Po
obejrzeniu „Nieszporów sycylijskich” z ROH stwierdziłam, iż właściwie szkoda
było wysiłku solistów i chóru oraz ich męki serdecznej przy uczeniu się (na
ogół średnio skutecznym) francuskiej wymowy.
Każdy z nich mógłby śpiewać we własnym języku i jakikolwiek tekst, nic
by to nie zmieniło. Akcja sceniczna nie miała bowiem absolutnie nic wspólnego z
historią opowiadaną przez libretto zaś postaci zostały naszkicowane po nowemu. Dyskusja o granicach interpretacji
dzieła stała się już męcząca , bo jak wszyscy wiemy po licznych spektaklach
regietheatru dziś tych granic nie ma. Problem jednak nie tylko w stosunku
reżyserów do prawdziwych autorów, ale także w całkowitym lekceważeniu związku
muzyki z tekstem, który w operze powinien być jak najściślejszy. Z tego rodzą się takie potworki, jak owe
„Nieszpory”, których tytuł wobec tego co obserwujemy nie ma najmniejszego sensu
ani znaczenia. Ale też nie sensu ani znaczenia poszukiwał Stefan Herheim. On
poszukiwał efektu. Gdyby chociaż to osiągnął …. Ale nie, zmontował spektakl z
dość wytartych klisz fundując publiczności serię ikonicznych obrazków , które
miały chyba stanowić wyrafinowaną grę skojarzeń.Zacznijmy
jednak od podstaw, czyli czasu i miejsca akcji. Tu Herheim posłużył się starym
chwytem i zamiast na XIII-wiecznej Sycylii znaleźliśmy się w czasach
współczesnych Verdiemu, konkretnie w drugiej połowie XIX wieku. Oraz w Operze
Paryskiej bo zabawy metateatralne stały
się ostatnio bardzo modne (celuje w tym zwłaszcza Robert Carsen). Zamiast okupantów mamy żołnierzy , którzy nie
wiedzieć czemu zawzięli się akurat na corps de ballet , który dzięki reżyserowi
stał się najważniejszą postacią dramatu. Co dało okazję do pokazania nam paru
prześlicznie zakomponowanych żywych obrazów a la Degas. Jedna z balerin zostaje
już w czasie uwertury zgwałcona przez Monforta i wychowuje dziecko w całkiem
zrozumiałej nienawiści do rodzica. I to właściwie jedyne co zostało ocalone z
libretta – powikłane stosunki syna i ojca. Reszta jest już „z głowy, czyli z
niczego”. Najbardziej zdumiewającą przemianę przeszedł Procida, który zamiast płomiennym i nieco
zaślepionym bojownikiem o wolność Sycylii stał się … baletmistrzem o wyglądzie stuprocentowego dandysa . I
właściwie nie wiadomo , dlaczego to oprawcy w mundurach tak się nad nim pastwią.
Podejrzewam , ze podstawowa przyczyna jest natury czystko wizualnej – Erwin
Schrott w rozchełstanej, skrwawionej nad miarę koszuli dziarsko prezentuje
klatę ozdobioną licznymi, również broczącymi ranami i wygląda nieco jak
Cavaradossi… W piątym akcie Procida przepoczwarza
się zastanawiająco – nosi bowiem … czarną krynolinę – tu Schrott ma z kolei
możliwość pokazać kuszący dekolt i nienagannie smukłą talię. Na szczęście na
sam finał błyskawicznie powraca do męskiej postaci , inaczej zmuszony byłby się
kłaniać jako dama. Oczywiście przypomina się tu „Faust” z ROH sprzed kilku lat,
w którym kobiece szatki nosił zwalisty Mefisto (Bryn Terfel), ale tam
przynajmniej miało to jakiś ironiczny sens i uzasadnienie. W tym spektaklu
sensu nie ma, pozostają tylko ładne czasami, a czasami efekciarskie obrazki
i gierka typu – gdzie myśmy to już widzieli (czytali)? Elena w żałobie wygląda
wypisz wymaluj jak królowa Victoria i piastuje czule nieco nadpsutą głowę
zabitego brata (zupełnie jak rozhisteryzowana bohaterka Stendhala). Maski na
twarzach są wzięte wprost z „Upiora w operze” . Itd. W takiej sytuacji
protagoniści mieli usprawiedliwione trudności w stworzeniu przekonujących ,
pełnych postaci scenicznych. Powiodło się właściwie tylko Michaelowi Volle,
który okazał się gwiazdą wieczoru. Pięknie, mięsiście brzmiący głos, długie,
miękkie, właściwe Verdiemu linie wokalne – naprawdę wspaniałe. Erwin Schrott realizował
reżyserskie polecenia nie wiedząc chyba dlaczego musi robić to, co robi – nic
dziwnego, że nie udało mu się od strony
interpretacyjnej , tu bym go nie winiła. Natomiast za drżący z wysiłku głos
ilekroć trzeba było wznieść go choć odrobinę do góry pełną odpowiedzialność
ponosi już tylko on. Schrott to w ogóle kolos na glinianych nogach –
utalentowany aktor, który muzycznie bywa znakomitym Leporellem, niezłym Figarem
i takim sobie Don Giovannim , ale do Verdiego nie bardzo się nadaje. W operze,
jeśli trzeba wybierać między dobrym aktorem z kiepskim głosem a dobrym
śpiewakiem nieumiejacym grać - ten drugi
jest lepszy. To z kolei przypadek Bryana Hymela, tenora o znakomitym, jasnym,
silnym głosie z triumfalną górą, ale nieszczególnych warunkach zewnętrznych
(miły, zażywny pan z sumiastym wąsem i bokobrodami) i mimo wysiłków
nieprzekonującym scenicznie. Lianna Haroutounian , której już po raz drugi
przyszło w tym roku ratować ROH w obliczu nagłego braku sopranu do głównej roli
wypadła przyzwoicie, acz nie tak ekscytująco jak poprzednio. Partia Eleny
wymaga bowiem dobrej koloratury, której artystka nie posiada, co doskonale było
słychać w słynnym bolero. Najmocniejszym punktem wieczoru okazała się – co nie
było zaskoczeniem – orkiestra pod batutą Antonio Pappano. Mam wrażenie, że w
tym repertuarze Pappano jest dziś najlepszy ze wszystkich, z każdym włoskim
spektaklem w ROH jego supremacja staje się coraz wyraźniejsza. Trzeba także
pochwalić znacznie wzmocniony chór i doangażowaną z zewnątrz (wobec buntu Royal
Ballet i jego choreografa) trupę baletową.
