Los Angeles Opera
przejawia ostatnio sporą aktywność medialną, ich produkcje coraz częściej
ukazują się na DVD. Głównym magnesem, który przyciąga do nich chętnych nabywców
jest oczywiście dyrektor tego teatru, Placido Domingo, który w każdym sezonie
przynajmniej w jednej roli pojawia się na scenie. W październiku 2016 zmierzył
się z jedną z najważniejszych partii barytonowych, jakie napisał Verdi i była
to, jeśli dobrze liczę już ósma.
Kolejnym kreacjom Dominga towarzyszą wciąż te same rozważania – czy powinien,
czy ma prawo itd. Odnosiłam się do tego wielokrotnie, tym razem już nie będę
skupiając się na tym, co zobaczyłam i usłyszałam. Inscenizacja Darko Tresnjaka
jest taka sobie i szczerze mówiąc nie przyciąga uwagi w żaden sposób.
Tradycyjna z ducha, nieszczególnie dynamiczna zawiera jeden element dodany,
który zresztą nie wnosi niczego nowego ani interesującego. Jest nim stała
obecność na scenie ogoniastych diablików z domalowanymi grymasami na twarzach i
fryzurami typu „piorun w szczypiorek”. Jedynym, co może widza zafrapować wydaje
się ich czynny udział w koronacji Malcolma, bo to dwa z nich wkładają koronę na
jego głowę. Co sugerowałoby, że każda władza bywa nieczystego pochodzenia a
świeżo upieczony monarcha nie będzie władcą lepszym od Macbetha. Ogólnego
wrażenia nie poprawia nieciekawa scenografia ani dość standardowe kostiumy
(wizerunek zewnętrzny nie służy wyraźnie tytułowemu bohaterowi). W takiej
sytuacji, kiedy oglądana produkcja ani ziębi, ani grzeje pozostaje skupić się
na słuchaniu. Jak wszyscy wiemy w operze
najważniejszy nie jest Macbeth tylko jego Lady, dla której Verdi napisał
muzykę tyleż piękną i efektowną co straszliwie trudną i wymagającą głosu o
właściwościach rzadko chadzających ze sobą w parze. Ekaterina Semenchuk
zaprezentowała raczej liryczną interpretację roli nie korzystając z autorskich
sugestii zabrudzenia pięknego brzmienia „brzydkim dźwiękiem”. Słuchało się tego
bez przykrości, ale miałam wrażenie obcowania z bohaterką dosyć anonimową, bez
wyraźnie określonego charakteru a to w wypadku tej postaci poważny zarzut. Co
dziwne trudności z utrzymaniem się w tonacji Semenchuk miała przy pierwszej,
łatwiejszej arii, później już się nie powtórzyły. Za to list „przeczytała” w
miarę naturalnie, co stanowi osiągnięcie. Niestety między państwem Macbeth nie
czuło się żadnej chemii – szkoda, bo jakkolwiek rozłoży się siły w tym scenicznym
małżeństwie powinni oni być parą połączoną skomplikowanymi więzami miłości,
władzy, nienawiści i seksu. Tutaj się tego wszystkiego nie czuło: owszem, śpiewacy
wykonywali odpowiednie gesty, ale to wszystko. Aktorstwo Dominga od lat się nie
zmienia, jest nieco staromodne i konwencjonalne a właściwie o tym, że patrzy
się na niego wciąż z przyjemnością decyduje potęga osobowości. Tyle, że akurat
Macbeth nie należy do jego najciekawszych ról – maestro nie czuje się
komfortowo w jego skórze, to widać. Za to wokalnie, podobnie jak w wypadku
Nabucca nic, tylko podziwiać. Nawet nie wyliczając Placidissimo lat wciąż można
się zachwycić tym zdumiewająco dźwięcznym brzmieniem i nośnością legendarnego głosu
bez problemu przebijającego się przez grzmiącą orkiestrę i chór i doskonale
słyszalnego nawet w dużych scenach zbiorowych. Wszystkie niuanse
interpretacyjne, których zabrakło na scenie w głosie były obecne a „Pietà,
rispetto, amore” zaśpiewał Domingo i pięknie i przejmująco. Głównej parze towarzyszyli
Ildebrando d’Arcangelo jako Banco i Joshua Guerrero w partii Macduffa, obaj na
niezłym poziomie. Guerrero to jeden z protegowanych Dominga, laureat Operaliów 2014 i student
programu dla młodych artystów przy LA Opera. Dysponuje tenorem
zdecydowanie lirycznym, jasnym, włoskim w barwie. Swoją arię wykonał
bardzo ładnie, zabrakło tylko nieco dramatycznej siły – być może przyjdzie z
czasem i ośpiewaniem. James Colon dyrygował tego wieczora „Macbethem” już ponad
pięćdziesiąty raz i to doświadczenie dało się słyszeć w idealnym rozplanowaniu
proporcji dźwiękowych i rozsądnym wyborze temp – nic nie było ani zagonione,
ani rozwleczone ponad miarę. Ogólnie – to na pewno nie był „Macbeth” mojego
życia, ale ze względu na wokalną kreację Dominga wart jest poświęcenia mu
czasu.
