środa, 19 października 2016
niedziela, 9 października 2016
"Norma" w Londynie
Londyńska ROH już definitywnie znalazła
się wśród tych teatrów operowych, w których ze sporym prawdopodobieństwem można
spodziewać się spotkania z produktami
regietheatru. Powierzenie nowej
inscenizacji „Normy” członkowi grupy Fura dels Baus, Àlexowi Ollé nie było więc zdarzeniem niespodziewanym,
natomiast niepokojącym – i owszem. Pewnie nie muszę dodawać, że obawy
zrealizowały się w stu procentach i w tej sytuacji pozostają mi dwa wyjścia :
zapełnić ten wpis kolokwializmami, które cisną się pod klawiaturę albo
odpuścić. A ponieważ ciągłe odnajdywanie się w skórze psa szczekającego na
znikającą w oddali karawanę jest nużące tym razem dam spokój. Mogę tylko
wspomnieć, iż produkcja jest krańcowo niemądra, nielogiczna i nawet wewnętrznie
niespójna. Niektóre obrazki przypomniały mi bezpośrednio
pokazy mody przygotowane przez projektantów niedostatecznie dobrych, by
obronić się talentem i liczących na skandal (w końcu nic nie zapewnia go lepiej
niż religia). Proszę spojrzeć na zdjęcia (tak, to jest morze krucyfiksów) – pewnie żadnego kreatora nie stać na tak
rozpasaną scenografię, ale sposób myślenia podobny. W tych okolicznościach
pozostaje tylko skupienie się na muzyce, co samo w sobie jest dobre, ale czasem
oczy same ze zdumienia, irytacji bądź rozbawienia otwierają się szeroko. Po
dziesiątkach widzianych tego typu spektakli trochę zobojętniałam i tylko
zapobiegliwość Normy rozkładającej folię, żeby się nadto nie nabrudziło przy
zabijaniu dzieci wielkim nożem lekko mnie zdziwiła. Oczywiście, my wiemy, iż
żadne dzieciobójstwo nie nastąpi, ale mimo wszystko wydało mi się to tyleż
niesmaczne, co groteskowe. Za to żadnej niemiłej niespodzianki nie sprawił mi
Antonio Pappano, który jak zazwyczaj miał precyzyjną koncepcję całości i
dyrygował doskonale. W wypadku sir Tony’ego
nie liczą się drobne niedokładności w orkiestrze (były) tylko dogłębne
zrozumienie stylu i miłość do śpiewaków , która sprawia, że towarzyszy im z
taką uwagą. Nic to nie pomogło Brindleyowi Sherrattowi, prezentującemu brak
zrozumienia stylu i ciągłe fałsze w komplecie z głosem któremu wyższa część
skali kończyła się za każdym razem nagle i niespodziewanie. Jedynie kilka
wibrujących, prawdziwie basowych dźwięków na koniec przekonało mnie, że kiedyś
może partia Orovesa leżała w jego zasięgu. Nie zachwyciła mnie również Adalgisa
Soni Ganassi, ale to zupełnie inna klasa. Ganassi jest wartościową
śpiewaczką odróżnieniu od kolegi nie zapominającą o legato, tyle że z czasem jej mezzosopran uległ
odbarwieniu na obu krańcach a także zaostrzeniu dającemu czasem nieprzyjemny,
skrzypiący efekt. Joseph Calleja od początku właściwie swej wielkiej kariery
stanowił dla mnie problem – szanuję, doceniam
i podziwiam jego umiejętności, podoba mi się jasna barwa jego głosu, ale
drobny groszek w nim jest dla mnie nie do zniesienia. Partia Polliona nie należy
do specjalnie interesujących, zawsze miałam wrażenie iż istnieje tylko po to, aby dać pretekst do
zawiązania konfliktu . Calleja nie był w stanie nic z nią zrobić od strony
aktorskiej (nie ma zresztą po temu uzdolnień) natomiast śpiewał doskonale - od strony czystko formalnej była to
najlepsza kreacja wieczoru. I tak dobrnęłam do samej Normy. Słuchacz w światku
operowym obyty wie doskonale, jak trudna to rola i zapewne zna liczne anegdoty,
którymi obrosła. W naszym konkretnym
przypadku dochodzi jeszcze wiedza o tym, że przestraszyła się jej przewidziana
do niej od czterech lat Anna Netrebko rezygnując krótko przed rozpoczęciem
sprzedaży biletów. Po niedługim oczekiwaniu padło nazwisko jej następczyni
wzbudzając lekkie zdziwienie, ale także mnóstwo nadziei. Sonia Yoncheva, żeby
zastąpić Netrebko musiała z kolei porzucić Mimi w Met i chociaż z pr-owego
punktu widzenia decyzja ta miała sens do dziś zastanawiam się nad jej
słusznością (a od seansu minęło już kilka dni). Od strony interpretacyjnej ta
Norma przypadła mi do gustu, była wiarygodna i emocjonalnie prawdziwa, co wcale
nie jest łatwe – fabuła opiera się przecież właśnie w dużej części na
wewnętrznych przeżyciach bohaterek i z nich wynikają zewnętrzne konsekwencje.
