Sezon festiwalowy w
pełni a i niektóre teatry jeszcze nie zawiesiły działalności, mamy więc mnóstwo
możliwości nacieszenia się operą na
żywo, transmisji wszelakich też zatrzęsienie. Wszystkiego obejrzeć się nie da,
zapasy na przednówek (czyli wczesną jesień) rosną. W komfortowej sytuacji
nadmiaru podaży selekcja rzeczy do zobaczenia teraz staje się trudna. Na
czoło tych pozycji wysunął się u mnie spektakl „Rigoletta” , który odbył się w
lipcu w na festiwalu Chorégies d'Orange.
Jest to jedna z najstarszych tego typu imprez na świecie zorganizowana po raz
pierwszy w 1869 roku a przedstawienia grane są w miejscu wyjątkowo
klimatycznym, rzymskim amfiteatrze. Ta zaleta ma jednak znaczenie dla mających
szczęście oglądać przedstawienie na żywo, moją uwagę ściągnęły oczywiście
nazwiska Nadine Sierry i Leo Nucciego. Niestety, rzecz nie okazała się
szczególnie godna uwagi pod żadnym względem, bo dobra wokalnie i wdzięczna jako
postać Gilda to dla mnie trochę za mało. Leo Nucci, o rok młodszy od Dominga i
prawdziwy baryton brzmi już zgodnie z metryką, trudno więc zachwycić się
interpretacją. Podobnie grana w ONP
„Carmen” mego podziwu nie wzbudziła, ale tu przynajmniej rewelacji się nie
spodziewałam. Inscenizacja Calixto Bieito stanowi jeszcze jeden dowód na to, że
nic nie starzeje się tak szybko jak skandal. Ta produkcja, która przy okazji
premiery została nim okrzyknięta przemknęła już przez kilka scen i dziś budzi
raczej znużenie swą banalnością niż oburzenie (pisałam o niej tu). Przyznaję,
że nie mam przekonania do Carmen w wykonaniu Elīny Garančy, nawet nie tyle ze
względów głosowych, co interpretacyjnych. Mam wrażenie, że śpiewaczka, której
mezzosopran lubię nie jest w stanie pokonać wrodzonego chłodu i dystansu.
Oczywiście, Carmen mogłaby być i taka, gdyby reżyser jakoś to uzasadnił, ale
tego zabrakło. Roberto Alagna po fatalnym Calafie w ROH jako Don Jose odnalazł
się lepiej, w końcu wykonuje tę rolę od dawna. Stanowczo nie są to jednak
najlepsze dni tego tenora. Najjaśniej błyszczała w spektaklu Maria Agresta jako
Micaela, śpiewająca z piękną, naturalną płynnością (frazowanie to jedna z jej
mocnych stron) i pięknym, ciepłym głosem. Ildar Abdrazakov okazał się całkiem
niezłym Escamillem, co wypadku tak podstępnie napisanej roli jest sukcesem.
Wszystko to jednak było dla mnie jakieś letnie i przyznaję, że czekam już na
„Carmen” z Bregencji, ciekawa zarówno inscenizacji Kaspara Holtena, jak głównej
bohaterki Gaëlle Arquez.
. W tych warunkach moim najsympatyczniejszym przeżyciem
operowym ostatnich dni okazał się całkowicie nieoczekiwanie doroczny koncert
odbywający się na paryskich Polach Marsowych u stóp Wieży Eiffela 14 lipca,
czyli w ramach obchodów święta narodowego Francji. Jak przystało na ważną
okazję imprezę zorganizowano z rozmachem, poza solistami i orkiestrą wzięły w
niej odział 3 chóry (dwa dorosłe i jeden dziecięcy). Przede wszystkim jednak
doskonale ułożono repertuar przeplatając numery lżejsze i poważniejsze, tak,
żeby licznie zgromadzona publiczność się nie znudziła, ale też dostała coś do
podziwiania. Sprawcą sukcesu był w dużej części Valery Gergiev, który nie
starał się porazić słuchaczy dbałością o szczegóły, ale poprowadził Orchestre
national de France w stylu glamour, w teatrze operowym niekoniecznie pożądanym,
ale na tego typu koncercie na swoim miejscu. Wszystko zostało zagrane gładko,
płynnie, w szybkich, ale nie zagonionych tempach, muzyka błyszczała i migotała
niczym mieniąca się tego wieczora
kolorami Wieża Eiffela. Moja wewnętrzna malkontentka poszeptywała wprawdzie, że
np. fragment „Romea i Julii” Prokofiewa
nie spowodował tak zagrany zwyczajowych dreszczy, ale – przecież nie
można mieć wszystkiego. Ze śpiewaków najmniej podobała mi się Diana Damrau,
zwłaszcza w walcu Julii Gounoda. Ludovic
Tézier wykonał dwie arie Don Giovanniego, z których piękniej wypadła
serenada. Bryan Hymel wybrał z kolei
przeboje – arię Cania i „La donna e mobile”, w obu zaprezentował intonacyjną
pewność i dźwięczny, ładny tenor. Obaj panowie dobrze też poczuli się w duecie
z „Don Carlosa”. A jednak najwięcej radości ze słuchania dostarczyły mi Nadine
Sierra i Anita Rachvelishvili, razem i osobno. W ich wykonaniu falujący kwietny
duet z „Lakmé” to była czysta przyjemność, podobnie jak odpowiednio słodkie
wyznanie Lauretty „O mio babbino caro” samej Sierry. Natomiast aria Sapho „O ma
lyre immortelle” należała do przeżyć zupełnie innej kategorii. Wykonanie Anity
Rachvelishvili mogę skomentować tylko w jeden sposób: mistrzostwo i
piękno w absolutnej postaci. Na tym koncercie napakowanym uroczymi błahostkami
był to moment czystego, głębokiego blasku, za co jestem artystce głęboko
wdzięczna. Ale nawet gdyby go nie było
zapisałabym ten wieczór zakończony jak zawsze „Marsylianką” w naprawdę
wdzięcznej pamięci. Sprawdźcie sami!