środa, 31 stycznia 2018
niedziela, 21 stycznia 2018
"Fra Diavolo" w Rzymie
Historia
percepcji niektórych dzieł doskonale świadczy o nadchodzących i mijających
modach. „Fra Diavolo” Daniela Aubera, o którym dzisiaj jest dobrym takiego
świadectwa przykładem. Po entuzjastycznie przyjętej premierze w 1830 roku
(polska odbyła się zaledwie rok później) opera stała się jedną z
najpopularniejszych na świecie i tak zostało na wiele lat. W samej paryskiej Opéra-Comique zeszła z afisza po … 77 latach stałej na nim
obecności i 909 przedstawieniach! W wieku dwudziestym popularność słabła w
każdym rokiem i w końcu rzecz nawet nie tyle zaginęła w pomroce dziejów, bo
każdy operomaniak ten tytuł zna, ale stała się widmem, o którego istnieniu
wiemy, ale mało kto widział i słyszał na własne uszy i oczy. Co ciekawe (podają ów fakt niemal wszyscy, którzy o „Fra
Diavolo” piszą, więc i ja nie potrafiłam tego szczegółu ominąć) coś więcej na
ten temat mogą pamiętać wielbiciele starego kina konkretnie zaś slapstickowych
komedii z bardzo dawnych lat. W 1933 powstała w Hollywood filmowa adaptacja
dzieła, w której role służących Beppa i Giacoma przechrzczonych na tę okazję na
Stanlio i Ollio zagrali Stan Laurel i Oliver Hardy znani u nas jako Flip i
Flap. A dalej – właściwie cisza. Znając historię znikania „Braciszka Diabła” ze
światowych scen warto przeanalizować, dlaczego tak się stało. Po części
zawiniło z pewnością drastyczne zawężenie tego, co dziś zwiemy żelaznym
repertuarem. Drugim podejrzanym jest oczywiście Richard Wagner i jego wpływ na
nasz sposób patrzenia i przede wszystkim słuchania opery. To nie przypadek, że
ofiarą czasu stały się w dużej części komedie a ciężkie dramaty muzyczne
wtargnęły i na salony i pod strzechy wypełniając gatunkowy kanon w większej
części. Jakby nie było, bardzo mnie
ucieszyła możliwość poznania wreszcie „Fra Diavolo” , którą zafundowała mi
Opera di Roma za pośrednictwem Culturebox. Z każdą minutą bezpośredniego
kontaktu z tym utworem uśmiechałam się coraz szerzej, jest to bowiem rzecz
absolutnie rozkoszna zarówno od strony muzycznej, jak tekstowej. Nie bez powodu
libretto uważane bywa za najbardziej udane dziecię librecisty szanowanego nie bez powodu, czyli Eugène Scribe’a. Fabułę mamy nieskomplikowaną i czytelną, charaktery
archetypowe wprawdzie, ale zaadaptowane stylowo i z wdziękiem oraz werwą,
poczucie humoru niewątpliwe i działające doskonale do dziś. Bohater tytułowy
nie ma wiele wspólnego z prawdziwym Michele Pezzą zwanym Fra Diavolo , ale i
tak zapewne dużo więcej niż zdecydowana większość innych, teoretycznie
historycznych postaci w operach. Tekst Scribe’a zainspirował Daniela Aubera do
stworzenia muzyki lekkiej, czarującej i błyszczącej, o lata świetlne odległej
od dramatów i tragedii jakie najczęściej podziwiamy na scenie. I może właśnie o
to chodzi, może dlatego dzieło znikło z repertuaru. Reprezentuje przecież typ
humoru bardzo odległy od bieżącej wrażliwości. Dziś jesteśmy mniej finezyjni, a bardziej ironiczni. W
każdym razie ja jestem szefostwu Opery Rzymskiej wdzięczna za ten udany wieczór
a również za zatrudnienie teamu realizacyjnego pod wodzą reżysera Giorgio
Barberio Corsettiego, który potrafił zapomniane dzieło rzeczywiście, a nie w
cudzysłowie przybliżyć współczesnej publiczności. Metoda inscenizacyjna
skojarzyła mi się z warszawskim „Czarodziejskim fletem” z tym, że tu projekcje
video nie zastępowały scenografii a ją dopełniały w sposób trafny i dowcipny. Zabawa zaczęła się już w czasie uwertury
mającej marszowo-wojskowy charakter (aż chciałoby się powtórzyć za Offenbachem
i jego Wielką Księżną de Gérolstein - Ah! Que j'aime les militaires!),
kiedy to zobaczyliśmy podążających do Terraciny kabrioletem Lorda i Lady
Rocburg a projekcja wyjaśniła nam temat gwałtownej konwersacji między
małżonkami. Dalej działo się w podobnym stylu a cel osiągnięto nowoczesnymi
środkami , ale w całkowitej zgodzie z autorskimi intencjami. Warto się tu
bliżej przyjrzeć tytułowemu bohaterowi -
na szczęście nie zamieniono go w „Szlachetnego Bandytę” w typie
Ernaniego czy Dicka Johnsona. Pozostał, jak w tekście zwykłym łajdakiem
dybiącym nie tylko na fortunę wielkich państwa, ale też na skromny posag Zerliny,
który miał jej umożliwić szczęśliwe życie z Lorenzem. Tak właśnie zobaczyliśmy go na scenie a
zewnętrzny wizerunek podejrzanie i chyba nieprzypadkowo przypominał … Don
Giovanniego z ROH (zwłaszcza ciemnoniebieski płaszcz wypisz wymaluj podobny). John
Osborn doskonale poradził sobie z wirtuozowską partią Fra Diavolo, tego typu
role są jego specjalnością i nie sprawiają mu żadnych większych problemów.