poniedziałek, 25 listopada 2013
czwartek, 21 listopada 2013
Źle się chłopcy bawicie - "Attila" z Theater an der Wien
Czasem przy oglądaniu kolejnego dokonania słynnego
reżysera ogarnia mnie straszny smutek. Żal, że prawie każdy z tych panów uważa
się za wszechwładnego demiurga, którego ogranicza tylko kasa . Natomiast
szacunek dla prawdziwych twórców dzieła – kompozytora i librecisty , oraz
elementarne poszanowanie dla współpracowników
- dyrygenta, śpiewaków to burżuazyjne przeżytki, którym wszak jedyny
Prawdziwy Artysta w teatrze, czyli reżyser hołdować nie będzie. „Smutno mi, Boże”.
Taką przykrość wyrządził mi właśnie Peter Konwitschny wystawiając w Theater an der
Wien „Attilę” z muzyką Verdiego. Bo „Attila” Verdiego i Solery to już
zdecydowanie nie był. Pewnie powinnam
być przygotowana, przecież to ani pierwsze, ani dziesiąte, ani setne
przedstawienie tego typu. Ale chyba nie potrafię się przyzwyczaić do takiej
hucpy, do tej intelektualnej pustki i niemocy maskowanej bezczelnością. Bo cóż
my tu mamy? Koncept , który aż bije po oczach dosłownym przełożeniem na
sceniczną rzeczywistość . Otóż, proszę ja państwa jako dzieci bawimy się
nieszkodliwie, acz zajadle. Kiedy dorastamy, nie dojrzewamy ani trochę, tylko
nasze rozrywki stają się bardziej niebezpieczne. Po czym wracamy, już jako
starcy do stanu zdziecinniałej zajadłości. Tak przynajmniej sądzi Konwitschny.
Tylko dlaczego jako pretekst do wyłożenia publiczności tej głębokiej tezy
wybrał sobie „Attilę”? Przyjrzyjmy się jeszcze jak to wygląda – bywają rzeczy w
opisie straszne, w bezpośrednim zetknięciu całkiem strawne. Ale to nie ten
przypadek, niestety. Na scenie szaleje tłum groteskowo wyglądających dorosłych
przebranych za rozdokazywane pacholęta, co w wypadku niektórych jest po prostu
upokarzające (Odabella!). Dzieciątka te posługują się rekwizytami w rodzaju
papieru toaletowego, szczotki do czyszczenia toalety czy deski klozetowej
(czyżby trop freudowski?). Myślicie może , że po dorośnięciu zyskują na
godności? Nic z tego, krótkie spodenki, czuby i kucyki zmieniają się tylko na
korporacyjne mundurki, to wszystko. Zaś w finale dostajemy grono odrażających
staruszków radośnie szalejących przy użyciu wózków inwalidzkich, balkoników i
kul. Są też scenki wyraźnie sabotujące pracę śpiewaków – taki Ezio zmuszony
jest w czasie krótkiej cabaletty pięciokrotnie padać na deski i powstawać, co
pozwala podziwiać sprawność oddechową George Peteana, ale wątpię czy miał on
szczególną ochotę na taką demonstrację. Dotrwałam do końca tego horroru, bo od
strony muzycznej zostało to wykonane zupełnie nieźle . Riccardo Frizza
poprowadził orkiestrę momentami aż nazbyt dziarsko i skocznie, ale taka
koncepcja utworu jest do przyjęcia. Dimitri Belosselsky okazał się świetnym
Attilą, mimo , iż reżyser pozbawił go całkowicie szansy na to, że by jego
bohater mógł być groźnym , choć szarpanym wątpliwościami tyranem. Za to głosowo
Belosselsky sprawdził się nad podziw –
barwa, frazowanie , wyraz – wszystko jak trzeba. George Petean był
równie doskonałym Eziem ( nie bez powodu został adresatem owacji po swej
arii) , więc początkowy duet obu panów ze słynnym „avrai tu l’universo, resti
i’Italia a me” wypadł wspaniale (przy zamkniętych oczach oczywiście). Nie
jestem szczególną fanką Lucrezii Garcii , ale jako Odabella przynajmniej
wokalnie była niezła – może brak uwodzicielskiej barwy głosu przeszkadza tu
mniej, bo postać jest osobą gniewną i walczącą. Nikolai Shukoff dysponuje
tenorem nieco za delikatnym do partii Foresta, ale używa tego co ma
rozsądnie. Jaka szkoda, że odrobiny
rozsądku zabrakło Konwitschnemu (oraz intendentowi, który go zatrudnił).
niedziela, 17 listopada 2013
Hell's Kitchen czyli Don Giovanni Tenorio (z małym dodatkiem nie na temat)
Nie odzywałam się czas jakiś, ale w ostatnich tygodniach obcowałam z muzyką zupełnie innego rodzaju niż zazwyczaj. Poznałam przeróżne rodzaje ranchery oraz uroczych hombres w dużych kapeluszach i ubrankach z lampasami. Jedno mogę stwierdzić z całą pewnością - po kilku tequilach zupełnie obojętne staje się, czy adorujący cię i słodkim falsetem wyśpiewujący miłosne zaklęcia pan jest młodzieńcem jak malowanie czy starszym acz doświadczonym skrzekliwcem. Ostrzegam, że rozpoznanie narodowości polskiej powoduje nieuniknione wykonanie "Cielito lindo" . Chórek rozochoconych rodaków bywa wówczas znacznie bardziej dojmującym doświadczeniem dla uszu niż najsłabsi nawet mariachi z Xochimilco. Wszystko jednak kiedyś ma swój kres, więc w miarę gładko od ognistych desperados moge przejść do tego , co interesuje nas najbardziej.
