![]() |
| Po swej śmierci Carmen wstaje i.... |
czwartek, 22 marca 2018
Carmen w kabarecie
poniedziałek, 12 marca 2018
"Semiramida" w Met
To była moja pierwsza „Semiramida”, oglądana w zamierzchłych
czasach, których nikomu nie śniło się o transmisjach kinowych z Met. W Polsce
nie zdarzały się też telewizyjne relacje z takich miejsc, więc siłą rzeczy
musiałam obejrzeć ją z kilkuletnim opóźnieniem, na pewno nie był to rok 1990, w
którym produkcja miała premierę. Z tamtego seansu pamiętam dziś role June
Anderson i Samuela Rameya (mimo całego podziwu dla techniki Marilyn Horne nie
przepadam za jej głosem) i bogate kostiumy. Dziś udając się do kina doskonale
wiedziałam, na co mogę liczyć, a na co nie. Nie spodziewałam się więc
realistycznych kreacji aktorskich, bo ograniczenia fizyczne nie pozwalają
duetowi Meade – DeShong na wiarygodne zagranie matki i syna. Nic to
nowego, wcześniej było jeszcze gorzej - „syn” o 18 lat starszy od swojej matki i
nieomylnie kobiecy z wyglądu. Nie o tego typu realizm wszakże w operze chodzi,
co niestety nie dotarło ciągle do rzesz reżyserów, którzy gatunku nie cierpią,
ale uparcie przy nim majstrują. Wieczorem 10 marca pozostaliśmy w bezpiecznych
rękach Johna Copleya biorącego libretto wprost
i nie ingerującego nawet w jego absurdy.
Ten spektakl dziś już wydaje się wręcz ostentacyjnie staromodny i na
pewno zwolennicy regietheatru oraz „przybliżania i uwspółcześniania” się nie
pożywią, reszta – cóż, jeśli ktoś lubi koncerty w ostentacyjnie barwnych
kostiumach… Niestety, przedstawienie robi wrażenie uginającego się pod własnym
ciężarem wehikułu, nieruchawego i wiejącego nudą. Poza tym lata funkcjonowania
w realiach terroru obrazka zrobiły swoje i my też wolelibyśmy oglądać śpiewaków
wiekiem i postawą dostosowanych do swoich postaci. Będę się jednak upierać przy
tym, że oglądanie nadal pozostaje w operze drugorzędne wobec słuchania, chociaż
oczywiście najlepiej byłoby te dwie rzeczy zsynchronizować. Jeśli jednak się
nie da, bo światowe sceny na razie nie są zaludniane przez wszystko mające
cyborgi supremacja dźwięku powinna być oczywista. Nie czepiawszy się więc figur
duetu głównych wykonawczyń przysłuchajmy się najważniejszemu – temu co one i
ich koledzy mieli w głosach. I tu nie oprę się znienawidzonemu zdanku „a nie
mówiłam?”. Bo przecież niewielu śledzących tę
transmisję nie zgodzi się z tym, że najważniejszą, jeśli nie jedyną jej
gwiazdą okazała się Elizabeth DeShong. Śledzę tę karierę od dawna pozostając w
stanie olbrzymiego zdziwienia, że ta mezzosopranistka nie jest wciąż supergwiazdą. 6 lat temu, u początków
mojego bloga poświęciłam jej entuzjastyczny post wróżąc taką pozycję i bardzo
mi żal, iż nie dostała wciąż od losu tego, co według talentu i umiejętności
powinna. DeShong ma znane w operowym światku nazwisko i tyle. Na najbardziej
prestiżowych scenach świata proponowano jej przede wszystkim partie
drugoplanowe - w Met musiała czekać 10
lat od debiutu (2008 – Suzy w „Jaskółce”)
by móc pokazać się w roli głównej . Może Arsace na deskach Met przyniesie jej
wreszcie popularność i uznanie, na które zasłużyła. Śpiewa przepięknym,
czekoladowo gęstym i płynnym a przy tym połyskliwym głosem, trudności
techniczne dla niej nie istnieją, koloratura jest swobodna i precyzyjna a dół
skali imponujący. Drugim członkiem obsady, który niemal mimochodem pokonał
trudności swojej partii był Javier Camarena. Rola księcia Ireno do wdzięcznych
nie należy, bo składa się niemal wyłącznie z wokalno-technicznego popisu a
można ją usunąć bez szkody dla fabuły i
partytury. Skoro jednak Rossini ją napisał by zaspokoić gwiazdorskie wymagania
Johna Sinclaira,który śpiewał na premierze w Teatro La Fenice w 1823 roku
obsadzenie Camareny okazało się ze wszech miar słuszne. Więcej problemów miała
z tytułową Semiramidą Angela Meade, której sopran nie zaleca się szczególną
urodą czy ciepłem. Meade posługuje się
koloraturą sprawnie, ale nie sprawia to u niej wrażenia naturalnego środka
komunikacji zaś górne dźwięki są nieco siłowo wypychane. Na pewno nie jest to
Semiramida na miarę June Anderson, chociaż w sumie całkiem niezła. Zawiódł
natomiast Ildar Abdrazakov, który w przeciwieństwie do obu partnerek adekwatnie
wyglądał, ale podjął się partii mocno przerastającej możliwości głosowe - krańcowo
siłowe góry, niedobre ozdobniki i matowa średnica (podejrzewam, iż głos po
prostu był zmęczony walką z rolą, bo zazwyczaj Abdrazakov brzmi dźwięcznie). Tym razem nie zachwycił mnie chór Met, wkradły
się nierówności. Mauricio Benini poprowadził tę olbrzymią (pomimo skótów)
dostojnie i z uwagą. Ogólnie wieczór z tą „Semiramidą” dość mocno się dłużył,
rozświetlany jedynie głosem Elizabeth DeShong.
