poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Aleksandrze Kurzak na urodziny



Aleksandra Kurzak obchodzi dziś okrągłe urodziny. Czego należałoby jej życzyć – wie tylko ona sama i jej najbliżsi. Człowiek z zewnątrz na wrażenie, iż nasza wokalna duma narodowa ma wszystko, ze szczególnym uwzględnieniem udanego życia rodzinnego i zawodowego. Miniony sezon musiał być dla niej szczególny, bo wiązał się z debiutami w wielu nowych rolach. Ostatnim, chyba najpiękniejszym była jej przepięknie zaśpiewana i
zagrana Liu na deskach ROH. Oby wszystkie nadchodzące lata przyniosły Pani Aleksandrze wszelkie możliwe satysfakcje – profesjonalne i osobiste!


czwartek, 3 sierpnia 2017

Król wysokiego C - Javier Camarena w Teatro Colon



W czym tkwi urok wysokiego C, dlaczego górne dźwięki osiągane przez tenorów wywołują tak wielki aplauz publiczności? Przyznaję – nie bardzo wiem, a nie rozumiem wcale. W moich uszach brzmią one zazwyczaj bardzo sztucznie a na dodatek świdrująco. Czasami wydaje się, że słyszymy dwa zupełnie odrębne głosy tego samego artysty. W baroku, kiedy opera była często głównie polem dla popisów wokalnych taka konkurencja stanowiła pewnie jedyny mierzalny element występu, ale dziś? A jednak na widowniach całego świata rozpętuje się nieopisany tumult, kiedy śpiewak w miarę swobodnie wykona na przykład to C na koniec stretty z „Trubadura”, wykończy nim „Nessun dorma”, nie mówiąc już o zaprezentowaniu tego dźwięku ośmiokrotnie w „Córce pułku”. Na szczęście ciągle można zrobić karierę w tenorowym fachu nawet wtedy, kiedy górne C nie jest najmocniejszą stroną, czego koronnym przykładem Placido Domingo. Tym niemniej całkiem niedawno Jonas Kaufmann był szczegółowo odpytywany na okoliczność  nieobecności C w swoim debiucie w partii Manrica (i to pomimo faktu, że Verdi wcale go nie napisał!). Mając do najwyższych nut stosunek mocno ambiwalentny myślałam, że żaden współczesny śpiewak mnie z tej strony nie zaskoczy ani nie zadziwi, ale cóż – myliłam się. Autorem zaskoczenia okazał się Javier Camarena, którego recital w argentyńskim Teatro Colon obejrzałam niedawno.  Zdarzenie miało miejsce kilka dni temu, 27 lipca i zdaje się stanowiło lokalny debiut meksykańskiego tenora. Oczywiście nie było ono moim pierwszym zetknięciem z jego sztuką wokalną, bo jest on już prawdziwą gwiazdą, należy nawet do bardzo ekskluzywnego „klubu” tych, co bisowali w spektaklu Met już więcej niż raz. O szczególnych zdolnościach Camareny pisałam na tym blogu przy okazji madryckiej „Córki pułku”, ale wszak co innego przedstawienie, a co innego koncert, na którym  (w wypadku tak ułożonego programu) trzeba ten popis powtarzać wielokrotnie. Nie wiem, czy barwę głosu tenora można uznać za piękną, rzecz zależy od gustu – w każdym razie jest to instrument jasny, młodzieńczo brzmiący ale jednocześnie metaliczny. Być może w tym tkwi przyczyna, że kiedy Javier Camarena wykonuje wysokie C odbieram dźwięk jako całkowicie naturalny – po prostu przedłużenie linii wokalnej, nie zaś popis. Oczywiście artysta musi mieć po temu jakieś wrodzone predyspozycje, poparte umiejętnościami wysokiej klasy. Najbardziej zadziwiające wydaje się jednak iż te seryjnie produkowane górne C brzmią tak, jakby nie kosztowały Camareny żadnego dodatkowego wysiłku i co równie zdumiewające tak też wyglądają – nie zmienia się specjalnie mimika, nie ma wspinania się na palce ani wyraźnego napięcia mięśni twarzy. Budzi to u mnie nieustający podziw i przeświadczenie, że kto jak to, ale ten człowiek właściwie wybrał fach – do niego się urodził. Świadczy o tym także jego zachowanie na estradzie – bardzo lubię, kiedy wokalista tak jak Camarena reaguje na muzykę całym ciałem i to nie tylko wtedy, kiedy sam śpiewa. Potwierdzenie można znaleźć w zapisie omawianego koncertu (jest na Tubie) i zafundować sobie przy okazji sporą frajdę.  Program ułożono tak, by szczególną ową właściwość wyeksponować, mieliśmy więc Donizettiego i nieśmiertelne „Ah! Mes amis ..”, dramatyczną arię „Tombe degli avi miei " oraz cavatinę Ernesta. Był Rossini i „Si, ritrovarla... " z „Kopciuszka”, był Gounod z „Romea i Julii”.  Wielbiciele coraz popularniejszych „Poławiaczy pereł” mogą odetchnąć spokojnie, jako, że mordercza aria „Je crois entendre..”  nie sprawiła Camarenie najmniejszego problemu – naczelny współczesny Nadir Matthew Polenzani będzie więc miał więcej niż wartościową alternatywę. Na koniec koncertu artysta zaprezentował nie bardzo lubianą przez śpiewaków arię Alfreda z „Traviaty” w wersji z cabalettą. I warto przypomnieć sobie jak się z tą ostatnią czasem męczą inni tenorzy, choćby Piotr Beczała żeby docenić, jak triumfalnie może ona wypaść. A na finał finałów – oczywiście „La donna e mobile”.
P.S. Niegdyś tytułem króla Wysokiego C honorowano Luciano Pavarottiego. Po długim okresie bezkrólewia mamy następcę.  Spójrzcie na zdjęcie na górze - nie brak Wam sporej białej chustki w ręce artysty?




