Czasy mamy
takie, że próba znalezienia dobrego tenora jest równie skuteczna, co
poszukiwanie jednorożca. Poza Jonasem Kaufmannem, który swoim mrocznym głosem i
niecodzienną techniką wywołuje wojny rzesz swoich fanów z niemal równie
licznymi zastępami wokalnych purystów nie ma właściwie nikogo, kto mógłby
śpiewać na najwyższym poziomie najbardziej oczywisty i podstawowy repertuar –
późnego Verdiego. Na krótko błysnęła nadzieja w osobie Aleksandrsa Antonenki,
ale wraz z kolejnymi jego rolami okazuje się , że raczej jest to kandydat na
następcę Jose Cury, niż Otello z prawdziwego zdarzenia. Pozostaje więc liczyć
na cud i skupić się na artystach mniej lub bardziej lirycznych, których na
szczęście kilku mamy - od specjalizujących się w Rossinim po belcanto i wczesnego
Verdiego. I właśnie wśród tych ostatnich pojawił się śpiewak , który w wiecznych poszukiwaczach tenorowego blasku obudził przeczucie, że być
może nie wszystko stracone. Urodzony w Genui zaledwie 33 lata temu Francesco
Meli rozpoczął swą profesjonalną karierę w 2002 od roli Macdufa, którą śpiewa
do dziś. Repertuar kształtował ostrożnie i w sumie dość typowo : trochę Mozarta
(Fernando – debiut w Wiener Staatsoper, 2008 oraz Idomemeo i Don Ottavio) ,
Rossiniego (Almaviva , Paolo w „Maometto II”, Torvaldo), Donizettiego
(Nemorino, Edgardo, Ernesto, Percy, Gennaro). Do partii niewłoskich odnosi się
ostrożnie , zdarzył mu się właściwie
tylko Werter oraz Chevalier de la
Force w „Dialogach karmelitanek” – jako, że trudno uznać Śpiewaka Włoskiego za
prawdziwą rolę. Ulubione terytorium Mele’go to jednak Verdi w którym czuje się
najlepiej – bywa Alfredem (debiut w Met, 2010), Fentonem, Orontem, Księciem
Mantui (debiut w ROH, 2009), Jacopo Foscarim, czy Ismaelem. Już z tej niepełnej wyliczanki można
wywnioskować, jaki to typ głosu. Ale przecież ów głos trzeba przede wszystkim
usłyszeć, a stanowi on rzadką mieszankę metalicznej siły z welwetową
miękkością. Meli naprawdę reprezentuje ginący gatunek – to jest il vero tenore
italiano z wszystkimi tego pozytywnymi konotacjami. Ma promienną górę skali,
ładną ciepłą, średnicę i całkiem niezły dół a przy tym znakomite rzemiosło -
jest piękne legato, dobra koloratura, znakomite frazowanie a techniki
oddechowej można mu tylko pozazdrościć. Żeby nie było za cukierkowo uczciwie
należy przyznać, że Meli nie ma szczególnych talentów aktorskich. Na scenie
zachowuje na ogół pewną rezerwę ograniczając się do typowych gestów i
wypełniania reżyserskich zaleceń lokalizacyjnych. Być może wrażenie to powstało
u mnie skutkiem tego, iż występuje on głównie w tradycyjnych produkcjach, gdzie
nikt od niego nie wymaga zastosowania mniej ogranych środków. To się może
niebawem zmienić, bo nasz bohater ma przed sobą (w lutym 2014) debiut w
Hiszpanii gdzie jak wiadomo staromodnych produkcji nie uświadczysz. Będzie to
jednocześnie jego pierwszy Don Jose, co świadczy o ostrożnym rozwijaniu
repertuaru w kierunku ról nieco mocniejszych. Symptomy były już wcześniej, bo
Meli zdążył nawet zaśpiewać Gabriela Adorno i
…. Manrica. W planach na przyszły sezon ma „Trubadura” w Salzburgu u
boku Anny Netrebko i Placida Domingo – zobaczymy. Wspólny występ tej trójki w
tegorocznym, koncertowym wykonaniu „Giovanny d’Arco” był udany, ale „Trubadur”
to zupełnie inny kaliber. Nie mam pojęcia, jak wypadł debiut Francesco w partii nieszczęsnego Manrica, bo
ma on zwyczaj ogrywania nowych, nieco ryzykownych ról w teatrach włoskich
(głownie w Parmie, ale nie tylko), z których wieści kiepsko się rozchodzą nawet
w dobie globalizacji. Właśnie na Festiwalu Verdiego w Parmie zarejestrowano
„Bal maskowy” z Melim , ale wydano go tylko jako część wielkiego boxu „Tutto
Verdi”, w którym znajdują się produkcje o bardzo różnej wartości. Obejrzałam ów
„Bal” tylko ze względu na rolę Riccarda, bo reszta wykonawców (wśród których
jako Oscar żona Francesco, Serena Gamberoni)
i sama inscenizacja były na poziomie od kiepskiego do poprawnego. Meli
zaś – zdecydowanie powyżej. To, czego nie pokazuje na scenie jest w stanie
doskonale wyrazić głosem. Jego Riccardo bywa i rozbawiony, i stęskniony, i
namiętny i przerażony. Klasa. Myślę, że wielka kariera Francesco Meli już się
rozpoczęła i będziemy mieć szczęście podziwiać go przez wiele lat.