wtorek, 25 lipca 2017
niedziela, 16 lipca 2017
"Don Giovanni" w Aix-en-Provence
Sama
nie mogę w to uwierzyć, ale od ponad półtora roku nie miałam do czynienia z
żadną nową produkcją „Don Giovanniego”. Odstawienie ulubionej używki nie
wynikało z mojej chęci ani decyzji, koniec okresu wymuszonej abstynencji
powitałam więc z radością i nadzieją. W dniach poprzedzających transmisję z
Aix-enProvence apetyt wzrastał, dokarmiany kolejnymi entuzjastycznymi
recenzjami zarówno o muzycznej, jak wizualnej stronie spektaklu. Zaciekawiły
mnie zwłaszcza doskonałe świadectwa wystawiane Phillipe Sly’owi , bo, jak
ostatnio nieskromnie ale trafnie powiedział Mariusz Kwiecień czas już, aby on i
Peter Mattei mieli jakąś konkurencję w roli tytułowej. Tymczasem światowe sceny
zaludniają legiony Don Giovannich przeciętnych, takich sobie i kiepskich,
zdarzają się nawet całkiem nieźli. Świetnych jak tych dwóch – wciąż brak. Obejrzałam,
wysłuchałam i jedno wiem na pewno: jeszcze nie tym razem. Już początek
przedstawienia nie nastroił mnie pozytywnie, bo nie przepadam za „zagadywaniem”
uwertury, a w tym wypadku było ono dosyć nonsensowne, bo polegało na bezładnym
przemieszczaniu się bohaterów do scenie i przyjmowaniu póz. Podobny manewr
zastosowano w czasie antraktu. Oczywiście, cel takich zabiegów jest jasny – ma
nas uczynić częścią świata przedstawionego lub odwrotnie, opowiadaną historię
wprowadzić do świata naszego ale mnie się to zawsze wydawało sztuczne. Temu
samemu służył zapewne brak scenografii (puste deski sceny, kilka rekwizytów i
kolorowe żarówki pokazywane tak często na zbliżeniach, że pewnie miały coś znaczyć)
i kostiumy zawieszone w bezczasie gdzieś pomiędzy dawnym a współczesnym. Ze
spraw ogólnych dało się też zauważyć likwidację barier klasowych: Giovanni i
Leporello są raczej kumplami niż panem i sługą zaś para plebejska jest przez
bohaterów arystokratycznych traktowana jak im równa. To tylko na pozór ma
niewielkie znaczenie, bo jednak okazuje się częścią większej koncepcji, w
której Don Giovanni nawet nie tyle jest łotrem, co dosadnie i kolokwialnie
powiedziawszy dupkiem. Nie ma ani odrobiny klasy, brak mu manier (nawet
powierzchownych), stylu. Jedyne co ma, to fizyczna atrakcyjność. I mogłabym tę
koncepcję przyjąć bez oporu, gdyby nie rujnował jej nonsensowny ,
pretensjonalny ponad moją wytrzymałość finał
z Giovannim upozowanym na Chrystusa. Szkoda, bo znalazło się w tym
przedstawieniu sporo elementów i scen, które warto docenić. Przede wszystkim
prostą konsekwencją ustawienia postaci tytułowej jest mocne podkreślenie
dramatycznych konsekwencji, jakie czyny Don Giovanniego mają dla jego ofiar, bo
tak – one są tym właśnie. Przy okazji zyskuje postać Donny Anny, oczyszczona z
niegodnych podejrzeń, że „sama chciała i obłudnie udaje przed narzeczonym by
ocalić honor i pozór cnoty”. Anna jest w autentycznej depresji i chociaż kocha
Don Ottavia, musi mieć czas na dojście do równowagi. Po prostu! Mamy też w
spektaklu kilka pięknych obrazów , na przykład Don Ottavia z zazdrością
patrzącego z boku na czułości Zerliny i Masetta czy donnę Elvirę tulacą z
rozpaczą pijanego do nieprzytomności Giovanniego. I gdyby Jean-François Sivadier
nie zniszczył pozytywnych wrażeń finałem, zapisałabym tę produkcję, mimo już
wyłuszczonych zastrzeżeń po stronie « ma », czego niestety zrobić nie
mogę, przynajmniej jeśli chodzi o inscenizację. Muzycznie sprawa również nie
jest całkiem prosta ze względu na tytułowego bohatera. Philippe Sly opisywany
jest jako bass-baryton, ale brzmi jak bardzo liryczny baryton. Dysponuje głosem
tak delikatnym, że nie zawsze przebija się przez muzykę, a przecież Le Cercle
de l'Harmonie to nie grzmiąca orkiestra symfoniczna ! Poza tym barwa tego
głosu nie uwodzi urodą, mnie przeszkadza w nim jeszcze drobne wibrato zwane
potocznie groszkiem. Byłoby to jednak mniej ważne, wszak gusta są
różne, gdyby nie brak jakiejkolwiek kreacji wokalnej, gdyby wszystko nie
zostało zaśpiewane tak samo kiepsko. Przykłady ? Proszę bardzo :
wyskandowane raczej niż śpiewane « La ci darem », straszliwie
niechlujne « Fin.. » (dykcja żadna, tekst prawie niezrozumiały),
monotonne « Meta di voi ». Jest to dosyć dziwne, jako, że Sly cieszy się opinią dobrego liedersangera, co zazwyczaj stanowi doskonałą rekomendację. Zastanawiałam się nad licznymi pochwałami
ze strony mediów i doszłam do wniosku, że fizyczność Sly’a (wysoki, długonogi,
ładnie umięśniony, z rudawymi blond lokami i miedzianą bródką) tak zaabsobowała niektórych recenzentów, że
zapomnieli go posłuchać.