wtorek, 25 lipca 2017

Operowe lato we Francji



Sezon festiwalowy w pełni a i niektóre teatry jeszcze nie zawiesiły działalności, mamy więc mnóstwo możliwości nacieszenia się  operą na żywo, transmisji wszelakich też zatrzęsienie. Wszystkiego obejrzeć się nie da, zapasy na przednówek (czyli wczesną jesień) rosną. W komfortowej sytuacji nadmiaru podaży selekcja rzeczy do zobaczenia teraz staje się trudna. Na czoło tych pozycji wysunął się u mnie spektakl „Rigoletta” , który odbył się w lipcu w na festiwalu  Chorégies d'Orange. Jest to jedna z najstarszych tego typu imprez na świecie zorganizowana po raz pierwszy w 1869 roku a przedstawienia grane są w miejscu wyjątkowo klimatycznym, rzymskim amfiteatrze. Ta zaleta ma jednak znaczenie dla mających szczęście oglądać przedstawienie na żywo, moją uwagę ściągnęły oczywiście nazwiska Nadine Sierry i Leo Nucciego. Niestety, rzecz nie okazała się szczególnie godna uwagi pod żadnym względem, bo dobra wokalnie i wdzięczna jako postać Gilda to dla mnie trochę za mało. Leo Nucci, o rok młodszy od Dominga i prawdziwy baryton brzmi już zgodnie z metryką, trudno więc zachwycić się interpretacją.  Podobnie grana w ONP „Carmen” mego podziwu nie wzbudziła, ale tu przynajmniej rewelacji się nie spodziewałam. Inscenizacja Calixto Bieito stanowi jeszcze jeden dowód na to, że nic nie starzeje się tak szybko jak skandal. Ta produkcja, która przy okazji premiery została nim okrzyknięta przemknęła już przez kilka scen i dziś budzi raczej znużenie swą banalnością niż oburzenie (pisałam o niej tu). Przyznaję, że nie mam przekonania do Carmen w wykonaniu Elīny Garančy, nawet nie tyle ze względów głosowych, co interpretacyjnych. Mam wrażenie, że śpiewaczka, której mezzosopran lubię nie jest w stanie pokonać wrodzonego chłodu i dystansu. Oczywiście, Carmen mogłaby być i taka, gdyby reżyser jakoś to uzasadnił, ale tego zabrakło. Roberto Alagna po fatalnym Calafie w ROH jako Don Jose odnalazł się lepiej, w końcu wykonuje tę rolę od dawna. Stanowczo nie są to jednak najlepsze dni tego tenora. Najjaśniej błyszczała w spektaklu Maria Agresta jako Micaela, śpiewająca z piękną, naturalną płynnością (frazowanie to jedna z jej mocnych stron) i pięknym, ciepłym głosem. Ildar Abdrazakov okazał się całkiem niezłym Escamillem, co wypadku tak podstępnie napisanej roli jest sukcesem. Wszystko to jednak było dla mnie jakieś letnie i przyznaję, że czekam już na „Carmen” z Bregencji, ciekawa zarówno inscenizacji Kaspara Holtena, jak głównej bohaterki Gaëlle Arquez. . W tych warunkach moim najsympatyczniejszym przeżyciem operowym ostatnich dni okazał się całkowicie nieoczekiwanie doroczny koncert odbywający się na paryskich Polach Marsowych u stóp Wieży Eiffela 14 lipca, czyli w ramach obchodów święta narodowego Francji. Jak przystało na ważną okazję imprezę zorganizowano z rozmachem, poza solistami i orkiestrą wzięły w niej odział 3 chóry (dwa dorosłe i jeden dziecięcy). Przede wszystkim jednak doskonale ułożono repertuar przeplatając numery lżejsze i poważniejsze, tak, żeby licznie zgromadzona publiczność się nie znudziła, ale też dostała coś do podziwiania. Sprawcą sukcesu był w dużej części Valery Gergiev, który nie starał się porazić słuchaczy dbałością o szczegóły, ale poprowadził Orchestre national de France w stylu glamour, w teatrze operowym niekoniecznie pożądanym, ale na tego typu koncercie na swoim miejscu. Wszystko zostało zagrane gładko, płynnie, w szybkich, ale nie zagonionych tempach, muzyka błyszczała i migotała niczym mieniąca się  tego wieczora kolorami Wieża Eiffela. Moja wewnętrzna malkontentka poszeptywała wprawdzie, że np. fragment „Romea i Julii” Prokofiewa  nie spowodował tak zagrany zwyczajowych dreszczy, ale – przecież nie można mieć wszystkiego. Ze śpiewaków najmniej podobała mi się Diana Damrau, zwłaszcza w walcu Julii Gounoda.  Ludovic Tézier wykonał dwie arie Don Giovanniego, z których piękniej wypadła serenada.  Bryan Hymel wybrał z kolei przeboje – arię Cania i „La donna e mobile”, w obu zaprezentował intonacyjną pewność i dźwięczny, ładny tenor. Obaj panowie dobrze też poczuli się w duecie z „Don Carlosa”. A jednak najwięcej radości ze słuchania dostarczyły mi Nadine Sierra i Anita Rachvelishvili, razem i osobno. W ich wykonaniu falujący kwietny duet z „Lakmé” to była czysta przyjemność, podobnie jak odpowiednio słodkie wyznanie Lauretty „O mio babbino caro” samej Sierry. Natomiast aria Sapho „O ma lyre immortelle” należała do przeżyć zupełnie innej kategorii. Wykonanie Anity Rachvelishvili mogę skomentować tylko w jeden sposób:  mistrzostwo i piękno w absolutnej postaci. Na tym koncercie napakowanym uroczymi błahostkami był to moment czystego, głębokiego blasku, za co jestem artystce głęboko wdzięczna.  Ale nawet gdyby go nie było zapisałabym ten wieczór zakończony jak zawsze „Marsylianką” w naprawdę wdzięcznej pamięci. Sprawdźcie sami!






