niedziela, 9 lipca 2017
Europuding czyli "Podróż do Reims"
Plombières-les-Bains
dzieli od Reims niezbyt imponujący dystans
Wystawiający
„Podróż do Reims” muszą się zmagać z dwoma podstawowymi problemami. Po pierwsze obsada – partytura wymaga
kilkunastu dobrych głosów. Po drugie inscenizacja – kantatowy charakter dzieła
widać jak na dłoni, w zasadzie fabuła jest niemal nieobecna a całość składa się
z pojedynczych popisów (i jednego, imponującego concertato na 14 postaci). W
Opera di Roma casting director spisał się całkiem nieźle, chociaż jest to
instytucja nie dorównująca budżetem chociażby
Od strony
muzycznej ten europuding wypadł całkiem nieźle, bardzo dobrze dyrygowany przez
Stefano Monanari i na ogół bardzo
przyzwoicie śpiewany. Nie można pochwalić
właściwie tylko tenorów: Merto Sungu był po prostu wrzaskliwy a Juan Francisco
Gatell jak zwykle intonacyjnie nieprecyzyjny. Maria Grazia Schiavo – Hrabina
Foleville, Francesca Dotto – Pani Cortese, Adrian Sâmpetrean – lord Sidney,
Bruno De Simone – baron Trombonok, Simone Del Savio - Don Alvaro wszyscy
trzymali wysoki poziom wokalny. Nicola Ulivieri jako Don Profondo podobnie, ale
tu wspomnienie Ruggero Raimondiego i
jego wspaniałego, komicznego zacięcia troszkę psuło mi wrażenie. Wśród
całej obsady są też dwa wyjątki pozytywne
- Mariangela Sicilia jako Corinna i Anna Goryachova w roli markizy
Melibea. Sicilia , znana mi jak dotąd tylko z „Benvenuta Celliniego”
potwierdziła swoją klasę . Także spotkanie z Anną Goryachovą było moim drugim i
ponownym zachwytem nad przepięknym, bogatym głosem, nieskazitelną techniką i
możliwościami wyrazowymi. Tylko młodym wiekiem tej śpiewaczki (rocznik 1986)
można tłumaczyć brak pozycji supergwiazdy, na jaką zasługuje. Ona mi momentami
przypomina młodą Ewę Podleś, a jest to najwyższy komplement, na jaki mnie stać.
piątek, 30 czerwca 2017
Kaufmann i "Otello" w ROH
To
była z cała pewnością najbardziej oczekiwana premiera sezonu i -jak to często
pisano - „najgorętszy bilet roku”. O prawo asystowania przy wydarzeniu walczono
zaciekle, strona ROH przegrzewała się niebezpiecznie, bilety znikły w mgnieniu
oka. W przeddzień premiery pojawiła się jeszcze pula najdroższych miejsc i też
długo nie przetrwała, mimo zaporowej ceny. A teraz, kiedy debiut Jonasa
Kaufmanna w roli Otella mamy już za sobą przyszedł czas na ochłonięcie i
refleksje. Nie tylko nad tenorem, ale całym spektaklem, bo momentami w
medialnych sprawozdaniach miało się wrażenie jakby wystąpił on solo. Produkcja
Keitha Warnera nie należy ani do inspirujących, ani denerwujących - mówiąc
szczerze i wprost jest letnia. Akcję właściwie pozostawiono tam, gdzie być powinna,
chociaż dekoracje Borisa Kudlički i kostiumy
Kaspara Glarnera są raczej stylizowane, nie zaś dosłownie zakorzenione w czasie
i miejscu. Całość w oczy nie kłuje, chociaż
Desdemonę można było ubrać lepiej. Mam za to do realizatorów podstawową
pretensję, która mi się niestety przy „Otellu” zdarza dosyć często - o kiepski ruch sceniczny. W książce
programowej widnieją nazwiska jego autorów, z wyszczególnieniem nawet
choreografii walk. Mnie się jednak to, na co patrzyłam wydało jakieś niemrawe ,
a otwierająca scena burzy, na którą jestem szczególnie wrażliwa po prostu
statyczna. Zgłaszam taką pretensję nie po raz pierwszy, ale w muzyce Verdiego
mamy całą potęgę szalejącego żywiołu – jeśli obraz tego nie odzwierciedla
pojawia się bolesny rozziew. Zwłaszcza, gdy jak w tym wypadku dyrygent i jego
orkiestra realizują partyturę z całą mocą i energią. I to właśnie oni byli
najatrakcyjniejsi w pierwszym akcie. „Esultate” Jonasa Kaufmanna nie imponowało
potęgą (co, jak podejrzewam nie było skutkiem braku siły śpiewaka, tylko jego
koncepcji roli), a szkoda. Tylko na początku możemy i powinniśmy zobaczyć
bohatera triumfującego, władczego, emanującego autorytetem, wtedy jego upadek
jest jeszcze boleśniejszy. Przyznaję, że nie zachwycił mnie też duet „Gia della
notte… „, bo, chociaż oboje protagoniści śpiewali pięknie, nie miało to
odpowiedniej temperatury (czemu oczywiście żadne z nich winne nie jest, na brak
chemii nic się nie poradzi). Jak to brzmieć może dało się usłyszeć i zobaczyć
niecały rok temu, kiedy Kaufmann i Anja
Harteros wykonywali ów fragment na koncercie – powietrze aż wibrowało od
napięcia. Ale od początku drugiego aktu z każdą sekundą koncepcja postaci
Otella była wyraźniejsza, bardziej oczywista i bardziej fascynująca. Kaufmann
zagrał człowieka od początku udręczonego, o chorej duszy i ciele. Iago ze swoją
intrygą tylko przyspieszył to, co i tak zdarzyć się miało i musiało. Po antrakcie
nie dało się już od Kaufmanna oderwać oczu ani uszu, tak bardzo okazał się na scenie dominatorem (i już rozumiałam
recenzentów). Jego Otello był mężczyzną
z natury czy też z życiowego, wojennego doświadczenia brutalnym. Tym ważniejsze wydawały się króciuteńkie momenty
czułości, które Desdemona wciąż w nim budziła. A jak to zostało zaśpiewane!