Publiczność w Aix chyba nie
zapomniała – Sly dostał wprawdzie solidne brawa (zasużył chociażby doskonałą
kreacją aktorską), ale jednak wyraźnie mniejsze niż wszystkie koleżanki i
Nahuel di Pierro. Ten ostatni jako Lepporello ukradł tytułowemu bohaterwi uwagę
widowni, bo był po prostu świetny – wokalnie i interpretacyjnie. To samo można
powiedzieć o wszystkich paniach : Eleonora Buratto jako Donna Anna, Isabel
Leonard jako Donna Elvira i Julie Fuchs jako Zerlina wszystkie stworzyły
znakomite, kompletne kreacje wokalno-aktorskie
i słuchało się ich z dużą satysfakcją i przyjemnością. Pavol Breslik
miał problemy z ozdobnikami w « Il mio tesoro », ale jego Don Ottavio
mógł się podobać, zwłaszcza, że artysta wyposażył go w spore pokłady ciepła i
uroku osobistego, którego ta postać zazwyczaj nie ma. Pochwały należa się także
najmłodszemu (1990) w młodej obsadzie
Krzysztofowi Bączykowi. Masetto nie ma wiele okazji do popisania się, ale nasz
bas nie tylko śpiewał bardzo dobrze, ale też doskonale grał i pokazał swojego
bohatera jako mężczyznę kochającego i sympatycznego. Najmniej przekonania mam
do Komandora Davida Leigha – wydał mi się tylko w porządku. Lubię w tej roli
przepastne, głebokie, zaświatowe basy, a Leigh takiego nie ma. Jérémie Rhorer poprowadził swój
zespół Le Cercle de
l'Harmonie zgodnie ze współczesnymi tendencjami w szybkich tempach, ale nie
zagonił fragmentów lirycznych. Może tylko fenomenalna uwertura nie zabrzmiała z
taką dramatyczną mocą jak powinna. Ogolnie, mimo wszystkich zastrzeżeń i braku
Don Giovanniego z prawdziwego zdarzenia polecam ten spektakl ze względu przede
wszystkim na zalety wokalne tercetu pań dopełnionego przez Nahuela di Pierro i
Krzysztofa Bączyka.
niedziela, 9 lipca 2017
Europuding czyli "Podróż do Reims"
Plombières-les-Bains
dzieli od Reims niezbyt imponujący dystans 307 kilometrów , dziś
do przejechania w jakieś cztery godziny. Ale w roku 1825, w dodatku w
przeddzień ważnego wydarzenia to musiała być odległość trudna do pokonania.
Bohaterowie opery Gioacchino Rossiniego odczuli to boleśnie na własnej skórze i
na koronację Karola X w końcu nie zdołali dotrzeć, nie wystarczyło dla nich
odpowiednio szybkich koni. Historyjka o ich niezbyt intensywnych usiłowaniach
posłużyła Luigi Balocchiemu do napisania libretta dziełka, które miało
uświetnić koronacyjne uroczystości Karola X. Uświetnienie udało się nie
bardziej niż tytułowa podróż i po kilku próbach wykorzystania do innych
dworskich celów rzecz znikła w pomroce dziejów. Nie cała, bo Rossini, jak to on
wykorzystał spore fragmenty partytury w „Hrabim Ory”. Kiedy w latach
osiemdziesiątych dwudziestego wieku parę zapomnianych stronic odnaleziono w
bibliotece rzymskiej Akademii Świętej Cecylii pojawił się pomysł rekonstrukcji
„Podróży do Reims”. Wymagało to iście detektywistycznych umiejętności i
wytropienia innych fragmentów utworu w Paryżu i Wiedniu. Po czym zaczęła się
robota czysto muzykologiczna, bo trzeba było te odnalezione kawałki jakoś
poskładać w logiczną całość. Rezultat tytanicznych wysiłków można było
podziwiać w miejscu urodzenia Rossiniego, w Pesaro, 18 sierpnia 1984 we wspaniałej obsadzie i pod wspaniałą
dyrekcją Claudia Abbado. Zapis płytowy tego wydarzenia stał się wydawniczą
sensacją i do dziś jest niedościgłym ideałem. A opera, chociaż nie weszła do
żelaznego repertuaru zaczęła się cieszyć powodzeniem, co można sprawdzić
chociażby zaglądając do YT, gdzie jest kilka jej pełnych wykonań. Polska
premiera odbyła się w Warszawie zaledwie 14 lat temu, ale mieliśmy dużo szczęścia
– dyrygował wybitny specjalista od Rossiniego Alberto Zedda a śpiewali min. Ewa
Podleś i Rockwell Blake.