P.S. To wznowienie
miało być przygotowane na scenę przez 84-letniego już Johna Copleya, który reżyserował premierę 28 lat temu. Sędziwy Brytyjczyk
opowiedział jednak w trakcie pracy pieprzny dowcip i ktoś z chóru (wsparty
później przez dwójkę kolegów) poczuł się „niekomfortowo”. Copley został
zwolniony w trybie natychmiastowym.
piątek, 2 marca 2018
Kontratenor hip-hopowy - Jakub Józef Orliński
Końcówka tegorocznej zimy wprowadziła mnie w stan inercji –
nic mi się nie chce, nic nie ekscytuje, organizm nastawił się na przetrwanie do
wiosny. Rozszerza się to na operę, jakoś
nie spotkało mnie w tej dziedzinie ostatnio nic, co warte byłoby podzielenia
się wrażeniami. Dzisiejszy wpis poświęcę
więc rozpoczynającej się chyba właśnie na dobre światowej karierze kolejnego,
młodego, polskiego śpiewaka. Kariery tej, co muszę szczerze przyznać nie
przewidziałam kiedy po raz pierwszy miałam okazję zetknąć się z nim na scenie.
W „Agrippinie” na deskach Teatru Stanisławowskiego w warszawskich Łazienkach
(który nie nosił jeszcze dumnego miana Polskiej Opery Królewskiej) Jakub Józef
Orliński, jako Narciso zrobił na mnie wrażenie pozytywne ale dalekie od
zachwytu. Trzeba jednak koniecznie
doprecyzować, iż urodzony w grudniu 1990 kontratenor nie miał wtedy nawet 24
lat a jego artystyczna edukacja wciąż trwała. Potem Orliński szlifował swój
talent w Akademii Operowej przy Teatrze Wielkim i wreszcie w Julliard School of
Music. Brał też udział w rozlicznych
konkursach wokalnych i to niemal zawsze z sukcesami. Tym dającym zapewne
najwięcej na arenie międzynarodowym jest zapewne znalezienie się wśród wąskiego
grona pięciorga laureatów Metropolitan Opera National Council Audition 2016.
Lista nazwisk poprzedników wygląda
imponująco i chociaż to osiągnięcie niczego nie gwarantuje w oczach dyrektorów
od obsad zapewne może być argumentem niepośledniej rangi. Nieprędko chyba
zobaczymy naszego falsecistę na scenie Met, bo w tym teatrze dzieła barokowe do
których głos kontratenorowy potrzebny
bywa najczęściej nie goszczą zbyt regularnie, ale czasem się zdarzają i wówczas
być może … Na razie Jakub Józef Orliński
ma za sobą debiut na festiwalu w Aix-en-Provence, gdzie wykonywał rolę Orimenea
w „Erismenie” Cavallego popisując się przy tym umiejętnościami tanecznymi.
Śpiewak przez lata uprawiał break dance (mój kolega, który sędziuje w wielu
konkursach w tej dziedzinie doskonale go z niejednych zawodów pamięta) co daje
mu zasadniczą przewagę nad kolegami -
niezwyczajną nawet w dzisiejszych czasach sprawność ruchową. Jest też
utalentowany aktorsko i, co ważne w czasach terroru obrazka przyjemny dla oka.