niedziela, 16 lipca 2017

"Don Giovanni" w Aix-en-Provence

Sama nie mogę w to uwierzyć, ale od ponad półtora roku nie miałam do czynienia z żadną nową produkcją „Don Giovanniego”. Odstawienie ulubionej używki nie wynikało z mojej chęci ani decyzji, koniec okresu wymuszonej abstynencji powitałam więc z radością i nadzieją. W dniach poprzedzających transmisję z Aix-enProvence apetyt wzrastał, dokarmiany kolejnymi entuzjastycznymi recenzjami zarówno o muzycznej, jak wizualnej stronie spektaklu. Zaciekawiły mnie zwłaszcza doskonałe świadectwa wystawiane Phillipe Sly’owi , bo, jak ostatnio nieskromnie ale trafnie powiedział Mariusz Kwiecień czas już, aby on i Peter Mattei mieli jakąś konkurencję w roli tytułowej. Tymczasem światowe sceny zaludniają legiony Don Giovannich przeciętnych, takich sobie i kiepskich, zdarzają się nawet całkiem nieźli. Świetnych jak tych dwóch – wciąż brak. Obejrzałam, wysłuchałam i jedno wiem na pewno: jeszcze nie tym razem. Już początek przedstawienia nie nastroił mnie pozytywnie, bo nie przepadam za „zagadywaniem” uwertury, a w tym wypadku było ono dosyć nonsensowne, bo polegało na bezładnym przemieszczaniu się bohaterów do scenie i przyjmowaniu póz. Podobny manewr zastosowano w czasie antraktu. Oczywiście, cel takich zabiegów jest jasny – ma nas uczynić częścią świata przedstawionego lub odwrotnie, opowiadaną historię wprowadzić do świata naszego ale mnie się to zawsze wydawało sztuczne. Temu samemu służył zapewne brak scenografii (puste deski sceny, kilka rekwizytów i kolorowe żarówki pokazywane tak często na zbliżeniach, że pewnie miały coś znaczyć) i kostiumy zawieszone w bezczasie gdzieś pomiędzy dawnym a współczesnym. Ze spraw ogólnych dało się też zauważyć likwidację barier klasowych: Giovanni i Leporello są raczej kumplami niż panem i sługą zaś para plebejska jest przez bohaterów arystokratycznych traktowana jak im równa. To tylko na pozór ma niewielkie znaczenie, bo jednak okazuje się częścią większej koncepcji, w której Don Giovanni nawet nie tyle jest łotrem, co dosadnie i kolokwialnie powiedziawszy dupkiem. Nie ma ani odrobiny klasy, brak mu manier (nawet powierzchownych), stylu. Jedyne co ma, to fizyczna atrakcyjność. I mogłabym tę koncepcję przyjąć bez oporu, gdyby nie rujnował jej nonsensowny , pretensjonalny ponad moją wytrzymałość finał  z Giovannim upozowanym na Chrystusa. Szkoda, bo znalazło się w tym przedstawieniu sporo elementów i scen, które warto docenić. Przede wszystkim prostą konsekwencją ustawienia postaci tytułowej jest mocne podkreślenie dramatycznych konsekwencji, jakie czyny Don Giovanniego mają dla jego ofiar, bo tak – one są tym właśnie. Przy okazji zyskuje postać Donny Anny, oczyszczona z niegodnych podejrzeń, że „sama chciała i obłudnie udaje przed narzeczonym by ocalić honor i pozór cnoty”. Anna jest w autentycznej depresji i chociaż kocha Don Ottavia, musi mieć czas na dojście do równowagi. Po prostu! Mamy też w spektaklu kilka pięknych obrazów , na przykład Don Ottavia z zazdrością patrzącego z boku na czułości Zerliny i Masetta czy donnę Elvirę tulacą z rozpaczą pijanego do nieprzytomności