Wokalnie nie potrafię Yonchevej ocenić jednoznacznie. Były w jej kreacji
elementy, które mi się bardzo podobały, ale w sumie miałam wrażenie iż to
raczej piękna obietnica na przyszłość niż
prawdziwa Norma. Przede wszystkim bułgarskiej sopranistce nie
wystarczyło sił na trzeci, najbardziej dramatyczny akt , w którym jej głos
często brzmiał krzykliwie i ostro (jeszcze nie ten rozmiar). Na początku opery
recytatyw też był nienajlepszy i nie odznaczał się intonacyjną precyzją. Za to
Yoncheva, właścicielka promiennego, czystego sopranu bardzo ładnie potrafi
prowadzić belliniowską kantylenę co udowodniła w „Casta diva” . Zaśpiewała tę
słynną arię jak prywatną modlitwę, nie za głośno i bardzo szczerze. Podobnie w
duetach z Adalgisą to ona była siłą prowadzącą i jej chciało się słuchać przede
wszystkim. I mimo, iż dobrych wspomnień będę miała po jej Normie więcej,
wolałabym, aby Sonia Yoncheva na razie tej roli nie wykonywała pozwalając
swojemu głosowi się rozwinąć – a wtedy czeka nas być może duża przyjemność.
czwartek, 29 września 2016
Szalony dzień w Amsterdamie
„Le divin Mozart” – jak ja się zgadzam z tymi słowami, które padają z ust Muzy w „Opowieściach Hoffmanna”. Wydawałoby się, że to tekst banalny i wszyscy kochają Mozarta, ale czy na pewno? Z wiekiem przekonałam się, że do jego prostoty i krystalicznej klarowności trzeba dorosnąć. Młodzi śpiewacy często wcale go nie szanują o miłości nie mówiąc, chcą „zabijać głosem”, śpiewać Verdiego i innych włoskich mistrzów. Nasz flagowy baryton, którego kariera od lat na Mozarcie się opiera wielokrotnie opowiadał o takim właśnie do niego stosunku na początku swej drogi, jaki na szczęście dość szybko porzucił. Mam nadzieję, że podobnie stanie się w wypadku Andrzeja Filończyka, fenomenalnie utalentowanego chłopaka, który w niedawnym wywiadzie stwierdził, że Mozarta nie cierpi, wręcz ma niego alergię. Wypowiedź tyleż buńczuczna co nierozsądna, złóżmy ją na karb szczenięcego wieku. Chociaż niewiedza o tym, że Wolfganga Amadeusza śpiewać trzeba nawet, jeśli nie jego muzyką będzie się zdobywać świat jest troszkę niepokojąca. A dlaczego trzeba? Bo to balsam dla głosu, po prostu! Będąc upartą wyznawczynią teorii, że nie istnieje coś takiego jak nadmiar Mozarta zawsze jestem chętna na nową produkcję „Don Giovanniego” czy „Wesela Figara”, zwłaszcza, jeśli obsada wygląda interesująco Dlatego na transmisję „Nozze” z Amsterdamu rzuciłam się z niewyczerpanym apetytem. I spektakl przyniósł mi mnóstwo radości, którą chcę się z Wami podzielić, jako, że jest dostępny na Opera Platform i też możecie sobie taką przyjemność zafundować. David Bösch przeprowadził akcję sprawnie i zabawnie, mimo, że dowcip to nie zawsze subtelny i najświeższej daty, nie mniej jednak skuteczny. Kostiumy i rekwizyty są raczej współczesne (Susanna „uruchamia orkiestrę” pilotem) , ale z akcentami w różnych, dawno minionych epok. Niektóre biją po oczach neonową kolorystyką (wściekle różowy garniturek don Basilia czy odblaskowo żółta suknia Hrabiny), ale to efekt zamierzony. Relacje miedzy postaciami pokazano jak trzeba, bo na chemię między wykonawcami reżyser wpływu nie ma. Dzięki niej parą, między którą najbardziej iskrzyło byli jaśnie państwo a trochę tego