Wydaje się też, iż amerykański tenor lubi postacie komediowe i czuje się w nich
lepiej niż w tych całkiem serio. Swoją drogą, najwyraźniej osławiony kryzys
wokalny nie dotyczy tenorów lirycznych, bo mamy ich dziś dużo i przedniej
jakości. Anna Maria Sarra została doproszona do obsady po nagłej rezygnacji
gwiazdy, Pretty Yende. Słychać było po niej, że rola Zerliny jeszcze jej się
nie do końca ułożyła, z górą były pewne kłopoty ale ogólnie policzyłam jej ten
występ na plus, zwłaszcza, że śpiewaczka wykazała się niezbędnym w takiej
muzyce wdziękiem. Sonia Ganassi nie
należy do moich ulubienic ze względu na poskrzypywanie, które się po pewnym
czasie kariery mezzosopranom zdarza i zdarzyło się również tutaj, ale przeszkadzało
mi mniej niż zwykle. Roberto de Candia ma i głos, i temperament odpowiedni do typu barytona buffo i jako Lord Rockburg
potwierdził to w całej rozciągłości. Chór Opera di Roma , zwłaszcza jego męska
część (ci wszyscy wąsaci wojacy) był świetny, muzyka pod batutą Rory
MadcDonalda brzmiała dziarsko i potoczyście, ale z francuskim charme’m. Sprawdźcie
sami, warto poświęcić swój czas dziełu nie tak popularnemu jak np. „Tosca” i odpocząć
chwilę od melodramatycznych efektów!
środa, 10 stycznia 2018
"Cyrulik sewilski" na Polach Elizejskich
Nadmiar reżyserskich ambicji nie zawsze wychodzi na dobre realizowanemu
dziełu, czego dobitnym dowodem okazał się transmitowany z paryskiego Théâtre
des Champs-Elysées „Cyrulik sewilski”. Wszystko w nim było niby w porządku, nic
nie działo się w kontrze do tekstu, ale rezultat kontrowersyjny. Laurent Pelly,
który inscenizację podpisał zazwyczaj (chociaż oczywiście zdarzają mu się, acz
niezbyt często, wpadki) chciał chyba zaprezentować nam „Cyrulika”
wyrafinowanego plastycznie i koncepcyjnie, co doprowadziło do skutku fatalnego
w wypadku komedii zwłaszcza. Otóż owszem, na początku można było pozachwycać
się czarno-białymi obrazami z płachtami fantazyjnie pozawijanego papieru
nutowego w roli scenografii, ale z upływem czasu wizualna monotonia zaczynała
po prostu nużyć oczy. Kostiumy, wszystkie ładne i eleganckie, a niektóre
dodatkowo świetnie charakteryzujące bohaterów także utrzymano w
monochromatycznej gamie od bieli do czerni poprzez szarość. W ten sposób,
przynajmniej w warstwie obrazowej uleciało z komicznej opowiastki mnóstwo
lekkości i uroku. Mógł to być celowy zamiar reżysera, bo tytułowy cyrulik też
nie był tym typowym, ludycznym szaławiłą znanym z setek inscenizacji –
charakterem bardziej przypominał doktora Malatestę z „Don Pasquale”. Ten Figaro
jawił się jako Wielki Manipulator nie tyle pomagający swojemu panu w
urzeczywistnieniu amorycznych zapałów, co kierujący nim jak marionetką. W sumie
Laurent Pelly utrzymał się w granicach interpretacji i cały spektakl mógł się
podobać, ale brakowało mi tego, co w „Cyruliku” uważam za rzecz niezbędną - wdzięku i radości. Co nie znaczy, że od
czasu do czasu (za rzadko jednak) uśmiech nie pojawiał się na mojej twarzy. Na
szczęście od strony muzycznej to był prawdziwy sukces, jeden z najlepszych
współczesnych „Cyrulików”, jakich słyszałam. Jérémie Rhorer poprowadził swój zespół, Le Cercle de
l’Harmonie z pasją i werwą , jakiej ta muzyka wymaga. Pięknie zaprezentował się
się też chór Unikanti, którego członkowie wykazali prawdziwe zacięcie
aktorskie. Z protagonistów publiczność chyba najbardziej j zachwycił Michele
Angelini i nie bez powodu – góry ma promiennie i brzmiące bezwysiłkowo, frazuje
niezwykle elegancko, a przy tym dysponuje autentyczną vis comica. Nie wiem,
który z panów – śpiewak czy dyrygent wpadł na pomysł zinterpetowania części
drugiej arii tenorowej w stylu hiszpańskim (w końcu jesteśmy w Sewilli), ale
był to bardzo smaczny ornament. A Hrabia Almaviva Angelliniego okazał się
zwyczajnie bardzo sympatyczny, czego nie można powiedzieć o jego słudze, bo taka
była koncepcja. Florian Sempey wykonuje rolę Figara regularnie i od dawna, ale
takiej interpretacji nie miał jeszcze okazji pokazać. Już sam wygląd sugerował,
że nie będziemy mieć do czynienia z jowialnym Sowizdrzałem i trzeba przyznać,
że francuski baryton mistrzowsko zrealizował reżyserskie założenia. Śpiewał
fantastycznie – ma duży ale giętki głos
ładnej barwie, wrodzoną łatwość kreowania ozdobników i jest bardzo
muzykalny. Catherine Trottmann na tle tak świetnych kolegów wypadła troszkę
mniej efektownie, przynajmniej wokalnie – jej mezzosopran, chociaż miły dla
ucha nie dysponuje dużym wolumenem, szwankuje przede wszystkim zasadniczy w tym
typie głosu dół skali. Jako postać młoda, ładna i fertyczna śpiewaczka