poniedziałek, 14 października 2013
czwartek, 10 października 2013
Fanciulla e ragazzi del west w Wiedniu
“Fanciulla
del west” z pewnością nie należy do szczytowych osiągnięć Pucciniego. Ten
mistrz dramaturgicznej kondensacji tutaj wydaje się dziwnie rozproszony. Zawsze
miałam problemy z percepcją tego utworu, zawsze przeszkadzał mi w nim nadmiar
bohaterów drugoplanowych którzy snują się po scenie bez wyraźnych powodów . W
„Cyganerii” także postaci jest sporo, ale każda ma jakąś swoją rację bytu, do
czegoś jest potrzebna. Tutaj nie. Na pojawienie się głównej bohaterki musimy
czekać ponad kwadrans, na jej amanta kolejnych dwadzieścia minut. Można by ten
czas zagospodarować poprzez gruntowniejsze przedstawienie nam trzeciego
protagonisty – nic z tego. Mamy szeryfa przed oczami , lecz niczego konkretnego
się o nim nie dowiadujemy, bo wraz z nim
w barze „Polka” przebywa tłum innych „chłopców” i wszyscy oni maja swoje
krótkie kwestie do zaśpiewania. Muzycznie także rzecz nie wydaje mi się
specjalnie porywająca, jak na Pucciniego. Z partytury pamiętam właściwie tylko
dwa fragmenty , oba tenorowe . Teatry chyba podzielają mój brak entuzjazmu , bo
„Fanciulla” wykonywana bywa rzadko a pożądaną widownię jest w stanie jej
zapewnić tylko świetna obsada . Wiener Staatsoper nie ma z taką najmniejszych
trudności, ale tym razem casting director popisał się szczególnie kompletując
zespól tyleż gwiazdorski co nietypowy, kojarzony głównie z repertuarem
niemieckim (przynajmniej w wypadku dwojga śpiewaków, ale i Jonas Kaufmann mimo
wyraźnych wysiłków na razie nie kojarzy się jeszcze przede wszystkim z
„włoszczyzną”). A, że najlepsze teatry operowe
niezmiernie chętnie decydują się ostatnio dzielić z szerokimi masami
własnymi spektaklami postanowiłam wykorzystać szansę. „Fanciulla” musiała
poczekać na swoją kolej, ale już ją obejrzałam i niestety nie miałam powodu,
żeby zmienić o niej zdanie. Marco Arturo Marelli wziął na siebie większość
odpowiedzialności za sceniczny kształt dzieła reżyserując, projektując
scenografię i światła. Pan Marelli nie
należy na szczęście do dzieci rewolucji zaludniających niemal wszystkie już
teatry Europy. Tym niemniej nie umiał się powstrzymać przed „przybliżeniem
utworu naszym czasom” i przeniósł akcję w nieokreślone lata dwudziestego wieku.
Dało to nie tylko niezbyt ciekawy efekt
w postaci średnio urodziwej scenografii i kostiumów (krzywdę wyraźną
wyrządzono w tym względzie Ninie Stemme), ale też spowodowało pewne niekonsekwencje
obyczajowo-charakterologiczne. Minnie i Dick zamiast wymienić nieśmiały
pocałunek uprawiają całkiem śmiałe pieszczoty z kotłowaniem się po podłodze (jak
na „primo baccio” mało powściągliwie) ,po czym … grzecznie rozchodzą do różnych
łóżek . Oczywiście jest to zgodne z tekstem, ale stoi w sprzeczności z sytuacją
obserwowaną chwilę wcześniej. Tego typu momentów można w tej produkcji znaleźć
więcej .Reżyser miał tez kłopot z tłumem w licznych scenach zbiorowych, obrazek
z Minnie czytającą „chłopcom” Biblię i szeregów kołyszących się niczym na
festiwalu w Zielonej Górze ( niektórzy do dziś twierdzą, że zszywano tam
ramionami) rozczulił mnie do łez (ze śmiechu). Specjalnie się temu nie dziwię ,
bo poradzenie sobie z gromadą ludzi, którzy w związku z zadaniami muzycznymi
muszą być na scenie obecni, próba jakiegoś ich zindywidualizowania do łatwych
zadań nie należy. Ogólnie rzecz biorąc ten spektakl wydał mi się nie tyle
kiepski, co nijaki ( wyjąwszy może finał z odlotem kochanków … balonem, to już
było niemądre i nie wzbudziło entuzjazmu
obojga – mieli raczej niepewne miny). Letnia temperatura dotyczy też, ku
mojemu olbrzymieniu zdziwieniu i rozczarowaniu wykonawstwa , przynajmniej w
wypadku dwójki amantów. Bo Tomasz Konieczny – tu negatywny szok był olbrzymi –
poległ z kretesem na roli Jacka Rance’a. Wbrew temu, co mówił bardzo sensownie