Wystawiający
„Podróż do Reims” muszą się zmagać z dwoma podstawowymi problemami. Po pierwsze obsada – partytura wymaga
kilkunastu dobrych głosów. Po drugie inscenizacja – kantatowy charakter dzieła
widać jak na dłoni, w zasadzie fabuła jest niemal nieobecna a całość składa się
z pojedynczych popisów (i jednego, imponującego concertato na 14 postaci). W
Opera di Roma casting director spisał się całkiem nieźle, chociaż jest to
instytucja nie dorównująca budżetem chociażby La
Scali. Z inscenizacją było znacznie
słabiej, chociaż powierzono ją (a może właśnie dlatego) jednemu z
najmodniejszych reżyserów współczesnych, Damiano Michieletto, którego przy tej
okazji opuściła wszelka inwencja twórcza. Powielił więc pomysł znany już i
zgrany w ostatnich latach do szczętu przenosząc akcję do galerii sztuki, gdzie
ożywają eksponaty i mieszają się z pracownikami instytucji. Dostaliśmy więc to,
co takich wypadkach zwykle (jak np. w salzburskim „Trubadurze” czy paryskim
„Giulio Cesare”) z dodatkiem równie
zgranych chwytów charakteryzatorskich. Czy koszmarna szefowa zrobiona na Annę
Wintour jeszcze kogoś bawi? Mnie nie bardzo, publiczność rzymska też nie
wyglądała na ucieszoną. Mam do pana Michieletto także i osobiste pytanie –
dlaczego wśród dobrodusznych kpinek z narodowych cech Polkę uczynił kokietliwą
kretynką, oczywiście bez uzasadnienia w tekście, a nawet wbrew niemu (markiza
Melibea ma piękną, godną muzykę)? I tu czas poświęcić uwagę proeuropejskiemu
charakterowi „Podróży do Reims”, która mogłaby stanowić operowy emblemat UE.
Słowa o jedności europejskiej padają nawet ze sceny! Wprawdzie wśród bohaterów
są przedstawiciele tylko 8 narodów
(Włochy, Francja, Hiszpania, Anglia, Niemcy, Polska, Rosja i Grecja), ale
jednak…
Od strony
muzycznej ten europuding wypadł całkiem nieźle, bardzo dobrze dyrygowany przez
Stefano Monanari i na ogół bardzo
przyzwoicie śpiewany. Nie można pochwalić
właściwie tylko tenorów: Merto Sungu był po prostu wrzaskliwy a Juan Francisco
Gatell jak zwykle intonacyjnie nieprecyzyjny. Maria Grazia Schiavo – Hrabina
Foleville, Francesca Dotto – Pani Cortese, Adrian Sâmpetrean – lord Sidney,
Bruno De Simone – baron Trombonok, Simone Del Savio - Don Alvaro wszyscy
trzymali wysoki poziom wokalny. Nicola Ulivieri jako Don Profondo podobnie, ale
tu wspomnienie Ruggero Raimondiego i
jego wspaniałego, komicznego zacięcia troszkę psuło mi wrażenie. Wśród
całej obsady są też dwa wyjątki pozytywne
- Mariangela Sicilia jako Corinna i Anna Goryachova w roli markizy
Melibea. Sicilia , znana mi jak dotąd tylko z „Benvenuta Celliniego”
potwierdziła swoją klasę . Także spotkanie z Anną Goryachovą było moim drugim i
ponownym zachwytem nad przepięknym, bogatym głosem, nieskazitelną techniką i
możliwościami wyrazowymi. Tylko młodym wiekiem tej śpiewaczki (rocznik 1986)
można tłumaczyć brak pozycji supergwiazdy, na jaką zasługuje. Ona mi momentami
przypomina młodą Ewę Podleś, a jest to najwyższy komplement, na jaki mnie stać.
