Nadmiar reżyserskich ambicji nie zawsze wychodzi na dobre realizowanemu
dziełu, czego dobitnym dowodem okazał się transmitowany z paryskiego Théâtre
des Champs-Elysées „Cyrulik sewilski”. Wszystko w nim było niby w porządku, nic
nie działo się w kontrze do tekstu, ale rezultat kontrowersyjny. Laurent Pelly,
który inscenizację podpisał zazwyczaj (chociaż oczywiście zdarzają mu się, acz
niezbyt często, wpadki) chciał chyba zaprezentować nam „Cyrulika”
wyrafinowanego plastycznie i koncepcyjnie, co doprowadziło do skutku fatalnego
w wypadku komedii zwłaszcza. Otóż owszem, na początku można było pozachwycać
się czarno-białymi obrazami z płachtami fantazyjnie pozawijanego papieru
nutowego w roli scenografii, ale z upływem czasu wizualna monotonia zaczynała
po prostu nużyć oczy. Kostiumy, wszystkie ładne i eleganckie, a niektóre
dodatkowo świetnie charakteryzujące bohaterów także utrzymano w
monochromatycznej gamie od bieli do czerni poprzez szarość. W ten sposób,
przynajmniej w warstwie obrazowej uleciało z komicznej opowiastki mnóstwo
lekkości i uroku. Mógł to być celowy zamiar reżysera, bo tytułowy cyrulik też
nie był tym typowym, ludycznym szaławiłą znanym z setek inscenizacji –
charakterem bardziej przypominał doktora Malatestę z „Don Pasquale”. Ten Figaro
jawił się jako Wielki Manipulator nie tyle pomagający swojemu panu w
urzeczywistnieniu amorycznych zapałów, co kierujący nim jak marionetką. W sumie
Laurent Pelly utrzymał się w granicach interpretacji i cały spektakl mógł się
podobać, ale brakowało mi tego, co w „Cyruliku” uważam za rzecz niezbędną - wdzięku i radości. Co nie znaczy, że od
czasu do czasu (za rzadko jednak) uśmiech nie pojawiał się na mojej twarzy. Na
szczęście od strony muzycznej to był prawdziwy sukces, jeden z najlepszych
współczesnych „Cyrulików”, jakich słyszałam. Jérémie Rhorer poprowadził swój zespół, Le Cercle de
l’Harmonie z pasją i werwą , jakiej ta muzyka wymaga. Pięknie zaprezentował się
się też chór Unikanti, którego członkowie wykazali prawdziwe zacięcie
aktorskie. Z protagonistów publiczność chyba najbardziej j zachwycił Michele
Angelini i nie bez powodu – góry ma promiennie i brzmiące bezwysiłkowo, frazuje
niezwykle elegancko, a przy tym dysponuje autentyczną vis comica. Nie wiem,
który z panów – śpiewak czy dyrygent wpadł na pomysł zinterpetowania części
drugiej arii tenorowej w stylu hiszpańskim (w końcu jesteśmy w Sewilli), ale
był to bardzo smaczny ornament. A Hrabia Almaviva Angelliniego okazał się
zwyczajnie bardzo sympatyczny, czego nie można powiedzieć o jego słudze, bo taka
była koncepcja. Florian Sempey wykonuje rolę Figara regularnie i od dawna, ale
takiej interpretacji nie miał jeszcze okazji pokazać. Już sam wygląd sugerował,
że nie będziemy mieć do czynienia z jowialnym Sowizdrzałem i trzeba przyznać,
że francuski baryton mistrzowsko zrealizował reżyserskie założenia. Śpiewał
fantastycznie – ma duży ale giętki głos
ładnej barwie, wrodzoną łatwość kreowania ozdobników i jest bardzo
muzykalny. Catherine Trottmann na tle tak świetnych kolegów wypadła troszkę
mniej efektownie, przynajmniej wokalnie – jej mezzosopran, chociaż miły dla
ucha nie dysponuje dużym wolumenem, szwankuje przede wszystkim zasadniczy w tym
typie głosu dół skali. Jako postać młoda, ładna i fertyczna śpiewaczka
sprawdziła się idealnie. Ale i tu reżyser dołożył swoje trzy grosze, każąc jej
niepotrzebnie prychać w „Una voce poco fa” kiedy Rosina opowiada o tym, jaka
jest łagodna i łatwa do prowadzenia. Troszkę zaufania do nas, publiczności – i
bez tego wiemy, o co tu chodzi! Peter Kálmán
zaprezentował solidne rzemiosło wokalne i aktorskie jako Don Bartolo, Robert
Gleadow zaskoczył mnie jako Don Basilio. Pamiętam go w partiach mozartowskich,
jako Masetta i Leporella, ale od czasu, kiedy go w nich słyszałam głos mu się
rozwinął, ma teraz tak cenne u basa, głębokie, wibrujące doły. Przy tym Gleadow
doskonale bawił się rolą i charakteryzacją i budził szczere rozbawienie u
publiczności. Z postaci drugoplanowych najciekawszy wydał mi się Guillaume
