piątek, 23 października 2026
Japonia, Italia i Irlandia - "Iris" w Wexford
Prapremiery pierwszej i ostatniej opery Pietro Mascagniego dzieli 45 lat (1900, 1935), ale w ogólnej świadomości pozostała właściwie tylko ta debiutancka – „Cavalleria rusticana”. Taka sytuacja wydaje się ekstremalnie niekomfortowa dla twórcy, ale w tym wypadku niekoniecznie musiało tak być. Mascagni był świadkiem co najmniej kilku sukcesów swoich dzieł, tyle, że niestety nie okazały się one trwałe tym samym nie pozostając w standardowym repertuarze. Przyczyny takiego stanu rzeczy są różne a jeśli weźmiemy pod uwagę bohaterkę dzisiejszego posta nie zawiniła kiepska jakość muzyczna. Problemem okazał się długi cień Pucciniego i jego „Madamy Butterfly”, trudności wykonawcze oraz zmienne upodobania publiczności. O ile na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku orientalizm był modny, wręcz uwielbiany (w wersji zazwyczaj ułatwionej, powierzchownej) z czasem i dwiema wielkimi wojnami światowymi stracił na popularności. Kiedy 22 listopada 1898 na deskach rzymskiego Teatro Constanzi po raz pierwszy zaprezentowano „Iris” szeroko pojęty Orient nadal był na topie. Zanim jednak sukces stał się faktem libretto przeszło przez ręce Alberto Franchettiego (to ten sam majętny kompozytor, który zrobił prezent Umberto Giordano w formie tekstu „Andrei Cheniera”), nie dostało jego akceptacji i wróciło do autora, którym był Luigi Illica. On to zdecydował się podsunąć je Mascagniemu. Ten, jeśli na coś w związku z nim narzekał, to na… nadmiar inwencji twórczej. Cała, oparta na japońskiej legendzie historia ma wymiar przede wszystkim symboliczny i baśniowy, ale nie została pozbawiona elementów realistycznych. Iris (pierwotnie miała nosić imię Aloes, potem Miosotis , czyli Niezapominajka), krucha i delikatna kobieta-dziecko staje się ofiarą samczej żądzy i brutalności. Spośród trzech mężczyzn towarzyszących bohaterce żaden nie zasługuje na choćby cień zrozumienia – wszyscy są potworami, nawet wyklinający ją ojciec. A kto interesował się choć odrobinę niezmiernie zinstytucjonalizowanym światem prostytucji w Japonii przełomu wieków ten wie, że los protagonistki wcale nie byłby wyjątkowy. Mascagni pracował nad tą opowieścią trzy lata tworząc partyturę niezmiernie wdzięczną, melodyjną, pulsującą emocjami i wyposażoną w elementy wschodnich harmonii. Po prapremierze z udziałem Hariclei Dacle i Carusa dyrygowanej przez samego kompozytora opera trafiła szybko do La Scali (już1899) i Met (1902). Przez czas jakiś pozostawała w repertuarze, ale jej popularność nie trwała długo. Wśród przyczyn tego stanu rzeczy można wymienić duże wymagania, jakie partia tytułowa stawia śpiewaczce. Ma ona do wykonania sporo arii, w tym pierwszą bezpośrednio po wejściu na scenę, zaś akt drugi stanowi wyzwanie ekstremalne – po długim monologu następuje jeszcze kolejna, dramatyczna aria. Najbardziej związane z tą partią pozostają do dziś nazwiska Clary Petrelli i Magdy Olivero. Ale – los bywa przewrotny i najpopularniejszym fragmentem „Iris” pozostaje do dziś „Apri la tua finestra”, wykonywane przez tenora. Może dlatego, że nie jest tak trudne. U nas nie było chyba współczesnych wykonań „Iris”, jedyne znane wydarzyły się w latach trzydziestych dwudziestego wieku (czyli niemal 100 lat temu) w Poznaniu i Warszawie. W moich zasobach płytowych jest nagranie z końcówki lat 80-tych, z Iloną Tokody i Placidem Domingo, ale nie słuchałam go od bardzo dawna – może teraz, po obejrzeniu transmisji z Wexford to zrobię. Irlandzki festiwal obchodzi