środa, 19 października 2016

Dalila



„Samson i Dalila” to jedyna z wielu oper Camille Saint-Saënsa, która uchowała się w stałym repertuarze teatralnym do dnia dzisiejszego, ale do tych najpopularniejszych na pewno nie należy. Fakt, że właśnie pojawiła się na scenie Opéra national de Paris po 25 latach przerwy dobitnie o tym świadczy. Chyba nie zawiniło libretto, wywiedzione wprost z Księgi Sędziów – jest proste, zwarte i logiczne. Prawdopodobnie chodzi więc o partyturę – może za dużo wpływów wagnerowskich? Mnie ta muzyka zawsze wydawała się nieco monotonna i nużąca, wymaga też od słuchacza pewnego wysiłku. Poza dwoma fragmentami, które zyskały sobie popularność (bachanalia i trzecia aria Dalili) i są ewidentnymi przebojami jej melodyjność nie jest oczywista, masywna orkiestracja też nie wszystkim przypada do gustu. Nigdy nie miałam szansy skonfrontować wrażeń z  nagrań, na CD czy DVD z bezpośrednim  wykonaniem w teatrze, a przecież tylko wtedy dzieło żyje naprawdę (w 1975  rzecz pokazywała Opera Bałtycka, także na gościnnych występach w Warszawie). Moim Samsonem był więc siłą rzeczy Placido Domingo i jeszcze czas jakiś tak zostanie ( prawie sąsiadując w życzliwej pamięci z Jonem Vickersem), swojej ulubionej Dalili nie miałam. Aż do teraz. I muszę przyznać, że Anicie Rachvelishvili, po której spodziewałam się doskonałej kreacji wokalnej, co też dostałam reżyser wydatnie pomógł w stworzeniu także przejmująco tragicznej bohaterki scenicznej. Damiano Michieletto miał bardzo wyraźną i konkretną wizję dzieła, i to taką, w której najważniejsi są bohaterowie i ich motywacje a nie powierzchowna widowiskowość, o co w tym wypadku łatwo.  I muszę przyznać, że kupiłam tę wersję w całości, mimo z pozoru drobnych, a w istocie fundamentalnych zmian w akcji. To one spowodowały, że perfidna filistyńska uwodzicielka (taka biblijna Mata Hari)  stała się kimś zupełnie innym – kobietą uwięzioną zarówno w poczuciu powinności wobec własnego narodu jak i (co może nawet ważniejsze) w pułapce płci. Wystarczy popatrzeć jak pogardliwie Dalila jest traktowana przez swych męskich rodaków, dla których stanowi wyłącznie środek do celu. Pewnie właśnie dlatego Samson, dostrzegający w niej nie tylko powabną (excusez le mot) samicę, ale też odrębną jednostkę ludzką staje się obiektem jej najprawdziwszego, gorącego uczucia. Z tego wynikają dalsze konsekwencje – Dalila nie czeka, by Samson usnął aby obciąć mu włosy – on czyni to sam, w swoistym akcie ofiary i powierzenia się ukochanej. W przejmującym finale zaś Dalila w bezsilnym akcie rozpaczy podpala świątynię Dagona skazując siebie, Samsona i swoich filistyńskich współbraci na straszną śmierć w płomieniach ziemskiego piekła. I to jest scena prawdziwie chwytająca za gardło, pewnie znacznie bardziej, niż gdyby zgodnie z tekstem to Samson  przywróconymi przez Boga siłami zwalił kolumny podtrzymujące strop grzebiąc wszystkich pod gruzami. W związku z tym zaczęłam się zastanawiać nad własnymi poglądami na tak silną ingerencję w substancję dzieła (o Biblii już nie mówiąc), ale – nic nie poradzę – to mnie przekonało, to mnie wzruszyło. Zapewne nie stałoby się to, gdyby nie wykonawstwo czysto muzyczne, a było na bardzo wysokim poziomie. Chór ONP jest jednym z najlepszych na świecie, tym razem też pokazał klasę i wraz ze swoim szefem,  José Luisem Basso solidnie zasłużył na końcowe owacje.  Philippe Jordan właściwie nigdy nie daje się porwać temperamentowi – on także zawsze ma koncepcję dyrygowanego utworu, głęboko przemyślaną i przeanalizowaną w każdym szczególe. Co dziwne, w niczym nie odbiera to energii fragmentom, które energicznie brzmieć powinny. No i można się rozkoszować efektownym i eleganckim baletem pięknych dłoni Maestra. Z postaci drugoplanowych mocno i pozytywnie zaznaczył swoją obecność Nicolas Testé jako Abimélech, natomiast nie zachwycił mnie Egils Silins w roli Wielkiego Kapłana Dagona (jego głos w górze nabiera nieprzyjemnie skrzypliwego brzmienia). Do Aleksandrsa Antonenki mam delikatnie mówiąc stosunek ambiwalentny i naznaczony rozczarowaniem. Jakiś czas temu przez chwilę wydawało mi się, że może on być odpowiedzią na wieczne modły melomanów o prawdziwego tenora verdiowskiego. Nie muszę dodawać, że Antonenko nie spełnił pokładanych w nim nadziei a jego występ w roli Otella (Met)  był dla mnie nieakceptowany. Dlatego Samson uczynił mi miłą niespodziankę, zwłaszcza pod względem interpretacyjnym. Oczywiście nadal nie jest to ani subtelny śpiewak, ani subtelny aktor ale po scenicznym rezultacie widać, że w tę kreację została włożona ogromna praca zarówno jego, jak reżysera i dyrygenta. Partia Samsona nie należy do łatwych i chociaż brakowało mi  nieco barwowego zróżnicowania  to chyba była najlepsza rola Antonenki jaką słyszałam. Aktorsko, gdyby nie nadekspresyjna mimika też byłoby bardzo dobrze, ale jej przecież w teatrze właściwie nie widać. Anita Rachwelishvili zachwyca mnie coraz bardziej z każdą kolejną postacią, w którą się wciela . To jedna z nielicznych śpiewaczek zdolna wywołać we mnie poruszenie uczuć nawet wtedy , kiedy wykonuje repertuar znany mi z  setek innych interpretacji. Oczywiście, wspaniały, bogaty w odcienie głos dostała w darze od Boga, ale świetnie ten dar wykorzystuje. Ona właśnie doskonale panuje nad całą paletą barwy posługując się po mistrzowsku najdrobniejszymi jej niuansami. Udało się też Rachvelishvili we współpracy z Damiano Michieletto stworzyć głęboko tragiczną postać Dalili – taką, o której szybko nie zapomnę i która dołącza do innych, pięknych osiągnięć Gruzinki – Lubaszy z „Carskiej narzeczonej” i Amneris. 