sprawdziła się idealnie. Ale i tu reżyser dołożył swoje trzy grosze, każąc jej
niepotrzebnie prychać w „Una voce poco fa” kiedy Rosina opowiada o tym, jaka
jest łagodna i łatwa do prowadzenia. Troszkę zaufania do nas, publiczności – i
bez tego wiemy, o co tu chodzi! Peter Kálmán
zaprezentował solidne rzemiosło wokalne i aktorskie jako Don Bartolo, Robert
Gleadow zaskoczył mnie jako Don Basilio. Pamiętam go w partiach mozartowskich,
jako Masetta i Leporella, ale od czasu, kiedy go w nich słyszałam głos mu się
rozwinął, ma teraz tak cenne u basa, głębokie, wibrujące doły. Przy tym Gleadow
doskonale bawił się rolą i charakteryzacją i budził szczere rozbawienie u
publiczności. Z postaci drugoplanowych najciekawszy wydał mi się Guillaume
Andrieux jako Fiorello – doskonale prowadzony baryton, dobra prezencja,
sceniczna werwa – jeszcze o nim nie raz usłyszymy. W sumie – ten rok operowy
zaczął mi się mimo wszystko całkiem dobrze, oby tak dalej. Gdyby mieli Państwo ochotę
sprawdzić – tu jest całość https://www.youtube.com/watch?v=_9R549oIqfs poniedziałek, 1 stycznia 2018
2017 - bywało lepiej
![]() |
| "Płaszcz" w BSO |
Piąte roczne, blogowe podsumowanie imponujące nie będzie, bo nie był to dobry rok
dla opery, przynajmniej w moich uszach. Mało w nim olśnień, wybitnych kreacji
śpiewaczych a jeszcze mniej dyrygenckich. Przy tym wyszły na jaw rzeczy smutne
i nieprzyjemne, dla których usprawiedliwienia nie ma. Skutkiem oskarżeń o
molestowane seksualne upadły kariery Charlesa Dutoit i Jamesa Levine’a, co
szczególnie w tym drugim przypadku okazało się dla szerokiej publiczności,
zwłaszcza amerykańskiej szokujące. Levine był w ojczyźnie kochany jak niewielu
dyrygentów na świecie i fakt, że jego zawodowa ścieżka tak się kończy jest
naprawdę żałosny. Oczywiście, można argumentować, że to na razie tylko
nieudowodnione oskarżenia, a przy tym dotyczące wydarzeń dość odległych w czasie,
ale jest tych zgłoszeń dużo i, niestety, prawdopodobnych. Przy tym tego typu
doniesienia nie pojawiają się po raz pierwszy, poprzednio tylko zamieciono je
pod dywan. Jak w sprawie Harveya Weinsteina. A przechodząc do spraw milszych,
mimo wszystko 2017 przyniósł mi trochę muzycznych wrażeń niepośledniej jakości
–w tym pierwsze od lat wspaniałe nagranie "Trojan" - i oto one.
Spektakl
roku:
- „ Andrea Chénier” w BSO
- „Śnieżynka” w OnP
- „Nabucco”w Arena di
Verona
- „Tryptyk” – w BSO
Nie pisałam tylko o „Tryptyku”, który pojawił się na stronie BSO i był
na niej przez zaledwie dobę w końcu grudnia. Kto nie zauważył powinien żałować.
To było znakomite, świetnie śpiewane i dyrygowane przedstawienie.
DVD roku:
- „Francesca da Rimini” (Mercadante) - Dynamic
- „Rusałka” z Bydgoszczy - Dux
- Poławiacze pereł” z Met – Erato
- Lohengrin”z Drezna - DG
CD roku – recital, pieśń
- „L’Opera”
– Jonas Kaufmann - Sony
- „Piękna
młynarka” – Christian Gerhaher i Gerold Huber - Sony
- „Heroes in Love” Sonia Prina - Glossa
- „Handel”
- Philippe Jaroussky - Erato
- „Mozart”
– Juan Diego Florez – Sony
- “Espoir” – Michael Spyres – Opera Rara
CD roku – pełna opera
- „Trojanie”
– Erato
Role roku
- Jonas Kaufmann, Anja Harteros i Luca Salsi w „ Andrea Chénier” w BSO
- Elza van den Heever jako Electra w „Idomeneo” w
Met
- Aida Garifullina jako Śnieżynka i Yuriy Mynenko jako Lel w „Śnieżynce”
- Magdalena Kožená jako Penelopa i Kresimir Spicer jako Eumachiusz w
„Powrocie Ulissesa do ojczyzny” w Théâtre des Champs Élysées
- Eleonora Buratto jako Donna Anna, Isabel Leonard jako Donna Elvira i
Julie Fuchs jako Zerlina w Aix-enProvence
- Aleksandra Kurzak jako Liu w ROH
-Anna Stéphany jako Sesto w „Łaskawości
Tytusa” w Glyndebourne
- Marina Rebeka jako Leila, Mariusz Kwiecień jako Zurga i Matthew Polenzani
jako Nadir w Poławiaczach pereł” w Chicago Lyric Opera
(kreacje wokalne, scenicznych nie widziałam
- Anna Netrebko jako Adriana i Piotr Beczała jako Maurizio w „Adrianie
Lecouvreur” w WSO- jak wyżej
- Elina Garanča jako Eboli w OnP
- Ermonela Jaho jako Siostra Angelica i Ambroggio Maestri
jako Gianni Schicchi w BSO
Wokalne
nadzieje
- Krzysztof Bączyk
- Szymon Komasa
Dyrygent roku
- John Nelson
Reżyser roku
- Philipp Stölzl
Książka roku
- Julian Barnes – „Zgiełk czasu” – Świat
Książki
Nie wiem, czy to była najlepsza książka, jaka
ukazała się na naszym rynku (wygrała większość znanych mi rankingów), ale z
pewnością jedna z nich. Napisana komunikatywnym, prostym językiem, łatwo
przyswajalna a przy tym dająca mnóstwo tematów do przemyśleń. Dymitr
Szostakowicz stał mi się po lekturze jeszcze bliższy.