Andrieux jako Fiorello – doskonale prowadzony baryton, dobra prezencja,
sceniczna werwa – jeszcze o nim nie raz usłyszymy. W sumie – ten rok operowy
zaczął mi się mimo wszystko całkiem dobrze, oby tak dalej. Gdyby mieli Państwo ochotę
sprawdzić – tu jest całość https://www.youtube.com/watch?v=_9R549oIqfs środa, 10 stycznia 2018
"Cyrulik sewilski" na Polach Elizejskich
Nadmiar reżyserskich ambicji nie zawsze wychodzi na dobre realizowanemu
dziełu, czego dobitnym dowodem okazał się transmitowany z paryskiego Théâtre
des Champs-Elysées „Cyrulik sewilski”. Wszystko w nim było niby w porządku, nic
nie działo się w kontrze do tekstu, ale rezultat kontrowersyjny. Laurent Pelly,
który inscenizację podpisał zazwyczaj (chociaż oczywiście zdarzają mu się, acz
niezbyt często, wpadki) chciał chyba zaprezentować nam „Cyrulika”
wyrafinowanego plastycznie i koncepcyjnie, co doprowadziło do skutku fatalnego
w wypadku komedii zwłaszcza. Otóż owszem, na początku można było pozachwycać
się czarno-białymi obrazami z płachtami fantazyjnie pozawijanego papieru
nutowego w roli scenografii, ale z upływem czasu wizualna monotonia zaczynała
po prostu nużyć oczy. Kostiumy, wszystkie ładne i eleganckie, a niektóre
dodatkowo świetnie charakteryzujące bohaterów także utrzymano w
monochromatycznej gamie od bieli do czerni poprzez szarość. W ten sposób,
przynajmniej w warstwie obrazowej uleciało z komicznej opowiastki mnóstwo
lekkości i uroku. Mógł to być celowy zamiar reżysera, bo tytułowy cyrulik też
nie był tym typowym, ludycznym szaławiłą znanym z setek inscenizacji –
charakterem bardziej przypominał doktora Malatestę z „Don Pasquale”. Ten Figaro
jawił się jako Wielki Manipulator nie tyle pomagający swojemu panu w
urzeczywistnieniu amorycznych zapałów, co kierujący nim jak marionetką. W sumie
Laurent Pelly utrzymał się w granicach interpretacji i cały spektakl mógł się
podobać, ale brakowało mi tego, co w „Cyruliku” uważam za rzecz niezbędną - wdzięku i radości. Co nie znaczy, że od
czasu do czasu (za rzadko jednak) uśmiech nie pojawiał się na mojej twarzy. Na
szczęście od strony muzycznej to był prawdziwy sukces, jeden z najlepszych
współczesnych „Cyrulików”, jakich słyszałam. Jérémie Rhorer poprowadził swój zespół, Le Cercle de
l’Harmonie z pasją i werwą , jakiej ta muzyka wymaga. Pięknie zaprezentował się
się też chór Unikanti, którego członkowie wykazali prawdziwe zacięcie
aktorskie. Z protagonistów publiczność chyba najbardziej j zachwycił Michele
Angelini i nie bez powodu – góry ma promiennie i brzmiące bezwysiłkowo, frazuje
niezwykle elegancko, a przy tym dysponuje autentyczną vis comica. Nie wiem,
który z panów – śpiewak czy dyrygent wpadł na pomysł zinterpetowania części
drugiej arii tenorowej w stylu hiszpańskim (w końcu jesteśmy w Sewilli), ale
był to bardzo smaczny ornament. A Hrabia Almaviva Angelliniego okazał się
zwyczajnie bardzo sympatyczny, czego nie można powiedzieć o jego słudze, bo taka
była koncepcja. Florian Sempey wykonuje rolę Figara regularnie i od dawna, ale
takiej interpretacji nie miał jeszcze okazji pokazać. Już sam wygląd sugerował,
że nie będziemy mieć do czynienia z jowialnym Sowizdrzałem i trzeba przyznać,
że francuski baryton mistrzowsko zrealizował reżyserskie założenia. Śpiewał
fantastycznie – ma duży ale giętki głos
ładnej barwie, wrodzoną łatwość kreowania ozdobników i jest bardzo
muzykalny. Catherine Trottmann na tle tak świetnych kolegów wypadła troszkę
mniej efektownie, przynajmniej wokalnie – jej mezzosopran, chociaż miły dla
ucha nie dysponuje dużym wolumenem, szwankuje przede wszystkim zasadniczy w tym
typie głosu dół skali. Jako postać młoda, ładna i fertyczna śpiewaczka
sprawdziła się idealnie. Ale i tu reżyser dołożył swoje trzy grosze, każąc jej
niepotrzebnie prychać w „Una voce poco fa” kiedy Rosina opowiada o tym, jaka
jest łagodna i łatwa do prowadzenia. Troszkę zaufania do nas, publiczności – i
bez tego wiemy, o co tu chodzi! Peter Kálmán
zaprezentował solidne rzemiosło wokalne i aktorskie jako Don Bartolo, Robert
Gleadow zaskoczył mnie jako Don Basilio. Pamiętam go w partiach mozartowskich,