 

niedziela, 9 października 2016

"Norma" w Londynie

Londyńska ROH już definitywnie znalazła się wśród tych teatrów operowych, w których ze sporym prawdopodobieństwem można spodziewać się spotkania z produktami  regietheatru.  Powierzenie nowej inscenizacji „Normy” członkowi grupy Fura dels Baus, Àlexowi  Ollé nie było więc zdarzeniem niespodziewanym, natomiast niepokojącym – i owszem. Pewnie nie muszę dodawać, że obawy zrealizowały się w stu procentach i w tej sytuacji pozostają mi dwa wyjścia : zapełnić ten wpis kolokwializmami, które cisną się pod klawiaturę albo odpuścić. A ponieważ ciągłe odnajdywanie się w skórze psa szczekającego na znikającą w oddali karawanę jest nużące tym razem dam spokój. Mogę tylko wspomnieć, iż produkcja jest krańcowo niemądra, nielogiczna i nawet wewnętrznie niespójna. Niektóre obrazki przypomniały mi  bezpośrednio  pokazy mody przygotowane przez projektantów niedostatecznie dobrych, by obronić się talentem i liczących na skandal (w końcu nic nie zapewnia go lepiej niż religia). Proszę spojrzeć na zdjęcia  (tak, to jest morze krucyfiksów) – pewnie żadnego kreatora nie stać na tak rozpasaną scenografię, ale sposób myślenia podobny. W tych okolicznościach pozostaje tylko skupienie się na muzyce, co samo w sobie jest dobre, ale czasem oczy same ze zdumienia, irytacji bądź rozbawienia otwierają się szeroko. Po dziesiątkach widzianych tego typu spektakli trochę zobojętniałam i tylko zapobiegliwość Normy rozkładającej folię, żeby się nadto nie nabrudziło przy zabijaniu dzieci wielkim nożem lekko mnie zdziwiła. Oczywiście, my wiemy, iż żadne dzieciobójstwo nie nastąpi, ale mimo wszystko wydało mi się to tyleż niesmaczne, co groteskowe. Za to żadnej niemiłej niespodzianki nie sprawił mi Antonio Pappano, który jak zazwyczaj miał precyzyjną koncepcję całości i dyrygował doskonale. W wypadku sir Tony’ego  nie liczą się drobne niedokładności w orkiestrze (były) tylko dogłębne zrozumienie stylu i miłość do śpiewaków , która sprawia, że towarzyszy im z taką uwagą. Nic to nie pomogło Brindleyowi Sherrattowi, prezentującemu brak zrozumienia stylu i ciągłe fałsze w komplecie z głosem któremu wyższa część skali kończyła się za każdym razem nagle i niespodziewanie. Jedynie kilka wibrujących, prawdziwie basowych dźwięków na koniec przekonało mnie, że kiedyś może partia Orovesa leżała w jego zasięgu. Nie zachwyciła mnie również Adalgisa Soni Ganassi, ale to zupełnie inna klasa. Ganassi jest  wartościową  śpiewaczką odróżnieniu od kolegi nie zapominającą o legato,  tyle że z czasem jej mezzosopran uległ odbarwieniu na obu krańcach a także zaostrzeniu dającemu czasem nieprzyjemny, skrzypiący efekt. Joseph Calleja od początku właściwie swej wielkiej kariery stanowił dla mnie problem – szanuję, doceniam  i podziwiam jego umiejętności, podoba mi się jasna barwa jego głosu, ale drobny groszek w nim jest dla mnie nie do zniesienia. Partia Polliona nie należy do specjalnie interesujących, zawsze miałam wrażenie  iż istnieje tylko po to, aby dać pretekst do zawiązania konfliktu . Calleja nie był w stanie nic z nią zrobić od strony aktorskiej (nie ma zresztą po temu uzdolnień) natomiast śpiewał doskonale  - od strony czystko formalnej była to najlepsza kreacja wieczoru. I tak dobrnęłam do samej Normy. Słuchacz w światku operowym obyty wie doskonale, jak trudna to rola i zapewne zna liczne anegdoty, którymi obrosła.  W naszym konkretnym przypadku dochodzi jeszcze wiedza o tym, że przestraszyła się jej przewidziana do niej od czterech lat Anna Netrebko rezygnując krótko przed rozpoczęciem sprzedaży biletów. Po niedługim oczekiwaniu padło nazwisko jej następczyni wzbudzając lekkie zdziwienie, ale także mnóstwo nadziei. Sonia Yoncheva, żeby zastąpić Netrebko musiała z kolei porzucić Mimi w Met i chociaż z pr-owego punktu widzenia decyzja ta miała sens do dziś zastanawiam się nad jej słusznością (a od seansu minęło już kilka dni). Od strony interpretacyjnej ta Norma przypadła mi do gustu, była wiarygodna i emocjonalnie prawdziwa, co wcale nie jest łatwe – fabuła opiera się przecież właśnie w dużej części na wewnętrznych przeżyciach bohaterek i z nich wynikają zewnętrzne konsekwencje. Wokalnie nie potrafię Yonchevej ocenić jednoznacznie. Były w jej kreacji elementy, które mi się bardzo podobały, ale w sumie miałam wrażenie iż to raczej piękna obietnica na przyszłość niż  prawdziwa Norma. Przede wszystkim bułgarskiej sopranistce nie wystarczyło sił na trzeci, najbardziej dramatyczny akt , w którym jej głos często brzmiał krzykliwie i ostro (jeszcze nie ten rozmiar). Na początku opery recytatyw też był nienajlepszy i nie odznaczał się intonacyjną precyzją. Za to Yoncheva, właścicielka promiennego, czystego sopranu bardzo ładnie potrafi prowadzić belliniowską kantylenę co udowodniła w „Casta diva” . Zaśpiewała tę słynną arię jak prywatną modlitwę, nie za głośno i bardzo szczerze. Podobnie w duetach z Adalgisą to ona była siłą prowadzącą i jej chciało się słuchać przede wszystkim. I mimo, iż dobrych wspomnień będę miała po jej Normie więcej, wolałabym, aby Sonia Yoncheva na razie tej roli nie wykonywała pozwalając swojemu głosowi się rozwinąć – a wtedy czeka nas być może duża przyjemność.