Kategoria specjalna – najgłupsza scena operowa w filmie fabularnym
- „Modliszka", odc. 5
Jeszcze przed chwilą była w tym miejscu zupełnie inna scena, ale konkurencja pobiła ją bezwarunkowo. Otóż w we francuskim serialu Netflixa policja wybiera się do opery z zadaniem ochronienia życia barytona śpiewającego Scarpię. Uświadomiona operowo funkcjonariuszka ostrzega kolegów, iż mord musi nastąpić najpóźniej w akcie drugim, bo potem Scarpia już się nie pojawi. A na scenie Tosca zabija barona po czym ... śpiewa "Voi lo sapete o mamma" . Tak, z "Rycerskości wieśniaczej" Mascagniego. Biedny Puccini ...
Jeszcze przed chwilą była w tym miejscu zupełnie inna scena, ale konkurencja pobiła ją bezwarunkowo. Otóż w we francuskim serialu Netflixa policja wybiera się do opery z zadaniem ochronienia życia barytona śpiewającego Scarpię. Uświadomiona operowo funkcjonariuszka ostrzega kolegów, iż mord musi nastąpić najpóźniej w akcie drugim, bo potem Scarpia już się nie pojawi. A na scenie Tosca zabija barona po czym ... śpiewa "Voi lo sapete o mamma" . Tak, z "Rycerskości wieśniaczej" Mascagniego. Biedny Puccini ...
Hucpa roku
- Claus Guth – Cyganeria” w OnP
Odeszli
- Dmitri Hvorostovsky, Jiří Bělohlávlek, Kurt Moll, Stanisław Skrowaczewski, Georges Prêtre
sobota, 23 grudnia 2017
Nadine Sierra
Zastanawiałam
się jaki temat mógłby dobrze posłużyć świątecznej atmosferze. W końcu
przytłoczona pomysłami, które trzeba było wykluczyć już to ze względu na
niekoniecznie sympatyczny ton, w którym musiałby wpis być utrzymany, już to na
powagę jakiej domaga się ewentualnie opisywane dzieło, poszłam na łatwiznę. Ale
jakże przyjemną! Jako pretekst posłużył mi koncert, który odbył się w Carnegie
Hall z okazji kolejnej Richard Tucker Gala. Jego główną bohaterką była jak
zazwyczaj tegoroczna laureatka Nagrody im. Tuckera przyznawanej najlepszym bądź
najbardziej obiecującym amerykańskim śpiewakom. Nadine Sierra, bo o niej
oczywiście mowa objawiła się moim uszom najpełniej ten jeden jedyny raz na żywo w marcu 2015. Miała być dla mnie tylko dodatkiem do
gwiazdy wieczoru, Mariusza Kwietnia ale już po pierwszych dźwiękach dodatkiem
być przestała a okazała się pełnoprawną partnerką. Zachwyciłam się wszystkim –
ślicznym, okrągłym , lirycznym sopranem, dobrą techniką, interpretacją,
wreszcie osobistym wdziękiem młodej (miała jeszcze przed sobą 26-ste urodziny)
śpiewaczki. I miałam absolutną pewność, że już za chwilę Teatru Wielkiego nie
będzie na nią stać (to był jej drugi występ
na naszej scenie, poprzednio pojawiła się na koncercie sylwestrowym
2014). Podejrzewam, że to poczucie dzieliło ze mną większość widowni. I tak też
się stało, bo kariera Sierry rozwinęła
się przez te nawet nie 3 lata błyskawicznie. Wtedy miała przed sobą debiuty na
najbardziej prestiżowych scenach świata, w tym w Met, dziś jest tam doskonale
zadomowiona. W Nowym Jorku pokazała się
już jako Gilda , Zerlina, Ilia a za kilka dni, 29 grudnia stanie na tej scenie jako Susanna. Z tej wyliczanki widać, że jej
głosowi sprzyja muzyka Mozarta, ale przecież nie tylko. Na razie typ sopranu koloraturowego
nie predestynuje jej do cięższego repertuaru i na szczęście artystka ma na tyle
rozsądku, by pozwalać swojemu instrumentowi rozwijać się w sposób naturalny,
bez forsowania. Dlatego wykonywała jak dotąd tylko jedną partię Verdiego –
Gildę ale w najbliższych planach ma Nannettę. Oprócz tego podąża ścieżką
repertuarową doskonale zgodną z tym, czym obdarzyła ją natura: poza Mozartem
(była jeszcze Paminą i nawet zdarzyła się Hrabina w San Francisco) wykonuje
Donizettiego (na razie Norina i Lucia), zdarzył się także Gluck, Humperdinck,
Cavalli, Britten(Tytania) i Puccini. Jako Musetta miała wystąpić na otwarcie
bieżącego sezonu w ROH, ale się rozchorowała. Miejmy nadzieję, że będzie w
pełni zdrowia w przyszłym roku, kiedy w jaskini lwa czyli sycylijskim Teatro
Massimo zadebiutuje w partii Elviry w „Purytanach”. Czy ten repertuar jest
mały? Raczej nie, biorąc pod uwagę wiek artystki, czyli zaledwie 29 lat) i
fakt, że jej kariera trwa na razie dosyć krótko, mimo bardzo wczesnego
profesjonalnego debiutu w partii Duszka Piaskowego w „Jasiu i Małgosi” na
scenie Palm Beach Opera w 2002 ! Już rok później można było po raz pierwszy
usłyszeć Nadine w radiu – zaśpiewała „O mio babbino caro” w programie o
znaczącym tytule „From the Top”. Warto
dodać, że Sierra nie boi się też muzyki współczesnej i regularnie sięga po
partie typu oratoryjno-kantatowego: ma przed sobą „Kadysz” Bernsteina a za sobą
„Niemieckie Requiem” Brahmsa, „Stworzenie” Haydna , „Carmina Burana” Orffa i
nieśmiertelnego „Mesjasza” . Wyliczanka wyliczanką, a czy rzeczywiście Nadine
Sierra jest na operowej scenie kimś szczególnym? Moim zdaniem tak – są
oczywiście w jej technice śpiewaczej rzeczy warte dopracowania, ale, poza
głosem niepospolitej urody ma Sierra cechę, która zdarza się nawet największym gwiazdom
niezbyt często – bezpośredniość i szczerość przekazu. Jest to poza tym „zwierzę
sceniczne” i czuje się doskonale zarówno w rolach lirycznych, tragicznych jak i
komicznych. No i – last but not least mamy do czynienia z uroczą, piękną młodą
kobietą, co zawsze stanowi atut, nawet jeśli nie najważniejszy. Nie wiem, jak
Państwo, ale ja 10 stycznia posłucham transmisji z Nowego Jorku, by dowiedzieć
się jak brzmi w jej interpretacji mozartowska Susanna –a będzie miała u boku
wspaniałych kolegów – Mariusza Kwietnia jako Hrabiego, Ailyn Perez jako
Hrabinę, Ildara Abdrazakova jako Figara i Isabel Leonard w roli Cherubina.
Drodzy
Czytelnicy, odpoczywajcie przy choince, cieszcie się obecnością bliskich i nie
dajcie wciągnąć w polityczne spory. A jeśli zdarzy się komuś samotność lub
praca – posłuchajcie muzyki, to zawsze pomaga! Pięknych Świąt!
| Po koncercie w Warszawie. Kiepska jakość foty, ale bohaterowie byli szalenie mobilni |
![]() |
| Artur Ruciński jako DOn Giovanni i Nadine Sierra jako Zerlina w Paryżu |
| Lucia i Piotr Beczała jako Edgardo w San Francisco |
czwartek, 14 grudnia 2017
„Andrea Chénier” w La Scali
Dzień św. Ambrożego,
patrona Mediolanu czyli 7 grudnia od bardzo wielu lat oznacza dla nas,
operomaniaków jedno – otwarcie sezonu w La Scali.
W tym roku zdecydowano się na duży wysiłek realizacyjny, z
jakim zawsze związane jest wystawienie opery Umberto Giordano „Andrea Chénier”.