Nietypowa technika i barytonowa barwa głosu Kaufmanna (momentami brzmiał niżej
niż Vratogna, co w niczym nie przeszkadzało pewnej górze skali) doskonale służą
partii Otella, nie one są tu jednak najważniejsze. Esencją jest znów, jak to
się temu artyście często zdarza interpretacja trudno poddająca się opisowi. Bo
jak przekazać na piśmie te niezliczone, głębokie uczucia (emocje to wszak coś
bardziej powierzchownego), które przekazuje Kaufmann – doprawdy nie wiem.
Trzeba tego koniecznie posłuchać. I to w całości, żeby rozkoszować się rozwojem
postaci, a nie tylko podziwiać monologi (chociaż „Dio mi potevi” najtwardszego słuchacza
może doprowadzić do autentycznego wzruszenia, które stało się i moim udziałem).
Maria Agresta jest śpiewaczką
kompetentną , obdarzoną ładnym sopranem i ciepłą, konieczną w wypadku Desdemony
osobowością. Tak też się zaprezentowała – sympatycznie i kompetentnie. Aż tyle
i przy takim Otellu tylko tyle. Marco Vratogna został Iagonem w zastępstwie
Ludovica Teziera. Nie ma pięknego głosu, ale jego bohater nie musi takiego mieć,
a chyba nawet lepiej, żeby za ładnie nie brzmiał. Vratogna miał jednak problem
z za małym wolumenem, co się niekorzystnie odbiło zwłaszcza na „Credo” . Trochę
żal, bo włoski baryton dał ogólnie dał efektowną kreację wokalno-aktorską i wydaje się być prawdziwym „zwierzęciem
scenicznym”. Frédéric Antoun
bardzo podobał mi się jako Cassio, a jest to przecież rola, którą Kaufmann
wykonywał w początkach swej kariery, może więc kiedyś…Komplementów pod adresem
Antonio Pappano nigdy dość, zwłaszcza, kiedy prowadzi muzykę włoską. Należały mu
się i tym razem. Za to chór sprawiał na mnie wrażenie nieco rozproszonego I nie
zawsze równo brzmiącego.
P.S. Mała
uwaga odnośnie charakteryzacji – troszkę przesadzono z ilością krwi w finale, pierwszy
raz widziałam, jak dosłownie leje się z Otella strumieniem. W związku z czym
Kaufmann część braw dla swych kolegów spędził na błyskawicznym myciu i
pozbawianiu śladów tej posoki.
środa, 14 czerwca 2017
"Umarłe miasto" w Warszawie
Od pierwszych plotek
o planach wystawienia w Operze Narodowej
„Umarłego miasta” minęło już ponad cztery lata. Czekałam na ten moment z
niecierpliwością, bo dzieło Korngolda nie tyle może wysoko cenię, co zwyczajnie
lubię, a szans na zobaczenie go w kraju nie było dotąd żadnych. O specyfice
utworu i jego osobliwych właściwościach pisałam już szczegółowo w poście, który
ku mojemu zdumieniu okazał się jednym z najpopularniejszych w pięcioletnich
dziejach bloga (link można znaleźć obok). Decydując się na wizytę w teatrze
warto wiedzieć, iż rzecz napisał człowiek bardzo młody (miał 19 lat, kiedy zabrał się do komponowania) ,
ale już pewnym doświadczeniem, jako, że była to jego trzecia opera. Mimo
szczenięcego wieku Erich Korngold był w światku muzycznym dosyć ustosunkowany
jako syn wpływowego krytyka muzycznego. Ojciec, Julius jest współautorem
libretta, które powstało w oparciu o książkę Georgesa Rodenbacha
„Bruges-la-morte”. Libretto korzysta tylko z motywów zawartych w powieści
zmieniając to, co w niej należy do sfery krwawej realności w senny koszmar. Nie
czytałam oryginalnej książki, ale wydaje mi się, że to operze pomogło,
rozszerzając znacznie możliwości interpretacyjne. Zagrożenia przy jej realizacji
są liczne, i niektórzy inscenizatorzy im ulegają czyniąc z „Umarłego miasta” pretensjonalny
horror, a nie tędy droga. Autor, z powodu młodzieńczego wieku i panującego
wokół ekspresjonizmu stworzył wprawdzie rzecz nieco egzaltowaną ale to nie
powód by te usprawiedliwione warunkami cechy podkreślać i wyolbrzymiać. Muszę
przyznać, że na warszawską premierę czekałam dziwnie spokojna o to, co zobaczę,
bo tekst wydawał mi się doskonale przystawać do zainteresowań i talentów
Mariusza Trelińskiego. Natomiast warstwa muzyczna, a zwłaszcza partia tenorowa
budziła moje poważne wątpliwości od momentu, w którym z obsady zniknął Charles
Workman a w jego miejsce pojawił się Jacek Laszczkowski. Sprawdziły się zarówno nadzieje jak obawy.
Rzeczywiście, tym razem opowiadana historia pasuje idealnie do reżyserskich
obsesji i wyjątkowo nie trzeba było
widowni tłumaczyć co też Treliński
chciał nam powiedzieć. Od niego dostaliśmy tylko formę bez ingerencji w treść i
samą istotę dzieła, a to duża ulga. Przedstawienie jest plastycznie efektowne,
w czym zasługa przede wszystkim niezawodnego Borisa Kudlički, który stworzył
scenografię piękną i funkcjonalną jednocześnie. Dom Paula, miejsce akcji
pierwszego obrazu przypomina nieco wnętrze grobowca, wszystko jest w nim
ciemnoszare, jakby przysypane popiołem i zamrożone. Nieco później, gdy obrotówka
zaczyna krążyć razem z bohaterem trafiamy do upiornego świata z sennego
koszmaru. Wszystko co zwyczajne i oswojone nabiera innego charakteru, osobiste
demony protagonisty uzewnętrzniają się zmieniając rzeczywistość w groźną wizję.