Giovanniego. I gdyby Jean-François Sivadier nie zniszczył pozytywnych wrażeń finałem, zapisałabym tę produkcję, mimo już wyłuszczonych zastrzeżeń po stronie « ma », czego niestety zrobić nie mogę, przynajmniej jeśli chodzi o inscenizację. Muzycznie sprawa również nie jest całkiem prosta ze względu na tytułowego bohatera. Philippe Sly opisywany jest jako bass-baryton, ale brzmi jak bardzo liryczny baryton. Dysponuje głosem tak delikatnym, że nie zawsze przebija się przez muzykę, a przecież Le Cercle de l'Harmonie to nie grzmiąca orkiestra symfoniczna ! Poza tym barwa tego głosu nie uwodzi urodą, mnie przeszkadza w nim jeszcze drobne wibrato zwane potocznie groszkiem. Byłoby to jednak mniej ważne, wszak gusta są różne, gdyby nie brak jakiejkolwiek kreacji wokalnej, gdyby wszystko nie zostało zaśpiewane tak samo kiepsko. Przykłady ? Proszę bardzo : wyskandowane raczej niż śpiewane « La ci darem », straszliwie niechlujne « Fin.. » (dykcja żadna, tekst prawie niezrozumiały), monotonne « Meta di voi ». Jest to dosyć  dziwne, jako, że Sly cieszy się opinią dobrego liedersangera, co zazwyczaj stanowi doskonałą rekomendację. Zastanawiałam się nad licznymi pochwałami ze strony mediów i doszłam do wniosku, że fizyczność Sly’a (wysoki, długonogi, ładnie umięśniony, z rudawymi blond lokami i miedzianą bródką)  tak zaabsobowała niektórych recenzentów, że zapomnieli go posłuchać.  Publiczność  w Aix chyba nie zapomniała – Sly dostał wprawdzie solidne brawa (zasużył chociażby doskonałą kreacją aktorską), ale jednak wyraźnie mniejsze niż wszystkie koleżanki i Nahuel di Pierro. Ten ostatni jako Lepporello ukradł tytułowemu bohaterwi uwagę widowni, bo był po prostu świetny – wokalnie i interpretacyjnie. To samo można powiedzieć o wszystkich paniach : Eleonora Buratto jako Donna Anna, Isabel Leonard jako Donna Elvira i Julie Fuchs jako Zerlina wszystkie stworzyły znakomite, kompletne kreacje wokalno-aktorskie  i słuchało się ich z dużą satysfakcją i przyjemnością. Pavol Breslik miał problemy z ozdobnikami w « Il mio tesoro », ale jego Don Ottavio mógł się podobać, zwłaszcza, że artysta wyposażył go w spore pokłady ciepła i uroku osobistego, którego ta postać zazwyczaj nie ma. Pochwały należa się także najmłodszemu (1990)  w młodej obsadzie Krzysztofowi Bączykowi. Masetto nie ma wiele okazji do popisania się, ale nasz bas nie tylko śpiewał bardzo dobrze, ale też doskonale grał i pokazał swojego bohatera jako mężczyznę kochającego i sympatycznego. Najmniej przekonania mam do Komandora Davida Leigha – wydał mi się tylko w porządku. Lubię w tej roli przepastne, głebokie, zaświatowe basy, a Leigh takiego nie ma. Jérémie Rhorer poprowadził swój zespół  Le Cercle de l'Harmonie zgodnie ze współczesnymi tendencjami w szybkich tempach, ale nie zagonił fragmentów lirycznych. Może tylko fenomenalna uwertura nie zabrzmiała z taką dramatyczną mocą jak powinna. Ogolnie, mimo wszystkich zastrzeżeń i braku Don Giovanniego z prawdziwego zdarzenia polecam ten spektakl ze względu przede wszystkim na zalety wokalne tercetu pań dopełnionego przez Nahuela di Pierro i Krzysztofa Bączyka.  









