W Met nie dzieje się najlepiej, skoro widownia świeci
sporymi łysinami nawet na „Carmen”. Oczywiście, zapełnienie ponad 3000 miejsc
nie jest proste, ale w przeszłości
udawało się jakoś częściej niż dziś. U nas „Carmen” ciągle stanowi magnes dla
publiczności, zwłaszcza wsparta występem jednej z naszych narodowych gwiazd i z
doniesień wynika, iż kina transmitujące w miniony weekend przedstawienie z
Nowego Jorku na frekwencję nie narzekały. Produkcja Richarda Eyre (nad
wznowieniem czuwała Paula Williams) miała premierę już 10 lat temu – wtedy także był Polak w obsadzie (aczkolwiek Mariusz Kwiecień nie wziął udziału w
spektaklu przekazywanym na żywo, złożony niemocą) oraz tego sam Don José co w bieżącym cyklu. Występująca wówczas
w tytułowej roli Elīna Garanča zebrała mieszane recenzje bo chociaż
niesłychanie ponętna (błękitne oczy przy ciemnych włosach robiły na wielkim
ekranie piorunujące wrażenie), to jednak ani głosowo, ani jako postać nie
wydawała się idealną andaluzyjską Cyganką. Samo przedstawienie w tegorocznej
odsłonie się nie zmieniło. Niegdyś odebrałam je jako estetyczne, zrobione ze
smakiem, ale, może z wyjątkiem dosyć intensywnej sceny finałowej raczej
chłodne. Podobnie odczułam je teraz, zwłaszcza, że muzycznie dzięki dyrygentowi
było dużo bardziej z ducha francuskiego niż hiszpańskiego. Może tak właśnie
powinno być, nie wiem… Louis Langrée poprowadził orkiestrę Met bardzo płynnie i
elegancko, ale w jak dla mnie w zbyt zapędzonych tempach, przez co efekty
rytmiczno-dramatyczne gdzieś się zagubiły. Pewnie nie jestem słuchaczką dość
wyrafinowaną, bo ja te efekty w „Carmen” lubię i uważam, że są potrzebne. Tak
więc o ile w sprawie maestra miałam wątpliwości, żadnych nie wzbudziła we mnie Clémentine
Margaine. Od pierwszych taktów habanery wiedziałam, że to wreszcie współczesna
Carmen idealna i że jej wspaniały, koniakowo dymny, gęsty mezzosopran brzmi w
tej partii zjawiskowo. Dla mnie – prawdziwe olśnienie i wdzięczna jestem tym w
Was, którzy zachęcili mnie do wizyty w kinie zachwycając się tą śpiewaczką. Scenicznie
Margaine także się sprawdza, chociaż w tym wypadku to raczej solidne rzemiosło
niż wrodzony talent , przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Roberto Alagna mógłby
Don Joségo
wykonywać na autopilocie, ale tego nie robi – za każdym razem daje mu specyficzną
żarliwość i ciepło, które czynią końcowy wybuch desperacji jeszcze
efektowniejszym. Wokalnie także to był udany występ. Alexander Vinogradov,
któremu kibicuję od pewnego czasu nieco mnie zawiódł jako Escamillo, ale
właściwie nie przypominam sobie śpiewaka, który by tego nie zrobił. To rola
nieduża, acz bardzo wymagająca, z doprawdy perfidnie napisaną arią, którą znają
nawet ci wstrząsający się z odrazą i przerażeniem na samo hasło „opera”. W dodatku, poza bardzo giętkim głosem o
rozległej skali doskonały Escamillo powinien mieć osobisty wdzięk i sceniczny
magnetyzm – bo jest on właściwie duchowym bliźniakiem Carmen. Vinogradov
wyśpiewał zasadniczo przyzwoicie wszystkie nuty, jego powierzchowności też
trudno coś zarzucić ale w sumie okazał się toreadorem całkiem wypranym z
osobowości za to obciążonym okropnym akcentem (a nie należę do czepliwych w tej
kwestii). Aleksandra Kurzak ku radości polskich widzów została nagrodzona
największymi brawami przez dziwnie powściągliwą nowojorską publiczność
(przynajmniej w czasie spektaklu, po ukłonach była już owacja na stojąco). Nie
bez przyczyny – stworzyła prawdziwą, uroczą postać Micaëli o głosie nieco
większym i bogatszym niż to zazwyczaj w tej partii się zdarza. Żałuję za to, że tak ważny w „Carmen” chór
nie stanął na wysokości zadania a jego żeńska część straszyła niezbornym i
piskliwym brzmieniem. Scenie o tak rozbuchanych ambicjach nie uchodzi.