A że pierwszą i chyba największą miłością Trelińskiego jest kino dostajemy
właściwie film na żywo. Nieustannie nam o tym przypominają projekcje video,
ciągle obecny staromodny projektor z obracającymi się ustawicznie szpulami,
wreszcie reflektor ostrym promieniem oświetlający plan. Ciągły ruch sceny
obrotowej ma nam nie tylko pokazać zamęt w głowie Paula, ale też imituje ruch
kamery ( jest to też odniesienie do Hitchcocka i jego „Zawrotu głowy”). Psychologiczna
interpretacja tego, co dzieje się w muzyce i przed naszymi oczami nie wymaga filozoficznych rozważań i głęboka
nie jest – ot, ktoś niedojrzały emocjonalnie broni się przed światem jak umie,
czyniąc zmarłą ukochaną swoją bronią i alibi . Pojawia się tylko pytanie: czy
Marie za życia była prawdziwą miłością Paula czy też stała się nią dopiero po
śmierci?
Muzycznie spektakl
mógł się udać, bo Lothar Koenigs dobrze poradził sobie z oporną często
orkiestrą Teatru Wielkiego wydobywając z niej to, co najlepsze. Było trochę
niedokładności, zdarzyło się kilkakrotnie przykryć głos solisty (o co nie mam w
tym szczególnym przypadku pretensji…), ale ogólnie całkiem nieźle, a przy
takiej partyturze to osiągnięcie.
Niestety, Jacek Laszczkowski zupełnie nie ma warunków do morderczej
partii Paula, i jeżeli ja o tym wiedziałam, czemuż nie wiedział sam śpiewak?
Tenor nie tyle śpiewał, co krztusił się rozpaczliwie, z wysiłku i zmęczenia
mordując również te frazy, które wymagały pełnej i ładnej średnicy, nie tylko
bohaterskiej góry. U Korngolda trzeba również dopieścić kantylenę, a na to
Laszczkowski zwyczajnie nie miał siły.
Słuchanie tego było okropnie męczące, i pomyślałam, że należałoby przeprosić
Jaya Huntera Morrisa, niefortunnego Tristana sprzed roku. Naprawdę, można
gorzej. I aktorskie umiejętności Laszczkowskiego nie są tu żadnym pocieszeniem.
Była nim za to w pewnym stopniu Marlis Petersen, która ma z kolei wszystkie
atuty potrzebne w roli Marie/Marietty. Jej słuchało się z dużą przyjemnością,
jako, że nie tylko nie sprawiała jej problemów tessitura, ale także głos
brzmiał ciepło, czysto i krągło. Michał Partyka nie zachwycił mnie szczególnie
jako Frank/Pierrot, ale też nie ma się czego wstydzić. Jest to baryton
liryczny, troszkę za mały na te 2 partie i niezbyt charakterystyczny. Za to po
stronie sukcesów niewątpliwie może sobie zapisać występ w roli Brigitty
Bernadetta Grabias. Wyrazisty, mocny głos, ciekawa interpretacja.
„Umarłe miasto” będzie miało jeszcze dwa
spektakle w Warszawie (ja widziałam wczorajszy, 13 czerwca), w przyszłym sezonie
go nie będzie, w kolejnym też nie, bo wtedy produkcja trafi do La Monnaie. Bardzo jestem ciekawa,
kto tam zaśpiewa Paula. Jeśli tylko dostępna będzie jakaś transmisja nie
odmówię jej sobie. I mimo straszliwego doświadczenia z Jackiem Laszczkowskim
nie żałuję wieczoru w TWON.
wtorek, 6 czerwca 2017
"Don Carlo" według Roberta Carsena
Kiedy
piszę o dziele powszechnie znanym i takim, którego różne odsłony relacjonowałam
już wielokrotnie miewam kłopot z tym, jak rozpocząć nowy post. W końcu nie
bardzo wypada od pierwszego akapitu przejść do „inscenizacja była taka a taka,
pan X dyrygował tak a pani Y śpiewała …”. Jeśli mam do czynienia z operą
niezbyt popularną sprawa jest prosta – trzeba tylko dobrze poszukać informacji
(co lubię) i opowiedzieć własnymi słowami. Ale przecież nie mogę po raz kolejny
zawracać Państwu głowy fabułą i warunkami powstania np. „Toski”, bo najpewniej
wiecie wszystko od dawna. Jeśli zaś nie
- sprawdzenie nie wymaga żadnej fatygi. Dziś mój problem występuje w
sposób zwielokrotniony, bo chodzi i o utwór, który bardzo lubię, więc
wielokrotnie o nim i o jego licznych mutacjach pisałam. W dodatku spektakl nie
jest nowy, miał miejsce niemal dokładnie rok temu w Strasburgu, ale zapis
dotarł do mnie niedawno. Do obejrzenia zachęcił mnie nie tylko ciekawy zespół
solistów, ale też nazwisko reżysera. Robert Carsen jest jednym z nielicznych
dziś szanujących twórców dzieła, za które się zabiera, a poza tym wyróżnia go
pewien chłód połączony z elegancją. Oczywiście nie wszystkie jego produkcje mi
się podobały, ale tak na poważnie zawiodłam się na nim jedyny raz. Ten dzisiejszy stanowił po części raz drugi,
bo produkcja okazała się prawdziwie carsenowska, ale z drugiej zabrzmiały w
niej typowe dla współczesności fałszywe nuty. Oczywiście w wypadku „Don Carlo”
demonizowanie kościoła katolickiego jest łatwe i na pierwszy rzut oka właściwe,
ale przyjrzyjmy się bliżej. Jeżeli, jak w tym wypadku przenosimy akcję do
jakiegoś „dziś” to taki sposób prowadzenia akcji robi się z gruntu nieuczciwy.