zabrakło u ich sług. Oglądając przedstawienie miałam wrażenie, iż bohater, do którego Bösch jest najbardziej przywiązany to Cherubino, w każdym razie na niego miał najwięcej pomysłów. Nieszczęśnik w czasie „Non piu andrai” za sprawą fachowych nożyczek Figara traci uroczą chłopięcą fryzurkę i dalej biega już to w czapeczce usiłującej ukryć łysinę (widzieliście kiedyś łysego Cherubina?), już to w damskiej peruczce. Nederlands Chamber Orchestra zaprezentowała się w sposób nieidealny (było kilka niedokładności), ale Ivor Bolton poprowadził ją z wielką (ktoś określił ją nawet jako barokową) werwą. Tempa dyrygent wybrał szybkie, ale nie zapędził żadnej z lirycznych arii Hrabiny i Susanny).W obsadzie jedynym, niewielkim rozczarowaniem był dla mnie Alex Esposito (Figaro) , śpiewający przyzwoicie, ale jakoś matowo i na mój gust mało płynnie. Christiane Karg od wokalnej strony była bardzo dobra natomiast nie wydaje mi się,żeby postać Susanny do niej pasowała. Za to Hrabina Eleonory Buratto stanowiła czystą przyjemność dla oczu i uszu – aksamitno-miodowy głos przepięknie prowadzony (ona na pewno mimo młodego wieku należy do tych, co znają terapeutyczną wartość Mozarta) – moje uszy już dawno nie zaznały tak balsamicznego ukojenia! Stéphane Degout był jej godnym partnerem (jego baryton ktoś określił jako czarną kawę z mleczną pianką), bardzo finezyjnie zaśpiewał swoją jedyną, bardzo trudną arię a na dodatek świetnie bawił siebie i (na szczęście) publiczność. Marianne Crebassa, której prawiłam tyle komplementów w poprzednim wpisie zachwyciła mnie i tym razem. Poza zaletami wokalnymi ma ona to coś, bez czego rola Cherubina nie istnieje – wdzięk i lekkość pozwalającą nam nie zauważać iż to słodkie chłopię wyrośnie na Hrabiego bis. Z postaci drugoplanowych wyróżnił się jak zwykle, gdy wykonuje tę partię Krystian Adam (Krzeszowiak), nieodparcie śmieszny scenicznie i bardzo elegancki głosowo. Spróbujcie sami!
http://www.theoperaplatform.eu/en/opera/mozart-le-nozze-di-figaro
piątek, 16 września 2016
Mozart i młoda gwiazda - "Lucio Silla" z La Scali
„Lucio Silla”, dzieło 16-letniego Mozarta
pojawia się czasem na światowych scenach, bardziej chyba ze względu na nazwisko
autora niż na szczególną wartość. Oczywiście, zawiera mnóstwo muzycznych
piękności, ale libretto jest konwencjonalne do bólu (nawet jak na
Metastasia) a opera dłuży się
niemiłosiernie. Właściwie zetknęłam się z tym dziełem tylko raz, wiele lat temu
i było to dobre nagranie NRD-owskiej Eterny
z Peterem Schreierem, Arleen Auger, Helen Donath i Julią Varady. Powrót
do utworu po długim czasie okazał się tyleż przypadkowy co interesujący. Szukałam
w sieci wiadomości o bieżącym kalendarzu pewnej śpiewaczki i trafiłam na
kompletną wersję video „Lucio Silli” z La Scali. Spektakl miał premierę w
Salzburgu w 2013 i stanowi ł wówczas ciekawostkę ze względu na Rolando
Villazona w roli tytułowej. Dwa lata później produkcja trafiła do Mediolanu z
tym samym dyrygentem, ale w większości inną obsadą. Reżyser Marshall Pynkosky słusznie postawił na
charakterystykę postaci przeprowadzając
ją w pełnej zgodzie z biegiem wydarzeń i poległ tylko przy okazji Silli, ale to
należy mu wybaczyć – paskudny tyran doznający w finale niewytłumaczalnego ataku