wtorek, 5 lutego 2019
piątek, 25 stycznia 2019
Półmetek sezonu w Met czyli księżna jest tylko jedna
Sezon transmisji z Met minął półmetek i, jak dotąd wydaje mi
się być najsłabszym odkąd możemy dokonania nowojorskiej sceny śledzić w
polskich kinach, czyli – od dość dawna. Zaczęło się od zgranej do cna,
pompatycznej „Aidy” z której warte obejrzenia i wysłuchania były tylko sceny z
udziałem Anity Rachvelishvili (Netrebko jest przyzwoitą Aidą, ale nie więcej,
Antonenko – spuśćmy zasłonę miłosierdzia). Potem mieliśmy premierową produkcję
„Samsona i Dalili” – ładną, zgodną z librettem i straszliwie nudną. Ani Roberto
Alagna śpiewający żarliwie, ale głosem o rozmiar za małym ani Elīna Garanča
(piękna kobieta, piękny mezzosopran, ale jej interpretacja raczej obojętna) nie
uratowali spektaklu (gwoli sprawiedliwości – także go nie pogrążyli).
„Dziewczyna z zachodu”, inscenizacja udana ale również sędziwa i doskonale
znana miała przynajmniej dobrego Dicka Johnsona (chociaż Kaufmann nie dorósł
jednak do moich wspomnień o Placido Domingo w tej roli okazał się znacznie
lepszy niż w Wiedniu) i dobre postacie drugoplanowe. Ewa Maria Westbroek
pięknie, wzruszająco zagrała swoją bohaterkę, Ale trudnej tessiturze partii nie
podołała. Na „Marnie”, rzecz po której sporo sobie obiecywałam nie dotarłam,
los miał na ten wieczór całkiem inne plany niż ja. A potem zdecydowałam się jednak
spróbować obejrzeć nieplanowaną wcześniej „Traviatę” i zostałam srogo ukarana.
Met zastąpiła kontrowersyjną według swoich konserwatywnych widzów realizację Willy’ego Deckera bardziej
tradycyjną, w stylu Zeffirellego (podpisał ją Michael Mayer, który ma też
przygotować nową „Aidę” na rozpoczęcie sezonu 2020/21). Nie wiem jak Was, ale
mnie od patrzenia na scenograficzny nadmiar bolały oczy. Te ciężkie dekoracje i
kolorystyczne rozbuchanie powodowały też natrętne uczucie przytłoczenia i
klaustrofobicznego zamknięcia. Można by przyjąć, że to Violetta tak widzi
świat, z którym musi koegzystować, ale obawiam się, że nie o to chodziło.
Przyznam, że boleśnie zatęskniłam za abstrakcyjną „Traviatą” według Deckera,
której poświęciłam wpis otwierający działalność tego bloga. Muzycznie też
satysfakcji nie zaznałam, bo Diana Damrau wrzeszczała jak zwykle a jej
aktorstwo subtelne jest mniej więcej tak, jak pruska armata. Miała u boku
eleganckiego, ale cienkogłosego Alfreda (Juan Diego Florez) i dobrego głosowo,
ale niezbyt charyzmatycznego Germonta-seniora (Kelsey Quinn). Ogólnie –
katastrofa, i to nie z gatunku tych pięknych. Po tych wszystkich nienajlepszych
doświadczeniach z Met w sezonie 2018/19 do oglądania „Adriany Lecouvreur” zasiadłam zarówno z obawami jak nadziejami na
przełamanie pasma porażek. Od strony teatralnej niespodzianki być nie mogło, bo
produkcja Davida McVicara dotarła do Nowego Jorku po latach królowania w innych
miastach. Miała premierę w 2010 na deskach ROH, potem pokazywano ją w
Barcelonie, Paryżu, Wiedniu i San Francisco. Jedno z przedstawień londyńskich
było transmitowane i zostało wydane na DVD, w związku z tym melomani na
szerokim świecie je znają. Interesująco będzie teraz odświeżyć sobie wrażenia i
porównać dwa gwiazdorskie teamy wykonawcze, a zwłaszcza głównych amantów (bo
królowa, a raczej księżna jest tylko jedna…). Zamierzam to zrobić, ale na razie
zostańmy przy Met i przypomnijmy – McVicar zrobił spektakl dla siebie typowy –
bogaty plastycznie, pozwalający śpiewakom się wygrać a jednak precyzyjny,
zgodny z duchem i literą dzieła. Co najciekawsze w jego pracy, to fakt, iż
wizualne rozpasanie nie przytłacza, stanowiąc uzupełnienie tego, co
najważniejsze a nie pierwszy plan. Oczywiście można by zgłosić zastrzeżenia
(drobne!) do poszczególnych rozwiązań, ale po co, jeśli ogólny rezultat jest
pozytywny. Dobrze, iż „Adriana Lecouvreur” wróciła na tę scenę tak
interpretowana i zastąpiła poprzednią produkcję bardzo już wiekową (1963)
-debiutował w niej jeszcze Placido Domingo u boku Renaty Tebaldi. Tytułowa bohaterka to postać specyficzna, rola
divy i dla divy. Cała trudność pozamuzyczna polega na tym, aby gwiazda nie
przesłoniła kobiety i vice versa, czyli głównie rzecz w zachowaniu proporcji.