piątek, 30 czerwca 2017
Kaufmann i "Otello" w ROH
To
była z cała pewnością najbardziej oczekiwana premiera sezonu i -jak to często
pisano - „najgorętszy bilet roku”. O prawo asystowania przy wydarzeniu walczono
zaciekle, strona ROH przegrzewała się niebezpiecznie, bilety znikły w mgnieniu
oka. W przeddzień premiery pojawiła się jeszcze pula najdroższych miejsc i też
długo nie przetrwała, mimo zaporowej ceny. A teraz, kiedy debiut Jonasa
Kaufmanna w roli Otella mamy już za sobą przyszedł czas na ochłonięcie i
refleksje. Nie tylko nad tenorem, ale całym spektaklem, bo momentami w
medialnych sprawozdaniach miało się wrażenie jakby wystąpił on solo. Produkcja
Keitha Warnera nie należy ani do inspirujących, ani denerwujących - mówiąc
szczerze i wprost jest letnia. Akcję właściwie pozostawiono tam, gdzie być powinna,
chociaż dekoracje Borisa Kudlički i kostiumy
Kaspara Glarnera są raczej stylizowane, nie zaś dosłownie zakorzenione w czasie
i miejscu. Całość w oczy nie kłuje, chociaż
Desdemonę można było ubrać lepiej. Mam za to do realizatorów podstawową
pretensję, która mi się niestety przy „Otellu” zdarza dosyć często - o kiepski ruch sceniczny. W książce
programowej widnieją nazwiska jego autorów, z wyszczególnieniem nawet
choreografii walk. Mnie się jednak to, na co patrzyłam wydało jakieś niemrawe ,
a otwierająca scena burzy, na którą jestem szczególnie wrażliwa po prostu
statyczna. Zgłaszam taką pretensję nie po raz pierwszy, ale w muzyce Verdiego
mamy całą potęgę szalejącego żywiołu – jeśli obraz tego nie odzwierciedla
pojawia się bolesny rozziew. Zwłaszcza, gdy jak w tym wypadku dyrygent i jego
orkiestra realizują partyturę z całą mocą i energią. I to właśnie oni byli
najatrakcyjniejsi w pierwszym akcie. „Esultate” Jonasa Kaufmanna nie imponowało
potęgą (co, jak podejrzewam nie było skutkiem braku siły śpiewaka, tylko jego
koncepcji roli), a szkoda. Tylko na początku możemy i powinniśmy zobaczyć
bohatera triumfującego, władczego, emanującego autorytetem, wtedy jego upadek
jest jeszcze boleśniejszy. Przyznaję, że nie zachwycił mnie też duet „Gia della
notte… „, bo, chociaż oboje protagoniści śpiewali pięknie, nie miało to
odpowiedniej temperatury (czemu oczywiście żadne z nich winne nie jest, na brak
chemii nic się nie poradzi). Jak to brzmieć może dało się usłyszeć i zobaczyć
niecały rok temu, kiedy Kaufmann i Anja
Harteros wykonywali ów fragment na koncercie – powietrze aż wibrowało od
napięcia. Ale od początku drugiego aktu z każdą sekundą koncepcja postaci
Otella była wyraźniejsza, bardziej oczywista i bardziej fascynująca. Kaufmann
zagrał człowieka od początku udręczonego, o chorej duszy i ciele. Iago ze swoją
intrygą tylko przyspieszył to, co i tak zdarzyć się miało i musiało. Po antrakcie
nie dało się już od Kaufmanna oderwać oczu ani uszu, tak bardzo okazał się na scenie dominatorem (i już rozumiałam
recenzentów). Jego Otello był mężczyzną
z natury czy też z życiowego, wojennego doświadczenia brutalnym. Tym ważniejsze wydawały się króciuteńkie momenty
czułości, które Desdemona wciąż w nim budziła. A jak to zostało zaśpiewane!
Nietypowa technika i barytonowa barwa głosu Kaufmanna (momentami brzmiał niżej
niż Vratogna, co w niczym nie przeszkadzało pewnej górze skali) doskonale służą
partii Otella, nie one są tu jednak najważniejsze. Esencją jest znów, jak to
się temu artyście często zdarza interpretacja trudno poddająca się opisowi. Bo
jak przekazać na piśmie te niezliczone, głębokie uczucia (emocje to wszak coś
bardziej powierzchownego), które przekazuje Kaufmann – doprawdy nie wiem.
Trzeba tego koniecznie posłuchać. I to w całości, żeby rozkoszować się rozwojem
postaci, a nie tylko podziwiać monologi (chociaż „Dio mi potevi” najtwardszego słuchacza
może doprowadzić do autentycznego wzruszenia, które stało się i moim udziałem).
Maria Agresta jest śpiewaczką
kompetentną , obdarzoną ładnym sopranem i ciepłą, konieczną w wypadku Desdemony
osobowością. Tak też się zaprezentowała – sympatycznie i kompetentnie. Aż tyle
i przy takim Otellu tylko tyle. Marco Vratogna został Iagonem w zastępstwie
Ludovica Teziera. Nie ma pięknego głosu, ale jego bohater nie musi takiego mieć,
a chyba nawet lepiej, żeby za ładnie nie brzmiał. Vratogna miał jednak problem
z za małym wolumenem, co się niekorzystnie odbiło zwłaszcza na „Credo” . Trochę
żal, bo włoski baryton dał ogólnie dał efektowną kreację wokalno-aktorską i wydaje się być prawdziwym „zwierzęciem
scenicznym”. Frédéric Antoun
bardzo podobał mi się jako Cassio, a jest to przecież rola, którą Kaufmann
wykonywał w początkach swej kariery, może więc kiedyś…Komplementów pod adresem
Antonio Pappano nigdy dość, zwłaszcza, kiedy prowadzi muzykę włoską. Należały mu
się i tym razem. Za to chór sprawiał na mnie wrażenie nieco rozproszonego I nie
zawsze równo brzmiącego.