Bo dziś, z małymi acz doskonale nam znanymi wyjątkami będąc chrześcijaninem
chyba łatwiej być prześladowanym i zasłużyć sobie na palmę męczeństwa (tak przynajmniej głoszą dane statystyczne)
niż zostać prominentnym członkiem
duchowieństwa w państwie teokratycznym.
A co widzimy na scenie? Przede wszystkim rozprawmy się z obrazem auto da fe, w
którym skazańcy nie giną na stosie, tylko z rąk młodych mężczyzn w sutannach,
którzy likwidują ich strzałem z pistoletu. Strasznie tu wieje efekciarstwem,
ale także niezrozumieniem inkwizycji i rządzących nią reguł. Groza tej upiornej
instytucji brała się przecież także z jej obłudy – wszak kościół wyczerpawszy środki perswazji, czyli
zakończywszy tortury oddawał kacerza w
ręce sprawiedliwości świeckiej, która to brała na siebie męczeńską śmierć
delikwenta. Władza religijna mogła spokojnie, wzorem Poncjusza Piłata umyć
ręce. Największą pretensję mam jednak do Carsena za scenę finałową, w której to
Cesarz Karol V w mnisim habicie uśmierca najpierw swego wnuka Carlosa a potem
syna Filipa. Strzałem z broni palnej oczywiście. To już było na granicy
śmieszności, a nawet w moim odczuciu ją przekroczyło. Ale nie wszystko w tym spektaklu tak
wyglądało. Zaczęło się nawet bardzo interesująco od … Hamleta. Po
podniesieniu kurtyny zobaczyliśmy czarno
odzianego mężczyznę z białą czaszką w ręku siedzącego pośrodku pustej sceny,
której ciemne wnętrze przypominało trumnę (potem nadal mieliśmy przed oczami tę
samą scenografię, a właściwie jej brak). Nałożenie na siebie najsłynniejszego
bohatera shakespeare’owskiego
wszechczasów i Don Carlosa ma sens – ci dwaj mają ze sobą wsporo
wspólnego. Ciekawy wydał mi się manewr
wykonany przy piosence saraceńskiej: ponieważ wszystkie damy noszą tu bez
wyjątku habity z początkiem arii przekładają tylko mnisie welony do przodu i
już mamy gromadkę islamskich kobiet w burkach. Religijna ortodoksja wszędzie
pokazuje tę samą twarz? Przy okazji za
pomocą habitów rozwiązał się problem z nierozpoznaniem Eboli przez Carlosa.
Księżniczka i królowa wyglądają jak bliźniaczki, a że infant widzi swą
interlokutorkę z początku tylko z tyłu może się pomylić. Muszę też przyznać, że
jak to zazwyczaj u Carsena bywa oglądanie jego inscenizacji stanowiło nie lada
przyjemność estetyczną, bo była spójna plastycznie, mroczna – co ma
uzasadnienie w tekście i bardzo elegancka. Tym bardziej szkoda, że wrażenie
popsuły skutecznie omawiane wyżej absurdy. Od strony muzycznej spektakl okazał
się poprawny i w zasadzie byłoby tylko tyle, gdyby nie jeden wyjątek, który
zostawiam sobie na lieto fine posta. Daniele Callegari prowadzący orkiestrę Opéra
national du Rhin był po prostu mało finezyjny – wszystko zostało odegrane
przyzwoicie, ale nic więcej. Nawet słynne solo wiolonczelowe przed arią Filipa
nie zrobiło na mnie zwyczajowego wrażenia. Może o tak być miało, bo
doświadczony wagnerzysta Stephen Milling nie radzi sobie najlepiej z verdiowską frazą a zarówno głosowi jak
postaci brak głębi i autorytetu. Ante Jerkunica również nie siał odpowiedniej
grozy jako Wielki Inkwizytor, ale dla niego jest jeszcze nadzieja – ma 38 lat,
głos basowy może się bardzo rozwinąć. Elena Zhidkova dla odmiany aktorsko była
bez zarzutu, szczególnie interesująco wypadła pod tym względem niema scena z królem na początku trzeciego aktu. Wokalnie
nie było już tak dobrze, zwłaszcza, że rola Eboli stawia pod tym względem spore
wymagania. Zhidkova zupełnie dobrze poradziła sobie z dramatyczną arią „O don
fatale” i uczyniła to mimo ograniczonego wolumenu. Tym niemniej piosenka
saraceńska ujawniła u niej spore braki w wyszkoleniu – ozdobniki były tak
zamazane, że właściwie nie było ich wcale. Tassis Christoyannis nie dysponuje głosem pięknym
lub charakterystycznym, ale używa go rozsądnie. Tyle, że w wypadku markiza Posy
śpiewanie rozsądne to ostatnia rzecz, jakiej słuchacz oczekuje. Posa nie musi
być wcieleniem szlachetności, niektórzy interpretują tę rolę tak, aby pokazać,
że chodzi tu nie tylko o miłość (braterską lub nie) do Carlosa, ale i o
polityczne interesy. Christoyannis wydał mi się mdły , chociaż technicznie
całkiem w porządku. Andrea Carè z kolei włożył w postać Carlosa nadmiar emocji,
może też chciał sobie w ten sposób poradzić
z niedostatkami w górze skali i stąd brał się efekt histerycznego
ciśnięcia głosu. To były tylko chwile, ogólnie włoski śpiewak zrobił dobre
wrażenie: jasny, nośny tenor o ładnej barwie pasuje do tej partii. Główną
gwiazdą przedstawienia okazała się Elza van den Heever, która ma wszystko, co
trzeba by być idealną Elisabettą i taka właśnie jest. Sopran o dużym wolumenie
i kontrowersyjnej barwie, którą ja bardzo lubię od pierwszego usłyszenia (10
lat temu w roli Donny Anny w San Francisco) jest pełny i nośny, podparty
nienaganną techniką oddechową i świetnym frazowaniem. Przy takich umiejętnościach można się skupić
na interpretacji, co Heever czyni dając świetny portret nieszczęsnej królowej.