w długim wywiadzie opublikowanym na portalu opera info pl zagrał konwencjonalny
czarny charakter. Dwie chwile, w których losem szeryfa mogliśmy się naprawdę
przejąć to finały aktu drugiego i całości, a były to momenty bez śpiewu. Na
szczęście, ponieważ Konieczny używał swego pięknego głosu w sposób
karygodny. Dziwaczne podjazdy dźwiękowe
jako żywo przypominały mi działalność Vesseliny Kasarovej w niedawno
recenzowanej „Alcinie”. W słuchaniu sprawiało to wrażenie groteskowe. Mam
wrażenie, że tak właśnie wyobraża sobie Konieczny aktorstwo wokalne w operze
włoskiej. Bardzo, ale to bardzo mnie to zasmuciło, bo przecież nie bez powodu
zdobywa on coraz większą sławę w repertuarze niemieckim. I, proszę mi wierzyć,
bardzo go w nim lubię i szanuję, wcale nie było mi łatwo napisać to, co
musiałam. Jonas Kaufmann zaprezentował
bardzo dobre rzemiosło aktorskie, ale tym razem tylko tyle. Rola Dicka Johnsona
nie będzie jeszcze jednym klejnotem w jego tenorowej koronie , bo przymiotnik „porządne” nie jest tym, czego od niego oczekujemy. W brzmieniu
głosu Kaufmanna słyszało się wyraźnie niedoleczoną chorobę, barwa była nieco
matowa, czasami sucha i przytłumiona. Oczywiście chwilami zza tych chmur
wyglądało słońce i mam nadzieję, że w późniejszych spektaklach „Fanciulli”,
kiedy przyczyny medyczne zostaną do końca usunięte zalśni pełnym blaskiem. Nina
Stemme, najlepsza (a właściwie jedyna) spółczesna Izolda też miała problemy ze
swoją Minnie, w pierwszym akcie najwyraźniejsze. Nadmierne forsowanie głosu
powodowało skrzypliwą ostrość w górze skali, której w Wagnerze u niej nigdy nie
słyszałam. W miarę upływu czasu głos się jednak ocieplał i brzmiała coraz
lepiej. Także do niej należała najciekawsza interpretacja wieczoru. To była
siła i słabość w jednym, z dodatkiem osobistego uroku , którego nie zdołała
Stemme odebrać charakteryzacja. Bo Stemme , niebędąca okładkową pięknością
dysponuje ciepłem i wdziękiem , który płynie z wnętrza. Orkiestra
zaprezentowała się znakomicie, choć Franz Welser-Möst po raz kolejny nie do
końca zapanował nad dynamiką dźwięku przykrywając momentami głosy solistów. Ale
szeroka paleta barw pucciniowskiej orkiestracji uwypuklona została pięknie.
![]() |
| To zdjęcie z próby. Czyż nie wyglądają lepiej niż w spektaklu? |
poniedziałek, 7 października 2013
R.I.P, Patrice Chereau!
Odszedł Patrice Chereau. Żadnemu fanowi opery nie trzeba
wyjaśniać kim był. Kinomanom też nie. Człowiek dyskretny. Do końca niewiele
osób wiedziało, że chorował na raka płuc. Miał 68 lat. R.I.P, Patrice!
niedziela, 6 października 2013
The Kiss - Oniegin z Met
Sukces był niewątpliwy – nawet nasze biedne media, na co
dzień zainteresowane raczej politycznymi przepychankami go zauważyły – dwóch
polskich śpiewaków otwierało sezon w Met. Tylu bzdur nie naczytałam się nigdy w
związku z operą – ucieszyła mnie zwłaszcza jak zawsze wiarygodna Gazeta
Wyborcza, która już w nagłówku poinformowała, że „polscy tenorzy podbijają
Met”, po czym powtórzyła ekscytującą wieść, że oto pierwszy raz w historii dwaj
nasi gwiazdorzy stają obok siebie na najlepszej scenie świata. Mniejsza już o
tę dyskusyjną „najlepszość”, ale wiemy przecież, że to się zdarza po raz
kolejny. Ci sami panowie u boku tej samej partnerki wystąpili już razem w „Lucii z Lammermoor”,
także transmitowanej i wydanej potem na DVD. Nie mówiąc już o mniej
nagłośnionych spektaklach „Rigoletta” z Andrzejem Dobberem i Aleksandrą Kurzak.
Dlaczego mnie tak złości medialne niechlujstwo? Ano, dlatego, że ludek
nadwiślański, potraktowany znienacka newsem o tak egzotycznej dziedzinie jak
opera weźmie to wszystko z dobrodziejstwem inwentarza. Poza tym, największą w tym
wydarzeniu dla nas radość stanowi
przecież fakt, że to … normalne. „Nasza drużyna” śpiewacza rośnie,
dołączają powolutku ale konsekwentnie nowi i obecność polskich gwiazd na
najlepszych scenach świata jest już codziennością.