P.S. Mała
uwaga odnośnie charakteryzacji – troszkę przesadzono z ilością krwi w finale, pierwszy
raz widziałam, jak dosłownie leje się z Otella strumieniem. W związku z czym
Kaufmann część braw dla swych kolegów spędził na błyskawicznym myciu i
pozbawianiu śladów tej posoki.
środa, 14 czerwca 2017
"Umarłe miasto" w Warszawie
Od pierwszych plotek
o planach wystawienia w Operze Narodowej
„Umarłego miasta” minęło już ponad cztery lata. Czekałam na ten moment z
niecierpliwością, bo dzieło Korngolda nie tyle może wysoko cenię, co zwyczajnie
lubię, a szans na zobaczenie go w kraju nie było dotąd żadnych. O specyfice
utworu i jego osobliwych właściwościach pisałam już szczegółowo w poście, który
ku mojemu zdumieniu okazał się jednym z najpopularniejszych w pięcioletnich
dziejach bloga (link można znaleźć obok). Decydując się na wizytę w teatrze
warto wiedzieć, iż rzecz napisał człowiek bardzo młody (miał 19 lat, kiedy zabrał się do komponowania) ,
ale już pewnym doświadczeniem, jako, że była to jego trzecia opera. Mimo
szczenięcego wieku Erich Korngold był w światku muzycznym dosyć ustosunkowany
jako syn wpływowego krytyka muzycznego. Ojciec, Julius jest współautorem
libretta, które powstało w oparciu o książkę Georgesa Rodenbacha
„Bruges-la-morte”. Libretto korzysta tylko z motywów zawartych w powieści
zmieniając to, co w niej należy do sfery krwawej realności w senny koszmar. Nie
czytałam oryginalnej książki, ale wydaje mi się, że to operze pomogło,
rozszerzając znacznie możliwości interpretacyjne. Zagrożenia przy jej realizacji
są liczne, i niektórzy inscenizatorzy im ulegają czyniąc z „Umarłego miasta” pretensjonalny
horror, a nie tędy droga. Autor, z powodu młodzieńczego wieku i panującego
wokół ekspresjonizmu stworzył wprawdzie rzecz nieco egzaltowaną ale to nie
powód by te usprawiedliwione warunkami cechy podkreślać i wyolbrzymiać. Muszę
przyznać, że na warszawską premierę czekałam dziwnie spokojna o to, co zobaczę,
bo tekst wydawał mi się doskonale przystawać do zainteresowań i talentów
Mariusza Trelińskiego. Natomiast warstwa muzyczna, a zwłaszcza partia tenorowa
budziła moje poważne wątpliwości od momentu, w którym z obsady zniknął Charles
Workman a w jego miejsce pojawił się Jacek Laszczkowski. Sprawdziły się zarówno nadzieje jak obawy.
Rzeczywiście, tym razem opowiadana historia pasuje idealnie do reżyserskich
obsesji i wyjątkowo nie trzeba było
widowni tłumaczyć co też Treliński
chciał nam powiedzieć. Od niego dostaliśmy tylko formę bez ingerencji w treść i
samą istotę dzieła, a to duża ulga. Przedstawienie jest plastycznie efektowne,
w czym zasługa przede wszystkim niezawodnego Borisa Kudlički, który stworzył
scenografię piękną i funkcjonalną jednocześnie. Dom Paula, miejsce akcji
pierwszego obrazu przypomina nieco wnętrze grobowca, wszystko jest w nim
ciemnoszare, jakby przysypane popiołem i zamrożone. Nieco później, gdy obrotówka
zaczyna krążyć razem z bohaterem trafiamy do upiornego świata z sennego
koszmaru. Wszystko co zwyczajne i oswojone nabiera innego charakteru, osobiste
demony protagonisty uzewnętrzniają się zmieniając rzeczywistość w groźną wizję.
A że pierwszą i chyba największą miłością Trelińskiego jest kino dostajemy
właściwie film na żywo. Nieustannie nam o tym przypominają projekcje video,
ciągle obecny staromodny projektor z obracającymi się ustawicznie szpulami,
wreszcie reflektor ostrym promieniem oświetlający plan. Ciągły ruch sceny
obrotowej ma nam nie tylko pokazać zamęt w głowie Paula, ale też imituje ruch
kamery ( jest to też odniesienie do Hitchcocka i jego „Zawrotu głowy”). Psychologiczna
interpretacja tego, co dzieje się w muzyce i przed naszymi oczami nie wymaga filozoficznych rozważań i głęboka
nie jest – ot, ktoś niedojrzały emocjonalnie broni się przed światem jak umie,
czyniąc zmarłą ukochaną swoją bronią i alibi . Pojawia się tylko pytanie: czy
Marie za życia była prawdziwą miłością Paula czy też stała się nią dopiero po
śmierci?
Muzycznie spektakl
mógł się udać, bo Lothar Koenigs dobrze poradził sobie z oporną często
orkiestrą Teatru Wielkiego wydobywając z niej to, co najlepsze. Było trochę
niedokładności, zdarzyło się kilkakrotnie przykryć głos solisty (o co nie mam w
tym szczególnym przypadku pretensji…), ale ogólnie całkiem nieźle, a przy
takiej partyturze to osiągnięcie.
Niestety, Jacek Laszczkowski zupełnie nie ma warunków do morderczej
partii Paula, i jeżeli ja o tym wiedziałam, czemuż nie wiedział sam śpiewak?