No dobrze, a jak śpiewa? Mnie w jego wokalistyce brakuje czegoś indywidualnego, własnego chociaż
doceniam solidną podstawę w rzemiośle i ładną barwę głosu. Podejrzewam jednak,
iż ten rys indywidualny i ciekawszy wyraz emocjonalny może przyjść z czasem
oraz artystycznym i osobistym dojrzewaniem. Z czasem będzie też Orliński
rozszerzal swój i tak jak na ten wiek bogaty repertuar, na razie, poza
pojedynczymi barokowymi ariami zawierający miedzy innymi takie role jak Ottone
w „Agrippinie”, Eustazio z „Rinalda” czy Ruggiero w „Alcinie”. Z czystym
sumieniem mogę polecić Państwu płyty z udziałem Orlińskiego – „Carnevale di
Venezia” z Natalią Kawałek i Miriam Albano oraz tę, która dziś powinna trafić
do sklepów muzycznych „Enemies In Love” (ponownie z Natalią Kawałek). Na jesień
tego roku zaplanowano wydanie już solowego CD „Anima Sacra” z towarzyszeniem
popularnego i uznanego zespołu „Pomo d’Oro”. Będzie to pierwsze nagranie zrealizowane
w ramach kontraktu Orlińskiego z wytwórnią Erato. Gdyby ktoś z Was nie
słyszał jeszcze, jak śpiewa nasz kontratenor na You Tube jest mnóstwo świadectw
jego sztuki, wybrałam i zalinkowałam trzy, z których szczególnie ciekawa wydała
mi się rejestracja występu w ramach Master Class Joyce DiDonato. Posłuchanie
jak wspaniała artystka odbiera młodego kolegę i jakie ma uwagi jest,
szczególnie dla laika bardzo interesujące. Warto dodać, że w przepastnych
zasobach YT można sobie znaleźć podobną lekcję z Szymonem Komasą. A wracając do
Orlińskiego - informacji o nim szukać specjalnie nie trzeba, bo jego fan page
na Facebooku jest kopalnią wiedzy o aktualnościach z jego artystycznego życia.
![]() |
| JJO i Nadine Sierra, laureatka National Council Audition z 2009 roku |
wtorek, 20 lutego 2018
Słodycz "Napoju miłosnego" i plany Met
Luty, kiedy za oknami
ciągle szaro i smutno a czasami pojawia się dotkliwe zimno to doskonała pora na
dosłodzenie życia „Napojem miłosnym” . Kilka łyków owego magicznego napitku
zawsze wprawia w dobry nastrój, tyle tam włoskiego słońca i melodii. Nie planowałam
na sobotni wieczór spotkania z Donizettim, ale w końcu znalazłam się przed
ekranem. Ponieważ była to ta sama inscenizacja, którą nowojorska scena
pokazywała już nam w kinach niecałe 6 lat temu porównania obsadowe narzucały
się same. Muszę przyznać, że chociaż poprzednią odsłonę produkcji wspominam
dobrze obecna przyniosła mi jeszcze więcej radości mimo nieobecności w niej
mego ulubionego śpiewaka. Sprawczynią okazała się głownie Pretty Yende, chociaż
nie tylko ona. Tym razem miałam wrażenie, że odtwórczyni roli Adiny jest do
niej idealna pod każdym względem: młoda nie tylko ciałem ale i co ważniejsze
jasnym, promiennym głosem, wdziękiem i naturalnością. Anna Netrebko, chociaż włada sopranem o
znacznie bogatszej i chyba piękniejszej barwie (to rzecz gustu, ale tak brzmi w
moich uszach) nie miała już w 2012
takiej swobody wokalnej, lekkości i przede wszystkim stylu. Matthew
Polenzani pozostał Nemorinem niezmiernie sympatycznym i bez zarzutu również
stylowym, aczkolwiek pewnie już nigdy nie polubię barwy tego głosu. Nie zmienia
to jednak faktu, że to chyba najbardziej udana kreacja sceniczna w jakiej miałam
okazję go podziwiać, a było ich już sporo. Z Davide Luciano zetknęłam się po
raz pierwszy i było to ciekawe spotkanie. Włoski baryton nie zaleca się
szczególnie urodziwą czy charakterystyczną barwą, ale sądząc po tym jak śpiewa
jest prawdziwym belcancistą. Pięknie frazował, nigdy, naprawdę w żadnym
momencie nie uległ pokusie napinania głosu, zaprezentował też ładne ozdobniki.
Stworzył przy tym nieoczekiwanie sympatyczną postać, czego po sierżancie
Belcore nie oczekiwałam. Luciano był zabawny, ale przy tym ani trochę nie
brutalny. Ildebrando d’Arcangelo podjął się roli „doktora” Dulcamary też był to
bohater zupełnie inny niż poprzednio. W tym wypadku przywiązałam się jednak do
Ambroggia Maestriego tak bardzo, że nie mając do D’Arcangelo większych
zastrzeżeń i tak tęskniłam za jego poprzednikiem. Domingo Hindoyan dyrygował
energicznie i polotem, może sobie ten debiut w Met zaliczyć do sukcesów.