A teraz ad rem. Po premierze media amerykańskie uraczyły
nas opisem mrożących krew w żyłach perypetii z reżyserią tej produkcji
„Eugeniusza Oniegina”. Krótko mówiąc – prawie jej nie było, bo Deborah Warner, autorka oryginalnej
inscenizacji z ENO zaniemogła i wylądowała w szpitalu na długo. Poproszona o
nagłe zastępstwo jej partnerka życiowa Fiona Shaw, w trakcie prac nad własnym
projektem w Glyndenbourne mogła się zjawić w Nowym Jorku na dwa tygodnie przed
premierą. Biorąc pod uwagę fakt, że próba generalna odbyła się 19.09 na solidną
pracę zostało 10 dni. Czy to widać? Trochę tak. Miałam silne wrażenie, iż
artyści dostali nakreślone sytuacje sceniczne i nadany ogólny kierunek zaś
wypełnienie tych ram treścią pozostawiono z konieczności im samym. Skutkiem
czego nie czuło się w tym „Onieginie” napięcia wynikającego z interakcji między
bohaterami. Były pojedyncze popisy, czasem bardzo efektowne, ale gdybym
widziała „Oniegina” po raz pierwszy nie przejęłabym się zapewne należycie
losami jego bohaterów. Dopiero w finale zadziałała słynna chemia między Anną
Netrebko a Mariuszem Kwietniem i dramat objawił się nam w odpowiedniej
intensywności. Sama produkcja – jaka jest każdy widzi. Dziwne wydało mi się
niedopasowanie jej do rozmiarów sceny Met, bo wyglądało to tak, jakby
zapomniano o tej zasadniczej różnicy miedzy kameralną ENO a kolosalną Met. W
pierwszych dwóch aktach było to wyraźnie widoczne, kiedy zwłaszcza sceny
zbiorowe (a w tej operze mamy ich dużo) zostały zaduszone przez drastyczne
ograniczenie przestrzeni dekoracją. Za to w ostatnim sytuacja zmieniła się o
180 stopni – dostaliśmy wielką, pustą połać z monumentalnymi, złotymi
kolumnami w roli scenografii. Nieszczególnie udany pomysł. Przeniesienie akcji
z czasów Puszkina do czasów Czajkowskiego nie wpłynęło na odbiór
dzieła, różnica pojawiła się właściwie
tylko w kostiumach (Chloe Obolensky), które były ładne. Za to oglądając
wczoraj tego „Oniegina” nafaszerowana
recenzjami i relacjami z amerykańskich mediów lekko się uśmiechałam. Bo wielu
dziennikarzom zza oceanu ta do bólu tradycyjna realizacja wydała się …
kontrowersyjna za sprawą całusów. Po odrzuceniu miłości Tatiany Oniegin całuje
ją bowiem delikatnie by otrzymać od niej znacznie intensywniejszy pocałunek na
ostateczne pożegnanie. Puryści zżymali się zwłaszcza na zatrzymanie na moment
muzyki w celu umożliwienia amantom namiętnego uścisku. Wzruszające, nieprawdaż?
W Europie taka produkcja wydaje się oszałamiająco wręcz staromodna, my
widzieliśmy już wszystko. I naprawdę nie wiem, co gorsze – obłęd regietheatru
czy trzymanie się kanonów tak kurczowe, iż tego typu drobiazg wywołuje
protesty. Od strony muzycznej spektakl
był dobry, ale niepozbawiony zasadniczych wad. Valery Gergiev poprowadził rzecz całą jakoś tak ogólnikowo – nie bardzo
było się do czego przyczepić, rzemiosło bardzo porządne, ale do zachwytów
powodu też nie miałam. Od razu też wspomnę, że doprawdy nie pojmuję , jakim
sposobem znalazł się w tym w zespole Alexei Tanovitski, Gremin koszmarny jak
ze złego snu (będziemy mieli wątpliwą przyjemność "podziwiania" go w grudniowej warszawskiej "Jolancie"). Wokalnie, bo prezencje ma świetną. Resztę ról wspomagających
wykonano bardzo solidnie - od Larissy
Diadkovej , świetnej jako Niania, poprzez Johna Graham-Halla – Triquet (zupełnie nie przeszkadzał w tej akurat partii lekko drżący głos) po
Elenę Zarembę – Madame Łarina. Podobała mi się także Oksana Volkova jako Olga – soczysty mezzosopran,
temperament, sympatyczna osobowość. To ostatnie ma znaczenie, bo inaczej można by
wziąć lekkomyślne nieco dziewczę za czarny charakter. A tym, według mnie w tej
operze jest - nie, nie Oniegin, ale
Leński. Szczerze wyznaję – nie lubię tej postaci od pierwszego zetknięcia z
poematem Puszkina. W moim odczuciu Leński wykazuje się bowiem nie tyle poetycką
wrażliwością, co wybujałym egotyzmem i histerycznym temperamentem. Tak też to zostało pokazane w Met . To nasz Włodzimierz staje się, za sprawą owych cech sprawcą tragedii z
drugiego aktu popełniając właściwie samobójstwo cudzymi rękami. To on, po
pięknym duecie (cudownie wykonanym przez obu panów) decyduje o tym, że
pojedynek się odbędzie wyrywając się gwałtownie z czułych onieginowych objęć. Piotr
Beczała dysponuje idealnym, typowo słowiańskim tenorem o jasnej barwie i wywiązał
się ze swojego zadania dobrze. Dobrze, a nie znakomicie, bo jednak kłopoty z
górą były wyraźnie słyszalne w pierwszym akcie, z jednym, niepojącym wahnięciem
intonacyjnym. Podejrzewam , iż Beczała oszczędzał siły na swą wielką arię, co
zresztą wyszło mu na dobre, bo wykonał ją popisowo. Aktorsko nasz tenor wyrobił
się ostatnio mocno, trudno mu w tym względzie zarzucić coś poza nadmiernie dojrzałym wyglądem. Piszę o tym
dlatego, że wyraźnie widoczna młodzieńczość jest jedynym, co w moich oczach
usprawiedliwia Leńskiego i jego zapalczywość.