niedziela, 9 lipca 2017

Europuding czyli "Podróż do Reims"

Plombières-les-Bains dzieli od Reims niezbyt imponujący dystans 307 kilometrów, dziś do przejechania w jakieś cztery godziny. Ale w roku 1825, w dodatku w przeddzień ważnego wydarzenia to musiała być odległość trudna do pokonania. Bohaterowie opery Gioacchino Rossiniego odczuli to boleśnie na własnej skórze i na koronację Karola X w końcu nie zdołali dotrzeć, nie wystarczyło dla nich odpowiednio szybkich koni. Historyjka o ich niezbyt intensywnych usiłowaniach posłużyła Luigi Balocchiemu do napisania libretta dziełka, które miało uświetnić koronacyjne uroczystości Karola X. Uświetnienie udało się nie bardziej niż tytułowa podróż i po kilku próbach wykorzystania do innych dworskich celów rzecz znikła w pomroce dziejów. Nie cała, bo Rossini, jak to on wykorzystał spore fragmenty partytury w „Hrabim Ory”. Kiedy w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku parę zapomnianych stronic odnaleziono w bibliotece rzymskiej Akademii Świętej Cecylii pojawił się pomysł rekonstrukcji „Podróży do Reims”. Wymagało to iście detektywistycznych umiejętności i wytropienia innych fragmentów utworu w Paryżu i Wiedniu. Po czym zaczęła się robota czysto muzykologiczna, bo trzeba było te odnalezione kawałki jakoś poskładać w logiczną całość. Rezultat tytanicznych wysiłków można było podziwiać w miejscu urodzenia Rossiniego, w Pesaro, 18 sierpnia 1984  we wspaniałej obsadzie i pod wspaniałą dyrekcją Claudia Abbado. Zapis płytowy tego wydarzenia stał się wydawniczą sensacją i do dziś jest niedościgłym ideałem. A opera, chociaż nie weszła do żelaznego repertuaru zaczęła się cieszyć powodzeniem, co można sprawdzić chociażby zaglądając do YT, gdzie jest kilka jej pełnych wykonań. Polska premiera odbyła się w Warszawie zaledwie 14 lat temu, ale mieliśmy dużo szczęścia – dyrygował wybitny specjalista od Rossiniego Alberto Zedda a śpiewali min. Ewa Podleś i Rockwell Blake.

Wystawiający „Podróż do Reims” muszą się zmagać z dwoma podstawowymi problemami.  Po pierwsze obsada – partytura wymaga kilkunastu dobrych głosów. Po drugie inscenizacja – kantatowy charakter dzieła widać jak na dłoni, w zasadzie fabuła jest niemal nieobecna a całość składa się z pojedynczych popisów (i jednego, imponującego concertato na 14 postaci). W Opera di Roma casting director spisał się całkiem nieźle, chociaż jest to instytucja nie dorównująca budżetem chociażby La Scali. Z inscenizacją było znacznie słabiej, chociaż powierzono ją (a może właśnie dlatego) jednemu z najmodniejszych reżyserów współczesnych, Damiano Michieletto, którego przy tej okazji opuściła wszelka inwencja twórcza. Powielił więc pomysł znany już i zgrany w ostatnich latach do szczętu przenosząc akcję do galerii sztuki, gdzie ożywają eksponaty i mieszają się z pracownikami instytucji. Dostaliśmy więc to, co takich wypadkach zwykle (jak np. w salzburskim „Trubadurze” czy paryskim „Giulio Cesare”)  z dodatkiem równie zgranych chwytów charakteryzatorskich. Czy koszmarna szefowa zrobiona na Annę Wintour jeszcze kogoś bawi? Mnie nie bardzo, publiczność rzymska też nie wyglądała na ucieszoną. Mam do pana Michieletto także i osobiste pytanie – dlaczego wśród dobrodusznych kpinek z narodowych cech Polkę uczynił kokietliwą kretynką, oczywiście bez uzasadnienia w tekście, a nawet wbrew niemu (markiza Melibea ma piękną, godną muzykę)? I tu czas poświęcić uwagę proeuropejskiemu charakterowi „Podróży do Reims”, która mogłaby stanowić operowy emblemat UE. Słowa o jedności europejskiej padają nawet ze sceny! Wprawdzie wśród bohaterów są przedstawiciele tylko  8 narodów (Włochy, Francja, Hiszpania, Anglia, Niemcy, Polska, Rosja i Grecja), ale jednak…


