Kiedy
piszę o dziele powszechnie znanym i takim, którego różne odsłony relacjonowałam
już wielokrotnie miewam kłopot z tym, jak rozpocząć nowy post. W końcu nie
bardzo wypada od pierwszego akapitu przejść do „inscenizacja była taka a taka,
pan X dyrygował tak a pani Y śpiewała …”. Jeśli mam do czynienia z operą
niezbyt popularną sprawa jest prosta – trzeba tylko dobrze poszukać informacji
(co lubię) i opowiedzieć własnymi słowami. Ale przecież nie mogę po raz kolejny
zawracać Państwu głowy fabułą i warunkami powstania np. „Toski”, bo najpewniej
wiecie wszystko od dawna. Jeśli zaś nie
- sprawdzenie nie wymaga żadnej fatygi. Dziś mój problem występuje w
sposób zwielokrotniony, bo chodzi i o utwór, który bardzo lubię, więc
wielokrotnie o nim i o jego licznych mutacjach pisałam. W dodatku spektakl nie
jest nowy, miał miejsce niemal dokładnie rok temu w Strasburgu, ale zapis
dotarł do mnie niedawno. Do obejrzenia zachęcił mnie nie tylko ciekawy zespół
solistów, ale też nazwisko reżysera. Robert Carsen jest jednym z nielicznych
dziś szanujących twórców dzieła, za które się zabiera, a poza tym wyróżnia go
pewien chłód połączony z elegancją. Oczywiście nie wszystkie jego produkcje mi
się podobały, ale tak na poważnie zawiodłam się na nim jedyny raz. Ten dzisiejszy stanowił po części raz drugi,
bo produkcja okazała się prawdziwie carsenowska, ale z drugiej zabrzmiały w
niej typowe dla współczesności fałszywe nuty. Oczywiście w wypadku „Don Carlo”
demonizowanie kościoła katolickiego jest łatwe i na pierwszy rzut oka właściwe,
ale przyjrzyjmy się bliżej. Jeżeli, jak w tym wypadku przenosimy akcję do
jakiegoś „dziś” to taki sposób prowadzenia akcji robi się z gruntu nieuczciwy.
Bo dziś, z małymi acz doskonale nam znanymi wyjątkami będąc chrześcijaninem
chyba łatwiej być prześladowanym i zasłużyć sobie na palmę męczeństwa (tak przynajmniej głoszą dane statystyczne)
niż zostać prominentnym członkiem
duchowieństwa w państwie teokratycznym.
A co widzimy na scenie? Przede wszystkim rozprawmy się z obrazem auto da fe, w
którym skazańcy nie giną na stosie, tylko z rąk młodych mężczyzn w sutannach,
którzy likwidują ich strzałem z pistoletu. Strasznie tu wieje efekciarstwem,
ale także niezrozumieniem inkwizycji i rządzących nią reguł. Groza tej upiornej
instytucji brała się przecież także z jej obłudy – wszak kościół wyczerpawszy środki perswazji, czyli
zakończywszy tortury oddawał kacerza w
ręce sprawiedliwości świeckiej, która to brała na siebie męczeńską śmierć
delikwenta. Władza religijna mogła spokojnie, wzorem Poncjusza Piłata umyć
ręce. Największą pretensję mam jednak do Carsena za scenę finałową, w której to
Cesarz Karol V w mnisim habicie uśmierca najpierw swego wnuka Carlosa a potem
syna Filipa. Strzałem z broni palnej oczywiście. To już było na granicy
śmieszności, a nawet w moim odczuciu ją przekroczyło. Ale nie wszystko w tym spektaklu tak
wyglądało. Zaczęło się nawet bardzo interesująco od … Hamleta. Po
podniesieniu kurtyny zobaczyliśmy czarno
odzianego mężczyznę z białą czaszką w ręku siedzącego pośrodku pustej sceny,
której ciemne wnętrze przypominało trumnę (potem nadal mieliśmy przed oczami tę
samą scenografię, a właściwie jej brak). Nałożenie na siebie najsłynniejszego
bohatera shakespeare’owskiego
wszechczasów i Don Carlosa ma sens – ci dwaj mają ze sobą wsporo
wspólnego. Ciekawy wydał mi się manewr
wykonany przy piosence saraceńskiej: ponieważ wszystkie damy noszą tu bez
wyjątku habity z początkiem arii przekładają tylko mnisie welony do przodu i
już mamy gromadkę islamskich kobiet w burkach. Religijna ortodoksja wszędzie
pokazuje tę samą twarz? Przy okazji za
pomocą habitów rozwiązał się problem z nierozpoznaniem Eboli przez Carlosa.
Księżniczka i królowa wyglądają jak bliźniaczki, a że infant widzi swą
interlokutorkę z początku tylko z tyłu może się pomylić. Muszę też przyznać, że
jak to zazwyczaj u Carsena bywa oglądanie jego inscenizacji stanowiło nie lada
przyjemność estetyczną, bo była spójna plastycznie, mroczna – co ma
uzasadnienie w tekście i bardzo elegancka. Tym bardziej szkoda, że wrażenie
popsuły skutecznie omawiane wyżej absurdy. Od strony muzycznej spektakl okazał
się poprawny i w zasadzie byłoby tylko tyle, gdyby nie jeden wyjątek, który
zostawiam sobie na lieto fine posta. Daniele Callegari prowadzący orkiestrę Opéra
national du Rhin był po prostu mało finezyjny – wszystko zostało odegrane
przyzwoicie, ale nic więcej. Nawet słynne solo wiolonczelowe przed arią Filipa
nie zrobiło na mnie zwyczajowego wrażenia. Może o tak być miało, bo
doświadczony wagnerzysta Stephen Milling nie radzi sobie najlepiej z verdiowską frazą a zarówno głosowi jak
postaci brak głębi i autorytetu. Ante Jerkunica również nie siał odpowiedniej
grozy jako Wielki Inkwizytor, ale dla niego jest jeszcze nadzieja – ma 38 lat,
głos basowy może się bardzo rozwinąć. Elena Zhidkova dla odmiany aktorsko była
bez zarzutu, szczególnie interesująco wypadła pod tym względem niema scena z królem na początku trzeciego aktu. Wokalnie
nie było już tak dobrze, zwłaszcza, że rola Eboli stawia pod tym względem spore
wymagania. Zhidkova zupełnie dobrze poradziła sobie z dramatyczną arią „O don
fatale” i uczyniła to mimo ograniczonego wolumenu. Tym niemniej piosenka
saraceńska ujawniła u niej spore braki w wyszkoleniu – ozdobniki były tak
zamazane, że właściwie nie było ich wcale. Tassis Christoyannis nie dysponuje głosem pięknym
lub charakterystycznym, ale używa go rozsądnie. Tyle, że w wypadku markiza Posy
śpiewanie rozsądne to ostatnia rzecz, jakiej słuchacz oczekuje. Posa nie musi
być wcieleniem szlachetności, niektórzy interpretują tę rolę tak, aby pokazać,
że chodzi tu nie tylko o miłość (braterską lub nie) do Carlosa, ale i o
polityczne interesy. Christoyannis wydał mi się mdły , chociaż technicznie
całkiem w porządku. Andrea Carè z kolei włożył w postać Carlosa nadmiar emocji,
może też chciał sobie w ten sposób poradzić
z niedostatkami w górze skali i stąd brał się efekt histerycznego
ciśnięcia głosu. To były tylko chwile, ogólnie włoski śpiewak zrobił dobre
wrażenie: jasny, nośny tenor o ładnej barwie pasuje do tej partii. Główną
gwiazdą przedstawienia okazała się Elza van den Heever, która ma wszystko, co
trzeba by być idealną Elisabettą i taka właśnie jest. Sopran o dużym wolumenie
i kontrowersyjnej barwie, którą ja bardzo lubię od pierwszego usłyszenia (10
lat temu w roli Donny Anny w San Francisco) jest pełny i nośny, podparty
nienaganną techniką oddechową i świetnym frazowaniem. Przy takich umiejętnościach można się skupić
na interpretacji, co Heever czyni dając świetny portret nieszczęsnej królowej.