jako Masetta i Leporella, ale od czasu, kiedy go w nich słyszałam głos mu się
rozwinął, ma teraz tak cenne u basa, głębokie, wibrujące doły. Przy tym Gleadow
doskonale bawił się rolą i charakteryzacją i budził szczere rozbawienie u
publiczności. Z postaci drugoplanowych najciekawszy wydał mi się Guillaume
Andrieux jako Fiorello – doskonale prowadzony baryton, dobra prezencja,
sceniczna werwa – jeszcze o nim nie raz usłyszymy. W sumie – ten rok operowy
zaczął mi się mimo wszystko całkiem dobrze, oby tak dalej. Gdyby mieli Państwo ochotę
sprawdzić – tu jest całość https://www.youtube.com/watch?v=_9R549oIqfs poniedziałek, 1 stycznia 2018
2017 - bywało lepiej
![]() |
| "Płaszcz" w BSO |
Piąte roczne, blogowe podsumowanie imponujące nie będzie, bo nie był to dobry rok
dla opery, przynajmniej w moich uszach. Mało w nim olśnień, wybitnych kreacji
śpiewaczych a jeszcze mniej dyrygenckich. Przy tym wyszły na jaw rzeczy smutne
i nieprzyjemne, dla których usprawiedliwienia nie ma. Skutkiem oskarżeń o
molestowane seksualne upadły kariery Charlesa Dutoit i Jamesa Levine’a, co
szczególnie w tym drugim przypadku okazało się dla szerokiej publiczności,
zwłaszcza amerykańskiej szokujące. Levine był w ojczyźnie kochany jak niewielu
dyrygentów na świecie i fakt, że jego zawodowa ścieżka tak się kończy jest
naprawdę żałosny. Oczywiście, można argumentować, że to na razie tylko
nieudowodnione oskarżenia, a przy tym dotyczące wydarzeń dość odległych w czasie,
ale jest tych zgłoszeń dużo i, niestety, prawdopodobnych. Przy tym tego typu
doniesienia nie pojawiają się po raz pierwszy, poprzednio tylko zamieciono je
pod dywan. Jak w sprawie Harveya Weinsteina. A przechodząc do spraw milszych,
mimo wszystko 2017 przyniósł mi trochę muzycznych wrażeń niepośledniej jakości
–w tym pierwsze od lat wspaniałe nagranie "Trojan" - i oto one.
Spektakl
roku:
- „ Andrea Chénier” w BSO
- „Śnieżynka” w OnP
- „Nabucco”w Arena di
Verona
- „Tryptyk” – w BSO
Nie pisałam tylko o „Tryptyku”, który pojawił się na stronie BSO i był
na niej przez zaledwie dobę w końcu grudnia. Kto nie zauważył powinien żałować.
To było znakomite, świetnie śpiewane i dyrygowane przedstawienie.
DVD roku:
- „Francesca da Rimini” (Mercadante) - Dynamic
- „Rusałka” z Bydgoszczy - Dux
- Poławiacze pereł” z Met – Erato
- Lohengrin”z Drezna - DG
CD roku – recital, pieśń
- „L’Opera”
– Jonas Kaufmann - Sony
- „Piękna
młynarka” – Christian Gerhaher i Gerold Huber - Sony
- „Heroes in Love” Sonia Prina - Glossa
- „Handel”
- Philippe Jaroussky - Erato
- „Mozart”
– Juan Diego Florez – Sony
- “Espoir” – Michael Spyres – Opera Rara
CD roku – pełna opera
- „Trojanie”
– Erato
Role roku
- Jonas Kaufmann, Anja Harteros i Luca Salsi w „ Andrea Chénier” w BSO
- Elza van den Heever jako Electra w „Idomeneo” w
Met
- Aida Garifullina jako Śnieżynka i Yuriy Mynenko jako Lel w „Śnieżynce”
- Magdalena Kožená jako Penelopa i Kresimir Spicer jako Eumachiusz w
„Powrocie Ulissesa do ojczyzny” w Théâtre des Champs Élysées
- Eleonora Buratto jako Donna Anna, Isabel Leonard jako Donna Elvira i
Julie Fuchs jako Zerlina w Aix-enProvence
- Aleksandra Kurzak jako Liu w ROH
-Anna Stéphany jako Sesto w „Łaskawości
Tytusa” w Glyndebourne
- Marina Rebeka jako Leila, Mariusz Kwiecień jako Zurga i Matthew Polenzani
jako Nadir w Poławiaczach pereł” w Chicago Lyric Opera
(kreacje wokalne, scenicznych nie widziałam
- Anna Netrebko jako Adriana i Piotr Beczała jako Maurizio w „Adrianie
Lecouvreur” w WSO- jak wyżej
- Elina Garanča jako Eboli w OnP
- Ermonela Jaho jako Siostra Angelica i Ambroggio Maestri
jako Gianni Schicchi w BSO
Wokalne
nadzieje
- Krzysztof Bączyk
- Szymon Komasa
Dyrygent roku
- John Nelson
Reżyser roku
- Philipp Stölzl
Książka roku
- Julian Barnes – „Zgiełk czasu” – Świat
Książki
Nie wiem, czy to była najlepsza książka, jaka
ukazała się na naszym rynku (wygrała większość znanych mi rankingów), ale z
pewnością jedna z nich. Napisana komunikatywnym, prostym językiem, łatwo
przyswajalna a przy tym dająca mnóstwo tematów do przemyśleń. Dymitr
Szostakowicz stał mi się po lekturze jeszcze bliższy.