łaskawości uwiarygodnić się nijak nie
da. Natomiast trzeba podziwiać w jaki sposób Pynkosky wraz ze swymi śpiewakami
zdołał tchnąć życie w postaci niesłychanie konwencjonalne – Niezłomną Heroinę
Giunię, Walecznego Amanta Cecilia, Wiernego Druha Cinnę i Sprytną Kokietkę Celię. Wszyscy oni nie
wychodząc z ram nakreślonych tekstem libretta są ludzcy i w swych zachowaniach
wiarygodni. Oczywiście, główną zasługę położył już wcześniej Mozart, ale
reżyser zrobił dla tej opery co się dało. Zabieg przeniesienia akcji ze
starożytnego Rzymu do czasów, w których rzecz powstała w niczym nie zaszkodził, a wręcz wydał mi się
usprawiedliwiony. Sam tekst jest wszak znakomitym świadectwem mentalności
drugiej połowy osiemnastego wieku. Scenografia, oszczędna ale funkcjonalna i
piękne kostiumy dopełniły miarę sukcesu
tej inscenizacji. Marc Minkowski dokonał
zabiegów nieco kontrowersyjnych, jako, że ingerencja w partyturę z
założenia musi być za taką uznana. Dyrygent trochę ją podstrzygł, pozbył się
rzeczywiście niczego niewnoszącej postaci Audifia zaś Silli, którego partia oryginalnie nie
wygląda imponująco zapewnił finał godny protagonisty uzupełniając ją o arię
Johanna Christiana Bacha „Se al generoso ardire”. I wszystko to zadziałało
zgodnie z planem. Dawno nie zdarzyło mi się słuchać i oglądać mozartowskiej
opery zrealizowanej tak znakomicie pod każdym względem. Za Minkowskim i jego
swobodnym, energicznym i wiecznie młodzieńczo (w najlepszym tego słowa sensie)
entuzjastycznym, ale podpartym wiedzą i wielkim talentem dyrygowaniem przepadam
nie od dziś. Najwyraźniej potrafił tymi cechami zarazić nie tylko własny
zespół, ale także Orkiestrę La Scali. Część solistów pochodzi z grupki jego
protegowanych i wszyscy są świetni. Nieznana mi wcześniej Giulia Semenzato
brzmi bardzo obiecująco i jak na sądząc po wyglądzie młody wiek osiągnęła już
wysoki stopień biegłości wokalnej podparty osobistym urokiem i aktorskimi
umiejętnościami. Miałam wrażenie, że ona lubi być na scenie i kreowanie cwanej
bestyjki sprawia jej dużo radości. Inga Kalna
nie okazała się atrakcyjna jako postać, bo przeszkadzały jej w tym
warunki naturalne. Na szczęście wyrównała ten brak interpretacją i doskonałą
formą głosową. Chorwacki tenor Kresimir Spicer
był nie tylko miłym kontrapunktem
dla czterech pań, ale też słuchałam jego ciepłego, przyjemnego w barwie głosu z
przyjemnością, nawet , jeżeli nie było najbardziej eleganckie śpiewanie
wieczoru. Karierę Lenneke Ruiten obserwuję już od jakiegoś czasu ku swej
ogromnej satysfakcji, bo jest to śpiewaczka obdarzona nie tylko pięknym głosem,
ale też stylowa i precyzyjna . Rola
Giunii w jej interpretacji to prawdziwy majstersztyk – przejmująca i wiarygodna
w każdym dźwięku. Po tych wszystkich
zachwytach i komplementach wystawiłam się na poważne ryzyko braku
przymiotników, bo na koniec zostawiłam sobie to, co najlepsze. Marianne
Crebassa zasługuje na porównanie z
najwspanialszymi koleżankami z przeszłości i wcale na nim nie traci. Po
pierwsze: głos. Jest piękny, połyskliwy
w wyjątkowo swobodnej górze i średnicy, głęboki w dole skali. A dalej mamy nienaganną technikę, styl, klasę
i umiejętność nasycenia śpiewu dokładnie taką dawką emocji, jakiej rola wymaga.
A żeby obraz dopełnić, trzeba jeszcze wspomnieć o scenicznej charyzmie i
doskonałej prezencji. Oczywiście te zalety już ładnych parę lat temu zostały
dostrzeżone, Crebassa ma na koncie sporo
międzynarodowych nagród ( poszukiwanie właśnie jej terminów doprowadziło mnie
do „Silli”). Jeśli nie znacie tej niespełna 30-letniej śpiewaczki skorzystajcie z linków. Pierwszy prowadzi do
całego spektaklu, drugi także do pełnego zapisu mozartowskiej gali pod batutą
Minkowskiego (2012) z kilkorgiem jego młodych protegowanych. A kolejne spotkanie
z Marianne Crebassa można sobie zafundować od 27 września wieczorem – wtedy to
Opera Platform pokaże „Wesele Figara” z Amsterdamu, dostępne potem do końca
marca 2017. Obsada świetna, trailer wysoce obiecujący. Debiutancki recital płytowy pod wiele mówiącym tytułem "Oh, boy!" ukaże się 28 października.
https://www.youtube.com/watch?v=LowjKtD9H-Y
https://www.youtube.com/watch?v=m-fmlhH2Bcg
https://www.youtube.com/watch?v=zE3itZ6eZnI
https://www.youtube.com/watch?v=LowjKtD9H-Y
https://www.youtube.com/watch?v=m-fmlhH2Bcg
https://www.youtube.com/watch?v=zE3itZ6eZnI
poniedziałek, 5 września 2016
Anna Netrebko - "Verismo"
Czego by nie powiedzieć o Annie Netrebko (a mówią o niej
różnie) pewne wydaje się tylko jedno : na jej występy bilety są zawsze
wyprzedane i często trzeba o nie mocno walczyć a na nowe płyty się czeka. Od pewnego
czasu uwidoczniła się też jedna z zasadniczych zalet gwiazdy – ona doskonale
wie, na co ją w danym momencie kariery stać. Stąd rezygnacja z debiutu w partii
Normy (chociaż oczywiście dyrekcja ROH zachwycona nie była), która wydała mi
się posunięciem bardzo rozsądnym.
Belcantowe role nigdy nie były specjalnością Netrebko (chociaż je
śpiewała), teraz pewnie mniej niż kiedykolwiek. Natomiast weryzm, któremu
poświęciła swą najnowszą płytę zdaje się odpowiadać nie tylko jej głosowi,
który zdumiewająco urósł , ale też temperamentowi i zamiłowaniu do wyrazistych
środków ekspresji. Właściwie o tym - o
interpretacji będzie głównie ten post, bo o technikę wokalną Netrebko trudno (choć pewnie można) się spierać, jest
taka jak trzeba – bardzo dobra po prostu.
„Io son l’umile
ancella” na początek, to nie tylko deklaracja intencji, ale też delikatne
wprowadzenie, po którym następuje uderzenie pioruna – „La mamma morta”. Aria,
którą tylko ten, kto nie widział
„Filadelfii” potrafi oddzielić od postaci Marii Callas. Na takim
porównaniu żadna śpiewaczka nie zyskuje, do tego stopnia jest to wykonanie
absolutne, dzięki filmowi zaś znajdujące się już w kategorii mitologii. Ale, mimo wszystko Netrebko nie poślizgnęła się na tej próbie! I
nie dlatego, że głos Rosjanki jest znacznie bogatszy i piękniejszy niż ten,
którym dysponowała primadonna assoluta, ale z powodu głęboko osobistego
podejścia do utworu. Muszę przyznać, że naprawdę odczułam grozę i beznadzieję
sytuacji, w jakiej znalazła się jej Maddalena i nie wyobrażam sobie większego
komplementu dla śpiewaczki. Natomiast nie do końca przekonały mnie jej Cio Cio
San (chyba chciałabym większej kruchości ) ani, ku mojemu zdumieniu – Liu. W
drugim wypadku może to być kwestia niemożności pozbycia się z pamięci mojej Liu
absolutnej. W obu wypadkach są to bardzo porządne wykonania, ale Netrebko
stawiam wyższe wymagania. Nie przepadam za „Pajacami” , nie będę więc
wypowiadać się o Neddzie, natomiast z czystym sumieniem mogę polecić Wally. „Ebben? Ne andrò lontana” jest rozświetlone
subtelnym smutkiem bez histerycznych akcentów. A potem mamy
jeden z najmocniejszych punktów płyty – arię szalonej Małgorzaty
„L’altra notte” z „Mefistofelesa”. Szaleństwo werystyczne to zupełnie inny
kaliber niż barokowe czy romantyczne, tutaj rygory stylu nie są tak
bezwzględne, za to nie można bać się środków krańcowych. Rzecz w tym, aby
utrzymać się po właściwej stronie granicy między grozą a śmiesznością, co też w
tym wypadku w pełni się udało. Podobnie jak stworzenie nastroju beznadziei w