Obok Anji Harteros to najlepsza współczesna Elisabetta i dla niej warto było
ten spektakl obejrzeć.
piątek, 26 maja 2017
"Farnace" ze Strasbourga
Przegapiłam ten spektakl „Farnace” Vivaldiego kiedy miał swoją premierę w Opéra national du Rhin
(Strasburg) niemal
równo 5 lat temu i był wówczas transmitowany przez Mezzo. Ale – na moje
szczęście przypomniała go Opera Platform z okazji European Opera Days
(wiedzieliście, że istnieje coś takiego?), a potem okazało się, że można go
znaleźć na You Tubie. Jeśli wykazaliście się podobną nieuwagą a lubicie operę
barokową jest to rzecz godna polecenia. Chociażby ze względu na nietypową
obsadę – 4 mezzosoprany, dwóch tenorów i falsecista. Poza tym
można tu znaleźć i przypomnieć sobie jeden z większych przebojów
napisanych przez Vivaldiego, arię „Gelido in ogni vena” (jeśli nawet wydaje się
nam, że jej nie znamy, po pierwszych taktach jesteśmy w domu, bo to przecież
„Zima” z „Czterech pór roku”). A last but not least samo przedstawienie i jego
wykonanie. Realizacja jedego ze znaczących trendów we współczesnej praktyce
teatralnej , czyli powierzanie reżyserii operowej choreografom wyjątkowo nie powoduje w tym wypadku
katastrofy. Lucinda Childs wprawdzie nieco przesadza z ilością baletu, stosuje
też ograny chwyt dublowania śpiewaków przez tancerzy. Stara się jednak , aby
taniec nie przeszkadzał wokalistom, co daje momentami przezabawny, a
nieprzewidziany efekt. Oto wyobraźcie sobie, że postać śpiewa swą arię samotna
na scenie, ale tancerze czają się w kulisach aby wypaść na nią w czasie brania
długiego oddechu i zniknąć (niestety niebezpowrotnie) gdy znów rozlega się
głos. Ta metoda dowodzi niezrozumienia kompozycyjnych zasad gatunku, bo w
operze właśnie aria istnieje po to, aby zatrzymać akcję i wyrazić uczucia
bohatera. Dublowanie tego przez taniec, mający dokładnie ten sam cel niczemu
nie służy, a wprowadza nadmiar. Ale w wypadku tego konkretnego spektaklu i tak
wygląda to lepiej, niż można się było spodziewać. Dobre słowo należy się Childs
także za ogólny umiar i poczucie humoru,
obie cechy bardzo wskazane przy typowym, barokowo spiętrzonym,
nieprawdopodobnym i czasami wręcz absurdalnym libretcie. Bo gdyby odrzucić
nawias (w tej roli świadomość konwencji epoki) widz mógłby doznać ataku serca z
przerażenia: tatuś usiłuje tu zabić nieletnie dziecię w imię honoru, żoninymi
rękami oczywiście bo nie chce kalać własnych. Po czym przekonawszy się, że
mamusia jakoś nie spieszy się z wykonaniem mężowskiego rozkazu rzuca się na nią
ze sztyletem. To i tak nic w porównaniu z krwiożerczą babunią przez trzy akty
dybiącą na życie własnego wnuka aby w ostatnich sekundach deus ex machina
doznać ataku niewytłumaczalnej łaskawości. Na szczęście, jak to w baroku
wszelkie knowania i dybania są nieskuteczne, bo postaci (każda z siedmiu na
kogoś czyha) zbyt są zajęte użalaniem się nad własnym losem by móc je
zrealizować. Reżyserka potraktowała to wszystko na tyle serio, żebyśmy nie musieli
wybuchać wrednym śmiechem i na tyle lekko, żeby nie krzywić się z odrazy. Mój ulubiony przykład to Selinda i jej dwaj zalotnicy, teoretycznie usiłujący
zdobyć damę za pomocą eliminacji konkurenta. Tutaj są zbyt zajęci rywalizacją i
udowadnianiem przeciwnikowi swej wyższości, także fizycznej, żeby zwracać uwagę
na damę. Na plus trzeba Lucindzie Childs zapisać też umiejętność doboru
współpracowników. Dekoracje Bruno de Lavenère’a okazały się maksymalnie proste i funkcjonalne
co nie odebrało im urody. Natomiast kostiumy (tego samego autorstwa) stanowiły
jeden wielki dowcip – były, zwłaszcza w wypadku panów fascynującym miksem szat
antycznych ze współczesnymi, co dało rezultat nie tylko zabawny, ale też w
niektórych przypadkach ładny. Mistrz oświetlenia, David Debrinay też zasłużył na podziękowania, bo nie
zastosował się do obowiązującego trendu, aby na scenie było jak najciemniej.