Niewiele
oper wymagało ode mnie tylu wysiłków poszukiwawczych i mimo nieocenionego
wujaszka Google wcale nie było łatwo dotrzeć do niektórych informacji,
zwłaszcza, że kilka z nich trzeba było zweryfikować. Teraz wiedzę mam jako tako
uporządkowaną i mogę się nią podzielić. Jeśli są wśród czytelników bloga osoby,
dla których wszystko to, co dla mnie stanowi odkrycie było od dawna znane - wybaczcie proszę. Jako, że tytuł „Don
Giovanni” zawsze zwraca moją uwagę, postanowiłam się dokładniej przyjrzeć
operze „Il dissoluto punito ossia Don Giovanni Tenorio” Ramona Carnicera. Czasami bywa ona całkowicie błędnie opisywana
jako zarzuela, ale niesłusznie. Libretto (uwaga – tu właśnie zaczynają
się schody) jest delikatną mutacją tekstu Giovanniego Bertati, który jako
pierwszy wykorzystał Gazzaniga. Jego
opera „Don Juan Tenorio, ossia Il
convitato di pietra” miała premierę w maju 1787. Mniej więcej wtedy, po
sukcesie „Wesela Figara” Mozart zwrócił się do Lorenza Da Ponte z prośbą o nowe
libretto. A że Da Pontemu się spieszyło, bo miał też inne zamówienia namówił
boskiego Amadeusza na temat doskonale znany i wielokrotnie już wykorzystywany w
literaturze (Tirso de Molina, Moliere) . Po uzyskaniu zgody kompozytora
librecista … przykroił po prostu po
swojemu tekst Bertatiego. I on właśnie przyczynił się walnie do nieśmiertelnej
sławy genialnego librecisty, jaką Da
Ponte cieszy się do dziś. Nie twierdzę, że niesłusznie – ale to , co większość
z nas zna jako jego dzieło wyszło spod zupełnie innej ręki ( w tym najsławniejsze
fragmenty – np. aria katalogowa Leporella i parę innych, w tym finał). Biedny
Bertati zaś został niemal całkowicie zapomniany. Nie żył już od 7 lat, kiedy
jego libretto posłużyło trzeciemu kompozytorowi, właśnie Ramonowi Carnicer,
zwanemu często ojcem opery hiszpańskiej. Co pewnie drażni Katalończyków, jako,
że z Katalonii pochodził. Historia milczy na temat znajomości przez niego
utworów poprzedników, ale pewne tropy wskazują , że przynajmniej dzieło Mozarta
obce mu nie było. Sama budowa tych dwóch oper wykazuje pewne podobieństwa: obie
mają po dwa akty ( niezbyt powszechne, zazwyczaj części bywało więcej),
pierwszy mniej więcej 1,5 godziny, drugi nieco mniej. Porównywanie materii
muzycznej byłoby znęcaniem się nad Carnicerem , który stworzył rzecz właściwą
swojemu czasowi – brzmi to jak nieznany i nieco mniej udany utwór wczesnego
Rossiniego. Kariery scenicznej rzecz nie zrobiła, my możemy się z nią
zaznajomić dzięki rejestracji spektaklu, który
odbył się na festiwalu mozartowskim w Corunie. Fabuła różni się nieco od znanej nam z
przeróbki Da Pontego. Carnicer skreślił parę plebejską, nie mamy więc Zerliny i
Masetta, Don Ottavia sprowadził do roli rekwizytu, ograniczył też trochę
znaczenie Leporella i Donny Elviry. Za
to Donna Anna i Komandor zyskali. Mord na tym ostatnim odbywa się dopiero pod
koniec pierwszego aktu, tak więc Komandor ma co zagrać i zaśpiewać. Reżyserię
spektaklu powierzono Damiano Michieletto (wiem, robię się nudna, ale miałam o
tym pojęcia sięgając po płytę) ,który akcję umieścił w kuchni podczas wesela
Anny i Ottavia. Jest to kuchnia ascetyczna, wyłożona w całości białymi
kafelkami i wyposażona w stalowy ciąg roboczy z blatem i zlewami. A także w
typowe akcesoria, które okażą się niezmiernie przydatne w miarę rozwoju
wydarzeń. Gordon Ramsey powinien koniecznie obejrzeć te produkcję aby poznać
prawdziwe znaczenie pojęcia „Hell’s Kitchen”. Pracują tam bowiem niezmiernie
demoniczni kucharze w klasycznych białych fartuchach i czapach, którzy
komentują akcję i czasem się do niej włączają, także dźwiękowo – punktując na
przykład perkusyjne efekty w orkiestrze waleniem tasakami lub plaskając
rozgłośnie mokrymi szmatami. Miałam natrętne wrażenie , iż efekt plastyczny
jest dla reżysera znacznie ważniejszy niż czytelne dla widza przeprowadzenie
akcji. Trzeba przyznać, że ten efekt był interesujący – zwłaszcza w
symbolicznym zestawieniu barw kostiumów
– Giovanni nosi krwisto czerwony płaszcz, Anna najpierw ślubną biel , później
czerń żałoby, Elvira, odarta z dziewiczej bieli ujawnia pod spodem purpurową
suknię, Leporello nosi konwencjonalny, szary garnitur. Komandor prezentuje się
w czarnym płaszczu jako żyjący , jako upiór staje się … kolejnym kucharzem.
Postać Don Giovanniego nie ma wiele wspólnego z gigantem mozartowskim, to
raczej typowy czarny charakter, niebudzący finałowym „no!” ostrożnego podziwu. Za sprawą Carnicera umiera zresztą dość
jękliwie. Wrażenie to pogłębia nieszczególna muzyczna interpretacja partii ,
najeżonej taką ilością ozdobników , że nie wiem, czy Juan Diego Florez by podołał.
Dimitri
Korchak nie podołał na pewno,
stratosferyczna koloratura leży poza granicami jego możliwości a sam
głos brzmiał nieciekawie. Don Giovanni ma na początku drugiego aktu wielka
scenę – prawie 20 minut solo – to by było trudne nawet dla doświadczonego
tenora. A chłopak jest młody, mam więc nadzieję, że to zwykły błąd
początkującego ( zwłaszcza, że potem, jako Leński sprawdził się pięknie). Za to jego kreacji
aktorskiej trudno coś zarzucić. Donna Anna – Annamaria Dell’Oste także porwała
się na zadanie dla siebie za trudne, ale z efektem nieco lepszym, niż Korchak.