Cieszę się bardzo, że Anna Netrebko rozsądnie poczekała ze śpiewaniem
Tatiany do dziś. Głos ma tak piękny, tak idealnie leżący w tej partii, że
trudno sobie wymarzyć lepszy. Ona ją śpiewa z pełną świadomością, z czułością ,
z całkowitym utożsamieniem się. Ave
Anna! Na koniec Oniegin. To
prawdziwy bohater naszych czasów (cytując Lermontowa), którego głównym życiowym
problemem jest nuda. Nie żaden wredny typ, taki wykorzystałby sytuację, ale
facet poszukujący ciągle nowych bodźców, których prowincjonalne życie z
prowincjonalną gąską ( tak postrzega Tatianę) nie może mu dostarczyć . Mariusz
Kwiecień zagrał scenę odrzucenia dziewczyny koncertowo – jego Oniegin, trochę
arogancki, jest jednak przede wszystkim zakłopotany tym co zrobić musi i wcale
nie czuje się komfortowo w tej sytuacji. W finale zaś nagły przypływ uczuć do
Tatiany wydaje się być lekko wątpliwy. Nie wiemy bowiem, czy to obudziło się rzeczywiście
serce Oniegina, czy postanowił on przeżyć dramat, który wyrwie go z ustalonych
kolein życia i ze szponów nudy. I to także było w interpretacji Kwietnia
widoczne ( te momentami nadto teatralne gesty, ten intencjonalnie za szeroki
gest). Ale kiedy Tatiana pożegnawszy go rozpaczliwym, namiętnym pocałunkiem
odchodzi nie mamy wątpliwości, że Oniegin jest zdruzgotany. Temperaturę
emocjonalną zapewnili nam Netrebko i Kwiecień w tym finale odpowiednio gorącą. A
że , podobnie jak u Netrebko partia jest dla aksamitnego, ciepło brzmiącego
barytona idealna, wyszłam z Teatru Studio usatysfakcjonowana. Zwłaszcza, że
Kwiecień utrzymał w ryzach swoją skłonność do „prześpiewywania” i pozwolił
podziwiać miękko płynący głos z idealną rosyjską wymową.
http://www.youtube.com/watch?v=ccGKhjEOEuE
http://www.youtube.com/watch?v=mTqqcHWb34A&feature=youtube_gdata
http://www.youtube.com/watch?v=mTqqcHWb34A&feature=youtube_gdata
czwartek, 3 października 2013
"Lombardczycy" z Parmy
Nie
pierwszy raz stwierdzam, że wieści o najbardziej skomplikowanym libretcie
wszechczasów są w wypadku „Trubadura” przesadzone. Można znaleźć gorsze, i nie trzeba daleko szukać - nawet u samego Verdiego. Weźmy chociażby
„Lombardczyków”, czwartą operę mistrza, która, aczkolwiek niezbyt często bywa
jednak wystawiana nie tylko z powodu rocznic. I cóż my tu mamy? Czarny
charakter, który próbując zamordować
brata przez pomyłkę (skąd my to znamy) uśmierca tatusia, rycerza
przeklinającego córkę z powodu różnic religijnych, sułtankę nawróconą na
chrześcijaństwo i jej syna takoż zmieniającego wyznanie na łożu śmierci. Oraz
kilka innych absurdów. Ale nie one są w tym libretcie najgorsze. Zasadniczy
problem tkwi w braku dramaturgicznej zwartości i nadmiarze postaci
zaludniających scenę. Przy tym trudno się przywiązać do którejkolwiek z nich,
bo albo są nakreślone zbyt ogólnikowo albo pojawiają się i znikają dziwnie
nieregularnie. I trudno powiedzieć, kto właściwie ma być tu głównym bohaterem.
Nawet nieszczęsny chór nie ma lekko, zmuszony do ciągłych zmian kostiumów, bo
występuje w roli Lombardczyków, Arabów oraz Hebrajczyków. Zdarzają się jednak
teatry gotowe na podjęcie ryzyka i zapewnienie swojej publiczności wrażeń
przynajmniej dźwiękowych, jako, że
muzyka w „Lombardczykach” nieskończenie przewyższa libretto. W Teatro
Regio di Parma wystawiono tę operę 4 lata temu i rezultat okazał się wart
oglądania. Nie dla wielbicieli eksperymentów reżyserskich oczywiście, bo raczej
trudno byłoby sobie poszaleć i pomajstrować przy fabule. W związku z tym mamy
raczej ogólnikowe, skromne , ale zgodne z didaskaliami dekoracje i dość bogate
kostiumy w niektórych wypadkach wydatnie pomagające w charakterystyce postaci.
Reżyser Lamberto Puggelli nie miał łatwo, ponieważ trafił mu się zespół
śpiewaków tyleż wokalnie sprawnych, co aktorsko sztywnych. Właściwie wszyscy
zachowywali się podobnie stając w
zalecanych miejscach i wykonując gesty mające unaocznić nam stan emocjonalny
swojej postaci. Patrzenie na to nie jest zajęciem specjalnie emocjonującym ,
ale na szczęście można jeszcze słuchać. Rola najciekawsza należy w
„Lombardczykach” do basa i Michele Pertusi wywiązał się z niej znakomicie. To
typowo włoski basso cantante, bez głębi właściwej basom słowiańskim, ale
właśnie taki głos w partii Pagano sprawdza się najlepiej. Pertusi ma poza tym
znakomite nawyki wyniesione z
wieloletniego śpiewania ról belcantowych: piękne legato, bardzo dobrą
technikę oddechową i spokojne dopieszczanie frazy. Dimitra Theodossiu dysponuje
głosem może nie wyjątkowo pięknym, ale niezłym i doskonale się nadającym do
Giseldy. Bardzo rozumnie go też używa, nie forsując i nie krzycząc, o co
sopranom verdiowskim szczególnie łatwo. Największe laury zbiera jednak w tym
spektaklu – jak zwykle – tenor. Oronte to dziwna rola – bohater jest na scenie
dość krótko (dwa akty z czterech), ma do zaśpiewania swoją wielką scenę – dwie
arie rozdzielone krótkim dialogiem- oraz duet i tercet. Jeszcze troszkę słychać
go zza sceny , gdy jako anioł (chyba) z nieba zachęca swa ukochaną by do niego
dołączyła, ale w finale udziału nie bierze. A jednak tę rolę bez oporu wykonują
wszyscy tenorzy, którym głos na to pozwala. Z lat dawniejszych pamiętam
znakomitego Oronte’a Jose Carrerasa, który był świetny we wczesnym Verdim, na
płyty nagrywali tę partię także Placido Domingo i Luciano Pavarotti. Dlaczego?