Obok Anji Harteros to najlepsza współczesna Elisabetta i dla niej warto było
ten spektakl obejrzeć.
wtorek, 6 czerwca 2017
piątek, 26 maja 2017
"Farnace" ze Strasbourga
Przegapiłam ten spektakl „Farnace” Vivaldiego kiedy miał swoją premierę w Opéra national du Rhin
(Strasburg) niemal
równo 5 lat temu i był wówczas transmitowany przez Mezzo. Ale – na moje
szczęście przypomniała go Opera Platform z okazji European Opera Days
(wiedzieliście, że istnieje coś takiego?), a potem okazało się, że można go
znaleźć na You Tubie. Jeśli wykazaliście się podobną nieuwagą a lubicie operę
barokową jest to rzecz godna polecenia. Chociażby ze względu na nietypową
obsadę – 4 mezzosoprany, dwóch tenorów i falsecista. Poza tym
można tu znaleźć i przypomnieć sobie jeden z większych przebojów
napisanych przez Vivaldiego, arię „Gelido in ogni vena” (jeśli nawet wydaje się
nam, że jej nie znamy, po pierwszych taktach jesteśmy w domu, bo to przecież
„Zima” z „Czterech pór roku”). A last but not least samo przedstawienie i jego
wykonanie. Realizacja jedego ze znaczących trendów we współczesnej praktyce
teatralnej , czyli powierzanie reżyserii operowej choreografom wyjątkowo nie powoduje w tym wypadku
katastrofy. Lucinda Childs wprawdzie nieco przesadza z ilością baletu, stosuje
też ograny chwyt dublowania śpiewaków przez tancerzy. Stara się jednak , aby
taniec nie przeszkadzał wokalistom, co daje momentami przezabawny, a
nieprzewidziany efekt. Oto wyobraźcie sobie, że postać śpiewa swą arię samotna
na scenie, ale tancerze czają się w kulisach aby wypaść na nią w czasie brania
długiego oddechu i zniknąć (niestety niebezpowrotnie) gdy znów rozlega się
głos. Ta metoda dowodzi niezrozumienia kompozycyjnych zasad gatunku, bo w
operze właśnie aria istnieje po to, aby zatrzymać akcję i wyrazić uczucia
bohatera. Dublowanie tego przez taniec, mający dokładnie ten sam cel niczemu
nie służy, a wprowadza nadmiar. Ale w wypadku tego konkretnego spektaklu i tak
wygląda to lepiej, niż można się było spodziewać. Dobre słowo należy się Childs
także za ogólny umiar i poczucie humoru,
obie cechy bardzo wskazane przy typowym, barokowo spiętrzonym,
nieprawdopodobnym i czasami wręcz absurdalnym libretcie. Bo gdyby odrzucić
nawias (w tej roli świadomość konwencji epoki) widz mógłby doznać ataku serca z
przerażenia: tatuś usiłuje tu zabić nieletnie dziecię w imię honoru, żoninymi
rękami oczywiście bo nie chce kalać własnych. Po czym przekonawszy się, że
mamusia jakoś nie spieszy się z wykonaniem mężowskiego rozkazu rzuca się na nią
ze sztyletem. To i tak nic w porównaniu z krwiożerczą babunią przez trzy akty
dybiącą na życie własnego wnuka aby w ostatnich sekundach deus ex machina
doznać ataku niewytłumaczalnej łaskawości. Na szczęście, jak to w baroku
wszelkie knowania i dybania są nieskuteczne, bo postaci (każda z siedmiu na
kogoś czyha) zbyt są zajęte użalaniem się nad własnym losem by móc je
zrealizować. Reżyserka potraktowała to wszystko na tyle serio, żebyśmy nie musieli
wybuchać wrednym śmiechem i na tyle lekko, żeby nie krzywić się z odrazy. Mój ulubiony przykład to Selinda i jej dwaj zalotnicy, teoretycznie usiłujący
zdobyć damę za pomocą eliminacji konkurenta. Tutaj są zbyt zajęci rywalizacją i
udowadnianiem przeciwnikowi swej wyższości, także fizycznej, żeby zwracać uwagę
na damę. Na plus trzeba Lucindzie Childs zapisać też umiejętność doboru
współpracowników. Dekoracje Bruno de Lavenère’a okazały się maksymalnie proste i funkcjonalne
co nie odebrało im urody. Natomiast kostiumy (tego samego autorstwa) stanowiły
jeden wielki dowcip – były, zwłaszcza w wypadku panów fascynującym miksem szat
antycznych ze współczesnymi, co dało rezultat nie tylko zabawny, ale też w
niektórych przypadkach ładny. Mistrz oświetlenia, David Debrinay też zasłużył na podziękowania, bo nie
zastosował się do obowiązującego trendu, aby na scenie było jak najciemniej.
Wykazał, że półmrok wymagany przez fabułę nie musi oznaczać dla widza utraty
wizualnego kontaktu ze sceną. Muzycznie przedstawienie się udało, co wcale nie
było takie pewne, biorąc pod uwagę perturbacje z orkiestrą. Przywołana w trybie
dosyć nagłym Concerto Köln pod mistrzowską ręką George’a Petrou sprawiła się
doskonale. Zauważyłam zresztą, iż sama nie wiem czemu przy muzyce barokowej
jestem znacznie bardziej tolerancyjna na ewentualne niedociągnięcia niż w
innych wypadkach. Może dlatego, że tak naprawdę nikt nie wie, jak to powinno
brzmieć ( przeżyliśmy już niejedną wojnę w sprawie jedynie słusznej
interpretacji, temp, strun itd.), a może tak mnie ona cieszy, że drobne
niedokładności niewiele znaczą. Chór, jak to w operze z tamtych czasów się nie
napracował. Za to soliści – i owszem. Może z wyjątkiem Pompejusza, co okazał
się szczęśliwe, jako, że Juan Sancho nie
imponował kreacją wokalno-aktorską. Doskonały był za to Emiliano
Gonzalez Toro – Aquilio – w jego głosie nawet drobna, gęsta wibracja, której na
ogół nie lubię mi nie przeszkadzała. Z czterech mezzosopranistek najciekawsza
jako postać wydała mi się Vivica Genaux w roli Gilade’a. Trzeba
przyznać, że w stworzeniu tej kreacji naturalne warunki zewnętrzne i znakomity kostium pomogły śpiewaczce
wydatnie, ale i wokalnie występ udał się przednio (a nie jestem szczególną
wielbicielką jej talentu). Mary Ellen Nesi wyraźnie dobrze bawiła się partią
wiecznie wściekłej harpii Berenice a kaskady wyrażających tę furię koloratur
nie sprawiały jej problemu. Jako najbardziej ludzka z bohaterek, Tamiri, Ruxandra Donose zaprezentowała adekwatne,
wyrównane we wszystkich rejestrach brzmienie, piękną, lekko przydymioną barwę
głosu i szlachetny umiar wykonawczy. Carol Garcia podbiła moje uszy i czy –
chociaż może są jeszcze w jej śpiewie rzeczy do poprawki, zwłaszcza w kwestii
intonacyjnej precyzji jej Selinda była po prostu apetyczna. Pod każdym
względem. Max Emanuel Cenčić, jeden z najsławniejszych falsecistów świata
porwał się na rolę napisaną dla kobiety. Owszem, jako król Pontu wyglądał na
pewno bardziej wiarygodnie niż jakakolwiek koleżanka (kostium podkreślał ładnie
wyrobione mięśnie), ale nie oto w operze chodzić powinno. Cenčić
wykonuje rolę Farnace przyzwoicie, ale ja tęsknię go głosu pełniejszego,
okrąglejszego. A jeśli to już musi być
falsecista – do Kacpra Szelążka, który „Gelido in ogni vena” interpretuje przepięknie.