Podobnie jak rok temu
Metropotan Opera 15 lutego ogłosiła swe plany na nadchodzący sezon i
przynajmniej na papierze wyglądają interesująco. Żałuję, że nie zobaczę nowej
odsłony pięknej produkcji „Poławiaczy pereł” ale transmisji radiowej nie
odmówię sobie na pewno. Bardzo jestem ciekawa nowej Leili – Pretty Yende i
nowego Nadira - Javiera Camareny. O
Zurgę – Mariusza Kwietnia można być całkiem spokojnym, rola powoli staje się
jego specjalnością. Podobnie sytuacja przedstawia się z „Pelleasem i Melisandą”
– miło byłoby nie tylko usłyszeć, ale i zobaczyć Isabel Leonard oraz Paula
Appleby (uwaga: Pelleas tenorowy) w tytułowych rolach, ale cóż – Peter Gelb tej
opery nie lubi. Z tego, co przewidziano do transmisji ominę chyba dwa
gwiazdorskie wehikuły – „Dziewczę z zachodu” bo nie przepadam za Jonasem
Kaufmannem w partii Dicka i nie mam przekonania do Evy Marii Westbroek jako Minnie.
Nie wybieram się też na nową produkcję „Traviaty”, bo krzykliwej Diany Damrau
jako Violetty mam serdecznie dosyć, co innego, gdyby pokazywaną drugą obsadę z
Anitą Hartig. Za to już się cieszę na „Dialogi karmelitanek”, i „Marnie” – Hitchcock
w operze, w dodatku z Leonard i Christopherem Maltmanem – czekam niecierpliwie!
Pójdę też na „Adrianę Lecouvreur”, ale nie względu na duet Netrebko Beczała ,
mnie przyciąga nazwisko Anity Rachvelishvili (księżnej de Bouillon). Planuję
też dosłodzić sobie życie „Córką pułku” – trio Yende,Camarena i Blythe jest dla
mnie atrakcją nie do przegapienia. Zastanowię się jeszcze nad „Samsonem i
Dalilą” (wolałabym Rachvelishvili i Antonenkę niż Garancę i Alagnę) i zgraną
niemiłosiernie „Aidą” (znów Anita!). Zobaczymy, co wyjdzie z tych planów … Dla nas, polskich operomaniaków ważny jest kolejny
debiut w Met naszego rodaka – Tomasz Konieczny zaśpiewa w powracającym na deski
Met „Ringu” (tym z machiną) Albericha, będzie też Abimelechem w „Samsonie i
Dalili”. Artur Ruciński ma przewidziane dwa spektakle „Traviaty” zaś Aleksandrę
Kurzak będziemy mogli zobaczyć jako Micaelę. Miejmy nadzieję, że nie zacznie
się kolejny korowód wypadków i nagłych zachorowań i wszystko to będziemy mogli
podziwiać. A co Wy wybieracie z przyszłego sezonu?
sobota, 10 lutego 2018
Młodzieńczy Hoffmann w Monaco
W
kwestii „Opowieści Hoffmanna” pytań i wątpliwości jest sporo, nie istnieje podstawowa,
kanoniczna wersja dzieła. Jacques Offenbach swego opus magnum nie ukończył a
etap, na którym śmierć przerwała mu pracę zmusza koleje pokolenia muzyków i
realizatorów do dokonywania ciągle nowych redakcji utworu. Dlatego właśnie idąc
do teatru nigdy nie wiesz nie tylko jaka będzie kolejność aktów, ale też ile
usłyszysz w tym weneckim. W każdym razie jedna rzecz jest pewna: wystawienie „Opowieści”
wymaga nie tylko dużego wysiłku inscenizacyjnego (liczna obsada solistów, spory
chór, cztery różne miejsca akcji) ale
też bogatej fantazji od reżysera. To musi być wyobraźnia nieograniczona
dzisiejszymi modami (nie da się dobrze tego zrobić na buro i brzydko ani na
powściągliwie i elegancko), bujna wręcz dziecięco ale … utrzymana w żelaznych
karbach dyscypliny. Niewykonalne? Niekoniecznie, kilka razy się udało. Nie tym
razem, niestety, chociaż od strony
wizualnej niewiele było trzeba by premiera w Monte Carlo zakończyła się sukcesem.