Tenor nie tyle śpiewał, co krztusił się rozpaczliwie, z wysiłku i zmęczenia
mordując również te frazy, które wymagały pełnej i ładnej średnicy, nie tylko
bohaterskiej góry. U Korngolda trzeba również dopieścić kantylenę, a na to
Laszczkowski zwyczajnie nie miał siły.
Słuchanie tego było okropnie męczące, i pomyślałam, że należałoby przeprosić
Jaya Huntera Morrisa, niefortunnego Tristana sprzed roku. Naprawdę, można
gorzej. I aktorskie umiejętności Laszczkowskiego nie są tu żadnym pocieszeniem.
Była nim za to w pewnym stopniu Marlis Petersen, która ma z kolei wszystkie
atuty potrzebne w roli Marie/Marietty. Jej słuchało się z dużą przyjemnością,
jako, że nie tylko nie sprawiała jej problemów tessitura, ale także głos
brzmiał ciepło, czysto i krągło. Michał Partyka nie zachwycił mnie szczególnie
jako Frank/Pierrot, ale też nie ma się czego wstydzić. Jest to baryton
liryczny, troszkę za mały na te 2 partie i niezbyt charakterystyczny. Za to po
stronie sukcesów niewątpliwie może sobie zapisać występ w roli Brigitty
Bernadetta Grabias. Wyrazisty, mocny głos, ciekawa interpretacja.
„Umarłe miasto” będzie miało jeszcze dwa
spektakle w Warszawie (ja widziałam wczorajszy, 13 czerwca), w przyszłym sezonie
go nie będzie, w kolejnym też nie, bo wtedy produkcja trafi do La Monnaie. Bardzo jestem ciekawa,
kto tam zaśpiewa Paula. Jeśli tylko dostępna będzie jakaś transmisja nie
odmówię jej sobie. I mimo straszliwego doświadczenia z Jackiem Laszczkowskim
nie żałuję wieczoru w TWON.
wtorek, 6 czerwca 2017
"Don Carlo" według Roberta Carsena
Kiedy
piszę o dziele powszechnie znanym i takim, którego różne odsłony relacjonowałam
już wielokrotnie miewam kłopot z tym, jak rozpocząć nowy post. W końcu nie
bardzo wypada od pierwszego akapitu przejść do „inscenizacja była taka a taka,
pan X dyrygował tak a pani Y śpiewała …”. Jeśli mam do czynienia z operą
niezbyt popularną sprawa jest prosta – trzeba tylko dobrze poszukać informacji
(co lubię) i opowiedzieć własnymi słowami. Ale przecież nie mogę po raz kolejny
zawracać Państwu głowy fabułą i warunkami powstania np. „Toski”, bo najpewniej
wiecie wszystko od dawna. Jeśli zaś nie
- sprawdzenie nie wymaga żadnej fatygi. Dziś mój problem występuje w
sposób zwielokrotniony, bo chodzi i o utwór, który bardzo lubię, więc
wielokrotnie o nim i o jego licznych mutacjach pisałam. W dodatku spektakl nie
jest nowy, miał miejsce niemal dokładnie rok temu w Strasburgu, ale zapis
dotarł do mnie niedawno. Do obejrzenia zachęcił mnie nie tylko ciekawy zespół
solistów, ale też nazwisko reżysera. Robert Carsen jest jednym z nielicznych
dziś szanujących twórców dzieła, za które się zabiera, a poza tym wyróżnia go
pewien chłód połączony z elegancją. Oczywiście nie wszystkie jego produkcje mi
się podobały, ale tak na poważnie zawiodłam się na nim jedyny raz. Ten dzisiejszy stanowił po części raz drugi,
bo produkcja okazała się prawdziwie carsenowska, ale z drugiej zabrzmiały w
niej typowe dla współczesności fałszywe nuty. Oczywiście w wypadku „Don Carlo”
demonizowanie kościoła katolickiego jest łatwe i na pierwszy rzut oka właściwe,
ale przyjrzyjmy się bliżej. Jeżeli, jak w tym wypadku przenosimy akcję do
jakiegoś „dziś” to taki sposób prowadzenia akcji robi się z gruntu nieuczciwy.
Bo dziś, z małymi acz doskonale nam znanymi wyjątkami będąc chrześcijaninem
chyba łatwiej być prześladowanym i zasłużyć sobie na palmę męczeństwa (tak przynajmniej głoszą dane statystyczne)
niż zostać prominentnym członkiem
duchowieństwa w państwie teokratycznym.