wtorek, 16 maja 2017
Pięciolecie bloga i trójkąt miłosny

Kochani
Czytelnicy, to już 5 lat! Od tak dawna towarzyszycie mi w moich nieustannych
operowych wędrówkach, realnych i wirtualnych. 16 maja 2012 wpuściłam do sieci
swój pierwszy tekst o „Traviacie” w Met. Od tego momentu wiele się w moim życiu
zdarzyło, zmiany były zarówno smutne jak szczęśliwe. Ostatnio dostałam nawet
propozycję reklamy od pewnego biura podróży (moja pierwsza taka oferta), ale
nie skorzystałam. Jedno pozostaje zupełnie takie samo – moja ciekawość Waszych
opinii i tego, co Was interesuje. Przyglądając się blogowym statystykom wiem
tylko jedno – jesteście kompletnie nieprzewidywalni. Dlaczego na przykład
podsumowanie roku 2015 jest jednym z najchętniej czytanych moich postów a rok następny
nie zainteresował tak wielu? Dlaczego recenzja akurat z „Łaskawości Tytusa” w
Teatrze Wielkim cieszy się takim powodzeniem? I zaskoczenie największe – wpis o
„Umarłym mieście”, którego jako żywo nie podejrzewałam o popularność, jaką się
cieszy. Jakkolwiek by nie było – radość z Waszej obecności mam ogromną i bardzo
Wam za nią dziękuję! A żeby się w świątecznym nastroju utrzymać proponuję
relację z koncertu, który odbył się 9 maja w Filharmonii Narodowej – „Amore
traditore. Ona, On i ten Trzeci”. Wybierając się na Jasną przewidywałam, iż
będzie to zdarzenie w rodzaju „Baroque living room”, bo protagoniści (z jedną zmianą, ale niezwykle
obiecującą) ci sami, a i formuła pewnie też. Rzeczywiście, Artur Stefanowicz wraz z Dorotą Cybulską – Amsler z na ogół
mniej znanych fragmentów oper barokowych (głównie) złożyli zgrabne pasticcio .
Fabuła jest dokładnie zgodna z tytułem zdarzenia i aktualna od początku gatunku
homo sapiens do dziś. On i Ona kochają się, ten Trzeci skutecznie uwodzi Ją i
zabiera w siną dal. On to rozpacza, to doznaje ataków furii, tymczasem występna
para zaczyna się kłócić. Ona powraca, On wybacza, ten Trzeci zostaje na lodzie.
Stefanowicz zgrabnie to wyreżyserował i
chyba nie miał większych problemów, bo zarówno on sam, jak dwójka jego partnerów
jest scenicznie utalentowana i udatnie
ten spektakl bez scenografii zagrała. Tym razem, inaczej niż poprzednio muzycy
Ensemble Club Europa nie zostali obciążeni zadaniami aktorskimi. Grali za to
bardzo dobrze, co zostało dostrzeżone i nagrodzone przez wdzięczną publiczność,
wraz z którą bawiłam się wspaniale. Nie wszystko brzmiało idealnie, zwłaszcza
głos Artura Stefanowicza wykazuje spore oznaki zmęczenia i utraty blasku oraz lekkości. Śpiewak
nadrabiał muzykalnością i doświadczeniem. Olga Pasiecznik nie ustrzegła się
drobnych wachnięć intonacyjnych, ale jej sopran nadal błyszczy zaś aria
Pergolesiego, którego uwielbiam wypadła szczególnie pięknie. Bardzo lubię,
kiedy głos ludzki dialoguje sobie z instrumentem (w tym wypadku był to obój, na
którym grał Marek Niewiedział).
Pasiecznik ma po za tym pozytywną
pewność tego co robi, nabytą z latami spędzonymi na scenie a dającą swobodę
zarówno interpretacyjną jak wokalną. Kacper Szelążek okazał się gwiazdą
pięknego wieczoru, co dla widowni raczej niespodzianką nie było. Po anielsko
wykonanym lamencie Porpory „Alto Giove” biliśmy brawo do bólu dłoni. A ja od
swej koleżanki usłyszałam uroczą recenzję – „tyle lat słucham, a dopiero dziś
zrozumiałam, dlaczego kobiety wariowały kiedyś dla różnych Farinellich”. Po
powrocie do domu poszukałam sobie na YT innych wykonań przepięknego lamentu i stwierdziłam z niejaką
satysfakcją, że nikt, a zwłaszcza dwaj falsetowi gwiazdorzy nie zbliżył się
nawet jakością do Szelążka śpiewającego z absolutną, porywającą prostotą. Podobnie nieznana mi wcześniej canzona „
Combatton’quest’alma” prawie dziś anonimowego Giovanniego Felice Sancesa
stanowiła jeden z najmocniejszych punktów programu. Komplementy pod adresem
Szelążka są ciągle te same co przy innych spotkaniach z jego sztuką wokalną :
rozległa skala urodziwego głosu, precyzja techniczna i umiejętność trafienia
prosto do emocji słuchacza. Liczni w Polsce wielbiciele śpiewu falsetowego –
jeśli Was z nami nie było na widowni Filharmonii Narodowej, żałujcie.