Tak się nie stało z przyczyny banalnej, ale rzucającej się w oczy – nieciekawej
i bardzo oszczędnej scenografii (Laurent Castaingt). Powielany w nieskończoność pomysł z
zastosowaniem teatru cienia i trochę brzydkich rekwizytów w wypadku tej opery
nie wystarczy. Nie wiedzieć czemu całe to ubóstwo skontrastowano z bogatymi,
pięknymi kostiumami z czasów powstania dzieła i wszystko to razem nijak nie chciało
się do siebie dopasować. Ogromna szkoda, bo Jean-Louis Grinda przeprowadził
akcję logicznie i sensownie a mając szczęście trafić na utalentowaną aktorsko
obsadę nie zmarnował tego daru. Miałam wrażenie, że poświęcił odpowiednią uwagę
każdemu śpiewakowi niezależnie od wielkości roli i to dało bardzo dobry
rezultat – właściwie wszyscy stworzyli ciekawe postacie, nikt nie snuł się na
scenie tylko dlatego, że miał do zaśpiewania linijkę tekstu. Wszystko to jednak
nie miało większego znaczenia wobec nieudanej w większej części muzycznej
strony spektaklu, z którego zadowoleni mogli być głównie fani Juana Diego
Floreza. Kiedy lata temu wydał on płytę „L’Amour” z repertuarem francuskim nie
byłam nią zachwycona zwłaszcza Wertherem i Gounodem. Od tego czasu Florez
konsekwentnie rozwija repertuar i ma za sobą debiuty w kilku nowych rolach, na
ogół z sukcesem (nie udał się tylko Książe Mantui). Nadal jakoś nie mam
przekonania do jego Werthera, ale Hoffmana postanowiłam sprawdzić zachęcona
interesującym wykonaniem ballady o Kleinzachu na koncercie. W monakijskim
spektaklu także była ona mocnym punktem wieczoru, zaśpiewana swobodnie, z
triumfalną górą, doskonale zinterpretowana i zakończona własnymi ozdobnikami
(robił to też Alfredo Kraus). Młodzieńcze, jasne brzmienie głosu Floreza
najlepiej pasuje do aktu Olimpii, kiedy to bohater wynikającą z wieku
niedojrzałością może tłumaczyć zauroczenie kobietą-lalką. Dalej już jest nieco
trudniej, bo partia Hoffmanna nie stawia wcale mniejszych wymagań niż trzy
kobiece (śpiewane przez jedną sopranistkę). Jest to wprawdzie ta sama postać,
ale na różnych etapach życia i wymaga użycia innych środków wokalnych w każdym
z nich. O ile jeszcze Florez romantyczny w akcie Antonii wypadł dobrze, to już
w części weneckiej chciałoby się dźwięku bardziej mięsistego, dojrzałego i
mocniejszego. Całość można jednak podsumować pozytywnie, biorąc także pod uwagę
naprawdę dobrą kreację aktorską i fakt, że artysta rozsądnie na swój debiut
wybrał teatr o niewielkiej widowni. W tym świetle coraz bardziej jestem ciekawa
jego Edgarda, którego będzie śpiewał w maju w Monachium (planuję być świadkiem
wydarzenia). Bayerische Staatsoper to jednak miejsce nieporównanie bardziej
wymagające. Zobaczymy. Olga Peretyatko
podejmując się wykonania wszystkich ukochanych Hoffmanna zmierzyła siły na
zamiary i poległa z kretesem. Najbardziej zdziwiła mnie jej nieciekawa Olimpia,
bo zdawałoby się że właśnie do niej głos Peretyatko pasuje najbardziej.
Sopranistka zaprezentowała jednak nieciekawe, ostre brzmienie, zamazaną,
nieprecyzyjną koloraturę i nienajlepsze aktorstwo wokalne (sceniczne było w
porządku zarówno przy tej, jak wszystkich innych jej bohaterkach). Antonia
wypadła również niezbyt imponująco ujawniając nie tylko ograniczenia wolumenu,
ale też problemy na obu krańcach skali. Ku mojemu zdziwieniu najlepsza była w
wykonaniu pięknej Rosjanki wydawałoby się najmniej przystająca do jej głosowych
możliwości Giulietta. Jest to jednak partia najmniejsza, nie ma nawet własnej
arii a poza tym, nie z winy Olgi Peretyatko fatalny okazał się najsłynniejszy
bodajże numer „Opowieści”, czyli słynna barkarola. Do ważnej roli Niclausse’a
zatrudniono bowiem osobę, która
stworzyła świetną kreację sceniczną, ale słuchać jej się nie dało - Sophie
Marilley (fatalne frazowanie, skutkiem czego zupełny brak legato, nieprzyjemny,
skrzypiący głos, konsekwentne pozostawanie obok właściwej tonacji – brrrr!).