czwartek, 29 września 2016

Szalony dzień w Amsterdamie



„Le divin Mozart” – jak ja się zgadzam z tymi słowami, które padają z ust Muzy w „Opowieściach Hoffmanna”. Wydawałoby się, że to tekst banalny i wszyscy kochają Mozarta, ale czy na pewno? Z wiekiem przekonałam się, że do jego prostoty i krystalicznej klarowności trzeba dorosnąć. Młodzi śpiewacy często wcale go nie szanują o miłości nie mówiąc, chcą „zabijać głosem”, śpiewać Verdiego i innych włoskich mistrzów. Nasz flagowy baryton, którego kariera od lat na Mozarcie się opiera wielokrotnie opowiadał o takim właśnie do niego stosunku na początku swej drogi, jaki na szczęście dość szybko porzucił. Mam nadzieję, że podobnie stanie się w wypadku Andrzeja Filończyka, fenomenalnie utalentowanego chłopaka, który w niedawnym wywiadzie stwierdził, że Mozarta nie cierpi, wręcz ma niego alergię. Wypowiedź tyleż buńczuczna co nierozsądna, złóżmy ją na karb szczenięcego wieku. Chociaż niewiedza o tym, że Wolfganga Amadeusza śpiewać trzeba nawet, jeśli nie jego muzyką będzie się zdobywać świat jest troszkę niepokojąca. A dlaczego trzeba? Bo to balsam dla głosu, po prostu! Będąc upartą wyznawczynią teorii, że nie istnieje coś takiego jak nadmiar Mozarta zawsze jestem chętna na nową produkcję „Don Giovanniego” czy „Wesela Figara”, zwłaszcza, jeśli obsada wygląda interesująco Dlatego na transmisję „Nozze” z Amsterdamu rzuciłam się z niewyczerpanym apetytem. I  spektakl przyniósł mi mnóstwo radości, którą chcę się z Wami podzielić, jako, że jest dostępny na Opera Platform i też możecie sobie taką przyjemność zafundować. David Bösch przeprowadził akcję sprawnie i zabawnie, mimo, że dowcip to nie zawsze subtelny i najświeższej daty, nie mniej jednak skuteczny. Kostiumy i rekwizyty są raczej współczesne (Susanna „uruchamia orkiestrę” pilotem) , ale z akcentami w różnych, dawno minionych epok. Niektóre biją po oczach neonową kolorystyką (wściekle różowy garniturek don Basilia czy odblaskowo żółta suknia Hrabiny), ale to efekt zamierzony. Relacje miedzy postaciami pokazano jak trzeba, bo na chemię między wykonawcami reżyser wpływu nie ma. Dzięki niej parą, między którą najbardziej iskrzyło byli jaśnie państwo  a trochę tego zabrakło u ich sług. Oglądając przedstawienie miałam wrażenie, iż bohater, do którego Bösch jest najbardziej przywiązany to Cherubino, w każdym razie na niego miał najwięcej pomysłów.  Nieszczęśnik w czasie „Non piu andrai” za sprawą fachowych nożyczek Figara traci uroczą chłopięcą fryzurkę i dalej biega już to w czapeczce usiłującej ukryć łysinę (widzieliście kiedyś łysego Cherubina?), już to w damskiej peruczce. Nederlands Chamber Orchestra zaprezentowała się w sposób nieidealny (było kilka niedokładności), ale Ivor  Bolton poprowadził ją z wielką (ktoś określił ją nawet jako barokową) werwą. Tempa dyrygent wybrał szybkie, ale nie zapędził żadnej z lirycznych arii Hrabiny i Susanny).W obsadzie jedynym, niewielkim rozczarowaniem był dla mnie Alex Esposito (Figaro) , śpiewający przyzwoicie, ale jakoś matowo i na mój gust  mało płynnie. Christiane Karg od wokalnej strony była bardzo dobra natomiast nie wydaje mi się,żeby postać Susanny do niej pasowała.  Za to Hrabina Eleonory Buratto stanowiła czystą przyjemność dla oczu i uszu – aksamitno-miodowy głos przepięknie prowadzony (ona na pewno mimo młodego wieku należy do tych, co znają terapeutyczną wartość Mozarta) – moje uszy już dawno nie zaznały tak balsamicznego ukojenia! Stéphane Degout był jej godnym partnerem (jego baryton ktoś określił jako czarną kawę z mleczną pianką), bardzo finezyjnie zaśpiewał swoją jedyną, bardzo trudną arię a na dodatek świetnie bawił siebie i (na szczęście) publiczność. Marianne Crebassa, której prawiłam tyle komplementów w poprzednim wpisie zachwyciła mnie i tym razem. Poza zaletami wokalnymi ma ona to coś, bez czego rola Cherubina nie istnieje – wdzięk i lekkość pozwalającą nam nie zauważać iż to słodkie chłopię wyrośnie na Hrabiego bis. Z postaci drugoplanowych wyróżnił się jak zwykle, gdy wykonuje tę partię Krystian Adam (Krzeszowiak), nieodparcie śmieszny scenicznie i bardzo elegancki głosowo. Spróbujcie sami!
http://www.theoperaplatform.eu/en/opera/mozart-le-nozze-di-figaro 