środa, 10 maja 2017
Śnieżynka w ciemnym lesie
Śnieżynka urodziła się z krótkotrwałej i nie bardzo szczęśliwej miłości Wiosny i Mrozu. Ten związek nie wytrzymał próby czasu (nie zawsze bohaterowie baśni żyli długo i szczęśliwie), a od początku naznaczony był piętnem nieprawości, trzeba go było ukrywać przed zazdrosnym Słońcem. Wiosna odeszła, córeczka została z tatą i wyrosła na śliczną pannę, ale w krainie mrozu zostać nie chciała. Tęsknota za ludźmi i ludzkimi uczuciami zawiodła ją, za zgodą prawdziwych rodziców do ubogiej, bezdzietnej pary dla której stała się błogosławieństwem. Na krótko, bo pieśni wędrownego śpiewaka Lela podsyciły tylko pragnienie poznania czym jest miłość. A kiedy już prawdziwie pokochała, rozpalone serce roztopiło Śnieżynkę i po prostu się rozpłynęła. Ta historia rozpowszechniła się w różnych mutacjach i uznawana jest dziś za podanie ludowe, ale jak na takie do powszechnej świadomości trafiła podejrzanie późno, bo w drugiej połowie dziewiętnastego wieku. Zainspirowała najpierw Aleksandra Ostrowskiego, który napisał opartą na niej sztukę, straszliwie zjechaną przez krytykę po petersburskiej premierze w 1873. Nie pomogła nawet muzyka samego Czajkowskiego, który tak długo zastanawiał się potem nad operą na ten temat, że ubiegł go Rimski-Korsakow. Prapremiera jego “Śnieżynki” miała miejsce w 1881 i mimo niezadawalającej kompozytora scenografii odniosła wielki sukces. Cztery lata później rzecz trafiła na moskiewską scenę już w godnej oprawie i podobała się na tyle, żeby od czasu do czasu pokazywano ją w Rosji czy ZSRR. Na zachodzie raczej nie cieszyła się wzięciem, w Polsce mieli szansę ja poznać tylko poznańscy melomani, ale było to dawno, dawno temu – 1951. Zapowiedź wystawienia jej w Opéra national de Paris wywołała zrozumiałą ciekawość francuskich bywalców, zwłaszcza, że obsada miała być głównie rosyjskojęzyczna a reżyserię oddano w ręce Dmitri Tcherniakova. Kiedy rozpoczęto próby z teatru zaczęły dochodzić niepokojące wieści o masowej niemal ucieczce solistów – jako pierwsza z roli Wiosny zrezygnowała Luciana d’Intino, po chwili jej następczyni Ekaterina Semenchuk zrobiła to samo. Nie minęło wiele czasu a Ramon Vargas porzucił powierzoną sobie partię cara Berendeja. Aby dopełnić czarę goryczy rozchorował się przewidziany na jedną z głównych atrakcji przedstawienia Yuriy Mynenko. Szef obsad w Bastylii musiał mieć niemały ból głowy, ale wykazał się błyskawicznym refleksem i do premiery udało się poukładać puzzle na nowo. Do dnia telewizyjnej transmisji dodatkowo zdołał dojść do siebie Mynenko. I co zobaczyliśmy, a przede wszystkim usłyszeliśmy po tylu złych przygodach? Jeśli chodzi o warstwę obrazową przedstawienie wydało mi się kontynuacją ścieżki, którą podążył Tcherniakov realizując „Rusłana i Ludmiłę” w Moskwie. Na pierwszy rzut oka niby wszystko się zgadza, ale im dalej tym bardziej okazuje się, że niezupełnie. Mamy las i leśną polanę, ale na niej kolonię współczesnych domków turystycznych z nieodłączną przyczepą mieszkalną, która zdaje się zastąpiła w modnych inscenizacjach tracący na popularności basen. Zaludnia te okolice tłumek backpakersów noszących ludowy strój jak kostium, nie codzienne ubranie. Podobnie traktują oni Maslennicę i inne ludowe obrzędy. Wygląda to w miarę konsekwentnie i logicznie, ale są też kwestie mocno kontrowersyjne. Mniejsza o to, że spotkanie rodziców Śnieżynki (na platynową perukę Wiosny poszło ze dwa kilogramy żelu i tyleż lakieru) odbywa się w szkolnej sali gimnastycznej. Mam wrażenie, że to jakaś dziecięca trauma dręcząca Tcherniakova (dwója z WF-u?), identycznie było w „Rusłanie i Ludmile”. Najbardziej wstrząsającym i rażącym elementem okazuje się sposób, w jaki Tcherniakov pozwala Śniezynce poznać ludzką miłość. Otrzymawszy ten dar od matki bohaterka zgodnie z librettem natychmiast zakochuje się w odrzucanym wcześniej mężczyźnie, tyle, że tu jest on brutalnym i gwałtownym draniem, który niechybnie by dziewczynę zgwałcił gdyby nie interwencja Ducha Lasu. Można by stwierdzić, że Śnieżynka wcale nie pokochała Mizgira i adresatem jej pierwszego -ostatniego wyznania jest Lel, na którego patrzy umierająca ale co wtedy z librettem? Nie sądzę, żeby Tcherniakov specjalnie się tym przejmował, skoro kolejny raz ingeruje w partyturę obsadzając kontratenora zamiast przewidzianej do partii Lela kontralcistki. Mimo wszystko cieszę się, że mogłam ten rzadko wystawiany rarytas obejrzeć, bo muzycznie spektakl okazał się niepośledniej jakości. Podziwiając znakomicie jak zawsze śpiewający chór OnP zastanawiałam się nad losem jego śpiewaków, nierzadko mających zadanie trudniejsze od solistów. Artyści z chóru nie mogą wybierać co i kiedy chcą wykonywać - muszą być gotowi na każde wyzwanie, w bardzo różnorodnych stylach i językach. Brawo dla nich! Jak zazwyczaj przy operze słyszanej po raz pierwszy nie podejmuję się oceny orkiestry. Miałam wrażenie, iż Tatarnikov zrobił wszystko co trzeba, by brzmiała w sposób niemal idealny, ale czy tak było rzeczywiście niech wypowiadają się znawcy. Natomiast relacja z pracy śpiewaków należy do przyjemności, bo z jednym, przykrym wyjątkiem byli świetni. Miejmy z głowy to, co złe czyli występ Thomasa Johannesa Mayera jako Mizgira – baryton wagnerowski ani nie stworzył przekonującej postaci scenicznej, ani wokalnej. Jego głos po prostu trząsł się brzydko, nie mógł wznieść się wysoko bez straszliwego napięcia a i w średnicy nie miał odpowiedniej klasy. Na szczęście nie dobry Mizgir jest warunkiem powodzenia w wypadku tej opery, a właściwa Śnieżynka, taką zaś znaleźć niełatwo. Musi stanowić połączenie dziecięcej niemal kruchości i zadziwienia światem z wrodzoną elegancją, a pod koniec być jednym wielkim pragnieniem. A jeszcze wymagania głosowe – powinna posiadać dzwoneczkowy, srebrzysty głos o źródlanej czystości, zdolny jednak oddać finałową przemianę bohaterki. I dokładnie taką Śnieżynkę mieliśmy na scenie! Aida Garifullina z każdym rokiem coraz mocniej udowadnia, że wygrana w Operaliach nie stanowiła przypadku. Jej Śnieżynka miała wszystko – piękny, kryształowy głos, znakomite legato, delikatną urodę kojarzącą się nieodparcie z jelonkiem Bambi i bezcenną wiarygodność emocjonalną. Drugą atrakcją wieczoru miał być i ku mojemu zdziwieniu (pamiętam jego niedobry występ w „Rusłanie i Ludmile”) rzeczywiście był Yuriy Mynenko. Lel został tu zewnętrznie wystylizowany na Kurta Cobaina (chyba) – biały podkoszulek, długa blond plereza. Przy tym, chociaż według zamysłu autorskiego to postać mająca być personalizacją sztuki tutaj był tylko narcystycznym mężczyzną, aczkolwiek obdarzonym wybitnym talentem. Mynenko bardzo pięknie zaśpiewał wszystkie trzy pieśni Lela, głosem jak na falsecistę dosyć okrągłym i łagodną, długą frazą, której kilka lat temu nie potrafił zaprezentować. Zaskoczeniem okazała się, przynajmniej dla mnie Martina Serafin i wyraźna, widoczna przyjemność jaką rola Kupavy (niezbyt dobrze to po polsku brzmi) sprawiała jej samej, ale na szczęście i słuchającej publiczności. Wycieczka w stronę opery słowiańskiej była w wypadku tej specjalistki od mocnych postaci z repertuaru włoskiego (Tosca, Lady Macbeth) udana pod każdym względem. Serafin śpiewała silnym, pewnym intonacyjnie głosem delikatnie akcentując liryczne elementy swej partii, sprawdziła się też aktorsko.