Jej metaliczny głos brzmiał trochę zbyt zgrzytliwie jak dla mnie, ale intonacja
była w porządku, wyrazu dramatycznego także jej nie brakowało. Enrica Fabbri zrobiła moim uszom dużą
przyjemność jako posiadaczka głosu dużo cieplejszego i okrąglejszego w barwie. Komandora
śpiewał Wojtek Gierlach i jeśli pominąć groszek, którego nie lubię sprawił się
znakomicie pod każdym względem. W porządku był też Jose Juan Frontal –
Leporello. Doświadczony spec od Rossiniego Alberto Zedda poprowadził orkiestrę
sprawnie, lecz bez fajerwerków. Co zostanie w mojej pamięci z tego seansu?
Dziwne wrażenie, gdy słyszysz doskonale znane Ci słowa śpiewane do muzyki nie
tylko zupełnie innej niż brzmiąca w Twojej głowie, ale tez mającej całkowicie
różny ciężar gatunkowy. Oraz kilka obrazów: bohaterowie zanurzający dłonie we
krwi świeżo zaszlachtowanego (doprawdy trudno to nazwać inaczej) Komandora i
odciskający te czerwone ręce na nagiej klatce piersiowej Giovanniego. A także
pochyleni nad przerażonym rozpustnikiem …. kucharze w strojach służbowych , ale
… czarnych i pomachujący znacząco długimi nożami. Szczerze mówiąc ten ostatni
raczej mnie rozbawił niż wzbudził grozę. Ale czasu poświeconego Carnicerowi nie
żałuję.
środa, 30 października 2013
Juan Diego Florez i 3 "Matildy de Shabran"
Ta
produkcja jednego z mniej znanych dzieł Rossiniego powstała w roku 1996 na
potrzeby Festiwalu Rossiniego w Pesaro i dla Juana Diego Floreza, który partię
Corradina uczynił jedną ze swych koronnych. 9 lat temu ten sam spektakl
przeniesiono do większej sali i sukces był tak duży, że Decca zdecydowała się
wydać rzecz na CD. Już wtedy okazało się, że rola tenorowa
jest jakby specjalnie na Floreza uszyta. Towarzysząca mu Annick Massis, stuprocentowa
dama chociaż czysto wokalnie sprawdziła się doskonale, to jako momentami mocno filuterna Matilde nie
była już tak wiarygodna. W listopadzie 2008 „Matilde di Shabran” zawędrowała do
ROH – niestety wówczas transmisji kinowych z Londynu jeszcze nie było. Za to
serce nam rosło przy słuchaniu radia i czytaniu recenzji – młoda Aleksandra
Kurzak ani na piędź nie ustępowała pod żadnym względem głównemu gwiazdorowi –
była śliczna, fertyczna i wokalnie nie tylko kompetentna, ale też bardzo
atrakcyjna. Tytułowa rola stała się dla niej przysłowiową trampoliną do sławy. Wreszcie
w sierpniu 2012 spektakl powrócił do
Pesaro i szczęśliwie został zarejestrowany w wersji wideo. Można go teraz
podziwiać w kolejnej obsadzie, ale jak zawsze z Florezem. I warto się tą płytą
zainteresować.
Już
sam utwór jest pewnego rodzaju osobliwością. Nawet nie dlatego , że Rossiniemu
przy jego komponowaniu tak się spieszyło, że nie tylko (tradycyjnie można
powiedzieć) wykorzystał fragmenty wcześniejszych swych dzieł, ale też
powierzył skomponowanie finału drugiego
aktu , a tym samym całości koledze, Giovanniemu Paciniemu. Po czym stwierdził ,
że jakość pracy biednego Paciniego go nie zadawala (nie bez racji) i osobiście
przeredagował całość i dopisał brakujące części. Osobliwość polega na gatunku,
jakiemu Rossini przypisał świeżo powstały utwór (1821) – to już nie mozartowski
„ucieszny dramat” , ale wręcz „ucieszny melodramat”. Maestro z Pesaro tego
terminu nie wymyślił, powstał on wcześniej , ale używano go niezmiernie rzadko.
Nic dziwnego , wszak to czysty oksymoron! Ktoś mógłby zaprotestować - wszak
prawdziwy melodramat dość często występuje w postaci krańcowej i wtedy
może śmieszyć. Ale nie o to Rossiniemu chodziło – jego „Matilde di Shabran”
rzeczywiście jest zdumiewającą hybrydą gatunkową, w której komedia sąsiaduje z
tragedią w sposób zawstydzająco bezpośredni. Ta dziwna cecha ogniskuje się
głównie w postaci Corradina, który nosi przydomek „Cuor di ferro” i tuż po
otwierającym chórze zostaje przez swoich ludzi przedstawiony jako bezlitosny
tyran zdolny do każdej zbrodni, a także zdeklarowany mizoginik. To ostatnie
mogłoby się tłumaczyć posiadaniem koszmarnej narzeczonej z przymusu. Ale
trudniej już znaleźć wytłumaczenie dla fizycznego dręczenia tych, którzy mieli
nieszczęście wpaść w jego ręce. Z czasem jednak okazuje się , że wybuchy furii Corradina
(już imię w takim spieszczeniu o czymś świadczy) są bardziej widowiskowe niż
groźne. Matilde wydaje się być bliźniaczą siostrą Isabelli – wdzięczne i
sprytne dziewczę zdolne błyskawicznie omotać każdego mężczyznę używając zarówno
uroku osobistego jak mózgu. Mamy jeszcze jednego bohatera czysto dramatycznego
– nieszczęsnego więźnia Edoardo i całą gromadkę postaci buffo (szczerze mówiąc jest ich
zdecydowanie za dużo). Produkcję z Pesaro podpisał Mario Martone i należą mu
się za nią gratulacje. Pomimo wagnerowskiego wymiaru czasowego (sam pierwszy
akt to 135 minut!) nie nudziłam się, zaś akcja pomykała na tyle żwawo ile się
dało. Scenografia nie stanowi cudu pomysłowości – z tyłu sceny widzimy tylko
podwójne, spiralne schody (ile razy już to widzieliśmy?) i wszystko. Trzeba
jednak przyznać, że dzieło scenografa Sergio Tramontiego reżyser ogrywa
znakomicie . Kostiumy Ursuli Patzak są stylowe i piękne, doskonale też
podkreślają charakter poszczególnych postaci. Od strony muzycznej ten spektakl
był dla mnie dużą przyjemnością, momentami zupełnie niespodziewaną. Zwłaszcza
ze strony Michele Mariottiego , który jak dotąd nie zasłużył sobie na miano
jednego z moich ulubionych dyrygentów. Ale, kto wie? Orkiestrę Opery Bolońskiej
poprowadził bardzo sprawnie zachowując idealną równowagę między elementami
lirycznymi a komicznymi. Zapanował tez doskonale nad jej dynamiką, z czym w
ostatnio przeze mnie oglądanych przedstawieniach bywały kłopoty. Mariotti miał
sporo szczęścia – trafiła mu się obsada prawie idealna. Z jednym wyjątkiem - Chiara Chialli jako markiza d’Arco brzmiała
skrzypliwie a ze swej bohaterki uczyniła nie tyle postać buffo, co
stuprocentową karykaturę. Z innych , teoretycznie drugoplanowych ról wszyscy
wykonawcy wywiązali się wspaniale, ja wyróżniłabym ciepłogłosego Nicolę Alaimo
jako doktora Aliprando (to jeden z tych dużych mężczyzn, których „można łyżkami
jeść”) i Paolo Bordognę jako poetę
Isidoro ( głos o drobnej wibracji - nie
bardzo to lubię, ale dobra technika i talent komiczny oraz sprawność fizyczna,
że pozazdrościć). Z trzech Matild wymienionych na początku najlepsza wydaje mi
się Aleksandra Kurzak i wcale nie dlatego że, nasza (co za charrrrakter…). Ale
Olga Peretyatko mająca drobne trudności z ozdobnikami też stworzyła nieodparcie
uroczą rolę, a dźwięczny głos brzmiał adekwatnie do powabnej fizyczności. Juan
Diego Florez nie bez powodu po raz kolejny powrócił do postaci Corradina –
chociaż właściwie nie ma do wykonania ani jednej arii, jest na scenie obecny
długo i efektywnie. Śpiewa swobodnie , lekko, świeżo. I tworzy chyba najlepsza
rolę w jakiej go widziałam – widać, że wszystkie wcielenia jego bohatera –
okrutne, liryczne i groteskowe pasują jak ulał. Najwięcej satysfakcji zarówno
artyście jak mnie przyniósł jednak Florez – komik. Te jego
westchnienia i minki, delicje. Na koniec jednak największa niespodzianka, którą
sprawiła nieznana mi wcześniej Anna Goryachova jako Edoardo. Jaki to piękny
mezzosopran, co za technika, jakie możliwości wyrazowe! To już kompletna
artystka i potencjalna supergwiazda, zwłaszcza, że także aktorsko utalentowana
. Jedyny problem może jej sprawić zewnętrzność, nieomylnie dziewczęca, co przy
głosie predestynującym do ról spodenkowych troszkę kłopotliwe. Ale na szczęście
bywają także mezzosopranowe heroiny – w tym roku Goryachova była w Pesaro
Isabellą i odniosła olbrzymi sukces, czemu ani trochę się nie dziwię.
sobota, 26 października 2013
Czy belcanto umiera? - Simone Kermes i Diana Damrau
Do zadania tego dramatycznego pytania skłoniło mnie przesłuchanie nowej płyty Simone Kermes i obejrzenie „Lindy di Chamounix” z barcelońskiego Liceu (grudzień 2011). W obu przedsięwzięciach mamy do czynienia z wielkimi gwiazdami i oba są doskonałym świadectwem na to, że świadomość tego czym się charakteryzować powinno belcanto znajduje się w zaniku. Zacznę od przypadku kuriozalnego, jakim wydaje mi się krążek „Bel Canto: From Monteverdi to Verdi”. Już sam tytuł jest trochę przerażający, niestety stuprocentowo trafny. Nie mam pojęcia kto wpadł na ten straszny pomysł, kto przekonał Simone Kermes, że może śpiewać ten repertuar, i że trzeba go wykonywać właśnie tak. Jeśli ktoś podejrzewa, że takie zestawienie nazwisk z terminem belcanto może być tylko żartem, nie ma racji. Na płycie zawarto utwory Monteverdiego, Mozarta, Belliniego, Donizettiego, Rossiniego , Verdiego – i wszystkie one są śpiewane w identyczny sposób, białym, maleńkim głosem sennej dziewczynki. Żadnych różnic interpretacyjnych, żadnych emocji – Norma jest tak samo bezkrwista jak Królowa Nocy a ta mogłaby spokojnie nosić imię Odabella. Nieprecyzyjna koloratura to już przy wrażeniu ogólnym betka. Przy słuchaniu towarzyszyło mi olbrzymie zdumienie, bo Kermes znana jest wszak raczej z nadmiaru temperamentu niż z jego niedostatku, żadna z jej poprzednich płyt nie zapowiadała katastrofy tego rodzaju. Żelaznej konsekwencji w realizacji przyjętego założenia nie można twórcom tej płyty odmówić , co w tym wypadku pozytywu nie stanowi.
„Linda di Chamounix” to zupełnie inny przypadek – nie
stanowi katastrofy, ale także skłania do refleksji niewesołych. Diana
Damrau cieszy się wszak opinią
specjalistki od belcanta i dopiero niedawno zaczęła się przestawiać na mocniejszy
repertuar. Ale już jako Linda brzmiała tak, jakby śpiewała rolę werystyczną.