piątek, 16 września 2016

Mozart i młoda gwiazda - "Lucio Silla" z La Scali

„Lucio Silla”, dzieło 16-letniego Mozarta pojawia się czasem na światowych scenach, bardziej chyba ze względu na nazwisko autora niż na szczególną wartość. Oczywiście, zawiera mnóstwo muzycznych piękności, ale libretto jest konwencjonalne do bólu (nawet jak na Metastasia)  a opera dłuży się niemiłosiernie. Właściwie zetknęłam się z tym dziełem tylko raz, wiele lat temu i było to dobre nagranie NRD-owskiej Eterny  z Peterem Schreierem, Arleen Auger, Helen Donath i Julią Varady. Powrót do utworu po długim czasie okazał się tyleż przypadkowy co interesujący. Szukałam w sieci wiadomości o bieżącym kalendarzu pewnej śpiewaczki i trafiłam na kompletną wersję video „Lucio Silli” z La Scali. Spektakl miał premierę w Salzburgu w 2013 i stanowi ł wówczas ciekawostkę ze względu na Rolando Villazona w roli tytułowej. Dwa lata później produkcja trafiła do Mediolanu z tym samym dyrygentem, ale w większości inną obsadą. Reżyser  Marshall Pynkosky słusznie postawił na charakterystykę postaci  przeprowadzając ją w pełnej zgodzie z biegiem wydarzeń i poległ tylko przy okazji Silli, ale to należy mu wybaczyć – paskudny tyran doznający w finale niewytłumaczalnego ataku łaskawości  uwiarygodnić się nijak nie da. Natomiast trzeba podziwiać w jaki sposób Pynkosky wraz ze swymi śpiewakami zdołał tchnąć życie w postaci niesłychanie konwencjonalne – Niezłomną Heroinę Giunię, Walecznego Amanta Cecilia, Wiernego Druha Cinnę  i Sprytną Kokietkę Celię. Wszyscy oni nie wychodząc z ram nakreślonych tekstem libretta są ludzcy i w swych zachowaniach wiarygodni. Oczywiście, główną zasługę położył już wcześniej Mozart, ale reżyser zrobił dla tej opery co się dało. Zabieg przeniesienia akcji ze starożytnego Rzymu do czasów, w których rzecz powstała  w niczym nie zaszkodził, a wręcz wydał mi się usprawiedliwiony. Sam tekst jest wszak znakomitym świadectwem mentalności drugiej połowy osiemnastego wieku. Scenografia, oszczędna ale funkcjonalna i piękne kostiumy  dopełniły miarę sukcesu tej inscenizacji. Marc Minkowski dokonał  zabiegów nieco kontrowersyjnych, jako, że ingerencja w partyturę z założenia musi być za taką uznana. Dyrygent trochę ją podstrzygł, pozbył się rzeczywiście niczego niewnoszącej postaci Audifia  zaś Silli, którego partia oryginalnie nie wygląda imponująco zapewnił finał godny protagonisty uzupełniając ją o arię Johanna Christiana Bacha „Se al generoso ardire”. I wszystko to zadziałało zgodnie z planem. Dawno nie zdarzyło mi się słuchać i oglądać mozartowskiej opery zrealizowanej tak znakomicie pod każdym względem. Za Minkowskim i jego swobodnym, energicznym i wiecznie młodzieńczo (w najlepszym tego słowa sensie) entuzjastycznym, ale podpartym wiedzą i wielkim talentem dyrygowaniem przepadam nie od dziś. Najwyraźniej potrafił tymi cechami zarazić nie tylko własny zespół, ale także Orkiestrę La Scali. Część solistów pochodzi z grupki jego protegowanych i wszyscy są świetni. Nieznana mi wcześniej Giulia Semenzato brzmi bardzo obiecująco i jak na sądząc po wyglądzie młody wiek osiągnęła już wysoki stopień biegłości wokalnej podparty osobistym urokiem i aktorskimi umiejętnościami. Miałam wrażenie, że ona lubi być na scenie i