‘Śnieżynka” jest
operą o dużej obsadzie, z której niemal wszyscy spisali się dobrze. I mimo
pewnych zastrzeżeń serdecznie ją polecam. Ostatni link zaprowadzi Państwa do
uroczego, radzieckiego filmu animowanego z 1952 roku z muzyką
Rimskiego-Korsakowa. Natomiast link pierwszy jest swego rodzaju ciekawostką –
wideo 360 stopni.
niedziela, 30 kwietnia 2017
The second kiss - "Eugeniusz Oniegin" w Met, odsłona druga
Od
premiery minęło kilka lat i kiedy „Eugeniusz Oniegin” pojawił się w planie
transmisji Met na bieżący sezon postanowiłam tę nową odsłonę obejrzeć,
zwłaszcza, że wabikiem miała być all russian cast z Dimitri Hvorostovskim i Anną Netrebko na czele.
Wszyscy wiecie co dalej i dlaczego Dima
nie mógł dotrzymać obietnicy i zaśpiewać Oniegina. Melomani na całym
globie modlą się lub trzymają kciuki za jego zdrowie przede wszystkim a powrót na scenę w drugiej kolejności
(oczywiście ja także). Powstały wakat obsadowy dyrekcja Met wypełniła
błyskawicznie i godnie – o zastępstwo poproszono Mariusza Kwietnia i Petera
Mattei. Nasz baryton występował już w pierwszej transmisji spektaklu, więc
chcąc uniknąć powtórzenia identycznej konfiguracji obsadowej co w roku 2013 honor
występu w przedstawieniu dostępnym w kinach powierzono Szwedowi. W mediach i w
Internecie rozpętała się mała wojna między wielbicielami obu panów, którą
śledziłam z pewnym rozbawieniem jeszcze przed godziną zero. A ja, jak wiecie
wierna admiratorka talentu Kwietnia bardzo też doceniam Mattei, więc byłam
szalenie ciekawa jakie będą podobieństwa i różnice obu interpretacji. Oraz
tego, czy powstała w niesprzyjających warunkach i w pewnym chaosie inscenizacja
Deborah Warner zyskała choć trochę na spójności i logice. Otóż z żalem konstatuję, że nie zyskała. Nadal
jest niezborna i nieprzekonująca, chociaż ma piękne momenty – zwłaszcza
pojedynek Oniegina i Leńskiego, a także mimo wszystko scenę finałową. Najmniej
sensowne i przekonujące są w tym przedstawieniu sceny zbiorowe, nie wiedzieć
czemu prezentowane według zasady: im bardziej ograniczona przestrzeń, tym
większy tłum. Deborah Warner wykazuje też duże zamiłowanie do rodzajowości i
pewnie stąd procesja wieśniaków, błogosławieństwa ikonami itd. Przyznam szczerze,
iż chociaż ta produkcja jest raczej przeciętna niż zdecydowanie zła, dziwię się
jednak dyrekcji Met. Po cóż było zastępować nią przepiękną inscenizację Roberta
Carsena (kto nie widział, polecam serdecznie jest na DVD z Hvorostovskim i
Fleming. )? Dwa miesiące temu wznowioną ją w Chicago i podobno nadal zachwyca
swą malarską urodą. Natomiast zupełnie nie dziwię się wielkiej owacji, jaką
otrzymała po swej koronnej scenie Anna Netrebko, której w partii Tatiany nigdy
nie mam dość. Nawet w nonsensownej produkcji Warlikowskiego Netrebko była
zachwycająca i wzruszająca, podobnie w Met 4 lata temu. A dziś, kiedy ma już tę
rolę ośpiewaną jest pewna każdego dźwięku i gestu można ją tylko podziwiać. To
już nie jest kwestia blasku divy, to prawdziwa artystka kompletnie wcielona w
swoją postać, zarówno pod względem muzycznym jak aktorskim. Z jej Onieginem
sprawa wydaje mi się nieco bardziej skomplikowana. Peter Mattei ma ponad
pięćdziesiąt lat, na tyle mniej więcej wygląda i trudno mu grać młodego
aroganta, któremu życie przytrze rogi i czegoś nauczy. Siłą rzeczy ten Oniegin
musi być już ukształtowanym mężczyzną i jego arogancja nie wynika z
młodzieńczej głupoty prowadzącej do prawdziwego nieszczęścia. Tym trudniejsze i
ciekawsze zadanie stoi przed wykonawcą w finałowym duecie, obudzenie się serca
uśpionego tak długo powinno być jeszcze mocniejszym efektem niż w wypadku Oniegina młodszego. I o ile
Mattei perfekcyjnie zagrał bohatera wyobcowanego przez swą własną dumę i
fałszywą wyższość, o tyle finał w jego interpretacji, mimo nienagannego
rzemiosła aktorskiego nie poruszył mnie jak powinien, a i słynny pocałunek nie
wydał mi się tak gorący. Biorę pod uwagę, że być może chodzi o temperaturę i
pasję, z jaką tę przemianę bohatera prezentuje Kwiecień – jeśli tak, trudno – każdemu
„jego” Oniegin. Wokalnie Mattei sprawował się znakomicie, ale tu także wolę
cieplejszy głos Kwietnia pozbawiony charakterystycznego, drobnego vibrata jakie
słychać u Szweda. Mattei w mojej wdzięcznej pamięci pozostanie już na zawsze
najbardziej wstrząsającym Amfortasem jakiego słyszałam i jednym najlepszych Wolframów, Don Giovannich itd. Alexey Dolgov
był poprawnym Leńskim, ale traci nie tylko na porównaniu do Piotra Beczały, ale
też do Dovleta Nurgeldiyeva, którego w styczniu mieliśmy okazję słyszeć w
Warszawie. Elena Maximova – Olga oraz Elena Zaremba i Larissa Diadkova
(obie ponownie wystąpiły jako Łarina i
Filipiewna) śpiewały na tym samym, wysokim,
profesjonalnym poziomie, acz bez ekscytacji. Štefan Kocán trochę mnie zawiódł wykonaniem
pięknej arii Gremina . Śpiewał oczywiście znacznie lepiej niż upiorny Gremin
sprzed 4 lat, ale spodziewałam się po nim więcej pełnego, aksamitnego
brzmienia, które Kocán zazwyczaj bez problemu prezentuje. Za to jego Książe był
w wieku Tatiany, co pozwoliło na miłosny trójkąt spojrzeć z nieco innej
perspektywy. Najmocniejszym elementem spektaklu okazał się, obok Anny Netrebko
oczywiście dyrygent Robin Ticciatti prowadzący orkiestrę Met energicznie a
wręcz entuzjastycznie. Jakaż to
pozytywna odmiana po chłodnym i poprawnym Valerym Gergievie! Ticciatti nie
zgubił przy tym detali i niczego nie zagonił ani nie zagłuszył. Ma też wyczucie specyficznie słowiańskiej
rozlewności, muzyka pod jego ręką miała i klasę i blask.