Przed seansem miałam w tej kwestii dobre przeczucia – Anna Netrebko, bez
wątpienia najpopularniejsza sopranowa
diva naszych czasów wydaje się „star quality” mieć po prostu wrodzoną,
nie musi krzyczeć „patrzcie na mnie” (jak Angela Gheorghiu). I tak widownia
patrzy głównie na nią i ona to wie. Rzeczywiście te przewidywania spełniły się
w całości, wzmocnione jeszcze przez fakt, że sama partia jest jak dla Netrebko
napisana. Adriana to nie naiwna dziewczyna a dojrzała, świadoma własnej
wartości kobieta – nawet, jeżeli czasem pozwala sobie na odrobinę kokieterii
(„Io son l’umile ancella”). Nie wiem, czy, jak twierdzi wiele osób mamy do
czynienia z najlepszą włoską rolą Rosjanki, ale wiele na to wskazuje. Netrebko
śpiewała naprawdę świetnie a szczególne wrażenie zrobiła na mnie nie tylko,
pewna, precyzyjna góra skali, ale też piękne piana morendo. Smacznie i
dowcipnie ogrywała swoją realną pozycję w operowym światku. Szczególnie
interesująco wypadła scena śmierci Adriany (to już wspólna zasługa reżysera i
wykonawczyni) , która do ostatniego
tchnienia pozostaje aktorką i po części gra własne umieranie tak, aby wypadło
efektownie. Piotr Beczała okazał się
Mauriziem znacznie bardziej słonecznym niż niegdyś Jonas Kaufmann w ROH i nawet
jego „L’anima ho stanca” nie było tak pełne smutku i beznadziei. Nie jest to
oczywiście przygana tylko obserwacja. Poza tym taką interpretację sugeruje już
sama dosyć jasna barwa głosu Beczały, który nie miał żadnych problemów
wokalnych, mógł więc poświęcić się cyzelowaniu szczegółów. Należy jeszcze
wspomnieć, że primadonna i jej amant doskonale współgrają ze sobą na scenie –
może to nie osławiona chemia, ale wynik wielokrotnej współpracy, dobrej
znajomości partnera i – zapewne – wzajemnej koleżeńskiej sympatii. Mimo tych
wszystkich pozytywów to nie Netrebko ani Beczała zasłużyli tego wieczoru na
palmę pierwszeństwa i raczej nie było dla mnie niespodzianką iż przynajmniej w
dwóch aktach sceną zawładnęła całkowicie Anita Rachvelishvili. Cóż to za
niesamowity głos (oszczędzę Wam metalicznych porównań – już je wykorzystałam
pisząc o innych jej występach) pełen mocy, urody, o brzmieniu wyrównanym we
wszystkich rejestrach. Taki instrument już na starcie daje mnóstwo przewag, ale
przy tym śpiewaczka włada nim mistrzowsko prezentując słuchaczowi czasem wersję
gromowładną a kiedy trzeba ciepłą i liryczną. Rachvelisvili została też obdarzona silną osobowością i,
jakby tego było mało talentem aktorskim. Księżna de Bouillon w jej interpretacji
to prawdziwy majstersztyk. Ambroggio Maestri ofiarował Michonnetowi nie tylko
swój ładny baryton ale też całe osobiste ciepło, a bez niego nie ma tej
postaci. Należy docenić role comprimario – zwłaszcza Carlo Bosi’ego jako
cokolwiek obleśnego Abbé
de Chazeuil i Maurizia Muraro – księcia de Bouillon. Doskonale sprawili się
tancerze w zabawnie i z wdziękiem ułożonej scenie baletowej. Oraz – last but
not least dyrygent, Gianandrea Noseda, któremu lata doświadczeń w tej muzyce
przyniosły cenną umiejętność zachowania równowagi między elementami
dramatycznymi a pięknem brzmienia.
Jak
widzicie, w połowie sezonu tylko jeden spektakl z Met naprawdę mi się podobał.
