
Ale
chyba nigdy aż tak wielu, jak dziś. Moda na wystawianie oper barokowych i
panujący w ich inscenizacjach realizm seksualny wywołały popyt, a więc zgodnie
z zasadami rynkowymi podaż zrealizowała się sama. I, jak to zazwyczaj bywa, w
nadmiarze. Liczebność znanych i aspirujących do tej pozycji falsecistów zaczyna
powoli dorównywać sopranom, a to już zjawisko zdumiewające. Niestety ilość nie
przechodzi w jakość. A ponieważ rynek płytowy (przynajmniej w klasyce)wbrew
ponurym przepowiedniom ma się zupełnie nieźle, każda szanująca się wytwórnia
płytowa musi mieć co najmniej jednego „swego” falsecistę. W tym roku , na
przełomie lata i jesieni małe i duże firmy zasypały nas przeróżnymi recitalami
i zupełnie przypadkowo do moich rąk niemal jednocześnie trafiły trzy nagrane
przez cienkogłosych panów. Moje zastrzeżenia co do sensu samego zjawiska
pozostały w mocy, bo zmuszanie aparatu głosowego do produkcji dźwięku tak
sztucznego nadal uważam za niemal równie bezsensowne, co niegdyś masową produkcję kastratów. Dzisiejsi
falseciści nie są już na szczęście ofiarami praktyk tak przerażających i
odrażających, rodzi się jednak pytanie -
po co? Czy nie lepiej role pisane dla kastratów powierzać kobietom, jak to
robił Handel gdy nie miał do dyspozycji śpiewaka na odpowiednim poziomie?
Zwłaszcza, że niestety siłą rzeczy kariery panów uprzejmie nazywanych
kontratenorami trwają zazwyczaj niezbyt długo – jesteśmy świadkami zmierzchu możliwości
znakomitych całkiem niedawno Andreasa Scholla czy Davida Danielsa. Tak czy
inaczej płyty przesłuchałam sumiennie i przynajmniej dwie z nich dostarczyły mi
więcej przyjemności, niż się spodziewałam. Zacznę jednak od debiutanta, Davida
Hansena i krążka Rivals: Arias for Farinelli & Co . Nie jest to żaden
koncept album, tylko mieszanka nieco zapomnianych już, a przeżywających pewien
renesans dzięki takim produkcjom arii Vinciego, Leo, Bononciniego i Broschiego.
Z okładki patrzy na nas urodziwy młodzieniec o przenikliwym spojrzeniu
nieprawdopodobnie niebieskich oczu. Głos zaś, określony jako „laserowy”
zdecydowanie nie jest w moim typie, stanowi wręcz jego przeciwieństwo – jasny,
ostry, przenikliwy. Za to technika wokalna u człowieka w tym wieku wydaje się
być bez zarzutu. I tu konieczny wtręt. Jakieś pół roku temu Najwyższy Autorytet
Operowy (bez ironii) w naszym kraju przy okazji „Rodelindy” na Opera Rara
precyzyjnie ocenił kilku współczesnych falsecistów i przekonałam się przy tej
okazji, że podoba mi się dokładnie to, co niedobre, nieprawidłowe i niewłaściwe
z punktu widzenia profesjonalisty. Nie pierwszy raz … Fakt, że błąd ten dzieli
ze mną legion słuchaczy nie powinien mnie pocieszać, ale cóż zrobić – mimo
wszystko czuję się trochę pewniej wiedząc o tym. A wyznanie to uczyniłam, aby
płynnie przejść od pięknego Australijczyka , który mi się nie podoba, więc
zapewne jest świetny do śpiewaka, który uwiódł swoim głosem rzesze słuchaczy, a
przez p. Kamińskiego oceniony został niezwykle surowo. Cykl Opera Rara nigdy na
brak frekwencji nie narzekał , ale tym razem spora część publiczności
zamiejscowej zeznawała zgodnie, że przywabił ją Franco Fagioli , artysta, który
podbił mnóstwo serc występem w „Artaserse” . Dokonał wtedy sztuki nie lada – mając
obok siebie czterech kolegów falsecistów , w tym dwóch znacznie sławniejszych
wygrał ten swoisty pojedynek w opinii większości widzów i słuchaczy. Bywa
Fagioli porównywany do Cecilii Bartoli, z która łączy go podobny temperament
wykonawczy – zaangażowanie do granic śmieszności, minki, przytupy, kołysanie w