kreowanie cwanej bestyjki sprawia jej dużo radości. Inga Kalna  nie okazała się atrakcyjna jako postać, bo przeszkadzały jej w tym warunki naturalne. Na szczęście wyrównała ten brak interpretacją i doskonałą formą głosową. Chorwacki tenor Kresimir Spicer  był  nie tylko miłym kontrapunktem dla czterech pań, ale też słuchałam jego ciepłego, przyjemnego w barwie głosu z przyjemnością, nawet , jeżeli nie było najbardziej eleganckie śpiewanie wieczoru. Karierę Lenneke Ruiten obserwuję już od jakiegoś czasu ku swej ogromnej satysfakcji, bo jest to śpiewaczka obdarzona nie tylko pięknym głosem, ale też stylowa i  precyzyjna . Rola Giunii w jej interpretacji to prawdziwy majstersztyk – przejmująca i wiarygodna w każdym dźwięku.  Po tych wszystkich zachwytach i komplementach wystawiłam się na poważne ryzyko braku przymiotników, bo na koniec zostawiłam sobie to, co najlepsze. Marianne Crebassa  zasługuje na porównanie z najwspanialszymi koleżankami z przeszłości i wcale na nim nie traci. Po pierwsze: głos. Jest piękny, połyskliwy  w wyjątkowo swobodnej górze i średnicy, głęboki w dole skali.  A dalej mamy nienaganną technikę, styl, klasę i umiejętność nasycenia śpiewu dokładnie taką dawką emocji, jakiej rola wymaga. A żeby obraz dopełnić, trzeba jeszcze wspomnieć o scenicznej charyzmie i doskonałej prezencji. Oczywiście te zalety już ładnych parę lat temu zostały dostrzeżone, Crebassa  ma na koncie sporo międzynarodowych nagród ( poszukiwanie właśnie jej terminów doprowadziło mnie do „Silli”). Jeśli nie znacie tej niespełna 30-letniej śpiewaczki  skorzystajcie z linków. Pierwszy prowadzi do całego spektaklu, drugi także do pełnego zapisu mozartowskiej gali pod batutą Minkowskiego (2012) z kilkorgiem jego młodych protegowanych. A kolejne spotkanie z Marianne Crebassa można sobie zafundować od 27 września wieczorem – wtedy to Opera Platform pokaże „Wesele Figara” z Amsterdamu, dostępne potem do końca marca 2017. Obsada świetna, trailer wysoce obiecujący. Debiutancki recital płytowy pod wiele mówiącym tytułem "Oh, boy!" ukaże się 28 października.
https://www.youtube.com/watch?v=LowjKtD9H-Y
https://www.youtube.com/watch?v=m-fmlhH2Bcg
https://www.youtube.com/watch?v=zE3itZ6eZnI









poniedziałek, 5 września 2016

Anna Netrebko - "Verismo"

Czego by nie powiedzieć o Annie Netrebko (a mówią o niej różnie) pewne wydaje się tylko jedno : na jej występy bilety są zawsze wyprzedane i często trzeba o nie mocno walczyć a na nowe płyty się czeka. Od pewnego czasu uwidoczniła się też jedna z zasadniczych zalet gwiazdy – ona doskonale wie, na co ją w danym momencie kariery stać. Stąd rezygnacja z debiutu w partii Normy (chociaż oczywiście dyrekcja ROH zachwycona nie była), która wydała mi się posunięciem bardzo rozsądnym.  Belcantowe role nigdy nie były specjalnością Netrebko (chociaż je śpiewała), teraz pewnie mniej niż kiedykolwiek. Natomiast weryzm, któremu poświęciła swą najnowszą płytę zdaje się odpowiadać nie tylko jej głosowi, który zdumiewająco urósł , ale też temperamentowi i zamiłowaniu do wyrazistych środków ekspresji. Właściwie o tym -  o interpretacji będzie głównie ten post, bo o technikę wokalną Netrebko  trudno (choć pewnie można) się spierać, jest taka jak trzeba – bardzo dobra po prostu.