Nicolas Courjal śpiewał przyzwoicie i jako tako grał swoje cztery czarne
charaktery, ale ja wolę w tych rolach głosy barytonowe. Courjal miał z górą
spore trudności i nie ma się co dziwić. Właściwie wszyscy wykonawcy ról
drugoplanowych godnie wywiązali się ze swoich zadań muzyczno-aktorskich. Mnie
najbardziej podobała się Christine Solhosse jako matka Antonii, poza nią
wymienić można jeszcze weterana Paatę Burchuladze jako Crespela i Rodolphe Brianda,
który udatnie kreował czterech służących. Dyrygenta Jacquesa Lacombe’a będę po
tym doświadczeniu raczej unikać, jako, że zupełnie nie panował nad dynamiką
dźwięku i zagłuszał solistów (owszem, niektórzy dysponują głosami mniejszymi
niż przewidział kompozytor, ale dobry maestro potrafi iść za swoimi
śpiewakami). Najgorsze jednak były dziwaczne tempa i momentami nazbyt wyrazista
blacha. Może orkiestra z Monte Carlo nie należy do najlepszych w Europie, ale
poprzednie z nią spotkanie przy okazji „Ernaniego” zostawiło mi raczej dobre
wrażenia, więc winić należy szefa.
P.S.
31 stycznia, bezpośrednio po spektaklu Juan Diego Florez otrzymał z rąk
Caroline, księżniczki Monaco i księżnej Hanoweru (nieformalnej minister kultury
Monaco) Ordre du Mérite culturel.
środa, 31 stycznia 2018
Placido Domingo jako Macbeth w Los Angeles
Los Angeles Opera
przejawia ostatnio sporą aktywność medialną, ich produkcje coraz częściej
ukazują się na DVD. Głównym magnesem, który przyciąga do nich chętnych nabywców
jest oczywiście dyrektor tego teatru, Placido Domingo, który w każdym sezonie
przynajmniej w jednej roli pojawia się na scenie. W październiku 2016 zmierzył
się z jedną z najważniejszych partii barytonowych, jakie napisał Verdi i była
to, jeśli dobrze liczę już ósma.
Kolejnym kreacjom Dominga towarzyszą wciąż te same rozważania – czy powinien,
czy ma prawo itd. Odnosiłam się do tego wielokrotnie, tym razem już nie będę
skupiając się na tym, co zobaczyłam i usłyszałam. Inscenizacja Darko Tresnjaka
jest taka sobie i szczerze mówiąc nie przyciąga uwagi w żaden sposób.
Tradycyjna z ducha, nieszczególnie dynamiczna zawiera jeden element dodany,
który zresztą nie wnosi niczego nowego ani interesującego. Jest nim stała
obecność na scenie ogoniastych diablików z domalowanymi grymasami na twarzach i
fryzurami typu „piorun w szczypiorek”. Jedynym, co może widza zafrapować wydaje
się ich czynny udział w koronacji Malcolma, bo to dwa z nich wkładają koronę na
jego głowę. Co sugerowałoby, że każda władza bywa nieczystego pochodzenia a
świeżo upieczony monarcha nie będzie władcą lepszym od Macbetha. Ogólnego
wrażenia nie poprawia nieciekawa scenografia ani dość standardowe kostiumy
(wizerunek zewnętrzny nie służy wyraźnie tytułowemu bohaterowi). W takiej
sytuacji, kiedy oglądana produkcja ani ziębi, ani grzeje pozostaje skupić się
na słuchaniu. Jak wszyscy wiemy w operze
najważniejszy nie jest Macbeth tylko jego Lady, dla której Verdi napisał
muzykę tyleż piękną i efektowną co straszliwie trudną i wymagającą głosu o
właściwościach rzadko chadzających ze sobą w parze. Ekaterina Semenchuk
zaprezentowała raczej liryczną interpretację roli nie korzystając z autorskich
sugestii zabrudzenia pięknego brzmienia „brzydkim dźwiękiem”. Słuchało się tego
bez przykrości, ale miałam wrażenie obcowania z bohaterką dosyć anonimową, bez
wyraźnie określonego charakteru a to w wypadku tej postaci poważny zarzut. Co
dziwne trudności z utrzymaniem się w tonacji Semenchuk miała przy pierwszej,
łatwiejszej arii, później już się nie powtórzyły. Za to list „przeczytała” w
miarę naturalnie, co stanowi osiągnięcie. Niestety między państwem Macbeth nie
czuło się żadnej chemii – szkoda, bo jakkolwiek rozłoży się siły w tym scenicznym
małżeństwie powinni oni być parą połączoną skomplikowanymi więzami miłości,