rytm muzyki. Ale, w przeciwieństwie do włoskiej divy granic tych nie przekracza,
bo w jego sposobie przekazywania muzyki nie ma (być może jeszcze, takie objawy
z wiekiem się nasilają – jak u niej właśnie) szarży. Jego płyta nosi tytuł
„Arias for Caffarelli” , co oczywiście znaczy, że zgodnie z obecną modą ma być
hołdem dla barokowego giganta. Wybór patrona musiał być spowodowany kwestiami
czysto muzycznymi, bo Caffarelli był podobno gwiazdorem wyjątkowo, nawet jak na
kastrata (a został nim, proszę sobie wyobrazić … z własnej woli podejmując to
niesłychane ryzyko utraty życia) nieznośnym. Ale, jak z opisów wiemy, miał niesamowite możliwości wokalne. Franco Fagioli
na szczęście dla siebie ma naturalne ograniczenia, ale jak na falsecistę brzmi
zupełnie przyjemnie. Jego głos jest dość zaokrąglony , pełny , co nieczęsto się
w tym rejestrze zdarza. Możliwości techniczne , na moje ucho wydają się nie
posiadać żadnych ograniczeń – te niesamowite kaskady ozdobników produkowanych
na jednym oddechu są zadziwiające. Właśnie dlatego Fagioli szczególnie dobrze
sprawdza się śpiewając typowo barokowe arie di bravura, w których jego
temperament realizuje się najlepiej. Moją uwagę przykuła jednak na tej płycie
aria w nastroju kontemplacyjnym – fragment „Adriano In Siria”. Głównym
autorem zachwytu jest tu jednak Pergolesi,
piszący bardzo prosto, ale w sposób trafiający do serca. Fagioli tylko
mu pomaga. I tak właśnie być powinno! Warto jeszcze wymienić akompaniujący
soliście rewelacyjnie zespół Il Pomo d’Oro i jego szefa , Riccardo Minassi.
Kolejną
i ostatnią płytę nagrał artysta znany i szaleńczo popularny nie tylko w Polsce.
Słodycz jego głosu , rozpoznawalnego od pierwszych dźwięków (co się w jego
fachu nieczęsto zdarza) zachwyca całe rzesze melomanów i melomanek. Wiecie już zapewne, że piszę o
jedynym i niepowtarzalnym Philippe Jarousskym, który doczekał się u nas
pieszczotliwego spolszczenia „Żaruś” , co zawsze jest wyrazem uznania i miłości
publiki. On, w przeciwieństwie do swego poprzednika najlepiej prezentuje się w
melodiach o niespiesznym rytmie, nadając im
klimat nawet nie tyle lamentu co słodkiej właśnie melancholii. Kiedy
mamy do dyspozycji także wizję i przed sobą tego dorosłego chłopca o wielkich,
wilgotnych oczętach – nic, tylko się rozczulić. Przyznaję, że nawet mnie,
nieszczególnie na falsetowe uroki wrażliwą nowa płyta Jaroussky’ego zatytułowana
„Farinelli.Porpora Arias” zauroczyła. Ma te same zalety, które znamy z
poprzednich krążków i licznych koncertów (wyjąwszy te z Arpeggiatą, których
szanujący się fan baroku tykać nie powinien). „Angelic voice” leje się tu cudnie obojętnie właściwie którą
arię wykonuje. Jaroussky ma poza tym tę zasadniczą zaletę, że doskonale
przekazując emocje w muzyce zawarte nie popada zazwyczaj w pułapkę przesady. To
się za często zdarza jego wokalnej partnerce, Cecilii Bartoli. Na tej płycie
mamy bowiem rewanż za gościnny występ Jarousskyego na krążku „Mission” i
Bartoli towarzyszy mu w dwóch duetach. Ich głosy świetnie do siebie pasują ,
stapiając się dają brzmienie pięknie nasycone, zaś obecność Philippe’a tonuje
chyba temperament superdivy. Żeby zaś podsumować ten tekst nie odmówię sobie,
oczywiście wyłącznie we własnym imieniu przyznać nagrody i ogłosić „ … and the
winner is Philippe Jaroussky”.
W
linkach, poza wizytówkami omawianych płyt są drobne niespodzianki. Zwłaszcza
Fagiolego nie spodziewałam się ujrzeć i usłyszeć w takiej wersji.

