Od strony muzycznej ten europuding wypadł całkiem nieźle, bardzo dobrze dyrygowany przez Stefano Monanari i na ogół   bardzo przyzwoicie śpiewany. Nie można  pochwalić właściwie tylko tenorów: Merto Sungu był po prostu wrzaskliwy a Juan Francisco Gatell jak zwykle intonacyjnie nieprecyzyjny. Maria Grazia Schiavo – Hrabina Foleville, Francesca Dotto – Pani Cortese, Adrian Sâmpetrean – lord Sidney, Bruno De Simone – baron Trombonok, Simone Del Savio - Don Alvaro wszyscy trzymali wysoki poziom wokalny. Nicola Ulivieri jako Don Profondo podobnie, ale tu wspomnienie Ruggero Raimondiego i  jego wspaniałego, komicznego zacięcia troszkę psuło mi wrażenie. Wśród całej obsady są też dwa wyjątki pozytywne  - Mariangela Sicilia jako Corinna i Anna Goryachova w roli markizy Melibea. Sicilia , znana mi jak dotąd tylko z „Benvenuta Celliniego” potwierdziła swoją klasę . Także spotkanie z Anną Goryachovą było moim drugim i ponownym zachwytem nad przepięknym, bogatym głosem, nieskazitelną techniką i możliwościami wyrazowymi. Tylko młodym wiekiem tej śpiewaczki (rocznik 1986) można tłumaczyć brak pozycji supergwiazdy, na jaką zasługuje. Ona mi momentami przypomina młodą Ewę Podleś, a jest to najwyższy komplement, na jaki mnie stać. 








piątek, 30 czerwca 2017

Kaufmann i "Otello" w ROH

To była z cała pewnością najbardziej oczekiwana premiera sezonu i -jak to często pisano - „najgorętszy bilet roku”. O prawo asystowania przy wydarzeniu walczono zaciekle, strona ROH przegrzewała się niebezpiecznie, bilety znikły w mgnieniu oka. W przeddzień premiery pojawiła się jeszcze pula najdroższych miejsc i też długo nie przetrwała, mimo zaporowej ceny. A teraz, kiedy debiut Jonasa Kaufmanna w roli Otella mamy już za sobą przyszedł czas na ochłonięcie i refleksje. Nie tylko nad tenorem, ale całym spektaklem, bo momentami w medialnych sprawozdaniach miało się wrażenie jakby wystąpił on solo. Produkcja Keitha Warnera nie należy ani do inspirujących, ani denerwujących - mówiąc szczerze i wprost jest letnia. Akcję właściwie pozostawiono tam, gdzie być powinna, chociaż dekoracje Borisa Kudlički i kostiumy Kaspara Glarnera są raczej stylizowane, nie zaś dosłownie zakorzenione w czasie i miejscu. Całość w oczy nie kłuje, chociaż  Desdemonę można było ubrać lepiej. Mam za to do realizatorów podstawową pretensję, która mi się niestety przy „Otellu” zdarza dosyć często  - o kiepski ruch sceniczny. W książce programowej widnieją nazwiska jego autorów, z wyszczególnieniem nawet choreografii walk. Mnie się jednak to, na co patrzyłam wydało jakieś niemrawe , a otwierająca scena burzy, na którą jestem szczególnie wrażliwa po prostu statyczna. Zgłaszam taką pretensję nie po raz pierwszy, ale w muzyce Verdiego mamy całą potęgę szalejącego żywiołu – jeśli obraz tego nie odzwierciedla pojawia się bolesny rozziew. Zwłaszcza, gdy jak w tym wypadku dyrygent i jego orkiestra realizują partyturę z całą mocą i energią. I to właśnie oni byli najatrakcyjniejsi w pierwszym akcie. „Esultate” Jonasa Kaufmanna nie imponowało