władzy, nienawiści i seksu. Tutaj się tego wszystkiego nie czuło: owszem, śpiewacy
wykonywali odpowiednie gesty, ale to wszystko. Aktorstwo Dominga od lat się nie
zmienia, jest nieco staromodne i konwencjonalne a właściwie o tym, że patrzy
się na niego wciąż z przyjemnością decyduje potęga osobowości. Tyle, że akurat
Macbeth nie należy do jego najciekawszych ról – maestro nie czuje się
komfortowo w jego skórze, to widać. Za to wokalnie, podobnie jak w wypadku
Nabucca nic, tylko podziwiać. Nawet nie wyliczając Placidissimo lat wciąż można
się zachwycić tym zdumiewająco dźwięcznym brzmieniem i nośnością legendarnego głosu
bez problemu przebijającego się przez grzmiącą orkiestrę i chór i doskonale
słyszalnego nawet w dużych scenach zbiorowych. Wszystkie niuanse
interpretacyjne, których zabrakło na scenie w głosie były obecne a „Pietà,
rispetto, amore” zaśpiewał Domingo i pięknie i przejmująco. Głównej parze towarzyszyli
Ildebrando d’Arcangelo jako Banco i Joshua Guerrero w partii Macduffa, obaj na
niezłym poziomie. Guerrero to jeden z protegowanych Dominga, laureat Operaliów 2014 i student
programu dla młodych artystów przy LA Opera. Dysponuje tenorem
zdecydowanie lirycznym, jasnym, włoskim w barwie. Swoją arię wykonał
bardzo ładnie, zabrakło tylko nieco dramatycznej siły – być może przyjdzie z
czasem i ośpiewaniem. James Colon dyrygował tego wieczora „Macbethem” już ponad
pięćdziesiąty raz i to doświadczenie dało się słyszeć w idealnym rozplanowaniu
proporcji dźwiękowych i rozsądnym wyborze temp – nic nie było ani zagonione,
ani rozwleczone ponad miarę. Ogólnie – to na pewno nie był „Macbeth” mojego
życia, ale ze względu na wokalną kreację Dominga wart jest poświęcenia mu
czasu.
niedziela, 21 stycznia 2018
"Fra Diavolo" w Rzymie
Historia
percepcji niektórych dzieł doskonale świadczy o nadchodzących i mijających
modach. „Fra Diavolo” Daniela Aubera, o którym dzisiaj jest dobrym takiego
świadectwa przykładem. Po entuzjastycznie przyjętej premierze w 1830 roku
(polska odbyła się zaledwie rok później) opera stała się jedną z
najpopularniejszych na świecie i tak zostało na wiele lat. W samej paryskiej Opéra-Comique zeszła z afisza po … 77 latach stałej na nim
obecności i 909 przedstawieniach! W wieku dwudziestym popularność słabła w
każdym rokiem i w końcu rzecz nawet nie tyle zaginęła w pomroce dziejów, bo
każdy operomaniak ten tytuł zna, ale stała się widmem, o którego istnieniu
wiemy, ale mało kto widział i słyszał na własne uszy i oczy. Co ciekawe (podają ów fakt niemal wszyscy, którzy o „Fra
Diavolo” piszą, więc i ja nie potrafiłam tego szczegółu ominąć) coś więcej na
ten temat mogą pamiętać wielbiciele starego kina konkretnie zaś slapstickowych
komedii z bardzo dawnych lat. W 1933 powstała w Hollywood filmowa adaptacja
dzieła, w której role służących Beppa i Giacoma przechrzczonych na tę okazję na
Stanlio i Ollio zagrali Stan Laurel i Oliver Hardy znani u nas jako Flip i
Flap. A dalej – właściwie cisza. Znając historię znikania „Braciszka Diabła” ze
światowych scen warto przeanalizować, dlaczego tak się stało. Po części
zawiniło z pewnością drastyczne zawężenie tego, co dziś zwiemy żelaznym
repertuarem. Drugim podejrzanym jest oczywiście Richard Wagner i jego wpływ na
nasz sposób patrzenia i przede wszystkim słuchania opery. To nie przypadek, że
ofiarą czasu stały się w dużej części komedie a ciężkie dramaty muzyczne
wtargnęły i na salony i pod strzechy wypełniając gatunkowy kanon w większej
części. Jakby nie było, bardzo mnie
ucieszyła możliwość poznania wreszcie „Fra Diavolo” , którą zafundowała mi
Opera di Roma za pośrednictwem Culturebox. Z każdą minutą bezpośredniego
kontaktu z tym utworem uśmiechałam się coraz szerzej, jest to bowiem rzecz
absolutnie rozkoszna zarówno od strony muzycznej, jak tekstowej. Nie bez powodu