Bo to wyjątkowo piękna muzyka, wymagająca tylko zmieszania we właściwych
proporcjach stali i miodu. Bagatela, tylko… Francesco Meli poradził sobie
fantastycznie z tym zadaniem. To śpiewak zasługujący na własnego posta i
niewątpliwie w najbliższym czasie coś o nim napiszę. Poza zaletami natury
czysto wokalnej (perfekcyjna technika, co doceniają najsurowsi krytycy) i
pięknym, miękkim głosem o nieomylnie włoskiej barwie Meli ma jeszcze jeden dar,
który, nie będąc niezbędnym, uprzyjemnia oglądanie jego występów. Nie można go
nazwać aktorsko utalentowanym , ale ma w sobie sporo uroku osobistego i całe
pokłady ciepła, co w połączeniu z uroczym uśmiechem zjednuje mu życzliwość
widowni.
Role
wspomagające, a, jak już pisałam na początku w tej operze jest ich dużo zostały
wykonane bardzo kompetentnie. Szczególne pochwały należą się Robertowi de
Biasio, który z niewdzięcznej roli drugiego tenora wywiązał się nad podziw
dobrze oraz Danieli Pini, która poza urodą cielesną ( jako mamusia Oronte’a
wyglądała ładniej i młodziej niż jego ukochana) zaprezentowała głos znacznie
ciekawszy niż się zazwyczaj w tak małej rólce
obserwuje. Daniele Callegari poprowadził parmeńską orkiestrę z werwą,
ale nie zapominając o uwypukleniu momentów lirycznych. Osobne gratulacje należą
się skrzypkowi, który świetnie wykonał swoje solo na początku trzeciego aktu
będące właściwie mini koncertem skrzypcowym. Ku mojej radości i zdumieniu
włoska publiczność nagrodziła go za to owacją. Niestety, nie znalazłam nazwiska
artysty w napisach, a szkoda. Przypominanie o tym, że u Verdiego chór ma zawsze
co robić to trochę masło maślane, ale w tym wypadku warto dodać, że w czwartym
akcie kompozytor ofiarował mu piękną „arię zbiorową” nieodparcie kojarzącą się
z przesławnym „Va pensiero”. Chór parmeński wykonał swoje zadanie jak należy.
Linki prowadzą do fragmentów innego spektaklu, z Maceraty - w tej samej obsadzie.
niedziela, 29 września 2013
Germont, padre e figlio - "Traviata" z Aix-en-Provence
Niektóre opery mają w sobie magiczną moc – choćbyśmy je
widzieli nie wiem który raz , ciągle zasiadamy na widowni gotowi się wzruszyć
do łez, a jeśli wykonawstwo sprosta dziełu wychodzimy z teatru mniej lub
bardziej dyskretnie ocierając łzy. Do tego rzadkiego rodzaju należy „Traviata”
i mimo , że w życiu płakałam już nad niejedną Violettą, nadal jestem gotowa na
kolejne przeżycia z nią związane. A ponieważ dawno już „Traviaty” nie oglądałam
i nie słuchałam postanowiłam włożyć do odtwarzacza płytę ze spektaklem sprzed
dwóch lat zarejestrowanym na festiwalu w Aix-en-Provence. Zaryzykowałam , mimo,
że odtwórczyni partii tytułowej gwarantowała mi, że bohaterka, przynajmniej od
strony wokalnej nie będzie taka, jak Verdi sobie wymarzył. Ale - to moje z nią pożegnanie, bo zapowiedziała
właśnie koniec kariery operowej. Widywałam już wprawdzie takich , którzy
żegnali się przez kilkanaście lat, ale to raczej nie ten przypadek. Nie mogę nawet powiedzieć, że będę tęsknić za
Natalie Dessay – bo oczywiście o nią chodzi – zawsze , nawet kiedy była w pełni
sił wokalnych zastanawiało mnie , dlaczego postanowiła zostać śpiewaczką mając
znakomite zdolności aktorskie które kwalifikowały by ją na scenę dramatyczną.
Teraz jej narzędzie pracy, głos jest już w strzępach, zniszczony tyleż
problemami zdrowotnymi co niezwykłym wręcz uporem w wybieraniu partii
przekraczających jego możliwości. Inna rzecz, że nigdy tego głosu nie lubiłam.
Zawsze wydawał mi się szklany, przynależny raczej małej dziewczynce niż
dorosłej kobiecie, niezdolny do wyrażania dorosłych namiętności. Podkreślam
- to tylko mój odbiór, Dessay cieszyła
się estymą i popularnością. Jako Violetta niewielu jednak znalazła obrońców, bo
to nigdy nie była rola dla niej, zwłaszcza w późnych latach kariery. W Aix
zawiodła mnie także od strony interpretacyjnej. Grała wspaniale, ale patrząc na
nią widziałam dokładnie koncepcję roli, widziałam mistrzostwo techniczne
znakomitej aktorki, widziałam jej kobiecą odwagę nieukrywania wieku i
nieokładkowej urody. Nie widziałam Violetty. Być może to wrażenie powstało, bo
przede wszystkim jej nie słyszałam. Dessay nigdy nie miała dołu skali, średnica
brzmi u niej szkliście a góra ostra jest jak brzytwa. Poza tym , ta muzyka
wymaga bynajmniej nie suchotniczej siły, której Dessay nie posiadała nigdy.