właśnie swoje 75-lecie, które uczcił specjalnym koncertem i spektaklami trzech oper: „L’Equivoco stravagante” Donizettiego, „Gracza” Prokofiewa oraz właśnie „Iris”. Sala otwartego w 2008 National Opera House – (O’Reilly Theatre) nie imponuje wielkością (widownia na 777 miejsc), bo i samo miasto Wexford liczy sobie niewiele ponad 20000 mieszkańców, zaś całe hrabstwo mniej więcej 145000. Tym większy podziw budzą we mnie tamtejsi lokalsi : chciało im się walczyć o powstanie tego miejsca a dziś w nim pracować pro bono, bo festiwal obsługiwany jest głównie przez wolontariuszy. Specjalizuje się w operowych cymeliach – np. w 2011 miało tam miejsce pierwsze zagraniczne wystawienie „Marii” Statkowskiego. Do „Iris” mają chyba słabość, bo pokazywana jest w Wexford już po raz drugi (poprzednio w 1995) jako jedna z pięciu oper Mascagniego („L’Amico Fritz” 1962, „Il Piccolo Marat” 1992, „Guglielmo Ratcliff” 2015 i „Le Maschere” 2024). Specyficzne warunki i niewielka przestrzeń sceny wymagają od inscenizatorów dużej wyobraźni, a dodatkowo muszą zważać na koszty – miejsce nie dysponuje finansami na miarę wielkich europejskich kombinatów operowych. Czasem jednak ograniczenia tylko pobudzają ludzką kreatywność i tak było w tym wypadku. Reżyserię powierzyła sobie samej dyrektor artystyczna festiwalu, Rosetta Cucchi. Trzeba przyznać, że ona i jej team (Tiziano Santi- scenografia, Claudia Pernigotti – kostiumy, Daniele Naldi – światło, Thomas Achitz – video) zrobili rzecz nie tyle wyjątkową, co rzadką na dzisiejszych scenach operowych. Potraktowali operę wprost, bez udziwnień, zachowując jednocześnie poezję oryginału i symbolizm tekstu. Okazało się, że nie trzeba budować rozbuchanych dekoracji, żeby przenieść nas do ogrodu nad rzeką w dawnej Japonii, że skromnymi środkami można osiągnąć efekt więcej niż zadowalający. Cucchi wykazała się przy tym delikatnością i empatią w stosunku do bohaterki. Leyla Gu, która dała jej swoje ciało i głos emanowała wewnętrznym światłem, bez którego Iris by nie było. Także od strony wokalnej potrafiła wyważyć proporcje między dramatem dziewczyny okrutnie potraktowanej przez świat a jej kruchością i łagodnością. Z bardzo trudnego zadania chińska sopranistka wywiązała się fantastycznie. Drugą gwiazdą przedstawienie był Jihoon Kim, świetny koreański bas o pięknej, głębokiej barwie jako ojciec protagonistki. Joseph Calleja, jedyne znane nazwistko w zespole i tenor cieszący się dużym uznaniem mnie nie zachwycił, ale ja nigdy nie byłam zwolenniczką jego jasnego głosu z wyraźnym dodatkiem „groszku”, którego po prostu nie lubię. Od strony formalnej był w porządku, chociaż postaci wrednego Osaki nie dał kształtu godnego zapamiętania. W przeciwieństwie do Jolyona Loya w robiącej wrażenie roli Kyoto. Problem w tym, że aktorstwo świetne, ale głos, choć mocny i dźwięczny rozwibrowany był ponad moją tolerancję. W drugoplanowej roli Lalki, tu określanej jako Geisza świetna wokalnie okazała się Hannah O'Brien, której sopran nie tylko brzmiał pięknie, ale też dobrze współbrzmiał z głosem Leyli Gu. Dla dyrygenta Francesco Cilluffo było to już trzecie spotkanie z Mascagnim w Wexford i wypadło naprawdę znakomicie. Wyważenie proporcji między liryczną a dramatyczną stroną partytury nie jest w tym wypadku proste, a zostało zrobione naprawdę świetnie. Jeśli traficie na „Iris” z Wexford, sprawdźcie - dwie i pół godziny miną Wam szybko. A do tegorocznej edycji festiwalu jeszcze wrócę przy okazji „L’Equivoco stravagante”.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz