i tak skomplikowanych relacjach między postaciami, skutkiem czego nie
znając utworu na pamięć niezmiernie trudno zorientować się o co właściwie
chodzi. W dodatku zamienili nieszczęsną
„Alcinę” w ponury, freudowskimi kontekstami ociekający dramat. I nawet lieto
fine (czarownica ukarana, niewolnicy jej mocy wyzwoleni, prawa para uratowana)
ze świecą tu szukać. Na scenie mamy
wnętrze oklejone paskudna tapetą z ogromną, pustą ramą jako elementem
dominującym. W tej ramie będziemy
oglądać przeróżne żywe obrazy – niektóre sensowne, większość niestety nie
(szczytem głupoty wydał mi się obraz ślubny ). Całość okraszono oczywiście
sporą ilością seksu potraktowanego wprost : nie pokazuje się na szczęście
kopulacji, ale pary miętoszą się niemal bez przerwy, Oronte w czasie swej arii
wykonuje striptease . Alcina zaś właściwie bez przerwy epatuje gołym biustem
przysłoniętym przezroczystym materiałem, zaś raz nawet pełną, tylną golizną.
Sztuka aluzji i niedopowiedzenia nie jest mocną stroną panów Wielera i
Morabito, podobnie jak zdecydowanej większości ich kolegów po fachu. Z moich narzekań nie należy wysnuwać wniosku,
że mamy tu do czynienia z jakąś szczególnie obrzydliwą produkcją. Stanowi ona
boleśnie typowy przykład tego, co mamy okazję widywać na współczesnych scenach operowych - spektakli zrobionych ciężką
ręką, pozbawionych sensu, za to efekciarskich ponad miarę. Strona muzyczna
potrafi jednak sprawić , że mimo wszystko widz trwa w teatrze lub przed
ekranem. Moje trwanie w tym wypadku jest zasługą może nienazbyt inspirująco,
ale fachowo poprowadzonej przez Alana Hackera orkiestry i dwóch świetnych
śpiewaczek. Nie chodzi niestety o Catherine Naglestad, którą lubię, ale uważam,
że Haendel to nie jej terytorium. Kiepska koloratura, krzykliwe i z wysiłkiem
osiągane górne dźwięki to zresztą nie tylko jej problem – to samo można
powiedzieć o Catrione Smith – Morganie. Wracając zaś do Naglestad wyraz
emocjonalny – bez zarzutu – trochę jej
Alcinę ratował. Helene Schneiderman jako Bradamante okazała się poprawna , ale
nie dysponuje szczególnie uwodzicielską barwą głosu ani talentem
aktorskim. Panowie w tym spektaklu się
nie popisali – właściwie obaj (Rolf Romei – Oronte i Michael Ebbecke – Melisso
) byli na granicy katastrofy – brzydkie , wymęczone głosy , brak giętkości
koniecznej w baroku, brak porządnej góry skali. Za to Claudia Mahnke – Oberto
(zaczynała wówczas swa karierę) dysponuje nie tylko pięknym, ciepłym głosem,
ale też wie, jak się Haendla śpiewać powinno. Była też uroczo zagubionym
chłopcem w wiecznym poszukiwaniu zaginionego ojca. Największą gwiazdą tej
Alciny okazała się młoda wtedy brytyjska mezzosopranistka Alice Coote. I to pod
każdym względem! Głos wspaniałej urody,
wyrównany we wszystkich rejestrach, ze znakomitymi ozdobnikami, klasa i
elegancja. A jaka wspaniała kreacja aktorska! Coote jako Ruggiero była świetnym
efebem, na początku namiętnym, potem lekko zdezorientowanym , troszkę
perwersyjnym, miotanym masą sprzecznych uczuć. Brawo!
czwartek, 25 kwietnia 2013
The Magic Flute - flet prawdziwie czarodziejski
„The Magic Flute” zamiast „Die Zauberflöte’ jest jak
najbardziej na miejscu, bo to specjalna wersja spektaklu Julie Taymor, którą Met
przygotowała dla swych młodszych widzów. Są pewne skróty (całość trwa 110 min.)