A co widzimy na scenie? Przede wszystkim rozprawmy się z obrazem auto da fe, w
którym skazańcy nie giną na stosie, tylko z rąk młodych mężczyzn w sutannach,
którzy likwidują ich strzałem z pistoletu. Strasznie tu wieje efekciarstwem,
ale także niezrozumieniem inkwizycji i rządzących nią reguł. Groza tej upiornej
instytucji brała się przecież także z jej obłudy – wszak kościół wyczerpawszy środki perswazji, czyli
zakończywszy tortury oddawał kacerza w
ręce sprawiedliwości świeckiej, która to brała na siebie męczeńską śmierć
delikwenta. Władza religijna mogła spokojnie, wzorem Poncjusza Piłata umyć
ręce. Największą pretensję mam jednak do Carsena za scenę finałową, w której to
Cesarz Karol V w mnisim habicie uśmierca najpierw swego wnuka Carlosa a potem
syna Filipa. Strzałem z broni palnej oczywiście. To już było na granicy
śmieszności, a nawet w moim odczuciu ją przekroczyło. Ale nie wszystko w tym spektaklu tak
wyglądało. Zaczęło się nawet bardzo interesująco od … Hamleta. Po
podniesieniu kurtyny zobaczyliśmy czarno
odzianego mężczyznę z białą czaszką w ręku siedzącego pośrodku pustej sceny,
której ciemne wnętrze przypominało trumnę (potem nadal mieliśmy przed oczami tę
samą scenografię, a właściwie jej brak). Nałożenie na siebie najsłynniejszego
bohatera shakespeare’owskiego
wszechczasów i Don Carlosa ma sens – ci dwaj mają ze sobą wsporo
wspólnego. Ciekawy wydał mi się manewr
wykonany przy piosence saraceńskiej: ponieważ wszystkie damy noszą tu bez
wyjątku habity z początkiem arii przekładają tylko mnisie welony do przodu i
już mamy gromadkę islamskich kobiet w burkach. Religijna ortodoksja wszędzie
pokazuje tę samą twarz? Przy okazji za
pomocą habitów rozwiązał się problem z nierozpoznaniem Eboli przez Carlosa.
Księżniczka i królowa wyglądają jak bliźniaczki, a że infant widzi swą
interlokutorkę z początku tylko z tyłu może się pomylić. Muszę też przyznać, że
jak to zazwyczaj u Carsena bywa oglądanie jego inscenizacji stanowiło nie lada
przyjemność estetyczną, bo była spójna plastycznie, mroczna – co ma
uzasadnienie w tekście i bardzo elegancka. Tym bardziej szkoda, że wrażenie
popsuły skutecznie omawiane wyżej absurdy. Od strony muzycznej spektakl okazał
się poprawny i w zasadzie byłoby tylko tyle, gdyby nie jeden wyjątek, który
zostawiam sobie na lieto fine posta. Daniele Callegari prowadzący orkiestrę Opéra
national du Rhin był po prostu mało finezyjny – wszystko zostało odegrane
przyzwoicie, ale nic więcej. Nawet słynne solo wiolonczelowe przed arią Filipa
nie zrobiło na mnie zwyczajowego wrażenia. Może o tak być miało, bo
doświadczony wagnerzysta Stephen Milling nie radzi sobie najlepiej z verdiowską frazą a zarówno głosowi jak
postaci brak głębi i autorytetu. Ante Jerkunica również nie siał odpowiedniej
grozy jako Wielki Inkwizytor, ale dla niego jest jeszcze nadzieja – ma 38 lat,
głos basowy może się bardzo rozwinąć. Elena Zhidkova dla odmiany aktorsko była
bez zarzutu, szczególnie interesująco wypadła pod tym względem niema scena z królem na początku trzeciego aktu. Wokalnie
nie było już tak dobrze, zwłaszcza, że rola Eboli stawia pod tym względem spore
wymagania. Zhidkova zupełnie dobrze poradziła sobie z dramatyczną arią „O don
fatale” i uczyniła to mimo ograniczonego wolumenu. Tym niemniej piosenka
saraceńska ujawniła u niej spore braki w wyszkoleniu – ozdobniki były tak
zamazane, że właściwie nie było ich wcale. Tassis Christoyannis nie dysponuje głosem pięknym
lub charakterystycznym, ale używa go rozsądnie. Tyle, że w wypadku markiza Posy
śpiewanie rozsądne to ostatnia rzecz, jakiej słuchacz oczekuje. Posa nie musi
być wcieleniem szlachetności, niektórzy interpretują tę rolę tak, aby pokazać,
że chodzi tu nie tylko o miłość (braterską lub nie) do Carlosa, ale i o
polityczne interesy. Christoyannis wydał mi się mdły , chociaż technicznie
całkiem w porządku. Andrea Carè z kolei włożył w postać Carlosa nadmiar emocji,
może też chciał sobie w ten sposób poradzić
z niedostatkami w górze skali i stąd brał się efekt histerycznego
ciśnięcia głosu. To były tylko chwile, ogólnie włoski śpiewak zrobił dobre
wrażenie: jasny, nośny tenor o ładnej barwie pasuje do tej partii. Główną
gwiazdą przedstawienia okazała się Elza van den Heever, która ma wszystko, co
trzeba by być idealną Elisabettą i taka właśnie jest. Sopran o dużym wolumenie
i kontrowersyjnej barwie, którą ja bardzo lubię od pierwszego usłyszenia (10
lat temu w roli Donny Anny w San Francisco) jest pełny i nośny, podparty
nienaganną techniką oddechową i świetnym frazowaniem. Przy takich umiejętnościach można się skupić
na interpretacji, co Heever czyni dając świetny portret nieszczęsnej królowej.
Obok Anji Harteros to najlepsza współczesna Elisabetta i dla niej warto było
ten spektakl obejrzeć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















