Ostatnio cieszy się ona sporym powodzeniem na największych scenach europejskich
i mieliśmy okazję do porównań z produkcjami Davida McVicara w ROH i Philippa Stölzla w BSO. Niestety La Scala przegrała z nimi
wyraźnie, i to pod każdym względem. Inscenizacja Mario Martone okazała się
bardzo sztampowa i złożona z samych klisz, a przecież trzymanie się libretta i
didaskaliów nie musi sprowadzać spektaklu do wymiaru szkolnego. Udowodnili to
właśnie McVicar i przede wszystkim Stölzl, którym takie chwalebne postępowanie
nie przeszkodziło w stworzeniu przedstawień świetnych w oglądaniu i prawdziwie
– mimo kostiumów z epoki - nowoczesnych (to dotyczy zwłaszcza produkcji
monachijskiej). U Martone dostaliśmy obrotówkę, nieszczególnie ciekawe wnętrza (scenografia
Margherita Palli, kostiumy Ursula Patzak) i jako element dodany lustra, w
których można było obserwować fragmenty akcji inaczej niewidoczne i w jakiś
sposób ją komentujące. Muszę przyznać, że nudziłam się na seansie okropnie, a
to przy okazji „Chéniera” nieczęste
zjawisko. Oczywiście temu uczuciu nie w całości zawinił reżyser, a jednak
głównie on. Gdyby jednak muzyczna jakość była lepsza, pewnie i moje odczucia
okazałyby się zupełnie inne. Tymczasem mediolańskie przedstawienie nie tyle było
złe, co po prostu przeciętne. Riccardo Chailly
(w przyszłym roku będzie obchodził jubileusz 40-lecia współpracy z
LaScalą) poprowadził orkiestrę z dużą werwą i temperamentem, ale niezbyt
subtelnie. Być może moje oczekiwania co do śpiewaków były zbyt wygórowane, ale
właściwie cały drugi plan (w tej operze jest przecież takich ról kilkanaście)
nie zasłużył się niczym szczególnym. Ot, przyzwoita robota i tyle. Nawet scena
ze Starą Madelon, która zazwyczaj wywołuje łzy w moich oczach tym razem
pozostawiła je całkiem suche. Judit Kutasi to nie Elena Zilio… Z trójki
protagonistów najsłabiej wypadła największa gwiazda wieczoru Anna Netrebko i
znów – nie było źle, tylko przeciętnie. Na pewno z trzech ostatnich jej
debiutów w nowych rolach (była jeszcze niezła Aida i bardzo dobra Adriana
Lecouvreur) ten obiecuje najmniej przyszłym występom. Nie wiem, czy Netrebko
cieszyła się pełnym zdrowiem, bo z górą skali miała duże kłopoty, śpiewała te
dźwięki ostro i w sposób wyraźnie wymęczony. Piersiowe, głębokie doły i piękna
średnica pozostały nienaruszone. Interpretacyjnie sopranistka także mnie
zawiodła, wyglądało to na jazdę na autopilocie. Nie spodziewałam się, że
dorówna Anji Harteros (subtelne niuanse nie są mocną stroną Netrebko), ale od
współczesnej superdivy chciałoby się więcej. Dosyć trudno uwierzyć też w
przemianę Maddaleny, bo jako płoche, filuterne dziewczę sopranistka jest mało
wiarygodna i wokalnie i scenicznie. Słynna aria „La mamma morta” wypadła
dobrze, ale na płycie było dużo lepiej, a i niedawne wspomnienie wspaniałej
Harteros nie pomogło. Yusif Eyvazov
zaskoczył chyba wszystkich, bo przynajmniej wokalnie mógł się jako Chénier
podobać. Nie jest to mój ulubiony typ głosu, zwłaszcza, że w momentach napięcia
pojawia się w nim vibrato (znów ten groszek!), ale ogólnie odebrałam go
pozytywnie. Nie udało mu się stworzyć kreacji scenicznej, nie wydaje się, żeby
otrzymał w tym względzie solidne wsparcie od reżysera, ale cztery arie w
różnych nastrojach zostały przez tenora zaśpiewane stylowo, dość jasnym,
skupionym głosem. Po raz pierwszy widziałam (słyszałam kilkakrotnie wcześniej)
Netrebko i Eyvazova razem w pełnym spektaklu i okazało się, że nie wytwarzają
między sobą żadnej scenicznej chemii, co paradoksalnie często się życiowym parom
przytrafia. Luca Salsi jest chyba
najlepszym dzisiejszym Carlo Gérardem i pozycję tę potwierdził. Jego bohater,
znacznie bardziej wielowymiarowy od barona Scarpii do którego niesłusznie bywa
przyrównywany może pokazać na scenie całą gamę ludzkich uczuć. Może pod
warunkiem, że jest obdarzony dużym głosem i nie musi walczyć o utrzymanie się
we właściwej tonacji. Salsi ewidentnie nie musi, wobec czego skupia się na
interpretacji – ze znakomitym skutkiem.
Scenicznie dał kreację standardową, ale w głosie było wszystko. Tak odebrałam przedstawienie, które
wygenerowało 11- minutową owację zgromadzonej w Teatro alla Scala publiczności.
I znów się zastanawiam czy słyszałam i widziałam coś innego niż oni, czy mam
problem z uszami. W każdym razie jeśli macie ochotę na Annę Netrebko w
wyśmienitej formie warto w sieci poszukać zapisu niedawnego spektaklu WSO –
„Adriany Lecouvreur” gdzie zarówno ona jak Piotr Beczała brzmią świetnie.
P.S. – Właśnie z La Scali nadeszły dobre wieści.
Na styczeń 2021 planowane są spektakle „Króla Rogera” pod batutą zakochanego w
muzyce Szymanowskiego Antonio Pappano. Będzie to wersja z ROH, reżyserowana
przez Kaspara Holtena. Nazwiska śpiewaków nie są na razie znane.