Inna rzecz, że debiutujący w operze szef London Symphony Orchestra Louis
Langree nie pomógł ani jej, ani jej kolegom. Orkiestra brzmiała dziwnie
mechanicznie a tempa dalekie były od rozsądnych (zagoniono na przykład drugi
obraz drugiego aktu). Na scenie dzięki reżyserowi Jean-Francois Sivadier bez
przerwy coś się działo, protagoniści nawet w najbardziej intymnych momentach
nie byli na niej sami. I to nie jest komplement. Trzeba panu Sivadier przyznać
umiejętność radzenia sobie z tłumem, to niewątpliwie człowiek potrafiący
ustawiać sceny zbiorowe. Każdy coś robi, wchodzi w interakcje z innymi, nie
stoi bezczynnie, w chór wpleciono tancerzy udawających, że śpiewają. Tyle, że
tego ruchu i ciągłej aktywności jest nieco za dużo jak na mój gust. Terror wizualny
spowodował, że drugoplanowych śpiewaków zatrudniono po wyglądzie i skutki były różne. Mieliśmy więc niezwykle
seksownego Barona Douphol, o którego Alfredo mógł rzeczywiście być zazdrosny,
ale ten przynajmniej dobrze śpiewał – Kostas Smoriginas, urodziwy Litwin zdążył
już od tego czasu awansować na pierwszy plan. Gorzej , i to znacznie z Florą –
Silvia de La Muela rewelacyjnie wygląda, świetnie tańczy, ale ust otwierać
raczej nie powinna, bo wydobywa z nich paskudny skrzek. Anninę grała weteranka
Adelina Scarabelli i poza przyzwoitym
głosem obdarowała ją całą masą macierzyńskiego wręcz ciepła. Teraz zaś
czas wreszcie na tych, dzięki którym obejrzałam tę „Traviatę” do końca – papę i
syna Germont. Charles Castronovo wydaje mi się najlepszym współczesnym Alfredo
– bardzo sprawnie posługuje się giętkim, ładnym w barwie tenorem o idealnym
ciężarze gatunkowym. Żeby być całkiem
uczciwą muszę dodać, że wyciął regularnego koguta na koniec swojej cabaletty,
ale nie bardzo mi to zepsuło ogólne wrażenie. Castronovo jest , w
przeciwieństwie do swej partnerki przede wszystkim śpiewakiem, ale także jako
aktor sprawdza się dobrze. On właśnie zachowuje proporcje. Przy tym jest , ze
względu na wiek i powierzchowność jako postać wiarygodny. Nie można tego powiedzieć o Ludovicu Tezier,
co nie całkiem było jego winą. Ktoś zdecydował (reżyser?), żeby go nie
charakteryzować, co dało dość dziwaczny efekt, bo Tata Germont nijak na ojca
młodego wszak Castronovo nie wyglądał. Gorzej – wyglądał na młodszego od
Violetty. Tezier znany jest także ze scenicznej sztywności, ale tu się bardzo
starał ją pokonać. Z efektem niepowalającym, ale akceptowalnym. Za to wokalnie
był świetny – ma piękny, ciepły głos o dość dużej mocy i gospodaruje nim
wyjątkowo sensownie. Nie napina się, nie krzyczy – robi swoje. Słyszałam go
niedawno jako Posę u boku Jonasa Kaufmanna i był naprawdę dobry. I już się
cieszę na ich ponowne partnerstwo w „Mocy przeznaczenia”. A sama produkcja? Nic
rewolucyjnego, ale zwłaszcza jedna zmiana istotna. Violetta mieszka w lofcie i
mamy jedność miejsca, cała akcja odbywa się właśnie tutaj – w pustej właściwie
przestrzeni , której czasem pojawiają się panele z „fototapetą”. Są też
rekwizyty – kilka krzeseł, poduszki i kapa, stanowiące miejsce miłosnych
igraszek bohaterów. Taka koncepcja powoduje możliwość podzielenia opery antraktem … w połowie drugiego
aktu. Violetta, bezpośrednio po straszliwym przeżyciu na „imprezie” zaczyna
umierać. Akcja kondensuje się troszkę za bardzo. Ale za to „Addio del passato”
wypadło w wykonaniu Dessay najlepiej . Mnie to jednak nie wystarczy.