Kategoria specjalna – najgłupsza scena operowa w filmie fabularnym
- „Modliszka", odc. 5
Jeszcze przed chwilą była w tym miejscu zupełnie inna scena, ale konkurencja pobiła ją bezwarunkowo. Otóż w we francuskim serialu Netflixa policja wybiera się do opery z zadaniem ochronienia życia barytona śpiewającego Scarpię. Uświadomiona operowo funkcjonariuszka ostrzega kolegów, iż mord musi nastąpić najpóźniej w akcie drugim, bo potem Scarpia już się nie pojawi. A na scenie Tosca zabija barona po czym ... śpiewa "Voi lo sapete o mamma" . Tak, z "Rycerskości wieśniaczej" Mascagniego. Biedny Puccini ...
Jeszcze przed chwilą była w tym miejscu zupełnie inna scena, ale konkurencja pobiła ją bezwarunkowo. Otóż w we francuskim serialu Netflixa policja wybiera się do opery z zadaniem ochronienia życia barytona śpiewającego Scarpię. Uświadomiona operowo funkcjonariuszka ostrzega kolegów, iż mord musi nastąpić najpóźniej w akcie drugim, bo potem Scarpia już się nie pojawi. A na scenie Tosca zabija barona po czym ... śpiewa "Voi lo sapete o mamma" . Tak, z "Rycerskości wieśniaczej" Mascagniego. Biedny Puccini ...
Hucpa roku
- Claus Guth – Cyganeria” w OnP
Odeszli
- Dmitri Hvorostovsky, Jiří Bělohlávlek, Kurt Moll, Stanisław Skrowaczewski, Georges Prêtre
sobota, 23 grudnia 2017
Nadine Sierra
Zastanawiałam
się jaki temat mógłby dobrze posłużyć świątecznej atmosferze. W końcu
przytłoczona pomysłami, które trzeba było wykluczyć już to ze względu na
niekoniecznie sympatyczny ton, w którym musiałby wpis być utrzymany, już to na
powagę jakiej domaga się ewentualnie opisywane dzieło, poszłam na łatwiznę. Ale
jakże przyjemną! Jako pretekst posłużył mi koncert, który odbył się w Carnegie
Hall z okazji kolejnej Richard Tucker Gala. Jego główną bohaterką była jak
zazwyczaj tegoroczna laureatka Nagrody im. Tuckera przyznawanej najlepszym bądź
najbardziej obiecującym amerykańskim śpiewakom. Nadine Sierra, bo o niej
oczywiście mowa objawiła się moim uszom najpełniej ten jeden jedyny raz na żywo w marcu 2015. Miała być dla mnie tylko dodatkiem do
gwiazdy wieczoru, Mariusza Kwietnia ale już po pierwszych dźwiękach dodatkiem
być przestała a okazała się pełnoprawną partnerką. Zachwyciłam się wszystkim –
ślicznym, okrągłym , lirycznym sopranem, dobrą techniką, interpretacją,
wreszcie osobistym wdziękiem młodej (miała jeszcze przed sobą 26-ste urodziny)
śpiewaczki. I miałam absolutną pewność, że już za chwilę Teatru Wielkiego nie
będzie na nią stać (to był jej drugi występ
na naszej scenie, poprzednio pojawiła się na koncercie sylwestrowym
2014). Podejrzewam, że to poczucie dzieliło ze mną większość widowni. I tak też
się stało, bo kariera Sierry rozwinęła
się przez te nawet nie 3 lata błyskawicznie. Wtedy miała przed sobą debiuty na
najbardziej prestiżowych scenach świata, w tym w Met, dziś jest tam doskonale
zadomowiona. W Nowym Jorku pokazała się
już jako Gilda , Zerlina, Ilia a za kilka dni, 29 grudnia stanie na tej scenie jako Susanna. Z tej wyliczanki widać, że jej
głosowi sprzyja muzyka Mozarta, ale przecież nie tylko. Na razie typ sopranu koloraturowego
nie predestynuje jej do cięższego repertuaru i na szczęście artystka ma na tyle
rozsądku, by pozwalać swojemu instrumentowi rozwijać się w sposób naturalny,
bez forsowania. Dlatego wykonywała jak dotąd tylko jedną partię Verdiego –
Gildę ale w najbliższych planach ma Nannettę. Oprócz tego podąża ścieżką
repertuarową doskonale zgodną z tym, czym obdarzyła ją natura: poza Mozartem
(była jeszcze Paminą i nawet zdarzyła się Hrabina w San Francisco) wykonuje
Donizettiego (na razie Norina i Lucia), zdarzył się także Gluck, Humperdinck,
Cavalli, Britten(Tytania) i Puccini. Jako Musetta miała wystąpić na otwarcie
bieżącego sezonu w ROH, ale się rozchorowała. Miejmy nadzieję, że będzie w
pełni zdrowia w przyszłym roku, kiedy w jaskini lwa czyli sycylijskim Teatro
Massimo zadebiutuje w partii Elviry w „Purytanach”. Czy ten repertuar jest
mały? Raczej nie, biorąc pod uwagę wiek artystki, czyli zaledwie 29 lat) i
fakt, że jej kariera trwa na razie dosyć krótko, mimo bardzo wczesnego
profesjonalnego debiutu w partii Duszka Piaskowego w „Jasiu i Małgosi” na
scenie Palm Beach Opera w 2002 ! Już rok później można było po raz pierwszy
usłyszeć Nadine w radiu – zaśpiewała „O mio babbino caro” w programie o
znaczącym tytule „From the Top”. Warto
dodać, że Sierra nie boi się też muzyki współczesnej i regularnie sięga po
partie typu oratoryjno-kantatowego: ma przed sobą „Kadysz” Bernsteina a za sobą
„Niemieckie Requiem” Brahmsa, „Stworzenie” Haydna , „Carmina Burana” Orffa i
nieśmiertelnego „Mesjasza” . Wyliczanka wyliczanką, a czy rzeczywiście Nadine
Sierra jest na operowej scenie kimś szczególnym? Moim zdaniem tak – są
oczywiście w jej technice śpiewaczej rzeczy warte dopracowania, ale, poza
głosem niepospolitej urody ma Sierra cechę, która zdarza się nawet największym gwiazdom
niezbyt często – bezpośredniość i szczerość przekazu. Jest to poza tym „zwierzę
sceniczne” i czuje się doskonale zarówno w rolach lirycznych, tragicznych jak i
komicznych. No i – last but not least mamy do czynienia z uroczą, piękną młodą
kobietą, co zawsze stanowi atut, nawet jeśli nie najważniejszy. Nie wiem, jak
Państwo, ale ja 10 stycznia posłucham transmisji z Nowego Jorku, by dowiedzieć
się jak brzmi w jej interpretacji mozartowska Susanna –a będzie miała u boku
wspaniałych kolegów – Mariusza Kwietnia jako Hrabiego, Ailyn Perez jako
Hrabinę, Ildara Abdrazakova jako Figara i Isabel Leonard w roli Cherubina.