Damrau ma wiele zalet – niezły głos (barwa nie w moim typie lecz pewnością wartościowy instrument),dobrą
intonację, pojemne płuca. Jest to poza tym bardzo dobra aktorka i sympatyczna
osoba i wszystkie te pozytywy w jej Lindzie widać i słychać. Tyle, że
śpiewaczka , mówiąc obrazowo, używa walca drogowego do rozbicia laskowego orzeszka. Za głośno, za
grzmiąco. Czy naprawdę mamy wybór (można
porównać „O luce de quest’anima”) tylko pomiędzy bezkrwistą interpretacją
Kermes a pokrzykującą Damrau? Dodatkowo ta ostatnia trafiła pechowo na
kiepskich partnerów – o drugim planie nie ma nawet co wspominać. Juan Diego
Florez śpiewał ładnie, ale trudno to było podziwiać bo rola Carla zdecydowanie
przekracza możliwości wolumenu tenora leggiero i momentami okazywał się
niesłyszalny. Zwłaszcza, że Marco Armiliato nie zapanował nad orkiestrą jak
należy . Miał co prawda trudności obiektywne – amantkę głośną i mocną, za to
nazbyt delikatnego amanta. Ale to jeszcze nie powód , żeby orkiestra brzmiała
ciągle forte, co dawało efekt hałasu. W tym spektaklu jedynie Silvia Tro
Santafe (Pierotto) udowodniła , że wie na czym belcanto polega. Barcelońska publiczność szalała, zachwycona
najwyraźniej tym spektaklem , każdy z artystów otrzymał swoją porcję
frenetycznych braw. Rozumiem uprzejmość i chęć podziękowania , ale te owacje
wydały mi się kolejnym problemem. Bo jeżeli będąc w teatrze nie słuchamy,
wystarczy nam tylko magia słynnego nazwiska bądź chęć wyrażenia sympatii komuś,
kogo lubimy to utwierdzamy siebie i owe
gwiazdy w przekonaniu, że tak śpiewać można i trzeba. A skutki są niedobre.
Wprawdzie to nie my, publiczność jesteśmy główną przyczyną marnej kondycji
bieżącej wokalistyki a bezwzględne
działanie rynku muzycznego i opłakany stan szkolnictwa ale jednak w pewnym,
niewielkim stopniu być może się do tego przyczyniamy.
poniedziałek, 21 października 2013
Rachvelishvili, Barenboim, Tcherniakov i "Carska narzeczona"
Przepiękna „Opowieść o niewidzialnym grodzie Kiteżu” w reżyserii Dimitra
Tcherniakova trochę osłabiła moją
czujność i zaszczepiła mi nieuzasadnioną nadzieję, że teraz już wszystkie jego
spektakle będą takie. Aż tak dobrze
oczywiście być nie mogło , co przyszło mi stwierdzić oglądając „Carską
narzeczoną” z Berlina (8.10.2013). Tcherniakov popełnił tu wszystkie , nazbyt
już dobrze znane grzechy – to jedna z tych produkcji, której nawet nie trzeba
podpisywać nazwiskiem inscenizatora , ono jest zupełnie oczywiste. Niemniej
trudno odmówić reżyserowi trafności politycznej diagnozy , zaś całość broni się
dramaturgiczną zwartością i precyzją opowiadanej historii . Tyle, że jest ona
zupełnie odmienna od fabuły libretta Zamiast opryczników Iwana Groźnego na
scenie mamy współczesnego polityka kandydującego w wyborach na prezydenta Rosji
i jego zespół PR. Kandydat podejrzanie przypomina fizycznie Miedwiediewa
(Putina wszak lepiej nie ruszać). Obserwujemy kręcenie reklamówki, komputerowe
przetwarzanie obrazu , nerwową bieganinę w sztabie wyborczym . Jesteśmy
dopuszczeni do stołu (a jakże, bez tego mebla Tcherniakov nie byłby sobą) ,
najistotniejsze sprawy załatwia się przecież przy wódce. „Carską narzeczoną”
wybiera się w telewizyjnym talent-show , wszak lud uwielbia mieć złudzenie, że
jakoś może wpłynąć na los rządzących – jeśli nie w kwestiach zasadniczych to
przynajmniej w sprawie alkowy .Nie oszczędzono nam także obserwacji
wyświetlanego na kurtynie … czatu opryczników! To podkreśla słabą stronę
reżyserskiej wizji – skoro jej autor odczuwa potrzebę pisemnych wyjaśnień, nie
może być dobrze. To opera – muzyka w połączeniu z obrazem powinna
wystarczyć. Odniosłam poza tym wrażenie,
iż ta interpretacja częściowo osłabiła wymowę dramatu tytułowej bohaterki –
współcześni PR-owcy i to jednak nie to samo, co 16-wieczna policja polityczna,
znana z niebywałego okrucieństwa i
władzy nad życiem i śmiercią ludności. Wyżej stał tylko pierwszy car
Rosji, który zresztą traktował swą gwardię tak samo bezceremonialnie i
bezpardonowo, jak oni będących niżej. Chyba, że Tcherniakov daje nam do
zrozumienia, że nic się nie zmieniło… Pozostaje mu zaufać, on wie lepiej …
Strona muzyczna spektaklu była dla mnie czystą , lekko tylko zmąconą radością. „Carska narzeczona” nie
cieszy się uznaniem muzykologów , uważających ją za najsłabszą operę
Rimskiego-Korsakowa (kilku nielicznych wyraża opinię wprost przeciwną) . Mówi
się, że to „rosyjski Donizetti” i coś jest na rzeczy. Melodyjność zdradza tu na ogół (może z wyjątkiem chórów)
proweniencję włoską , są numery, na koniec wreszcie chwyt wprost z katalogu –
zmuszana do małżeństwa bohaterka ma wielką scenę szaleństwa. Ale – ta muzyka jest przepiękna, zaś
opowiadana historia , mimo zdecydowanie dziewiętnastowiecznego przechyłu w
kierunku melodramatu – a może dzięki niemu – bardzo gęsta i operowa.
Wykonawstwo zaś w Berlinie zapewniono nam pierwszej klasy – z drobnymi
wyjątkami. Należał do nich niestety Johannes Martin Kränzle jako Griaznoj.