libretto uważane bywa za najbardziej udane dziecię librecisty szanowanego nie bez powodu, czyli Eugène Scribe’a. Fabułę mamy nieskomplikowaną i czytelną, charaktery
archetypowe wprawdzie, ale zaadaptowane stylowo i z wdziękiem oraz werwą,
poczucie humoru niewątpliwe i działające doskonale do dziś. Bohater tytułowy
nie ma wiele wspólnego z prawdziwym Michele Pezzą zwanym Fra Diavolo , ale i
tak zapewne dużo więcej niż zdecydowana większość innych, teoretycznie
historycznych postaci w operach. Tekst Scribe’a zainspirował Daniela Aubera do
stworzenia muzyki lekkiej, czarującej i błyszczącej, o lata świetlne odległej
od dramatów i tragedii jakie najczęściej podziwiamy na scenie. I może właśnie o
to chodzi, może dlatego dzieło znikło z repertuaru. Reprezentuje przecież typ
humoru bardzo odległy od bieżącej wrażliwości. Dziś jesteśmy mniej finezyjni, a bardziej ironiczni. W
każdym razie ja jestem szefostwu Opery Rzymskiej wdzięczna za ten udany wieczór
a również za zatrudnienie teamu realizacyjnego pod wodzą reżysera Giorgio
Barberio Corsettiego, który potrafił zapomniane dzieło rzeczywiście, a nie w
cudzysłowie przybliżyć współczesnej publiczności. Metoda inscenizacyjna
skojarzyła mi się z warszawskim „Czarodziejskim fletem” z tym, że tu projekcje
video nie zastępowały scenografii a ją dopełniały w sposób trafny i dowcipny. Zabawa zaczęła się już w czasie uwertury
mającej marszowo-wojskowy charakter (aż chciałoby się powtórzyć za Offenbachem
i jego Wielką Księżną de Gérolstein - Ah! Que j'aime les militaires!),
kiedy to zobaczyliśmy podążających do Terraciny kabrioletem Lorda i Lady
Rocburg a projekcja wyjaśniła nam temat gwałtownej konwersacji między
małżonkami. Dalej działo się w podobnym stylu a cel osiągnięto nowoczesnymi
środkami , ale w całkowitej zgodzie z autorskimi intencjami. Warto się tu
bliżej przyjrzeć tytułowemu bohaterowi -
na szczęście nie zamieniono go w „Szlachetnego Bandytę” w typie
Ernaniego czy Dicka Johnsona. Pozostał, jak w tekście zwykłym łajdakiem
dybiącym nie tylko na fortunę wielkich państwa, ale też na skromny posag Zerliny,
który miał jej umożliwić szczęśliwe życie z Lorenzem. Tak właśnie zobaczyliśmy go na scenie a
zewnętrzny wizerunek podejrzanie i chyba nieprzypadkowo przypominał … Don
Giovanniego z ROH (zwłaszcza ciemnoniebieski płaszcz wypisz wymaluj podobny). John
Osborn doskonale poradził sobie z wirtuozowską partią Fra Diavolo, tego typu
role są jego specjalnością i nie sprawiają mu żadnych większych problemów.
Wydaje się też, iż amerykański tenor lubi postacie komediowe i czuje się w nich
lepiej niż w tych całkiem serio. Swoją drogą, najwyraźniej osławiony kryzys
wokalny nie dotyczy tenorów lirycznych, bo mamy ich dziś dużo i przedniej
jakości. Anna Maria Sarra została doproszona do obsady po nagłej rezygnacji
gwiazdy, Pretty Yende. Słychać było po niej, że rola Zerliny jeszcze jej się
nie do końca ułożyła, z górą były pewne kłopoty ale ogólnie policzyłam jej ten
występ na plus, zwłaszcza, że śpiewaczka wykazała się niezbędnym w takiej
muzyce wdziękiem. Sonia Ganassi nie
należy do moich ulubienic ze względu na poskrzypywanie, które się po pewnym
czasie kariery mezzosopranom zdarza i zdarzyło się również tutaj, ale przeszkadzało
mi mniej niż zwykle. Roberto de Candia ma i głos, i temperament odpowiedni do typu barytona buffo i jako Lord Rockburg
potwierdził to w całej rozciągłości. Chór Opera di Roma , zwłaszcza jego męska
część (ci wszyscy wąsaci wojacy) był świetny, muzyka pod batutą Rory
MadcDonalda brzmiała dziarsko i potoczyście, ale z francuskim charme’m. Sprawdźcie
sami, warto poświęcić swój czas dziełu nie tak popularnemu jak np. „Tosca” i odpocząć
chwilę od melodramatycznych efektów!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















