„Io son l’umile ancella” na początek, to nie tylko deklaracja intencji, ale też delikatne wprowadzenie, po którym następuje uderzenie pioruna – „La mamma morta”. Aria, którą tylko ten, kto nie widział  „Filadelfii” potrafi oddzielić od postaci Marii Callas. Na takim porównaniu żadna śpiewaczka nie zyskuje, do tego stopnia jest to wykonanie absolutne, dzięki filmowi zaś znajdujące się już w kategorii mitologii.  Ale, mimo wszystko  Netrebko nie poślizgnęła się na tej próbie! I nie dlatego, że głos Rosjanki jest znacznie bogatszy i piękniejszy niż ten, którym dysponowała primadonna assoluta, ale z powodu głęboko osobistego podejścia do utworu. Muszę przyznać, że naprawdę odczułam grozę i beznadzieję sytuacji, w jakiej znalazła się jej Maddalena i nie wyobrażam sobie większego komplementu dla śpiewaczki. Natomiast nie do końca przekonały mnie jej Cio Cio San (chyba chciałabym większej kruchości ) ani, ku mojemu zdumieniu – Liu. W drugim wypadku może to być kwestia niemożności pozbycia się z pamięci mojej Liu absolutnej. W obu wypadkach są to bardzo porządne wykonania, ale Netrebko stawiam wyższe wymagania. Nie przepadam za „Pajacami” , nie będę więc wypowiadać się o Neddzie, natomiast z czystym sumieniem  mogę polecić Wally. „Ebben? Ne andrò lontana” jest  rozświetlone subtelnym smutkiem bez histerycznych akcentów. A potem  mamy  jeden z najmocniejszych punktów płyty – arię szalonej Małgorzaty „L’altra notte” z „Mefistofelesa”. Szaleństwo werystyczne to zupełnie inny kaliber niż barokowe czy romantyczne, tutaj rygory stylu nie są tak bezwzględne, za to nie można bać się środków krańcowych. Rzecz w tym, aby utrzymać się po właściwej stronie granicy między grozą a śmiesznością, co też w tym wypadku w pełni się udało. Podobnie jak stworzenie nastroju beznadziei w arii Giocondy o wszystko wyjaśniającym tytule „Suicidio”. Bohaterka właśnie straciła to, co dla niej cenne – ukochaną matkę i miłość swego życia, co słychać. Natomiast  Tosca, która teoretycznie wydaje się rolą stworzoną dla Netrebko przemknęła mi jakoś bez większego wrażenia. Nie poczułam jej desperacji, a przecież to kobieta, która nie tylko pyta Boga „dlaczego ja?” ale też za chwilę chwyci nóż by wbić go wrogowi prosto w serce. Dopuszczam możliwość, że tu też zawiniła inna sopranistka, słyszana  w dodatku całkiem niedawno na operowej gali w Baden Baden. Interpretacja Anji Harteros, z natury artystki  bardziej lirycznej niż Netrebko miała w sobie właśnie ten postulowany przeze mnie pierwiastek ostateczny. I wreszcie numer, który mnie na płycie zaskoczył najbardziej, chociaż może nie powinien. Rolę Turandot wykonywały wszak śpiewaczki, których nikt by nie kojarzył z tą bezwzględną, stawiającą kolosalne wymagania partią. Różnie się to kończyło – dla Katii Ricciarelli ostateczną katastrofą, ale już Montserrat Caballe  stworzyła kreację nieortodoksyjną, ale bardzo interesującą. Chińska księżniczka w wykonaniu Anny jest właśnie w tradycji wielkiej Katalonki . Podobnie jak ona (a może nawet bardziej), i to nie tylko dzięki urodzie swego głosu Netrebko uwodzi słuchacza -  i powinna, bo w ten sposób nie tylko przedstawia nam swą bohaterkę i motywy jej działania, ale także uwiarygodnia miłosny szał Calafa. Dużą, pozytywna niespodzianka – nawet jeżeli artystka nie powtórzy jej nigdy na scenie. Last but not least  dostajemy  „In quelle trine morbide” oraz cały czwarty akt „Manon Lescaut”. To bodajże jedyna rola, którą już wcześniej kilkakrotnie Netrebko grała na scenie, jest w niej swobodna i pewna swego. Towarzyszy jej mąż, Yusif Eyvazov jako Kawaler Des Grieux (wcześniej był też  Calafem)  i dobrze się w tej partii prezentuje.  Antonio Pappano  jak zazwyczaj prowadzi towarzyszącą  śpiewakom   Orchestra dell’Accademia Nazionale di Santa Cecilia z uwagą, czułością i wspaniałą muzykalnością. I tylko realizacja nagrania wydała mi się dziwna – czasem przepiękny głos Anny Netrebko dobiega słuchacza z oddalenia, nieco przymglony.  Ale i tak pyta jest warta kilkakrotnego przesłuchania. 
Z ostatnich wieści wynika, że Turandot  jest jednak w planach scenicznych Netrebko - na gali wręczania nagród Echo Klassik zaśpiewała "In questa reggia" tak: https://www.youtube.com/watch?v=FgdIyucBk7w