Niestety, bo to najciekawsza męska rola w tej opowieści, pełna krańcowych
emocji ale także zaopatrzona w długie, „włoskie” frazy wymagające nienagannego
legato. Z tym nie było najgorzej, ale głos o drobnej, gęstej wibracji nie ma
szczególnie atrakcyjnej barwy a w górze skali po prostu się załamuje. Jakoś też
trudno mi było uwierzyć w miłosną pasję Griaznego. A pamiętam duże fragmenty
tej partii w wykonaniu Dimitra Hvorostovskiego – zupełnie inna jakość. Nie
zachwycił mnie też Tobias Schnabel jako
Maluta – gdzież mu tam do prawdziwych, słowiańskich basów. Wszyscy pozostali
zasłużyli sobie na brawa w mniejszym lub większym natężeniu. Pavel Cernoch też miał nieco kłopotów z górą, ale nie były
dojmujące, a jego tenor charakteryzuje się właściwą rosyjskiej operze jasną
barwą i śpiewak posługuje się nim
fachowo. Doskonale u nas znany Anatolij Kotscherga (Sobakin)
nie wymaga rekomendacji – głęboki, wibrujący bas, sztuka wokalna na
najwyższym poziomie , dobre aktorstwo – nic się w tym względzie u niego nie
zmieniło. Szczególnym atutem tej produkcji wydał mi się jednak fantastyczny
kwartet pań – każda w swoim rodzaju, każda świetna. Dawno niewidziana weteranka
Anna Tomowa-Sintow okazała się wciąż dysponować znakomitym, mocnym sopranem ,
może niezbyt uwodzicielskim w kolorycie, ale w jej roli to niekonieczne. Podobała mi się też młoda Anna Lapkovskaja
jako Duniasza – do śpiewania niedużo, ale smacznie. Tytułowa carska narzeczona, Marfa otrzymała twarz i
głos Olgi Peretyatko i muszę przyznać, że słusznie zwrócono mi uwagę na fakt,
iż nie jest to głos malutki, jak mi się wcześniej wydawało. Biorąc pod uwagę
wiek tej dziewczyny, jej dokonania są obiecujące. Została obdarzona jasnym,
dźwięcznym sopranem, naturalną łatwością koloratury i talentem do wyrażania
uczuć, co doskonale zaprezentowała w swojej wielkiej scenie. Z pomocą charakteryzacji doskonale pokazała
też drogę swej bohaterki od promiennej niewinności do spowodowanego utratą
wszystkiego, co dla niej ważne szaleństwa. Na koniec zostawiłam sobie jednak
niekwestionowaną gwiazdę wieczoru, nagrodzoną przez publiczność ogłuszającą
owacją. Gdybym miała szczęście być tego wieczoru na widowni, dłonie pewnie by
mnie zabolały od braw. Pamiętacie Państwo Anitę Rachvelishvili, która 7.12.2009
debiutowała w La Scali jako Carmen? Pamiętacie i nie uważacie tego debiutu za
szczególną rekomendację? Ja też tak
myślałam. Ale - jesteśmy świadkami
niesamowitego wręcz rozwoju tej ciągle przecież bardzo młodej śpiewaczki. Ona
ma dziś tylko 29 lat ! Oczywiście rola Lubaszy leży doskonale w jej tessiturze,
ale trzeba koniecznie posłuchać tego wspaniałego mezzosopranu, docenić bogactwo
barwy, mistrzostwo formalne. Ten głos brzmi równie pięknie w górze, jak w dole
skali, przejścia pomiędzy rejestrami są płynne, pewność intonacyjna imponująca.
A Rimski-Korsakow darowując artystce wspaniały prezent w postaci partii dającej
wielkie możliwości zafundował jej też bezwzględny egzamin w postaci cudownej
arii a capella. I jak to zostało wykonane, mój Boże ... Poza tym Lubasza to
postać wymagająca całkowitego oddania się roli, kobieta głęboko nieszczęśliwa od
pierwszej do ostatniej chwili, namiętna, ale też niezmiernie wrażliwa i bardzo
niebezpieczna. To między nią a jej niewiernym kochankiem rozgrywa się
rozdzierający finałowy dramat, kiedy to Lubasza błaga Griaznego o śmierć i
umiera wdzięczna za zadany przez niego (z litości, nie zaś , jak w libretcie z
wściekłości) cios nożem. Rachvelishvili zagrała to rewelacyjnie (moim zdaniem
to nie za mocne słowo) zarówno ciałem jak głosem. Została skrzywdzona okropnym
kostiumem, ale i tak to ona , nie zaś Marfa pozostała dla mnie bohaterką tej
opery. Chociaż znika z końcem drugiego aktu by pojawić się dopiero w finale.
Jestem niezmiernie ciekawa czy i jak zmieniła się przez prawie 4 lata jej
Carmen . Niektórzy szczęśliwcy będą mogli to sprawdzić, bo Anita zastąpi Elinę Garancę
w spektaklach już niebawem. Tak jak zawsze, gdy utwór nie jest mi dobrze znany
waham się przed ocenianiem orkiestry i dyrygenta. Na moje ucho Daniel
Barenboim poprowadził swoich muzyków z
wyjątkowym wyczuciem . I tylko w chórach brakowało mi trochę potęgi brzmienia ,
ale cóż – na scenie Schiller Theater , i tak już gęsto zabudowanej jeszcze
większe masy ludzi by się nie zmieściły. Serdecznie polecam ten spektakl,
przede wszystkim, ale nie tylko ze względu na Anitę Rachvelishvili. Jako trzeci
umieściłam link do całości – warto!
piątek, 18 października 2013
Jedyny falsecista Rossiniego - Franco Fagioli i "Aurelian w Palmirze"
Bezwstydny
Rossini! Biorąc się za którąś z wczesnych, mało znanych jego oper można
właściwie być stuprocentowo pewnym, że natknie się w nich na przeboje doskonale
znane z późniejszych dzieł. Coś się publice nie spodobało? Nie szkodzi,
wykorzystamy potem, przecież nic nie może się zmarnować. „Cyrulik sewilski” w
dużej części złożony został z tego typu
odpadów , o czym z coraz mniejszym zdumieniem przekonuję się sięgając do
zapomnianych utworów Rossiniego. Właśnie obejrzałam sobie „Aureliana w
Palmirze”, produkcję zarejestrowaną dwa lata temu na festiwalu w Martina Franca i było to interesujące
doświadczenie. To właśnie do tej opery Rossini skomponował słynną uwerturę
kojarzoną dziś głównie „Cyrulikiem”,
chociaż nasz leniuszek umieścił ją także w „Elżbiecie, królowej Anglii”.