Drodzy
Czytelnicy, odpoczywajcie przy choince, cieszcie się obecnością bliskich i nie
dajcie wciągnąć w polityczne spory. A jeśli zdarzy się komuś samotność lub
praca – posłuchajcie muzyki, to zawsze pomaga! Pięknych Świąt!
| Po koncercie w Warszawie. Kiepska jakość foty, ale bohaterowie byli szalenie mobilni |
![]() |
| Artur Ruciński jako DOn Giovanni i Nadine Sierra jako Zerlina w Paryżu |
| Lucia i Piotr Beczała jako Edgardo w San Francisco |
czwartek, 14 grudnia 2017
„Andrea Chénier” w La Scali
Dzień św. Ambrożego,
patrona Mediolanu czyli 7 grudnia od bardzo wielu lat oznacza dla nas,
operomaniaków jedno – otwarcie sezonu w La Scali.
W tym roku zdecydowano się na duży wysiłek realizacyjny, z
jakim zawsze związane jest wystawienie opery Umberto Giordano „Andrea Chénier”.
Ostatnio cieszy się ona sporym powodzeniem na największych scenach europejskich
i mieliśmy okazję do porównań z produkcjami Davida McVicara w ROH i Philippa Stölzla w BSO. Niestety La Scala przegrała z nimi
wyraźnie, i to pod każdym względem. Inscenizacja Mario Martone okazała się
bardzo sztampowa i złożona z samych klisz, a przecież trzymanie się libretta i
didaskaliów nie musi sprowadzać spektaklu do wymiaru szkolnego. Udowodnili to
właśnie McVicar i przede wszystkim Stölzl, którym takie chwalebne postępowanie
nie przeszkodziło w stworzeniu przedstawień świetnych w oglądaniu i prawdziwie
– mimo kostiumów z epoki - nowoczesnych (to dotyczy zwłaszcza produkcji
monachijskiej). U Martone dostaliśmy obrotówkę, nieszczególnie ciekawe wnętrza (scenografia
Margherita Palli, kostiumy Ursula Patzak) i jako element dodany lustra, w
których można było obserwować fragmenty akcji inaczej niewidoczne i w jakiś
sposób ją komentujące. Muszę przyznać, że nudziłam się na seansie okropnie, a
to przy okazji „Chéniera” nieczęste
zjawisko. Oczywiście temu uczuciu nie w całości zawinił reżyser, a jednak
głównie on. Gdyby jednak muzyczna jakość była lepsza, pewnie i moje odczucia
okazałyby się zupełnie inne. Tymczasem mediolańskie przedstawienie nie tyle było
złe, co po prostu przeciętne. Riccardo Chailly
(w przyszłym roku będzie obchodził jubileusz 40-lecia współpracy z
LaScalą) poprowadził orkiestrę z dużą werwą i temperamentem, ale niezbyt
subtelnie. Być może moje oczekiwania co do śpiewaków były zbyt wygórowane, ale
właściwie cały drugi plan (w tej operze jest przecież takich ról kilkanaście)
nie zasłużył się niczym szczególnym. Ot, przyzwoita robota i tyle. Nawet scena
ze Starą Madelon, która zazwyczaj wywołuje łzy w moich oczach tym razem
pozostawiła je całkiem suche. Judit Kutasi to nie Elena Zilio… Z trójki
protagonistów najsłabiej wypadła największa gwiazda wieczoru Anna Netrebko i
znów – nie było źle, tylko przeciętnie. Na pewno z trzech ostatnich jej
debiutów w nowych rolach (była jeszcze niezła Aida i bardzo dobra Adriana
Lecouvreur) ten obiecuje najmniej przyszłym występom. Nie wiem, czy Netrebko
cieszyła się pełnym zdrowiem, bo z górą skali miała duże kłopoty, śpiewała te
dźwięki ostro i w sposób wyraźnie wymęczony. Piersiowe, głębokie doły i piękna
średnica pozostały nienaruszone. Interpretacyjnie sopranistka także mnie
zawiodła, wyglądało to na jazdę na autopilocie. Nie spodziewałam się, że
dorówna Anji Harteros (subtelne niuanse nie są mocną stroną Netrebko), ale od
współczesnej superdivy chciałoby się więcej. Dosyć trudno uwierzyć też w
przemianę Maddaleny, bo jako płoche, filuterne dziewczę sopranistka jest mało
wiarygodna i wokalnie i scenicznie. Słynna aria „La mamma morta” wypadła
dobrze, ale na płycie było dużo lepiej, a i niedawne wspomnienie wspaniałej
Harteros nie pomogło. Yusif Eyvazov