potęgą (co, jak podejrzewam nie było skutkiem braku siły śpiewaka, tylko jego koncepcji roli), a szkoda. Tylko na początku możemy i powinniśmy zobaczyć bohatera triumfującego, władczego, emanującego autorytetem, wtedy jego upadek jest jeszcze boleśniejszy. Przyznaję, że nie zachwycił mnie też duet „Gia della notte… „, bo, chociaż oboje protagoniści śpiewali pięknie, nie miało to odpowiedniej temperatury (czemu oczywiście żadne z nich winne nie jest, na brak chemii nic się nie poradzi). Jak to brzmieć może dało się usłyszeć i zobaczyć niecały rok temu, kiedy Kaufmann  i Anja Harteros wykonywali ów fragment na koncercie – powietrze aż wibrowało od napięcia. Ale od początku drugiego aktu z każdą sekundą koncepcja postaci Otella była wyraźniejsza, bardziej oczywista i bardziej fascynująca. Kaufmann zagrał człowieka od początku udręczonego, o chorej duszy i ciele. Iago ze swoją intrygą tylko przyspieszył to, co i tak zdarzyć się miało i musiało. Po antrakcie nie dało się już od Kaufmanna oderwać oczu ani uszu, tak bardzo okazał się  na scenie dominatorem (i już rozumiałam recenzentów). Jego Otello był  mężczyzną z natury czy też z życiowego, wojennego doświadczenia brutalnym. Tym  ważniejsze wydawały się króciuteńkie momenty czułości, które Desdemona wciąż w nim budziła. A jak to zostało zaśpiewane! Nietypowa technika i barytonowa barwa głosu Kaufmanna (momentami brzmiał niżej niż Vratogna, co w niczym nie przeszkadzało pewnej górze skali) doskonale służą partii Otella, nie one są tu jednak najważniejsze. Esencją jest znów, jak to się temu artyście często zdarza interpretacja trudno poddająca się opisowi. Bo jak przekazać na piśmie te niezliczone, głębokie uczucia (emocje to wszak coś bardziej powierzchownego), które przekazuje Kaufmann – doprawdy nie wiem. Trzeba tego koniecznie posłuchać. I to w całości, żeby rozkoszować się rozwojem postaci, a nie tylko podziwiać monologi (chociaż „Dio mi potevi” najtwardszego słuchacza może doprowadzić do autentycznego wzruszenia, które stało się i moim udziałem).
Maria Agresta jest śpiewaczką kompetentną , obdarzoną ładnym sopranem i ciepłą, konieczną w wypadku Desdemony osobowością. Tak też się zaprezentowała – sympatycznie i kompetentnie. Aż tyle i przy takim Otellu tylko tyle. Marco Vratogna został Iagonem w zastępstwie Ludovica Teziera. Nie ma pięknego głosu, ale jego bohater nie musi takiego mieć, a chyba nawet lepiej, żeby za ładnie nie brzmiał. Vratogna miał jednak problem z za małym wolumenem, co się niekorzystnie odbiło zwłaszcza na „Credo” . Trochę żal, bo włoski baryton dał ogólnie dał efektowną kreację wokalno-aktorską  i wydaje się być prawdziwym „zwierzęciem scenicznym”. Frédéric Antoun bardzo podobał mi się jako Cassio, a jest to przecież rola, którą Kaufmann wykonywał w początkach swej kariery, może więc kiedyś…Komplementów pod adresem Antonio Pappano nigdy dość, zwłaszcza, kiedy prowadzi muzykę włoską. Należały mu się i tym razem. Za to chór sprawiał na mnie wrażenie nieco rozproszonego I nie zawsze równo brzmiącego.