P.S. Portal Opera Wire właśnie ogłosił listę 10 najlepszych obsad mijającego sezonu w Met. Oprócz "Don Giovanniego" znalazł się na niej także "Eugeniusz Oniegin" - ten z Mariuszem Kwietniem.
P.S. Portal Opera Wire właśnie ogłosił listę 10 najlepszych obsad mijającego sezonu w Met. Oprócz "Don Giovanniego" znalazł się na niej także "Eugeniusz Oniegin" - ten z Mariuszem Kwietniem.
czwartek, 20 kwietnia 2017
Monteverdi, Villazón i zmierzch bogów na Polach Elizejskich
Monteverdi nie zajmuje w moim melomańskim życiu wiele
miejsca – kilka spektakli „Orfeusza”, tyleż „Koronacji Poppei” i bodajże jeden
„Powrotu Ulissesa do ojczyzny”. Reszta oper, a nie jest tej reszty dużo, bo
część twórczości zaginęła jest mi znana
tylko z nagrań dźwiękowych. Tych także słucham nieczęsto jako, że do
Monteverdiego odnoszę się raczej z ostrożnym szacunkiem niż z prawdziwą
miłością. Kiedy dowiedziałam się, że w Théâtre des Champs Élysées Penelopę
śpiewać będzie Magdalena Kožená i Mezzo
zapowiada transmisję nie mogłam okazji przegapić nie tylko ze względu na czeską
mezzosopranistkę, której głos wielbię od dawna.
Produkcje pokazywane na Polach Elizejskich wydają mi się jakoś ciekawsze
niż te z OnP a podobną prawidłowość widzę w wypadku Theater an der Wien
i Wiener Staatsoper. Może to kwestia mniejszego zadęcia, a może tylko swoisty
genius loci. Do oglądania „Powrotu Orfeusza do ojczyzny” zasiadłam przygotowana
na to, że być może trzeba będzie poświęcić spektaklowi nieco więcej wysiłku niż
zwykle. Dzieło powstało w początkach gatunku a premiera odbyła się w 1640 roku,
kiedy taki wynalazek jak publiczny, płatny teatr operowy istniał dopiero
od 3 lat. Rzecz ma strukturę typową dla
swoich czasów – linie wokalne składają się głównie z recytatywów, z rzadka
występują ariosa, ale są duety i sceny zbiorowe. Także sama opowieść nie zaskakuje – jak
zawsze w tym okresie mamy temat antyczny i rozliczne bóstwa komentujące akcję a
często się do niej włączające. Oryginalna i wyrastająca ponad wszystko inne wydaje
się w tej operze partytura Monteverdiego. A właściwie jej szkielet, bo do dziś
nie zachowała się instrumentacja, jedynie linie wokalne i basso. Całość musi
stanowić poważne wyzwanie dla reżysera, który powinien z sensem połączyć bóstwa
i śmiertelników z modnym i obowiązującym współczesnym kontekstem. Mariame Clément się udało, co stwierdzam z
przyjemnością - nie było chwil nudy,
chociaż oczywiście nie wszystkie pomysły mogłam radośnie zaakceptować. Najbardziej zastanawiająca wydała mi się
finałowa hekatomba bogów konających w potokach krwi i w męczarniach. Bóstwa są
tu zresztą przedmiotem ciągłych kpin począwszy od lokalizacji – Olimp
usytuowany jest wprawdzie wysoko, ale w regularnej rybackiej knajpie. Neptun
wygląda jak żywe wcielenie pirata z bajki (nie nosi tylko przepaski na oku),
Jowisz rzeczywiście go przypomina jak brat. Junona pełni podrzędną funkcję
kelnerki, to faceci decydują o wszystkim a jej pozostają tylko pokorne prośby –
ech, kobiecy losie… Mamy też rozsiane po przedstawieniu drobne żarciki, w
większości rzeczywiście zabawne: tajemnicze postacie w togach rozsypujące na
deski garść (dosłownie tyle) piasku, żeby zaznaczyć, że znaleźliśmy się na
plaży, napowietrzną podróż Telemacha i Minerwy na błyszczącej kanapie
zaopatrzonej w światła ostrzegawcze itd. Nikt wprawdzie nie gapi się na
wyświetlacz smartfona, ale Irus to
typowy członek klasy próżniaczej – chodzi w koszmarnych szortach w palmy,
t-shircie z Akropolem i klapkach, odżywia się burgerem popijanym płynem z papierowego
kubka. Wypisz, wymaluj jak nakazuje libretto, tylko dwa tysiące lat później. A
przy tym lament żarłoka ściganego upiorną wizją głodu budzi nie tylko uśmiech,
ale i współczucie. To już zasługa nie tylko Monteverdiego, ale i Jörga
Schneidera grającego tę postać a także pani reżyser, która znakomicie
uwypukliła nie tylko cechy charakterystyczne bohaterów, ale także ich wnętrze i
relacje między nimi. Na wielkie brawa zasługuje prawie cały zespół wykonawczy,
a nie był on mały. Prawie, bo z jednym, ale bardzo przykrym wyjątkiem. W
popremierowych recenzjach pastwiono się nad
Rolando Villazónem okrutnie, ktoś nawet porównał go Florence Foster
Jenkins. Czytając miałam nadzieję, że to jednak przesada, że może
nadekspresyjność śpiewaka drażni i przekłada się na to jak odbierany jest jako
wokalista. Czasem czyjś język ciała, czyjaś mimika i manieryzmy drażnią nas
mimowolnie do tego stopnia, że trudno nam na niego patrzeć, nie mówiąc już o
zachowaniu obiektywizmu (ja też tak mam z pewnym popularnym tenorem). Niestety,
słuchając Villazóna (bo kreacja sceniczna była zupełnie do przyjęcia)
stwierdziłam, że krytycy mieli rację. Doznałam zawodu tym większego, że niegdyś
nagranie płytowe „Il combattimento di Tancredi e Clorinda”, a przynajmniej udział
w nim Villazóna uznałam za udany. Byłam wówczas w mniejszości, ale nie samotna,
pozytywnie wypowiadał się o nim Piotr Kamiński. Minęło kilka lat w których
sporo się działo, tenor przeszedł między innymi słynny kryzys wokalny, zmienił
repertuar i ze szczętem zapomniał jak się Monteverdiego śpiewać powinno. Nie
jest to kwestia nietypowej w tym repertuarze, ciemnej barwy głosu tylko
kompletnej ignorancji w dziedzinie stylu połączonej z wokalną niemocą.