Spotkamy tu też cavatinę Almavivy jako otwierający chór i wreszcie „Una voce
poco fa” jako arię Arsace. Zastanawia mnie tylko, dlaczego partytura
„Aureliana” tak bardzo lekceważona jest przez muzykologów – przecież to prawie
trzy godziny niesłychanie melodyjnej i przyjemnej muzyki (może właśnie w tym
rzecz). Na szczęście istnieje sporo festiwali specjalizujących się w muzycznej
archeologii – zawdzięczam im wiele ciekawych przeżyć estetycznych. W Martina
Franca warunki panują specyficzne – spektakle wystawia się na ogół na wolnym
powietrzu traktując miejscowy Palazzo Ducale jako scenografię. Tym razem
dobudowano mu z przodu kilka elementów sugerujących antyczne miejsce akcji.
Można było sobie oszczędzić tego trudu - oczywiście okazało się, że jesteśmy w
zupełnie innych czasach , niż zamierzył librecista. Zamiast rzymskiego okupanta
mamy znów brytyjskich kolonizatorów (ktoś się naoglądał „Juliusza Cezara” z
Glyndebourne…) co można rozpoznać po … szkockich spódniczkach cesarza i jego
gwardii. W jakim celu zamieszano do tego jeszcze całkiem już współczesną
arabską wiosnę ludów (obecną w projekcjach wideo) wie tylko reżyser Timothy
Nelson. Zwłaszcza, że nie chodzi w niej o wyzwolenie się od obcej dominacji,
tylko o tyranię całkiem rodzimego chowu. Zmiany nie wpłynęły w żaden sposób na
odbiór dzieła, bo przecież nie o ekscytującą
akcję w nim chodzi. Ta wydaje się dość banalna – zwycięski najeźdźca
spodziewa się nie wiedzieć czemu lojalności i miłości podbitego narodu z jego
władczynią , królową Zenobią na czele. Zenobia kocha jednak perskiego księcia Arsace,
lud zaś Zenobię , co w Aurelianie budzi
gorzką refleksję o ludzkiej niewdzięczności. A, że z cesarza w gruncie rzeczy
porządny facet, wybacza na końcu niedoszłej bogdance i pozwala jej razem z
ukochanym powrócić na odebrany wcześniej tron. Jak to u Rossiniego nikt nie
powinien się skarżyć, każdy, włącznie z postaciami drugoplanowymi ma co śpiewać
i może się popisać. Co też zostało wykonane. Nazwiska śpiewaków kreujących te
role są mi nieznane – Oraspe – Mert Sungu , Licinio – Masashi Mori oraz Luca
Tittoto jako kapłan Izydy , a wszyscy wywiązali się ze swych zadań doskonale, aż
przyjemnie było słuchać. Jako Publia, nieszczęśliwie zakochana w Arsace z dobrej strony zaprezentowała się młoda turecka
mezzosopranistka Asude Karayavuz, ale została przyćmiona przez Zenobię .
Kubańska sopranistka Maria Aleida ma wszelkie dane do zrobienia prawdziwej
kariery – ładny, giętki głos o nasyconej barwie, wrodzoną łatwość koloratury ,
piękne legato. Jej rola nie oferuje wielu możliwości wykazania się talentem
aktorskim, ale to co się dało, wykorzystała.
Księcia Arsace, obiekt płomiennego uczucia obu dam zaśpiewał Franco
Fagioli, i zapewne dla wielu osób to on będzie przyczyną zainteresowania tym spektaklem. Może też budzić pewne
zdziwienie – falsecista u Rossiniego? Czyżby znów zadziałał realizm seksualny?
Nie, wyjątkowo nie. To pierwsza i ostatnia rola, jaką maestro napisał dla
kastrata, były to już czasy zmierzchu popularności tych nieszczęśników i zdaje
się , sam Rossini za takim głosem nie przepadał. Dla miłośników specyficznego uroku
falsetowego brzmienia to rzadka okazja. Tyle, że niestety Fagioli chyba nie był
w szczytowej formie w lipcu 2011 albo też
partia niezupełnie mu odpowiadała. Wymaga ona nienagannego legato , z
którym Fagioli ma pewien problem, głos brzmiał poza tym płasko (stąd moje
podejrzenie, że artystę trapił jakiś problem zdrowotny). Za to koloraturowa pirotechnika nie doznała
najmniejszego uszczerbku. Z interpretacją roli problem jest nieco innej natury
– nieodparcie sympatyczny śpiewak ma tak wyrazistą mimikę, że patrząc na jego
ekspresyjną twarz nie sposób skupić się na czymkolwiek innym. Jako tytułowy Aurelian wystąpił młody
rumuński tenor Bogdan Mihai będący właśnie na prostej ścieżce do wspaniałej
kariery. Moim zdaniem powinien jednak bardzo uważać i popracować mocno. Sam
piękny głos i dobre legato nie wystarczą, trzeba jeszcze zlikwidować problemy z
górą skali i znacznie udoskonalić technikę oddechową. Nie wiem ile lat ma
Mihai, ale na oko jest w wieku, kiedy wszystko to nadal możliwe. Poza tym
dysponuje poważnym atutem w postaci uroku osobistego (bardzo wysoki, szczupły,
wyposażony w naturalny wdzięk), co w czasach prymatu obrazka nad dźwiękiem
stanowi atut. W spektaklach granych na wolnym powietrzu chór ma zazwyczaj
zadanie trudniejsze niż zwykle, bo, w przeciwieństwie do solistów nie bywa
wspomagany przez mikroporty. Słowacki Chór z Bratysławy poradził sobie nad
podziw brzmiąc ładnie i w sposób
zdumiewająco mało rozproszony.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





