P.S. Mała uwaga odnośnie charakteryzacji – troszkę przesadzono z ilością krwi w finale, pierwszy raz widziałam, jak dosłownie leje się z Otella strumieniem. W związku z czym Kaufmann część braw dla swych kolegów spędził na błyskawicznym myciu i pozbawianiu śladów tej posoki. 











środa, 14 czerwca 2017

"Umarłe miasto" w Warszawie



Od pierwszych plotek o planach wystawienia w Operze Narodowej  „Umarłego miasta” minęło już ponad cztery lata. Czekałam na ten moment z niecierpliwością, bo dzieło Korngolda nie tyle może wysoko cenię, co zwyczajnie lubię, a szans na zobaczenie go w kraju nie było dotąd żadnych. O specyfice utworu i jego osobliwych właściwościach pisałam już szczegółowo w poście, który ku mojemu zdumieniu okazał się jednym z najpopularniejszych w pięcioletnich dziejach bloga (link można znaleźć obok). Decydując się na wizytę w teatrze warto wiedzieć, iż rzecz napisał człowiek bardzo młody (miał  19 lat, kiedy zabrał się do komponowania) , ale już pewnym doświadczeniem, jako, że była to jego trzecia opera. Mimo szczenięcego wieku Erich Korngold był w światku muzycznym dosyć ustosunkowany jako syn wpływowego krytyka muzycznego. Ojciec, Julius jest współautorem libretta, które powstało w oparciu o książkę Georgesa Rodenbacha „Bruges-la-morte”. Libretto korzysta tylko z motywów zawartych w powieści zmieniając to, co w niej należy do sfery krwawej realności w senny koszmar. Nie czytałam oryginalnej książki, ale wydaje mi się, że to operze pomogło, rozszerzając znacznie możliwości interpretacyjne. Zagrożenia przy jej realizacji są liczne, i niektórzy inscenizatorzy im ulegają czyniąc z „Umarłego miasta” pretensjonalny horror, a nie tędy droga. Autor, z powodu młodzieńczego wieku i panującego wokół ekspresjonizmu stworzył wprawdzie rzecz nieco egzaltowaną ale to nie powód by te usprawiedliwione warunkami cechy podkreślać i wyolbrzymiać. Muszę przyznać, że na warszawską premierę czekałam dziwnie spokojna o to, co zobaczę, bo tekst wydawał mi się doskonale przystawać do zainteresowań i talentów Mariusza Trelińskiego. Natomiast warstwa muzyczna, a zwłaszcza partia tenorowa budziła moje poważne wątpliwości od momentu, w którym z obsady zniknął Charles Workman a w jego miejsce pojawił się Jacek Laszczkowski.  Sprawdziły się zarówno nadzieje jak obawy. Rzeczywiście, tym razem opowiadana historia pasuje idealnie do reżyserskich obsesji  i wyjątkowo nie trzeba było widowni tłumaczyć co też  Treliński chciał nam powiedzieć. Od niego dostaliśmy tylko formę bez ingerencji w treść i samą istotę dzieła, a to duża ulga. Przedstawienie jest plastycznie efektowne, w czym zasługa przede wszystkim niezawodnego Borisa Kudlički, który stworzył scenografię piękną i funkcjonalną jednocześnie. Dom Paula, miejsce akcji pierwszego obrazu przypomina nieco wnętrze grobowca, wszystko jest w nim ciemnoszare, jakby przysypane popiołem i zamrożone. Nieco później, gdy obrotówka zaczyna krążyć razem z bohaterem trafiamy do upiornego świata z sennego koszmaru. Wszystko co zwyczajne i oswojone nabiera innego charakteru, osobiste demony protagonisty uzewnętrzniają się zmieniając rzeczywistość w groźną wizję. A że pierwszą i chyba największą miłością Trelińskiego jest kino dostajemy właściwie film na żywo. Nieustannie nam o tym przypominają projekcje video, ciągle obecny staromodny projektor z obracającymi się ustawicznie szpulami, wreszcie reflektor ostrym promieniem oświetlający plan. Ciągły ruch sceny obrotowej ma nam nie tylko pokazać zamęt w głowie Paula, ale też imituje ruch kamery ( jest to też odniesienie do Hitchcocka i jego „Zawrotu głowy”). Psychologiczna interpretacja tego, co dzieje się w muzyce i przed naszymi oczami  nie wymaga filozoficznych rozważań i głęboka nie jest – ot, ktoś niedojrzały emocjonalnie broni się przed światem jak umie, czyniąc zmarłą ukochaną swoją bronią i alibi . Pojawia się tylko pytanie: czy Marie za życia była prawdziwą miłością Paula czy też stała się nią dopiero po śmierci?
Muzycznie spektakl mógł się udać, bo Lothar Koenigs dobrze poradził sobie z oporną często orkiestrą Teatru Wielkiego wydobywając z niej to, co najlepsze. Było trochę niedokładności, zdarzyło się kilkakrotnie przykryć głos solisty (o co nie mam w tym szczególnym przypadku pretensji…), ale ogólnie całkiem nieźle, a przy takiej partyturze to osiągnięcie.  Niestety, Jacek Laszczkowski zupełnie nie ma warunków do morderczej partii Paula, i jeżeli ja o tym wiedziałam, czemuż nie wiedział sam śpiewak? Tenor nie tyle śpiewał, co krztusił się rozpaczliwie, z wysiłku i zmęczenia mordując również te frazy, które wymagały pełnej i ładnej średnicy, nie tylko bohaterskiej góry. U Korngolda trzeba również dopieścić kantylenę, a na to Laszczkowski  zwyczajnie nie miał siły. Słuchanie tego było okropnie męczące, i pomyślałam, że należałoby przeprosić Jaya Huntera Morrisa, niefortunnego Tristana sprzed roku. Naprawdę, można gorzej. I aktorskie umiejętności Laszczkowskiego nie są tu żadnym pocieszeniem. Była nim za to w pewnym stopniu Marlis Petersen, która ma z kolei wszystkie atuty potrzebne w roli Marie/Marietty. Jej słuchało się z dużą przyjemnością, jako, że nie tylko nie sprawiała jej problemów tessitura, ale także głos brzmiał ciepło, czysto i krągło. Michał Partyka nie zachwycił mnie szczególnie jako Frank/Pierrot, ale też nie ma się czego wstydzić. Jest to baryton liryczny, troszkę za mały na te 2 partie i niezbyt charakterystyczny. Za to po stronie sukcesów niewątpliwie może sobie zapisać występ w roli Brigitty Bernadetta Grabias. Wyrazisty, mocny głos, ciekawa interpretacja.
 „Umarłe miasto” będzie miało jeszcze dwa spektakle w Warszawie (ja widziałam wczorajszy, 13 czerwca), w przyszłym sezonie go nie będzie, w kolejnym też nie, bo wtedy produkcja trafi do La Monnaie. Bardzo jestem ciekawa, kto tam zaśpiewa Paula. Jeśli tylko dostępna będzie jakaś transmisja nie odmówię jej sobie. I mimo straszliwego doświadczenia z Jackiem Laszczkowskim nie żałuję wieczoru w TWON.