Wykazał, że półmrok wymagany przez fabułę nie musi oznaczać dla widza utraty
wizualnego kontaktu ze sceną. Muzycznie przedstawienie się udało, co wcale nie
było takie pewne, biorąc pod uwagę perturbacje z orkiestrą. Przywołana w trybie
dosyć nagłym Concerto Köln pod mistrzowską ręką George’a Petrou sprawiła się
doskonale. Zauważyłam zresztą, iż sama nie wiem czemu przy muzyce barokowej
jestem znacznie bardziej tolerancyjna na ewentualne niedociągnięcia niż w
innych wypadkach. Może dlatego, że tak naprawdę nikt nie wie, jak to powinno
brzmieć ( przeżyliśmy już niejedną wojnę w sprawie jedynie słusznej
interpretacji, temp, strun itd.), a może tak mnie ona cieszy, że drobne
niedokładności niewiele znaczą. Chór, jak to w operze z tamtych czasów się nie
napracował. Za to soliści – i owszem. Może z wyjątkiem Pompejusza, co okazał
się szczęśliwe, jako, że Juan Sancho nie
imponował kreacją wokalno-aktorską. Doskonały był za to Emiliano
Gonzalez Toro – Aquilio – w jego głosie nawet drobna, gęsta wibracja, której na
ogół nie lubię mi nie przeszkadzała. Z czterech mezzosopranistek najciekawsza
jako postać wydała mi się Vivica Genaux w roli Gilade’a. Trzeba
przyznać, że w stworzeniu tej kreacji naturalne warunki zewnętrzne i znakomity kostium pomogły śpiewaczce
wydatnie, ale i wokalnie występ udał się przednio (a nie jestem szczególną
wielbicielką jej talentu). Mary Ellen Nesi wyraźnie dobrze bawiła się partią
wiecznie wściekłej harpii Berenice a kaskady wyrażających tę furię koloratur
nie sprawiały jej problemu. Jako najbardziej ludzka z bohaterek, Tamiri, Ruxandra Donose zaprezentowała adekwatne,
wyrównane we wszystkich rejestrach brzmienie, piękną, lekko przydymioną barwę
głosu i szlachetny umiar wykonawczy. Carol Garcia podbiła moje uszy i czy –
chociaż może są jeszcze w jej śpiewie rzeczy do poprawki, zwłaszcza w kwestii
intonacyjnej precyzji jej Selinda była po prostu apetyczna. Pod każdym
względem. Max Emanuel Cenčić, jeden z najsławniejszych falsecistów świata
porwał się na rolę napisaną dla kobiety. Owszem, jako król Pontu wyglądał na
pewno bardziej wiarygodnie niż jakakolwiek koleżanka (kostium podkreślał ładnie
wyrobione mięśnie), ale nie oto w operze chodzić powinno. Cenčić
wykonuje rolę Farnace przyzwoicie, ale ja tęsknię go głosu pełniejszego,
okrąglejszego. A jeśli to już musi być
falsecista – do Kacpra Szelążka, który „Gelido in ogni vena” interpretuje przepięknie.
wtorek, 16 maja 2017
Pięciolecie bloga i trójkąt miłosny

Kochani
Czytelnicy, to już 5 lat! Od tak dawna towarzyszycie mi w moich nieustannych
operowych wędrówkach, realnych i wirtualnych. 16 maja 2012 wpuściłam do sieci
swój pierwszy tekst o „Traviacie” w Met. Od tego momentu wiele się w moim życiu
zdarzyło, zmiany były zarówno smutne jak szczęśliwe. Ostatnio dostałam nawet
propozycję reklamy od pewnego biura podróży (moja pierwsza taka oferta), ale
nie skorzystałam. Jedno pozostaje zupełnie takie samo – moja ciekawość Waszych
opinii i tego, co Was interesuje. Przyglądając się blogowym statystykom wiem
tylko jedno – jesteście kompletnie nieprzewidywalni. Dlaczego na przykład
podsumowanie roku 2015 jest jednym z najchętniej czytanych moich postów a rok następny
nie zainteresował tak wielu? Dlaczego recenzja akurat z „Łaskawości Tytusa” w
Teatrze Wielkim cieszy się takim powodzeniem? I zaskoczenie największe – wpis o
„Umarłym mieście”, którego jako żywo nie podejrzewałam o popularność, jaką się
cieszy. Jakkolwiek by nie było – radość z Waszej obecności mam ogromną i bardzo
Wam za nią dziękuję! A żeby się w świątecznym nastroju utrzymać proponuję
relację z koncertu, który odbył się 9 maja w Filharmonii Narodowej – „Amore
traditore. Ona, On i ten Trzeci”. Wybierając się na Jasną przewidywałam, iż
będzie to zdarzenie w rodzaju „Baroque living room”, bo protagoniści (z jedną zmianą, ale niezwykle
obiecującą) ci sami, a i formuła pewnie też. Rzeczywiście, Artur Stefanowicz wraz z Dorotą Cybulską – Amsler z na ogół
mniej znanych fragmentów oper barokowych (głównie) złożyli zgrabne pasticcio .
Fabuła jest dokładnie zgodna z tytułem zdarzenia i aktualna od początku gatunku
homo sapiens do dziś. On i Ona kochają się, ten Trzeci skutecznie uwodzi Ją i
zabiera w siną dal. On to rozpacza, to doznaje ataków furii, tymczasem występna
para zaczyna się kłócić. Ona powraca, On wybacza, ten Trzeci zostaje na lodzie.
Stefanowicz zgrabnie to wyreżyserował i
chyba nie miał większych problemów, bo zarówno on sam, jak dwójka jego partnerów
jest scenicznie utalentowana i udatnie
ten spektakl bez scenografii zagrała. Tym razem, inaczej niż poprzednio muzycy
Ensemble Club Europa nie zostali obciążeni zadaniami aktorskimi. Grali za to
bardzo dobrze, co zostało dostrzeżone i nagrodzone przez wdzięczną publiczność,
wraz z którą bawiłam się wspaniale. Nie wszystko brzmiało idealnie, zwłaszcza
głos Artura Stefanowicza wykazuje spore oznaki zmęczenia i utraty blasku oraz lekkości. Śpiewak
nadrabiał muzykalnością i doświadczeniem. Olga Pasiecznik nie ustrzegła się
drobnych wachnięć intonacyjnych, ale jej sopran nadal błyszczy zaś aria
Pergolesiego, którego uwielbiam wypadła szczególnie pięknie. Bardzo lubię,
kiedy głos ludzki dialoguje sobie z instrumentem (w tym wypadku był to obój, na
którym grał Marek Niewiedział).