zaskoczył chyba wszystkich, bo przynajmniej wokalnie mógł się jako Chénier
podobać. Nie jest to mój ulubiony typ głosu, zwłaszcza, że w momentach napięcia
pojawia się w nim vibrato (znów ten groszek!), ale ogólnie odebrałam go
pozytywnie. Nie udało mu się stworzyć kreacji scenicznej, nie wydaje się, żeby
otrzymał w tym względzie solidne wsparcie od reżysera, ale cztery arie w
różnych nastrojach zostały przez tenora zaśpiewane stylowo, dość jasnym,
skupionym głosem. Po raz pierwszy widziałam (słyszałam kilkakrotnie wcześniej)
Netrebko i Eyvazova razem w pełnym spektaklu i okazało się, że nie wytwarzają
między sobą żadnej scenicznej chemii, co paradoksalnie często się życiowym parom
przytrafia. Luca Salsi jest chyba
najlepszym dzisiejszym Carlo Gérardem i pozycję tę potwierdził. Jego bohater,
znacznie bardziej wielowymiarowy od barona Scarpii do którego niesłusznie bywa
przyrównywany może pokazać na scenie całą gamę ludzkich uczuć. Może pod
warunkiem, że jest obdarzony dużym głosem i nie musi walczyć o utrzymanie się
we właściwej tonacji. Salsi ewidentnie nie musi, wobec czego skupia się na
interpretacji – ze znakomitym skutkiem.
Scenicznie dał kreację standardową, ale w głosie było wszystko. Tak odebrałam przedstawienie, które
wygenerowało 11- minutową owację zgromadzonej w Teatro alla Scala publiczności.
I znów się zastanawiam czy słyszałam i widziałam coś innego niż oni, czy mam
problem z uszami. W każdym razie jeśli macie ochotę na Annę Netrebko w
wyśmienitej formie warto w sieci poszukać zapisu niedawnego spektaklu WSO –
„Adriany Lecouvreur” gdzie zarówno ona jak Piotr Beczała brzmią świetnie.
P.S. – Właśnie z La Scali nadeszły dobre wieści.
Na styczeń 2021 planowane są spektakle „Króla Rogera” pod batutą zakochanego w
muzyce Szymanowskiego Antonio Pappano. Będzie to wersja z ROH, reżyserowana
przez Kaspara Holtena. Nazwiska śpiewaków nie są na razie znane.
poniedziałek, 4 grudnia 2017
Słabości geniusza czyli "Korsarz"
Czy
warto poświęcić 100 cennych minut swego życia na kontakt z dziełem podpisanym
przez wielkiego mistrza, ale wyraźnie nieudanym, takim, którego nawet sam autor
by nie bronił bo całkiem nie miał do niego serca? Ja poświęciłam i nie żałuję,
chociaż rzeczywiście „Korsarz” to rzecz
straszliwie standardowa i sprawia wrażenie, jakby napisał ją początkujący
kompozytor i to taki nieszczególnie obdarzony talentem. Ale – uwaga – to jest jednak Verdi i w nielicznych
momentach go słychać. Historia tej opery trochę ją usprawiedliwia – napisana
została szybko, do marnego libretta (i nic tu nie pomogło nazwisko autora
literackiego oryginału – samego Byrona) w celu spłacenia kontraktowych
zobowiązań. Wydawca nie zrobił na niej kokosów, bo po czterech latach niezbyt
bujnego życia scenicznego (premiera 1848) odeszła w całkowite zapomnienie, z
którego nie wyciągnęły jej nawet późniejsze triumfy Verdiego. Z niebytu wywołał
ją Carlo Bergonzi w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku występując w
koncertowej wersji opery. Potem, acz niezmiernie rzadko wystawiano ją na
włoskich głównie scenach. W latach siedemdziesiątych „Korsarz” doczekał się
nawet luksusowego nagrania płytowego,
które zrealizowano w serii wczesnych dzieł Verdiego pod batutą Lamberto
Gardellego. Ale nawet ono, mimo bajecznej obsady wokalnej - Jose Carreras, Montserrat Caballe i Jessye
Norman – nie poprawiło sytuacji. W czasach nam bliższych na pokazanie dzieła
współczesnej publiczności zdecydowano się w parmeńskim Teatro Regio w 2004 roku
i najwyraźniej biedny „Korsarz” jakoś się do serc i uszu tamtejszej
publiczności przebił, bo po pozostał w repertuarze na ładnych kilka lat.