poniedziałek, 4 grudnia 2017
Słabości geniusza czyli "Korsarz"
Czy
warto poświęcić 100 cennych minut swego życia na kontakt z dziełem podpisanym
przez wielkiego mistrza, ale wyraźnie nieudanym, takim, którego nawet sam autor
by nie bronił bo całkiem nie miał do niego serca? Ja poświęciłam i nie żałuję,
chociaż rzeczywiście „Korsarz” to rzecz
straszliwie standardowa i sprawia wrażenie, jakby napisał ją początkujący
kompozytor i to taki nieszczególnie obdarzony talentem. Ale – uwaga – to jest jednak Verdi i w nielicznych
momentach go słychać. Historia tej opery trochę ją usprawiedliwia – napisana
została szybko, do marnego libretta (i nic tu nie pomogło nazwisko autora
literackiego oryginału – samego Byrona) w celu spłacenia kontraktowych
zobowiązań. Wydawca nie zrobił na niej kokosów, bo po czterech latach niezbyt
bujnego życia scenicznego (premiera 1848) odeszła w całkowite zapomnienie, z
którego nie wyciągnęły jej nawet późniejsze triumfy Verdiego. Z niebytu wywołał
ją Carlo Bergonzi w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku występując w
koncertowej wersji opery. Potem, acz niezmiernie rzadko wystawiano ją na
włoskich głównie scenach. W latach siedemdziesiątych „Korsarz” doczekał się
nawet luksusowego nagrania płytowego,
które zrealizowano w serii wczesnych dzieł Verdiego pod batutą Lamberto
Gardellego. Ale nawet ono, mimo bajecznej obsady wokalnej - Jose Carreras, Montserrat Caballe i Jessye
Norman – nie poprawiło sytuacji. W czasach nam bliższych na pokazanie dzieła
współczesnej publiczności zdecydowano się w parmeńskim Teatro Regio w 2004 roku
i najwyraźniej biedny „Korsarz” jakoś się do serc i uszu tamtejszej
publiczności przebił, bo po pozostał w repertuarze na ładnych kilka lat.
Zarejestrowano spektakl z października 2008 i całe szczęście, bo inaczej w roku
jubileuszu mógłby być kłopot z projektem wydawniczym „Tutto Verdi” (nie
zapisano przedstawienia z Zurychu, które dziś mogłoby wzbudzić pewne
zainteresowanie ze względu na Vittorio Grigolo w partii tytułowej). Próbując
zachęcić Państwa do posłuchania lub/i obejrzenia „Korsarza” powinnam zacząć od
wyliczenia mocnych stron tej partytury, ale to już zostało zrobione przez
nieocenionego p. Piotra Kamińskiego. Można więc tylko dodać, że w wieku dwudziestym
przynajmniej dostrzegano urodę pewnych fragmentów nieszczęsnej opery, skoro na
koncertach wykonywały je największe operowe tuzy z Marią Callas włącznie.
Oprócz niej śpiewali je także Katia Ricciarelli, Thomas Hampson, Michael Fabiano
i wielu innych. Z nagrań płytowych poza przytoczonym wyżej można polecić
rejestrację spektaklu z La Fenice dokonaną w 1971 pod Jesusem Lopez-Cobos z
Ricciarelli, Giorgio Lambertim, Renato Brusonem (lubił rolę Seida i śpiewał ją
tak często jak się dało) i Angeles Gulin. A co wydaje się w „Korsarzu”
atrakcyjne dzisiejszemu słuchaczowi? Mnie spodobała się nieco księżycowa uroda
muzyki przypisanej narzeczonej tytułowego pirata Medorze i druga aria jego
samego, ta więzienna - może jedyny
niestandardowy fragment opery. Poza tym mamy ciągłe powtórki schematu
cavatina-scenka-cabaletta, gdzieniegdzie jakiś duet i chór. Obejrzałam cierpliwie
parmeńskiego „Korsarza” z 2008 (rejestracja wcześniejsza tej samej produkcji
miała słabszą obsadę mimo obecności w niej Brusona) i byłam wzruszona jej
staromodną konsekwencją w trzymaniu się tekstu. Zobaczyłam dokładnie to, co powinnam,
rozegrane przez reżysera Lamberto Puggellego bez udziwnień, prosto i
tradycyjnie. Scenografia Marco Capuany i kostiumy Very Marzot idealnie wpisały
się w tę nieczęstą już dziś metodę realizacyjną. W roli tytułowej znakomicie
sprawdził się portugalski tenor Bruno Ribeiro obdarzony głosem raczej
metalicznym niż ciepłym, ale może poza krótkimi chwilami wyciskania dźwięku
nazbyt siłowo śpiewał bardzo dobrze. Nie jest chyba szczególnie utalentowany
aktorsko, ale wykonał co trzeba przyzwoicie a wyglądał niezmiernie stylowo i
atrakcyjnie, jako, że jest szczupłym, przystojnym mężczyzną. Irina Lungu jako
Medora okazała się główną atrakcją wokalną spektaklu: dysponuje ciepłym,
okrągłym, miękkim sopranem, pięknie frazuje i – co się z tym łączy – potrafi
realizować typowe verdiowskie długie frazy legato. Nie jestem w stanie
obiektywnie odnieść się do Silvii Dalla Benedetta w roli Gulnary, bo ma ona typ
głosu, którego nie znoszę, mianowicie obciążony silną, gęstą wibracją zwaną
potocznie groszkiem. Strasznie mnie to irytuje, co wszelkie próby oceny czyni
ryzykownymi. Jako Seid wystąpił w Parmie Luca Salsi który swoją rozbudowaną
rolę (dwie arie) wykonał mocnym, pewnym
i dobrze brzmiącym barytonem. Całość ze znanym dobrze z warszawskiej
sceny temperamentem poprowadził Carlo
Montanaro, który zrobił dla biednego „Korsarza” wszystko, co się dało. Na
koniec proponuję Wam sprawdzenie czy zła sława otacza tę operę słusznie. To
nawet nie dwie godziny słuchania. Niżej znajdziecie kilka interesujących
linków, w tym, jako pierwszy do omawianej dziś produkcji.
Subskrybuj:
Posty (Atom)











