arii Giocondy o wszystko wyjaśniającym tytule „Suicidio”. Bohaterka właśnie
straciła to, co dla niej cenne – ukochaną matkę i miłość swego życia, co
słychać. Natomiast Tosca, która
teoretycznie wydaje się rolą stworzoną dla Netrebko przemknęła mi jakoś bez
większego wrażenia. Nie poczułam jej desperacji, a przecież to kobieta, która
nie tylko pyta Boga „dlaczego ja?” ale też za chwilę chwyci nóż by wbić go
wrogowi prosto w serce. Dopuszczam możliwość, że tu też zawiniła inna
sopranistka, słyszana w dodatku całkiem
niedawno na operowej gali w Baden Baden. Interpretacja Anji Harteros, z natury
artystki bardziej lirycznej niż Netrebko miała w sobie właśnie ten
postulowany przeze mnie pierwiastek ostateczny. I wreszcie numer, który mnie na
płycie zaskoczył najbardziej, chociaż może nie powinien. Rolę Turandot
wykonywały wszak śpiewaczki, których nikt by nie kojarzył z tą bezwzględną,
stawiającą kolosalne wymagania partią. Różnie się to kończyło – dla Katii
Ricciarelli ostateczną katastrofą, ale już Montserrat Caballe stworzyła kreację nieortodoksyjną, ale bardzo
interesującą. Chińska księżniczka w wykonaniu Anny jest właśnie w tradycji
wielkiej Katalonki . Podobnie jak ona (a może nawet bardziej), i to nie tylko
dzięki urodzie swego głosu Netrebko uwodzi słuchacza - i powinna, bo w ten sposób nie tylko
przedstawia nam swą bohaterkę i motywy jej działania, ale także uwiarygodnia
miłosny szał Calafa. Dużą, pozytywna niespodzianka – nawet jeżeli artystka nie
powtórzy jej nigdy na scenie. Last but not least dostajemy
„In quelle trine morbide” oraz cały czwarty akt „Manon Lescaut”. To
bodajże jedyna rola, którą już wcześniej kilkakrotnie Netrebko grała na scenie,
jest w niej swobodna i pewna swego. Towarzyszy jej mąż, Yusif Eyvazov jako
Kawaler Des Grieux (wcześniej był też
Calafem) i dobrze się w tej
partii prezentuje. Antonio Pappano jak zazwyczaj prowadzi towarzyszącą śpiewakom Orchestra
dell’Accademia Nazionale di Santa Cecilia z uwagą, czułością i wspaniałą muzykalnością.
I tylko realizacja nagrania wydała mi się dziwna – czasem przepiękny głos Anny
Netrebko dobiega słuchacza z oddalenia, nieco przymglony. Ale i tak pyta jest warta kilkakrotnego
przesłuchania.
Z ostatnich wieści wynika, że Turandot jest jednak w planach scenicznych Netrebko - na gali wręczania nagród Echo Klassik zaśpiewała "In questa reggia" tak: https://www.youtube.com/watch?v=FgdIyucBk7w
Z ostatnich wieści wynika, że Turandot jest jednak w planach scenicznych Netrebko - na gali wręczania nagród Echo Klassik zaśpiewała "In questa reggia" tak: https://www.youtube.com/watch?v=FgdIyucBk7w
P.S. Gust to sprawa
tyleż tajemnicza co niebezpieczna -
jeśli go z kimś nie dzielisz potrafi okazać się barierą nie do przekroczenia.
Zwłaszcza, że potrafi stanowić mieszankę piorunującą, jakiej kompletnie nie
rozumiemy. Tak właśnie mam w wypadku Anny Netrebko, którą podziwiam za rozsądek
i trzeźwe rozpoznanie aktualnych możliwości własnego głosu, natomiast w
kwestiach estetycznych diva przyprawia mnie czasem o prawdziwą konsternację. I
nie chodzi mi wcale o kontrowersyjny wybór prywatnych strojów czy bizantyjski
przepych, jakim Anna otacza się prywatnie – jej rzecz. Ale kiedy w moich
rękach znajduje się produkt firmowany
nazwiskiem Netrebko – mogę dać upust zdziwieniu. Muzyczna zawartość płyty
stanowi, a przynajmniej powinna stanowić
pewną całość z jej oprawą graficzną, która w jakiś sposób ma zapowiadać
to, co w środku. Ale tym razem … Z
okładki patrzy na nas zdumiewająca kobieta ze skrzydłami i w nakryciu głowy
żywo przypominającym wizerunki hinduistycznych apsar. Ki licho? Sama śpiewaczka
w filmiku relacjonującym powstanie zdjęć mówi „w końcu to okładka, ma być
spektakularnie!”. Przekonująco to nie brzmi, bo fotka nieudana (Anna wygląda na
niej ba dużo starszą niż jest), a z treścią płyty wręcz sprzeczna. I jednego
jestem ciekawa – czy inspiracja postacią Florence Foster Jenkins była świadoma?