Zarejestrowano spektakl z października 2008 i całe szczęście, bo inaczej w roku
jubileuszu mógłby być kłopot z projektem wydawniczym „Tutto Verdi” (nie
zapisano przedstawienia z Zurychu, które dziś mogłoby wzbudzić pewne
zainteresowanie ze względu na Vittorio Grigolo w partii tytułowej). Próbując
zachęcić Państwa do posłuchania lub/i obejrzenia „Korsarza” powinnam zacząć od
wyliczenia mocnych stron tej partytury, ale to już zostało zrobione przez
nieocenionego p. Piotra Kamińskiego. Można więc tylko dodać, że w wieku dwudziestym
przynajmniej dostrzegano urodę pewnych fragmentów nieszczęsnej opery, skoro na
koncertach wykonywały je największe operowe tuzy z Marią Callas włącznie.
Oprócz niej śpiewali je także Katia Ricciarelli, Thomas Hampson, Michael Fabiano
i wielu innych. Z nagrań płytowych poza przytoczonym wyżej można polecić
rejestrację spektaklu z La Fenice dokonaną w 1971 pod Jesusem Lopez-Cobos z
Ricciarelli, Giorgio Lambertim, Renato Brusonem (lubił rolę Seida i śpiewał ją
tak często jak się dało) i Angeles Gulin. A co wydaje się w „Korsarzu”
atrakcyjne dzisiejszemu słuchaczowi? Mnie spodobała się nieco księżycowa uroda
muzyki przypisanej narzeczonej tytułowego pirata Medorze i druga aria jego
samego, ta więzienna - może jedyny
niestandardowy fragment opery. Poza tym mamy ciągłe powtórki schematu
cavatina-scenka-cabaletta, gdzieniegdzie jakiś duet i chór. Obejrzałam cierpliwie
parmeńskiego „Korsarza” z 2008 (rejestracja wcześniejsza tej samej produkcji
miała słabszą obsadę mimo obecności w niej Brusona) i byłam wzruszona jej
staromodną konsekwencją w trzymaniu się tekstu. Zobaczyłam dokładnie to, co powinnam,
rozegrane przez reżysera Lamberto Puggellego bez udziwnień, prosto i
tradycyjnie. Scenografia Marco Capuany i kostiumy Very Marzot idealnie wpisały
się w tę nieczęstą już dziś metodę realizacyjną. W roli tytułowej znakomicie
sprawdził się portugalski tenor Bruno Ribeiro obdarzony głosem raczej
metalicznym niż ciepłym, ale może poza krótkimi chwilami wyciskania dźwięku
nazbyt siłowo śpiewał bardzo dobrze. Nie jest chyba szczególnie utalentowany
aktorsko, ale wykonał co trzeba przyzwoicie a wyglądał niezmiernie stylowo i
atrakcyjnie, jako, że jest szczupłym, przystojnym mężczyzną. Irina Lungu jako
Medora okazała się główną atrakcją wokalną spektaklu: dysponuje ciepłym,
okrągłym, miękkim sopranem, pięknie frazuje i – co się z tym łączy – potrafi
realizować typowe verdiowskie długie frazy legato. Nie jestem w stanie
obiektywnie odnieść się do Silvii Dalla Benedetta w roli Gulnary, bo ma ona typ
głosu, którego nie znoszę, mianowicie obciążony silną, gęstą wibracją zwaną
potocznie groszkiem. Strasznie mnie to irytuje, co wszelkie próby oceny czyni
ryzykownymi. Jako Seid wystąpił w Parmie Luca Salsi który swoją rozbudowaną
rolę (dwie arie) wykonał mocnym, pewnym
i dobrze brzmiącym barytonem. Całość ze znanym dobrze z warszawskiej
sceny temperamentem poprowadził Carlo
Montanaro, który zrobił dla biednego „Korsarza” wszystko, co się dało. Na
koniec proponuję Wam sprawdzenie czy zła sława otacza tę operę słusznie. To
nawet nie dwie godziny słuchania. Niżej znajdziecie kilka interesujących
linków, w tym, jako pierwszy do omawianej dziś produkcji.
czwartek, 23 listopada 2017
Żegnaj, Dima!
Stało
się. Nie ma już z nami Dimy Hvorostovskiego. Walczył dzielnie, z tą samą
brawurą, którą prezentował na scenie, ale przegrał. Przegraliśmy też my, jego
słuchacze i wielbiciele. Przyznaję, że dawno żadne odejście artysty operowego
nie dotknęło mnie tak bardzo i tak osobiście. Dmitri Hvorostovski przez tyle
lat zachwycał mnie i irytował jednocześnie, ale radości z jego słuchania miałam
znacznie więcej. Nie czas dziś na przypominanie jego wspaniałej kariery – można
ją sobie prześledzić w sieci. Należy przypomnieć, że Dima osierocił czworo
dzieci, żonę i rodziców. Wśród płyt do
przesłuchania leży na moim stoliku ostatnie jego nagranie – „Rigoletto”. Nie
wiem, kiedy się zbiorę, żeby pożegnać ten jeden z najpiękniejszych głosów na
świecie … Żegnaj Dima, szczęśliwej drogi do nieba!