i śpiewa się oraz mówi po angielsku. Niestety, tylko w tej formie Met
zdecydowała się transmitować tę produkcję w 2006 , a przecież grano wtedy i
wersję zasadniczą ( były to czasy, w których Jonas Kaufmann śpiewał Tamina –
niby niezbyt dawno, ale jednak zmieniło się wiele). Muszę przyznać, że oglądanie
tego powoduje u mnie, polskiego widza pozielenienie z mało chwalebnego uczucia
zazdrości. Bo , po pierwsze widać jak
Met wychowuje sobie przyszłych operomaniaków – daje im po prostu to, co ma
najlepszego lekko tylko przystosowując do dziecięcych możliwości percepcyjnych.
I znów: dawno, dawno temu w Warszawie również grano dziecięcą wersje „Fletu” a
Papagenem był wówczas nikomu nieznany …
Mariusz Kwiecień…. Zaś po drugie Met podarowała mi najwspanialszy „Flet”, jaki
widziałam, i nie wydaje mi się, żebym miała szansę na coś równie pięknego
jeszcze w tym życiu (a zamierzam jeszcze jakieś 40 lat pożyć). Nie wiem nawet,
jak to wszystko adekwatnie opisać, bo mamy tu czystą magię. Taymor , posługując
się bajecznymi kostiumami, elementami teatru kabuki, indonezyjskiego teatru
cieni, wielkimi marionetami i świetnymi projekcjami video stworzyła prawdziwy
cud. Poszła przy tym śladami Mozarta i Schikanedera mieszając ze sobą wątki podniosłe i ludyczne,
dokładając symbolikę zaczerpniętą z przeróżnych systemów
filozoficzno-religijnych. Czasami znajdujemy się w pogodnej bajce – sądząc po
śmiechach na widowni maluchy bawiły się świetnie, czasem atmosfera staje się podniosła. Czyli jest
dokładnie tak jak tego chcieli autorzy, co współcześnie nie zdarza się często.
Trudno wymieniać poszczególne sceny i rozwiązania, ale kilka musze wspomnieć
koniecznie. Trzy damy występują z pomalowanymi na czarno, niewidocznymi
twarzami – ich twarze to umieszczone na
głowach nieco figlarne, nieco groźne maski. Daje to wspaniały efekt, podobnie
jak balet niedźwiedzi poddających się grze Tamina. A już scena walki Papagena z … latającym
jedzeniem (szczególnie agresywny jest
homar i … talerz spaghetti) przyprawia o
ból brzucha ze śmiechu nawet dorosłych widzów. I tak bez końca. Strona muzyczna
była OK. Największą gwiazdą okazał się bardzo utalentowany aktorsko ( także
sprawny fizycznie – cóż za skoczność) i
nieźle śpiewający a w dodatku niezmiernie sympatyczny Nathan Gunn jako
Papageno. Obok niego znakomita pod każdym względem Erika Miklosa – prawdziwie
demoniczna , skrzydlata Królowa Nocy. Rene Pape – Sarastro (wyglądał troche jak
legendarny Żółty Cesarz) jak zawsze w
tej roli, którą śpiewał już tyle razy był fantastyczny: emanował autorytetem,
no i ten wyjątkowy, aksamitny bas. Bardzo dobrzy okazali się Tamino i Pamina:
Matthew Polenzani i Ying Huang. Tyle, że miłosnej pasji trudno u nich szukać, o
co nie można winić kompletnie ukrytego za charakteryzacją i rytualnym gestem
tenora. Z licznych w tej operze postaci drugoplanowych warto zauważyć
Monostatosa w smakowitym wykonaniu Grega Fedderly oraz tercet dam: Wendy Bryn
Harmer, Kate Lindsey oraz Tamarę Mumford. Orkiestrę poprowadził, jak zazwyczaj
znakomicie James Levine.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