Jeśli to ma być oczko puszczone do nabywcy dowcip okazał się nieszczególny.
niedziela, 28 sierpnia 2016
Starsi panowie dwaj: Woody Allen reżyseruje Placida Domingo
… już
szron na głowie, już nie to zdrowie a w sercu ciągle maj! Słowa tej flagowej
piosenki niezapomnianego duetu Wasowski – Przybora fantastycznie pasują do
moich dzisiejszych bohaterów. A nie było mi łatwo się zdecydować na temat tego
posta, bo jest on już trzechsetnym w czteroletnich dziejach bloga i chciałam,
żeby jakoś to mini święto uczcić. Jak wiecie ani nie lubię, ani nie umiem
tworzyć rankingów, zwłaszcza w kwestiach artystycznych, festiwale się kończą,
nowy sezon jeszcze nie zaczął. Więc co? Los o mnie zadbał wkładając mi we
właściwym czasie w ręce płytę z zapisem zeszłorocznego spektaklu LA Opera , która wydała mi się
na tę okazję idealna, jako, że jest owocem współpracy dwóch artystów, na
których działaniach się wychowałam. A zaczęło się tak : na początku wieku
Placido Domingo, dyrektor LA
Opera zaproponował
Woody’emu Allenowi wyreżyserowanie „Gianniego Schicchi”. Domingo
poważnie traktuje nie tylko swoją rolę administracyjną, ale także kreatywną.
Mniej więcej w tym samym czasie umawiał się z George Lucasem na tetralogię w
stylu „Gwiezdnych wojen”, ale nadszedł kryzys finansowy i koszt przedsięwzięcia
daleko przerósł możliwości rządzonej przez supertenora sceny. Mistrz skupił się
więc na czymś znacznie mniejszym ale równie prestiżowym i zwrócił do Allena
(sąsiedztwo Hollywood zobowiązuje). Ten dowiedziawszy się, iż realizacja
projektu miałaby się odbyć w 2008 roku stwierdził, że zapewne nie dożyje, a
poza tym się boi, bo w operze czasem gwiżdżą kiedy coś im nie odpowiada. Dodał
jeszcze, już trakcie pracy, że nie ma pojęcia co robi, ale niekompetencja nigdy
nie potrafiła powstrzymać jego entuzjazmu. Oczywiście była to kwestia w typowym
dla Allena stylu. Robota musiała mu się podobać, bo poznawszy gruntownie z
operowe wariactwo Woody ten gatunek
polubił, czemu zresztą dał później wyraz w filmie „Zakochani w Rzymie”. Nie
trzeba dodawać, że na premierze żadnych gwizdów nie było. I chociaż dzisiejszy
Allen to już nie ten sam kultowy reżyser co kiedyś publiczność opuszczała teatr
zachwycona. Rolę tytułową śpiewał w tym przedstawieniu Thomas Allen ,
Rinucciem i Laurettą byli Saimir Pirgu i Laura Tatulescu, dyrygował James
Conlon. Sąsiednie części pucciniowskiego „Tryptyku” inscenizował inny filmowy
tuz (aczkolwiek mniejszego kalibru), William Friedkin. Po 7 latach,
w 2015 produkcję wznowiono przy okazji 30-lecia LAO, a jako Gianni
Schicchi wystąpił przestawiony całkowicie na partie barytonowe Placido Domingo.