Pasiecznik ma po za tym pozytywną
pewność tego co robi, nabytą z latami spędzonymi na scenie a dającą swobodę
zarówno interpretacyjną jak wokalną. Kacper Szelążek okazał się gwiazdą
pięknego wieczoru, co dla widowni raczej niespodzianką nie było. Po anielsko
wykonanym lamencie Porpory „Alto Giove” biliśmy brawo do bólu dłoni. A ja od
swej koleżanki usłyszałam uroczą recenzję – „tyle lat słucham, a dopiero dziś
zrozumiałam, dlaczego kobiety wariowały kiedyś dla różnych Farinellich”. Po
powrocie do domu poszukałam sobie na YT innych wykonań przepięknego lamentu i stwierdziłam z niejaką
satysfakcją, że nikt, a zwłaszcza dwaj falsetowi gwiazdorzy nie zbliżył się
nawet jakością do Szelążka śpiewającego z absolutną, porywającą prostotą. Podobnie nieznana mi wcześniej canzona „
Combatton’quest’alma” prawie dziś anonimowego Giovanniego Felice Sancesa
stanowiła jeden z najmocniejszych punktów programu. Komplementy pod adresem
Szelążka są ciągle te same co przy innych spotkaniach z jego sztuką wokalną :
rozległa skala urodziwego głosu, precyzja techniczna i umiejętność trafienia
prosto do emocji słuchacza. Liczni w Polsce wielbiciele śpiewu falsetowego –
jeśli Was z nami nie było na widowni Filharmonii Narodowej, żałujcie.
środa, 10 maja 2017
Śnieżynka w ciemnym lesie
Śnieżynka urodziła się z krótkotrwałej i nie bardzo szczęśliwej miłości Wiosny i Mrozu. Ten związek nie wytrzymał próby czasu (nie zawsze bohaterowie baśni żyli długo i szczęśliwie), a od początku naznaczony był piętnem nieprawości, trzeba go było ukrywać przed zazdrosnym Słońcem. Wiosna odeszła, córeczka została z tatą i wyrosła na śliczną pannę, ale w krainie mrozu zostać nie chciała. Tęsknota za ludźmi i ludzkimi uczuciami zawiodła ją, za zgodą prawdziwych rodziców do ubogiej, bezdzietnej pary dla której stała się błogosławieństwem. Na krótko, bo pieśni wędrownego śpiewaka Lela podsyciły tylko pragnienie poznania czym jest miłość. A kiedy już prawdziwie pokochała, rozpalone serce roztopiło Śnieżynkę i po prostu się rozpłynęła. Ta historia rozpowszechniła się w różnych mutacjach i uznawana jest dziś za podanie ludowe, ale jak na takie do powszechnej świadomości trafiła podejrzanie późno, bo w drugiej połowie dziewiętnastego wieku. Zainspirowała najpierw Aleksandra Ostrowskiego, który napisał opartą na niej sztukę, straszliwie zjechaną przez krytykę po petersburskiej premierze w 1873. Nie pomogła nawet muzyka samego Czajkowskiego, który tak długo zastanawiał się potem nad operą na ten temat, że ubiegł go Rimski-Korsakow. Prapremiera jego “Śnieżynki” miała miejsce w 1881 i mimo niezadawalającej kompozytora scenografii odniosła wielki sukces. Cztery lata później rzecz trafiła na moskiewską scenę już w godnej oprawie i podobała się na tyle, żeby od czasu do czasu pokazywano ją w Rosji czy ZSRR. Na zachodzie raczej nie cieszyła się wzięciem, w Polsce mieli szansę ja poznać tylko poznańscy melomani, ale było to dawno, dawno temu – 1951. Zapowiedź wystawienia jej w Opéra national de Paris wywołała zrozumiałą ciekawość francuskich bywalców, zwłaszcza, że obsada miała być głównie rosyjskojęzyczna a reżyserię oddano w ręce Dmitri Tcherniakova. Kiedy rozpoczęto próby z teatru zaczęły dochodzić niepokojące wieści o masowej niemal ucieczce solistów – jako pierwsza z roli Wiosny zrezygnowała Luciana d’Intino, po chwili jej następczyni Ekaterina Semenchuk zrobiła to samo. Nie minęło wiele czasu a Ramon Vargas porzucił powierzoną sobie partię cara Berendeja. Aby dopełnić czarę goryczy rozchorował się przewidziany na jedną z głównych atrakcji przedstawienia Yuriy Mynenko. Szef obsad w Bastylii musiał mieć niemały ból głowy, ale wykazał się błyskawicznym refleksem i do premiery udało się poukładać puzzle na nowo. Do dnia telewizyjnej transmisji dodatkowo zdołał dojść do siebie Mynenko. I co zobaczyliśmy, a przede wszystkim usłyszeliśmy po tylu złych przygodach? Jeśli chodzi o warstwę obrazową przedstawienie wydało mi się kontynuacją ścieżki, którą podążył Tcherniakov realizując „Rusłana i Ludmiłę” w Moskwie. Na pierwszy rzut oka niby wszystko się zgadza, ale im dalej tym bardziej okazuje się, że niezupełnie. Mamy las i leśną polanę, ale na niej kolonię współczesnych domków turystycznych z nieodłączną przyczepą mieszkalną, która zdaje się zastąpiła w modnych inscenizacjach tracący na popularności basen. Zaludnia te okolice tłumek backpakersów noszących ludowy strój jak kostium, nie codzienne ubranie. Podobnie traktują oni Maslennicę i