środa, 22 listopada 2017
"Poławiacze pereł" w Chicago czyli 80% Kwietnia
To
powinny być dni kolejnego triumfu „Króla Rogera”, tym razem na jednej z
najważniejszych amerykańskich scen, Chicago Lyric Opera. Miało być pięknie, bo
do ról Rogera i Pasterza zaangażowano Mariusza Kwietnia i Piotra Beczałę,
wydarzenie zapowiadało się więc znakomicie. Niestety jakiś rok temu dyrekcja
teatru przestraszyła się najlepszej naszej opery i zrezygnowała z jej
wystawienia. Podobno zrobiono research i
stwierdzono, że „się nie sprzeda”. Brzmi to nieco podejrzanie, bo chodzi o
miasto z największą ilością mieszkańców polskiego pochodzenia na całym
kontynencie, ale może rzeczywiście nie są to osoby szczególnie skłonne do
odwiedzania tego akurat przybytku kultury. Szukając dzieła o większych walorach
komercyjnych chciano znaleźć coś, w czym mogliby wystąpić obaj zakontraktowani
gwiazdorzy. W końcu zdecydowano się na „Poławiaczy pereł” z efektowną rolą dla
Kwietnia, bo mający kłopoty z górą skali Beczała nie mógłby satysfakcjonująco
wykonać niemiłosiernie wysoko napisanej partii Nadira (nie ma jej zresztą w
swym repertuarze). Nasz eksportowy tenor da w zamian recital wokalny na deskach
Lyric, więc panowie będą mieli okazję się spotkać gdzieś w kulisach. Jak się
Państwo pewnie domyślają nie miałam szansy polecieć do Chicago, ale w
niedzielny wieczór zasiadłam przy radiu aby posłuchać transmisji z premierowego
spektaklu „Poławiaczy pereł” (zwłaszcza, że dawano popołudniówkę i nie musiałam
zarywać nocy). Przygotowałam się do słuchania oglądając liczne zdjęcia,
dostępne, bo produkcja przewędrowała już USA i Kanadę goszcząc z powodzeniem w
licznych miastach. Debiutowała 13 lat temu w San Diego. Sądząc po
fotograficznych świadectwach musi to być rzecz nie tylko nieukrywająca
„egzotycznego” charakteru dzieła ale go podkreślająca i radośnie nurkująca w odmętach
kolorowego do bólu oczu kiczu. Także teatralność została uwypuklona do granic
możliwości. Czy to jest dobra metoda na „Poławiaczy pereł” nie mam pojęcia,
jako, że przedstawienia nie widziałam, ale uśmiechałam się szeroko na widok ostentacyjnie
kartonowych palm i malowanych płomieni. Autorką tego barwnego środowiska jest
projektantka mody Zandra Rhodes, znana tyleż ze swych ciuchów co wściekle
różowych włosów. Jej kostiumy trzymają się charakteru regionalnego, ale są
także utrzymane w neonowych odcieniach – mamy róż, pomarańcz, fiolet, szafir,
czerwień, szmaragd i mnóstwo innych. Jestem ciekawa jak w tym odnalazł się
reżyser Andrew Sinclair i jak pokazał relacje między bohaterami, ale tego się
raczej nie dowiem. Tak więc pozostaje mi skupić się na tym, co najważniejsze
czyli muzycznej warstwie spektaklu. A ta mogła się podobać, jako, że prawie
wszyscy artyści spisali się co najmniej dobrze (z jedynym, ale niebolesnym
wyjątkiem).Sir Andrew Davis, muzyczny szef Chicago Lyric Opera poprowadził
tamtejszą orkiestrę nie gubiąc zwiewnej, francuskiej urody partytury a w
momentach dramatycznych pokreślił ich
charakter. Chór brzmiał wspaniale, a ma w tej operze swoje chwile chwały.
Andrea Silvestrelli był tym nieszczęsnym
wyjątkiem , ale na szczęście Nourabad nie ma szczególnie dużo do śpiewania.
Matthew Polenzani jak na mój gust troszkę za bardzo zawodził, co dało efekt jękliwości, ale jak zazwyczaj u niego można
było podziwiać bezbłędne frazowanie, elegancję i stylowość rzadko spotykaną na
współczesnych scenach. Marina Rebeka ma głos idealny do partii Leili – pięknie dźwięczny,
srebrzysty, w zasadzie delikatny, ale jak się okazało w trzecim akcie nie
musiała werystycznie cisnąc jak Diana Damrau w duecie z Zurgą. Mariusz Kwiecień
był tego dnia przeziębiony, co ujawniło się tylko w mniej ważnych fragmentach
aktu pierwszego. Poza tym śpiewał fantastycznie, w właściwą sobie dramatyczną
intensywnością ale też liryczną czułością w odpowiednich momentach. Publiczność
urządziła mu taką owację, że przez chwilę radiowy komentator był przekonany, iż
to kłania się tenor – wszak tylko im należą się wybuchy entuzjazmu… Po
okrzykach entuzjastów dziennikarz musiał skorygować błędne mniemanie. Zaś recenzent
Chicago Classic Review napisał odnosząc się do chorobowych ograniczeń naszego
barytona „80% of Kwiecień is better than 100%
of most other singers.” Większość śpiewaków nie doczeka się takiego komplementu
przez całe życie. Zauważył to nawet
polski konsulat w Chicago umieszczając na swej stronie link do tej właśnie
recenzji. Zdziwieni? Ja ani trochę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)











