P.S. Gust to sprawa tyleż  tajemnicza co niebezpieczna   - jeśli go z kimś nie dzielisz potrafi okazać się barierą nie do przekroczenia. Zwłaszcza, że potrafi stanowić mieszankę piorunującą, jakiej kompletnie nie rozumiemy. Tak właśnie mam w wypadku Anny Netrebko, którą podziwiam za rozsądek i trzeźwe rozpoznanie aktualnych możliwości własnego głosu, natomiast w kwestiach estetycznych diva przyprawia mnie czasem o prawdziwą konsternację. I nie chodzi mi wcale o kontrowersyjny wybór prywatnych strojów czy bizantyjski przepych, jakim Anna otacza się prywatnie – jej rzecz. Ale kiedy w moich rękach  znajduje się produkt firmowany nazwiskiem Netrebko – mogę dać upust zdziwieniu. Muzyczna zawartość  płyty stanowi, a przynajmniej powinna stanowić  pewną całość z jej oprawą graficzną, która w jakiś sposób ma zapowiadać to, co w środku.  Ale tym razem … Z okładki patrzy na nas zdumiewająca kobieta ze skrzydłami i w nakryciu głowy żywo przypominającym wizerunki hinduistycznych apsar. Ki licho? Sama śpiewaczka w filmiku relacjonującym powstanie zdjęć mówi „w końcu to okładka, ma być spektakularnie!”. Przekonująco to nie brzmi, bo fotka nieudana (Anna wygląda na niej ba dużo starszą niż jest), a z treścią płyty wręcz sprzeczna. I jednego jestem ciekawa – czy inspiracja postacią Florence Foster Jenkins była świadoma? Jeśli to ma być oczko puszczone do nabywcy dowcip okazał się nieszczególny.