Krzykliwość, wypychane siłowo górne dźwięki, przydechy i podjazdy których opera
werystyczna by się powstydziła – wszystko to razem przykre i smutne. Złe
wrażenie pogłębiało się przez obecność na scenie pięciu innych tenorów,
wszystkich o niebo lepszych, a zwłaszcza Kresimira Spicera tworzącego piękną,
szlachetną głosowo kreację Eumachiusza. Podobny problem z finałowym duetem
połączonych wreszcie małżonków, w którym Magdalena Kožená nie miała niestety
godnego partnera. A była znakomitą, ekspresyjną (ale bez przesady), wzruszającą
Penelopą, i to pod każdym względem. Jej świetlisty mezzosopran należy do kilku
najpiękniejszych głosów na świecie a Kožená mistrzowsko się tym instrumentem
posługuje. Wydaje się, że muzyka Monteverdiego służy mu szczególnie. Z
pozostałych wykonawców na szczególną uwagę i komplementy zasłużyły
Anne-Catherine Millet jako urocza i
młodzieńcza Minerva oraz Isabelle Druet w roli Melantho ale właściwie
należałoby wymienić pełną listę i tak robię. Emmanuelle Haïm nie dała
się tym razem ponieść dyrygenckiemu temperamentowi i prowadziła Le Concert d'Astrée rozważnie i dosyć spokojnie, co nie jest
dla niej typowe ale posłużyło dobrze całości. I gdyby nie tytułowy bohater
byłoby to niezwykle udane przedstawienie, ale i tak warto mu poświęcić ponad
trzy godziny swego czasu. Przekonajcie się sami!
P.S. Z ostatnich doniesień wynika, że w przyszłym roku Rolando Villazón planuje debiut w partii Papagena. Już się boję, bo to przepiekna rola, którą nader łatwo zepsuć błazenadą i brakiem wyczucia granic.
Rolando Villazón (Ulisse)
Magdalena Kožená (Penelope)
Katherine Watson (Junon)
Kresimir Spicer (Eumee)
Anne-Catherine Gillet (L’Amour / Minerve)
Isabelle Druet (La Fortune / Mélantho)
Maarten Engeltjes (La Fragilité humaine / Pisandre)
Callum Thorpe (Le Temps / Antinoüs)
Lothar Odinius (Jupiter / Amphinome)
Jean Teitgen (Neptune)
Mathias Vidal (Télémaque)
Emiliano Gonzalez Toro (Eurymaque)
Jörg Schneider (Irus)
Elodie Méchain (Euryclée)
Magdalena Kožená (Penelope)
Katherine Watson (Junon)
Kresimir Spicer (Eumee)
Anne-Catherine Gillet (L’Amour / Minerve)
Isabelle Druet (La Fortune / Mélantho)
Maarten Engeltjes (La Fragilité humaine / Pisandre)
Callum Thorpe (Le Temps / Antinoüs)
Lothar Odinius (Jupiter / Amphinome)
Jean Teitgen (Neptune)
Mathias Vidal (Télémaque)
Emiliano Gonzalez Toro (Eurymaque)
Jörg Schneider (Irus)
Elodie Méchain (Euryclée)
niedziela, 9 kwietnia 2017
Saverio Mercadante i jego "Francesca da Rimini"
To wydarzyło się naprawdę. Pod koniec
trzynastego wieku młodziutka żona starszego i nieatrakcyjnego męża pokochała z
wzajemnością swego szwagra noszącego nie
bez przyczyny znaczący przydomek „Piękny”. Ta miłość była spełniona, przy czym
zdrada małżeńska nie okazała się jednorazową ale miała charakter długotrwały i
ciągły. Koniec musiał być żałosny –
dowiedziawszy się o wszystkim wściekły pan i władca zabił oboje wiarołomców.
Zapewne zrobił to wiedziony napadem szału, ale prawdopodobnie nie miał wielu
innych możliwości. Według ówczesnej
świadomości honor możnego rodu i jego samego został splamiony i tę skazę usunąć
mogła tylko krew. Całą historię unieśmiertelnił Dante w piątej pieśni „Boskiej
komedii” umieszczając kochanków w drugim kręgu piekła jako targanych za życia
ziemskimi namiętnościami. Ich zabójca na karę nie zasłużył, przynajmniej
zdaniem poety. Dante zainspirował niezliczonych twórców, mniej lub bardziej
utalentowanych – do dziś dzieje Francesci da Rimini i Paola Maletesty stały się
tematem olbrzymiej ilości dzieł literackich, malarskich i muzycznych. Samych
oper osnutych na tym wątku skomponowano około dziewiętnastu, większość z nich
kompletnie zapomnianych dziś autorów (jak Feliciano Strepponi, który napisał
pierwszą z nich datowaną na rok 1823). Do dziś w repertuarze (i też nieczęsto
grywana) trzyma się właściwie tylko werystyczne dzieło Riccarda Zandonai i
czasem przemyka przez scenę jednoaktówka Rachmaninowa. Ale – nigdy nie mów
nigdy. Ubiegłego lata na 42-gim już Festiwalu Doliny Itrii (nie mylić z chorwacką Istrią) odbywającym
się w przepięknym barokowym miasteczku Martina Franca dano „Francescę da
Rimini” Saveria Mercadante. Stali czytelnicy wiedzą, że jest to kompozytor,
którego twórczość tropię wytrwale gdzie i jak się da, więc kiedy wydano DVD z
zapisem spektaklu oczywiście musiałam się z nim zapoznać. Ciekawość była tym
większa, że pierwsze z serii przedstawień stanowiło światową prapremierę opery,
która, chociaż powstała 185 lat wcześniej na konkretne zamówienie nigdy nie
została wykonana. Mercadante napisał ją w roku 1831 dla jednego z teatrów w
Madrycie, gdzie wówczas mieszkał i do dziś nie wiadomo dlaczego rzecz nie
dotarła na scenę. Krótko potem powrócił do Włoch, gdzie „Francesca” znalazła
się w planach La Scali ,
ale … sytuacja się powtórzyła! Co legło u postaw niebywałego pecha tej opery do
dziś nie wiadomo, ale podejrzewane są spory kompetencyjne między primadonnami
tudzież niesprecyzowane intrygi wewnątrzteatralne. Zniechęcony tym wszystkim Mercadante odłożył
rękopis i zajął się bieżącą pracą, a miał jej sporo - napisał w końcu prawie 60 oper innej
twórczości nie licząc. Możliwość sprawdzenia, czy splot przypadków i złej woli
ludzkiej słusznie pozbawił jego „Francescę da Rimini” szansy konfrontacji z
publicznością była dla mnie nie lada gratką. Libretto autorstwa słynnego Felice
Romaniego nie opiera się na poezji Dantego, tylko na pochodzącej z 1818 roku
tragedii Silvio Pellico (temat upodobano sobie szczególnie w wieku XIX). Ponieważ
o właściwych zdarzeniach wiemy niewiele (tyle, ile przekazał nam Dante),
najpierw dramaturg, a zanim librecista starali się jakoś wypełnić akcję
„pomiędzy”. W tekście pozostał więc
fatalny trójkąt i scena czytania dziejów namiętności Ginevry i Lancelota (która
to wspólna lektura dała kochankom impuls do realizacji miłosnych zapałów), poza
tym mamy czystą fantazję. Finalnie nie jest to ani gorsze, ani lepsze od obowiązującego ówcześnie stereotypu. Za to
muzyka Mercadantego ponad przeciętną wybiega na pewno. Stylistycznie można ją
określić jako ogniwo leżące gdzieś pomiędzy późnym Rossinim a Bellinim,
konstrukcja jest jeszcze , na tym etapie twórczości kompozytora typowa –
cavatina, cabaletta, scena, duet, ensemble. Później Mercadante rozwinie
znacznie środki artystyczne, do tego stopnia, że znów zacznie się mu
przypisywać rolę pośrednika między stylami – tym razem Donizettiego i Verdiego.