czwartek, 26 września 2013
Gianni
Nie przerzuciłam
się na modę i post nie dotyczy Versacego. Jego bohaterem jest Giovanni Battista
Pergolesi, a fraternizacja z nim nie wynika z mojej nadmiernej, acz czułej
poufałości. „Gianni” to tytuł opowiadania Roberta Silverberga, które poznałam
za pośrednictwem Przekroju (było to bardzo dawno temu) , potem zamieszczono je
w tomie „Playboy science fiction”. Tak , to fantastyka. Zaczyna się od … wyciągnięcia
bohatera z łoża śmierci i przerzucenia w przyszłość. I wszyscy dopytują się sprawcy
wydarzenia, dlaczego nie ratował Mozarta. Nie będę opowiadać całej fabuły, może
to kiedyś przeczytacie (warto!), ale scena, w której Gianni zapoznaje się z
całą muzyką, którą stworzono po nim wydała mi się wspaniała. W każdym razie ,
ja rozumiem , dlaczego Pergolesi. W ciągu przerażająco krótkiego życia (26 lat
– 1710-1736) stworzył rzeczy tak piękne i tak przejmujące, że do dziś kolejne
pokolenia melomanów przeżywają olśnienia przy pierwszym zetknięciu z tą
twórczością. Bo powiedzcie, czy jest piękniejsze i bardziej trafiające prosto
do serca „Stabat mater” ? Ta sekwencja bywała zaopatrywana w muzykę przez wielu
kompozytorów i niektóre wersje przez uczonych specjalistów są pewnie uznawane
za bardziej wzniosłe czy lepsze. Pewnie , Pergolesi to nie kosmiczny i odległy
w swej doskonałości Bach. Ale do mnie ,
istoty nie tak wyrafinowanej dociera poprzez emocje, a nie mózg. Ta obezwładniająca
słodycz cierpienia , dla baroku typowa u
niego występuje w stopniu przejmującym (pod warunkiem , ze nie mamy do
czynienia z okropna wersją nagraną przez Annę Netrebko i Mariannę Pizzolato pod
Antonio Pappano). Ale nie o męce
chciałam pisać, ale wręcz przeciwnie, o radości. Bo mimo, że miał tak niewiele
czasu, Gianni zdążył też napisać jedno z najbardziej rozkosznych dzieł w całym
operowym gatunku i wywołać nim całkiem poważną wojenkę między francuskimi
buffonistami i antybufonistami. A groźny incydent spowodowała opera , a
właściwie intermezzo, którego wykonanie zabiera czterdzieści kilka minut. Ale , żeby dało odpowiedni skutek musi być
perfekcyjnie, doskonale zagrane i zaśpiewane – lekkie i filuterne, ale nie
wulgarne i prostackie. Ma budzić serdeczny uśmiech, nie zaś głośny rechot. To z
pozoru rzecz nie tak trudna, ale tylko z pozoru. Bo komedia to najtrudniejszy z
gatunków. Proszę sobie wyobrazić, że trafiłam na spektakl doskonale spełniający
te wymagania i zawdzięczam to swoim respondentom, którzy zwrócili moja uwagę na
młodą bułgarską śpiewaczkę Sonię Yonchevą. Poszukując jej nagrań trafiłam na
produkcję „La serva padrona”, która sprawiła mi tyle przyjemności, że chcę się
nią koniecznie podzielić. Zarejestrowano ją 5 lat temu i naprawdę nie wiem, czy
to normalne przedstawienie, czy film bo choć rzecz cala dzieje się w teatrze
publiczności nie widać ani nie słychać jej reakcji. Obserwujemy za to częściej
niż zwykle znakomity zespół „I Barocchisti” i jego szefa Diego Fasolisa (
nieodparcie kojarzy mi się z Fantomasem ze starych filmów). Muzycy biorą udział
w akcji , i to zarówno aktorski jak … wokalny wykazując się bezbłędnym
poczuciem humoru. Nie tylko my mamy Grupę Mo Carta. Na scenie zaś to , co
trzeba : mieszczański domek, w którym rządy wdziękiem i sposobem zawłaszcza
dotychczasowa służąca. Gracja , z jaką czyni to Sonia Yoncheva zupełnie mnie
rozbroiła. Dziewczyna to nie tylko śliczna, ale z doskonałym wyczuciem
proporcji , zabawna, ale niepozbawiona subtelności. I rzeczywiście przed nią
wielka kariera , bo dysponuje też pięknym , ciepłym sopranem , którym posługuje
się z dużą finezją. Przy takiej partnerce weteran Furio Zanasi miał zadanie
ułatwione, bo nietrudno uwierzyć, że tak łatwo uległ jej urokowi. Zaś sam Furio
(che brutto nome, żeby tak zacytować jego bohatera) też ma mnóstwo męskiego
szarmu, poza tym jego giętki baryton dobrze służy muzyce Pergolesiego. Oprócz
tej dwójki na scenie mamy jeszcze 2 postaci buffo, z których tylko jedna –
Vespone – pochodzi z libretta , drugą dodano do towarzystwa. Panowie powinni
być w zasadzie niemi, ale w finale, kiedy świeżo poślubiona para zniknęła już
za kurtyną by zaznać małżeńskiego szczęścia … parodiują swoich państwa wykonując alternatywna wersję finałowego duetu i okazują się być barytonem –
Roberto Carlos Gerboles i falsecistą – Pablo Ariel Bursztyn ( ciekawe
zestawienie imion z nazwiskiem). I
Barocchisti i Diego Fasolis jak zawsze wykazują się wspaniałym temperamentem.
Zamieszczam link do tej perełki – nie lekceważmy drobnych przyjemności, warto
kliknąć.
Pozwalam sobie dopisać świeżutką wiadomość - Sonia Yoncheva zastąpi Aleksandrę Kurzak w grudniowych spektaklach "Rigoletta" w Met i bedzie to jej tamtejszy debiut. Zaszczyt ten podzieli z nią Irina Lungu, rosyjska sopranistka , znana już z "Rigoletta" w Aix-en-Provence.
Pozwalam sobie dopisać świeżutką wiadomość - Sonia Yoncheva zastąpi Aleksandrę Kurzak w grudniowych spektaklach "Rigoletta" w Met i bedzie to jej tamtejszy debiut. Zaszczyt ten podzieli z nią Irina Lungu, rosyjska sopranistka , znana już z "Rigoletta" w Aix-en-Provence.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







