niedziela, 28 sierpnia 2016

Starsi panowie dwaj: Woody Allen reżyseruje Placida Domingo

… już szron na głowie, już nie to zdrowie a w sercu ciągle maj! Słowa tej flagowej piosenki niezapomnianego duetu Wasowski – Przybora fantastycznie pasują do moich dzisiejszych bohaterów. A nie było mi łatwo się zdecydować na temat tego posta, bo jest on już trzechsetnym w czteroletnich dziejach bloga i chciałam, żeby jakoś to mini święto uczcić. Jak wiecie ani nie lubię, ani nie umiem tworzyć rankingów, zwłaszcza w kwestiach artystycznych, festiwale się kończą, nowy sezon jeszcze nie zaczął. Więc co? Los o mnie zadbał wkładając mi we właściwym czasie w ręce płytę z zapisem zeszłorocznego spektaklu LA Opera, która wydała mi się na tę okazję idealna, jako, że jest owocem współpracy dwóch artystów, na których działaniach się wychowałam. A zaczęło się tak : na początku wieku Placido Domingo, dyrektor LA Opera zaproponował  Woody’emu Allenowi wyreżyserowanie „Gianniego Schicchi”. Domingo poważnie traktuje nie tylko swoją rolę administracyjną, ale także kreatywną. Mniej więcej w tym samym czasie umawiał się z George Lucasem na tetralogię w stylu „Gwiezdnych wojen”, ale nadszedł kryzys finansowy i koszt przedsięwzięcia daleko przerósł możliwości rządzonej przez supertenora sceny. Mistrz skupił się więc na czymś znacznie mniejszym ale równie prestiżowym i zwrócił do Allena (sąsiedztwo Hollywood zobowiązuje). Ten dowiedziawszy się, iż realizacja projektu miałaby się odbyć w 2008 roku stwierdził, że zapewne nie dożyje, a poza tym się boi, bo w operze czasem gwiżdżą kiedy coś im nie odpowiada. Dodał jeszcze, już trakcie pracy, że nie ma pojęcia co robi, ale niekompetencja nigdy nie potrafiła powstrzymać jego entuzjazmu. Oczywiście była to kwestia w typowym dla Allena stylu. Robota musiała mu się podobać, bo poznawszy gruntownie z operowe wariactwo Woody  ten gatunek polubił, czemu zresztą dał później wyraz w filmie „Zakochani w Rzymie”. Nie trzeba dodawać, że na premierze żadnych gwizdów nie było. I chociaż dzisiejszy Allen to już nie ten sam kultowy reżyser co kiedyś publiczność opuszczała teatr zachwycona. Rolę tytułową śpiewał w tym przedstawieniu Thomas Allen , Rinucciem i Laurettą byli Saimir Pirgu i Laura Tatulescu, dyrygował James Conlon. Sąsiednie części pucciniowskiego „Tryptyku” inscenizował inny filmowy tuz (aczkolwiek mniejszego kalibru), William Friedkin.  Po 7 latach,  w 2015 produkcję wznowiono przy okazji 30-lecia LAO, a jako Gianni Schicchi wystąpił przestawiony całkowicie na partie barytonowe Placido Domingo. Kładąc płytę na talerzu odtwarzacza byłam niezmiernie go ciekawa, bo mimo gigantycznego dorobku i rekordowej ilości ról na koncie Domingo rzadko ma okazję zaprezentować komiczną stronę swego talentu. W zasadzie, poza nagraniem „Cyrulika sewilskiego” pamiętam tylko program telewizyjny, w którym Jean Pierre Ponnelle wyreżyserował „Placidów dwóch” w duecie z tegoż „Cyrulika”. Była to bardzo smaczna scenka, ale co innego cała, nawet krótka opera.  Z ogromną przyjemnością donoszę, iż żaden z sędziwych panów nie zawiódł, i w trakcie tej niespełna godziny bawiono się przednio po obu stronach rampy. A to jest największa sztuka, sprawić wrażenie nieskrępowanej, radosnej zabawy kiedy duży zespół ludzi musi z ogromną precyzją wykonać swe niełatwe zadania tak, aby każdy element był na swoim miejscu i w swoim czasie, nie mówiąc już o artystycznej jakości tych działań.  Tak więc przy opuszczonej kurtynie  spektakl się zaczyna i … jesteśmy na seansie filmowym w latach pięćdziesiątych. Z głośników rozlega się „Funiculì, funiculà” a my oglądamy czołówkę obrazu „Gianni Schicchi”, identyczną z tymi, do których przyzwyczaił nas Woody Allen – ta sama typografia. Tylko nazwiska nieco inne: aktorzy to np. Oriana Fellatio, reżyser Luigi Impetuoso a firma producencka od nazwisk swych właścicieli zwie się Prosciutto e Melone. Potem ekran gaśnie, kurtyna się podnosi odsłaniając neorealistyczną scenografię, neapolitański przebój cichnie a do akcji płynnie wchodzi orkiestra. Zanim o muzyce , zatrzymajmy się na chwilę przy inscenizacji. Najogólniej mówiąc stanowi ona jedną wielką kpinę z utrwalonego w popkulturze obrazu Italii i jej mieszkańców. Mamy więc wszystko, co się w nim mieści: spaghetti  (wyciągane nawet z testamentu Buso Donatiego), sznury obwieszone praniem, temperamentnych bohaterów i delikatne sugestie mafijne. Mimo, że Woody Allen nie specjalizuje się raczej w reżyserowaniu dużych scen zbiorowych tu pięknie opanował całą piętnastkę postaci (licząc  sprawcę całego zamieszania nawet szesnastkę) pozostających w bezustannym ruchu, ale zawsze sensownym i celowym. Co tu dużo opowiadać – to jest śmieszne, i to w sposób niewymuszony i prawdziwy. Tekstowi libretta przysłużyli się też wydatnie śpiewacy, wszyscy bez wyjątku aktorsko znakomici. Placido Domingo zagrał Gianniego Schicchi z ogromnym, szelmowskim i zawadiackim wdziękiem  na jaki ten bohater zasługuje. Wokalnie rola także dobrze leży w aktualnych możliwościach maestra i słuchałam go z przyjemnością. Bardzo dobrze wypadła też para młodych i atrakcyjnych amantów, do której należą dwa znane fragmenty partytury. Adriana Chuchman ślicznie zaśpiewała największy hit „O mio babbino caro”. Bardzo tę arię lubię, nie tylko ze względu na jej niewątpliwą urodę ale też na czułość, z jaką bohaterka zwraca się do rodzica . To jedyny znany mi przypadek w literaturze operowej – córka nazywa go nie ojcem, jak to na ogół bywa , ale zwyczajnie, swoim kochanym tatusiem. I ta poufała bliskość ładnie została przekazana przez Chuchman i Dominga. Arturo Chacón-Cruz okazał się wdzięcznym Rinucciem – głos to nieduży, ale ładny i ciepły. Z całej gromady postaci drugoplanowych wyróżniła się Meredith Arwady, i to zarówno pod względem scenicznym jak wokalnym. Było to moje pierwsze zetknięcie z tą śpiewaczką , a nie miała ona tyle szczęścia co Stephanie Blythe i obła figura stanęła jej na drodze do wielkiej kariery scenicznej (bo poza teatrem się udało, Arwady jest nawet laureatką Grammy Award) ale kto raz usłyszał ten przepastny alt raczej go nie zapomni. Grant Gershon energicznie i z wyczuciem poprowadził orkiestrę LAO. Tak więc – dwaj sędziwi pracoholicy i ich duży, sprawny zespół dobrze  przysłużyli się Pucciniemu i publiczności.