Na razie jednak partytura kojarzy się głównie z Bellinim. Mamy podobną,
niepowstrzymaną inwencję melodyczną i nutkę melancholijnego zamglenia, chociaż
gdy trzeba Mercadante pisze bardzo
dziarskie cabaletty. Pięknie też splatają się u niego głosy żeńskie: sopran i
mezzosopran (Paolo to rola spodenkowa, podobnie jak Romeo Belliniego). W Martina Franca zrobiono wszystko, aby oddać
sprawiedliwość niesłusznie zapomnianemu mistrzowi i jego dziełu. Pier Ligi
Pizzi, któremu powierzono całą koncepcję inscenizacyjną czyli reżyserię,
kostiumy i scenografię nie napracował się nad tą ostatnią. Tłem akcji
pozostała, jak zawsze w tym miejscu ściana Palazzo Ducale, po bokach umieszczono
czarne kurtyny a przed orkiestronem pomost, dzięki któremu śpiewacy bywali
czasem bliżej publiczności. I wszystko. Za to przy kostiumach Pizzi sobie
poszalał, projektując ubrania nieosadzone w epoce, a jeśli już, to w
niewłaściwej. Są to szaty z ducha antycznego, wszystkie właściwie prezentują
się podobnie, zasadnicze różnice polegają na barwach – Francesca nosi namiętną
czerwień, Paolo czerń i szafir, Lanciotto czerń i żółć (zazdrość!), Guido
biskupi fiolet. Do tego mamy balet w bieli i chór w czerni. Zasadniczy problem
z tymi niezwykle efektownie prezentującymi się strojami dotyczył wykonawców,
którzy musieli ogrywać te olbrzymie połacie miękkich, lejących się tkanin, co
momentami było trudne , bo … No właśnie – i tu dotarłam do niewątpliwego
współreżysera spektaklu, czyli porywistego wiatru wiejącego przez cały spektakl
z potężną siłą. Wicher miotał nie tylko kostiumami i włosami artystów, ale też
owymi kurtynami, co dawało ciekawy efekt w postaci ruchomych cieni na murze
pałacu. Wszystko to razem sprawiło, że zniknął wszelki kontekst, historyczny
czy obyczajowy. W tej sytuacji Pizzi postawił na oszczędne aktorstwo
polegające, przynajmniej w wypadku pary amanckiej raczej na przyjmowaniu
określonych póz i przemierzaniu pomostu szybszym lub wolniejszym krokiem
(Francesca miała jeszcze kilka tanecznych pas). Cała warstwa uczuciowa została
warstwie muzycznej, i to świetnie zdało egzamin. Na scenę, poza tymi, którzy
być na niej musieli zaproszono również tancerzy i chociaż uważam, że od
jakiegoś czasu takie rozwiązanie jest nadużywane tym razem nieźle się
sprawdziło dodając nieco dynamiki statycznemu w charakterze utworowi. Trochę
tylko zepchnęło to do tyłu transylwański chór z Cluj-Napoca, ale nie wpłynęło
na wysoką jakość jego śpiewu. Oczywiście brzmienie muzyki wykonywanej na wolnym
powietrzu jest nieco inne niż we wnętrzu, zazwyczaj bardziej rozproszone i
mniej spójne, ale na to nikt wpływu nie ma. Biorąc to pod uwagę Fabio Luisi i Orchestra
Internazionale d’Italia osiągnęli wspaniały rezultat, z jakiego Mercadante
zapewne byłby zadowolony. Maestro i jego muzycy wycyzelowali najmniejsze
szczegóły z wielką uwagą, pieczołowitością i czułością. Do głównych ról
pozyskano, jak zwykle w Martina Franca śpiewaków bez słynnych nazwisk, ale z
wysokimi umiejętnościami. Dotyczy to też młodego włoskiego basso cantante, Antonio
Di Mateo który w drugoplanowej partii Guelfo pokazał piękny, miękko płynący głos i szlachetną
prezencję sceniczną. Turecki tenor Mert Süngü jako Lanciotto zacząl bardzo
niedobrze, co mnie zdumiało, bo wspominałam go nieźle z tutejszego „Aureliana w
Palmirze”. Być może instrument był niedostatecznie rozgrzany, co w tym wypadku
okazało się fatalne, bo po otwierającym chórze pierwszą wielką, rozbudowaną
scenę ma w tej operze właśnie tenor. Na szczęście w połowie pierwszego aktu
(bagatela, trwającego prawie dwie godziny!) Süngü przeszedł magiczną przemianę,
przestał skrzypieć i zamazywać ozdobniki i w pięknym tercecie Lanciotta,
Francesci i Guida ujawnił niemałe możliwości wokalne. Potrafił też przekazać uczucia
miotające jego bohaterem, który może nie należy do duszyczek spolegliwych, ale
przecież został skrzywdzony i zdradzony przez żonę i własnego brata. Aya
Wakizono, japońska mezzosopranistka obsadzona w roli Paola jest zdecydowanie
kobieca nie tylko w wyglądzie, ale także w sposobie poruszania się, nie mogła
więc stworzyć wiarygodnej postaci kochanka-mężczyzny. Ale wszak jesteśmy w
operze i obeznanie z konwencją pozwala przymknąć na to oczy zaś czujnie
otworzyć uszy – a było na co. Wakizono śpiewała ciepłym, okrągłym dźwiękiem,
znakomicie frazowała i prowadziła kantylenę. Wszystkie te komplementy można i
należy powtórzyć pisząc o protagonistce, Leonor Bonilli dodając jeszcze kilka innych. Młoda,
hiszpańska sopranistka ma wszelkie dane do zrobienia prawdziwej kariery,
potrzeba jej tylko trochę szczęścia. Ma piękny głos, wie, co z nim zrobić, ma
też bezbłędnie opanowaną technikę oddechową i koloraturową, jest atrakcyjna
zewnętrznie. Jest też atut dodatkowy – umiejętności taneczne. Sposób, w jaki
Bonilla wykonała fragment baletowy w drugim akcie zdradza nieomylnie klasyczne
wykształcenie w tym kierunku. Sprawdziłam – rzeczywiście artystka jest
absolwentką Konserwatorium Baletowego w rodzinnej Sewilli. A dodać trzeba, że
bezpośrednio po tańcu miała do zaśpiewania dużą scenę solową i nie zdradzała
ani śladu zadyszki.
Podsumowując – serdecznie i usilnie Państwu te 2
płyty DVD polecam – to kawał dobrej roboty pod każdym względem. I chociaż nie
bardzo wierzę, że to czy jakiekolwiek inne dzieło Saverio Mercadantego wróci w
triumfie do światowego repertuaru jednorazowy triumf, sądząc po frenetycznych
owacjach osiągnęło. To wprawdzie za mało dla wytrwałej entuzjastki jego
twórczości, ale – dobre i to. Jeśli Mistrz ma takich adwokatów jak Riccardo
Muti (wystawił „Il due Figaro”) i Fabio Luisi jest jakaś nadziejahttps://www.youtube.com/watch?v=mjYuVWpE37U
https://www.youtube.com/watch?v=mOI-Y7F4eOg
https://www.youtube.com/watch?v=adeC16Jy7gs
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















