inne ludowe obrzędy. Wygląda to w miarę konsekwentnie i logicznie, ale są też kwestie mocno kontrowersyjne. Mniejsza o to, że spotkanie rodziców Śnieżynki (na platynową perukę Wiosny poszło ze dwa kilogramy żelu i tyleż lakieru) odbywa się w szkolnej sali gimnastycznej. Mam wrażenie, że to jakaś dziecięca trauma dręcząca Tcherniakova (dwója z WF-u?), identycznie było w „Rusłanie i Ludmile”. Najbardziej wstrząsającym i rażącym elementem okazuje się sposób, w jaki Tcherniakov pozwala Śniezynce poznać ludzką miłość. Otrzymawszy ten dar od matki bohaterka zgodnie z librettem natychmiast zakochuje się w odrzucanym wcześniej mężczyźnie, tyle, że tu jest on brutalnym i gwałtownym draniem, który niechybnie by dziewczynę zgwałcił gdyby nie interwencja Ducha Lasu. Można by stwierdzić, że Śnieżynka wcale nie pokochała Mizgira i adresatem jej pierwszego -ostatniego wyznania jest Lel, na którego patrzy umierająca ale co wtedy z librettem? Nie sądzę, żeby Tcherniakov specjalnie się tym przejmował, skoro kolejny raz ingeruje w partyturę obsadzając kontratenora zamiast przewidzianej do partii Lela kontralcistki. Mimo wszystko cieszę się, że mogłam ten rzadko wystawiany rarytas obejrzeć, bo muzycznie spektakl okazał się niepośledniej jakości. Podziwiając znakomicie jak zawsze śpiewający chór OnP zastanawiałam się nad losem jego śpiewaków, nierzadko mających zadanie trudniejsze od solistów. Artyści z chóru nie mogą wybierać co i kiedy chcą wykonywać - muszą być gotowi na każde wyzwanie, w bardzo różnorodnych stylach i językach. Brawo dla nich! Jak zazwyczaj przy operze słyszanej po raz pierwszy nie podejmuję się oceny orkiestry. Miałam wrażenie, iż Tatarnikov zrobił wszystko co trzeba, by brzmiała w sposób niemal idealny, ale czy tak było rzeczywiście niech wypowiadają się znawcy. Natomiast relacja z pracy śpiewaków należy do przyjemności, bo z jednym, przykrym wyjątkiem byli świetni. Miejmy z głowy to, co złe czyli występ Thomasa Johannesa Mayera jako Mizgira – baryton wagnerowski ani nie stworzył przekonującej postaci scenicznej, ani wokalnej. Jego głos po prostu trząsł się brzydko, nie mógł wznieść się wysoko bez straszliwego napięcia a i w średnicy nie miał odpowiedniej klasy. Na szczęście nie dobry Mizgir jest warunkiem powodzenia w wypadku tej opery, a właściwa Śnieżynka, taką zaś znaleźć niełatwo. Musi stanowić połączenie dziecięcej niemal kruchości i zadziwienia światem z wrodzoną elegancją, a pod koniec być jednym wielkim pragnieniem. A jeszcze wymagania głosowe – powinna posiadać dzwoneczkowy, srebrzysty głos o źródlanej czystości, zdolny jednak oddać finałową przemianę bohaterki. I dokładnie taką Śnieżynkę mieliśmy na scenie! Aida Garifullina z każdym rokiem coraz mocniej udowadnia, że wygrana w Operaliach nie stanowiła przypadku. Jej Śnieżynka miała wszystko – piękny, kryształowy głos, znakomite legato, delikatną urodę kojarzącą się nieodparcie z jelonkiem Bambi i bezcenną wiarygodność emocjonalną. Drugą atrakcją wieczoru miał być i ku mojemu zdziwieniu (pamiętam jego niedobry występ w „Rusłanie i Ludmile”) rzeczywiście był Yuriy Mynenko. Lel został tu zewnętrznie wystylizowany na Kurta Cobaina (chyba) – biały podkoszulek, długa blond plereza. Przy tym, chociaż według zamysłu autorskiego to postać mająca być personalizacją sztuki tutaj był tylko narcystycznym mężczyzną, aczkolwiek obdarzonym wybitnym talentem. Mynenko bardzo pięknie zaśpiewał wszystkie trzy pieśni Lela, głosem jak na falsecistę dosyć okrągłym i łagodną, długą frazą, której kilka lat temu nie potrafił zaprezentować. Zaskoczeniem okazała się, przynajmniej dla mnie Martina Serafin i wyraźna, widoczna przyjemność jaką rola Kupavy (niezbyt dobrze to po polsku brzmi) sprawiała jej samej, ale na szczęście i słuchającej publiczności. Wycieczka w stronę opery słowiańskiej była w wypadku tej specjalistki od mocnych postaci z repertuaru włoskiego (Tosca, Lady Macbeth) udana pod każdym względem. Serafin śpiewała silnym, pewnym intonacyjnie głosem delikatnie akcentując liryczne elementy swej partii, sprawdziła się też aktorsko.
‘Śnieżynka” jest
operą o dużej obsadzie, z której niemal wszyscy spisali się dobrze. I mimo
pewnych zastrzeżeń serdecznie ją polecam. Ostatni link zaprowadzi Państwa do
uroczego, radzieckiego filmu animowanego z 1952 roku z muzyką
Rimskiego-Korsakowa. Natomiast link pierwszy jest swego rodzaju ciekawostką –
wideo 360 stopni.
Subskrybuj:
Posty (Atom)























