Kładąc płytę na talerzu odtwarzacza byłam niezmiernie go ciekawa, bo mimo
gigantycznego dorobku i rekordowej ilości ról na koncie Domingo rzadko ma
okazję zaprezentować komiczną stronę swego talentu. W zasadzie, poza nagraniem
„Cyrulika sewilskiego” pamiętam tylko program telewizyjny, w którym Jean Pierre
Ponnelle wyreżyserował „Placidów dwóch” w duecie z tegoż „Cyrulika”. Była to
bardzo smaczna scenka, ale co innego cała, nawet krótka opera. Z ogromną przyjemnością donoszę, iż żaden z
sędziwych panów nie zawiódł, i w trakcie tej niespełna godziny bawiono się
przednio po obu stronach rampy. A to jest największa sztuka, sprawić wrażenie
nieskrępowanej, radosnej zabawy kiedy duży zespół ludzi musi z ogromną precyzją
wykonać swe niełatwe zadania tak, aby każdy element był na swoim miejscu i w
swoim czasie, nie mówiąc już o artystycznej jakości tych działań. Tak więc przy opuszczonej kurtynie spektakl się zaczyna i … jesteśmy na seansie
filmowym w latach pięćdziesiątych. Z głośników rozlega się „Funiculì, funiculà”
a my oglądamy czołówkę obrazu „Gianni Schicchi”, identyczną z tymi, do których
przyzwyczaił nas Woody Allen – ta sama typografia. Tylko nazwiska nieco inne:
aktorzy to np. Oriana Fellatio, reżyser Luigi Impetuoso a firma producencka od
nazwisk swych właścicieli zwie się Prosciutto e Melone. Potem ekran gaśnie,
kurtyna się podnosi odsłaniając neorealistyczną scenografię, neapolitański
przebój cichnie a do akcji płynnie wchodzi orkiestra. Zanim o muzyce ,
zatrzymajmy się na chwilę przy inscenizacji. Najogólniej mówiąc stanowi ona
jedną wielką kpinę z utrwalonego w popkulturze obrazu Italii i jej mieszkańców.
Mamy więc wszystko, co się w nim mieści: spaghetti (wyciągane nawet z testamentu Buso
Donatiego), sznury obwieszone praniem, temperamentnych bohaterów i delikatne
sugestie mafijne. Mimo, że Woody Allen nie specjalizuje się raczej w reżyserowaniu
dużych scen zbiorowych tu pięknie opanował całą piętnastkę postaci (licząc sprawcę całego zamieszania nawet szesnastkę)
pozostających w bezustannym ruchu, ale zawsze sensownym i celowym. Co tu dużo
opowiadać – to jest śmieszne, i to w sposób niewymuszony i prawdziwy. Tekstowi
libretta przysłużyli się też wydatnie śpiewacy, wszyscy bez wyjątku aktorsko
znakomici. Placido Domingo zagrał Gianniego Schicchi z ogromnym, szelmowskim i
zawadiackim wdziękiem na jaki ten
bohater zasługuje. Wokalnie rola także dobrze leży w aktualnych możliwościach
maestra i słuchałam go z przyjemnością. Bardzo dobrze wypadła też para młodych
i atrakcyjnych amantów, do której należą dwa znane fragmenty partytury. Adriana
Chuchman ślicznie zaśpiewała największy hit „O mio babbino caro”. Bardzo tę
arię lubię, nie tylko ze względu na jej niewątpliwą urodę ale też na czułość, z
jaką bohaterka zwraca się do rodzica . To jedyny znany mi przypadek w
literaturze operowej – córka nazywa go nie ojcem, jak to na ogół bywa , ale
zwyczajnie, swoim kochanym tatusiem. I ta poufała bliskość ładnie została
przekazana przez Chuchman i Dominga. Arturo Chacón-Cruz okazał się wdzięcznym
Rinucciem – głos to nieduży, ale ładny i ciepły. Z całej gromady postaci
drugoplanowych wyróżniła się Meredith Arwady, i to zarówno pod względem
scenicznym jak wokalnym. Było to moje pierwsze zetknięcie z tą śpiewaczką ,
a nie miała ona tyle szczęścia co Stephanie Blythe i obła figura stanęła
jej na drodze do wielkiej kariery scenicznej (bo poza teatrem się udało, Arwady
jest nawet laureatką Grammy Award) ale kto raz usłyszał ten przepastny alt
raczej go nie zapomni. Grant Gershon energicznie i z wyczuciem poprowadził
orkiestrę LAO. Tak więc – dwaj sędziwi pracoholicy i ich duży, sprawny zespół
dobrze przysłużyli się Pucciniemu i
publiczności.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















