Liczę na więcej, zwłaszcza, że czeka nas jeszcze „Córka pułku” i „Walkiria”. A
co Peter Gelb uznał za godne pokazania w szerokim świecie w następnym dowiemy
się już za około miesiąc. Na razie wiemy tyle, że na otwarcie będzie „Porgy and
Bess” i zapewne to przedstawienie zobaczymy. Mam też nadzieję na planowaną
„Agrippinę” z Joyce DiDonato oraz „Holendra tułacza”. Bardzo jestem ciekawa czy
potwierdzi się plotka o dosyć osobliwym wyborze repertuarowym na galę
sylwestrową , bo „Wozzeck” to dzieło ponure i niełatwe w odbiorze i boję się,
że nawet Peter Mattei w roli tytułowej nie skłoni publiczności do wypełnienia
ogromnej widowni w tę szczególną noc. Cóż, poczekamy, zobaczymy.
P.S. Sezon będzie znany pojutrze, 20 lutego. Ale już wiemy, że dyrekcja Met oprzytomniała i na Sylwestra proponuje galę Anny Netrebko w rolach Pucciniego z pierwszym aktem "Cyganerii", drugim "Toski" i także drugim "Turandot".
P.S. Sezon będzie znany pojutrze, 20 lutego. Ale już wiemy, że dyrekcja Met oprzytomniała i na Sylwestra proponuje galę Anny Netrebko w rolach Pucciniego z pierwszym aktem "Cyganerii", drugim "Toski" i także drugim "Turandot".
wtorek, 15 stycznia 2019
"Simon Boccanegra" i Wielki Psychoanalityk w OnP
Z niejakim zawstydzeniem muszę odwołać swoje wcześniejsze
deklaracje o tym, że co bardziej znanych adeptów regieoper potrafię
rozpoznać po „charakterze pisma”, a czasem nawet wystarczy jedyne zdjęcie ze
spektaklu. Wszystko dlatego, że Calixto Bieito postanowił zrobić konkurencję
Wielkiemu Psychoanalitykowi współczesnej opery i gdybym nie wiedziała już
wcześniej kto podpisał paryską inscenizację „Boccanegry” byłabym przekonana, że
to Claus Guth. Bieito posunął się jednak jeszcze dalej, niż zazwyczaj jego niemiecki
kolega i dało to niedobre skutki w postaci kompletnej nieczytelności fabuły.
Reżyser wymieszał bowiem dwa odrębne
porządki i czasem obserwujemy realne wydarzenia, a czasem to, co dzieje się w
głowie tytułowego bohatera - momentami dość trudno oba światy rozgraniczyć.
Wiemy po pewnym czasie, że metalowa konstrukcja na środku sceny złożona ze
szeregów kilkupoziomowych platform i
ciągów schodów, a w sumie przypominająca okręt ma być obrazem jaźni
Simona. Ale niestety panu Bieito zabrakło konsekwencji nawet w takich
drobiazgach, jak charakteryzacja i rekwizyty. Tych ostatnich po prostu nie ma i
postaci wykonują pewne czynności niejako umownie, ale – Paolo nie rozstaje się
z dziwnym naczyniem w formie ozdobnego wiaderka, do którego „wlewa” umowną
truciznę. Potem Boccanegra dostarcza zatrutą wodę do organizmu w sposób jak
najbardziej realistyczny. A w kwestii charakteryzacji: panie są po przejściach
bardzo widocznie, z krwawymi śladami, sińcami rozmazanym na twarzach tuszem ale
np. Pietro podcina winowajcy Paolo gardło znów przenośnie. Nie, żebym domagała
się potoków sztucznej posoki spływającej
po szyi śpiewaka, ale czegoś trzymać się trzeba (ta śmierć powinna
należeć do porządku rzeczywistego). Jest jeszcze Maria, której wspomnienie nie
przestaje dręczyć Boccanegry, ale, w pewnym momencie dziewczyna okazuje się być
bytem bardziej realnym, niż nam się wydawało, bo dostrzega ją także
Amelia-Maria , jej córka. Jeszcze większym problemem był dla mnie chłód wiejący
ze sceny. Bieito ograniczył kontakt między postaciami do najniezbędniejszego
minimum, bohaterowie nawet na siebie nie patrzą.Nawet jeżeli Fiesco podtrzymuje
mocnym uściskiem umierającego Boccanegrę przez jakieś 15 minut, to wrażenie
pozostaje. W finale Simon wydaje ostatnie tchnienie, chór komunikuje „e morto”,
zaś doża oddala się prowadzony długim ujęciem kamery, bo mamy oczywiście
projekcje, bez których współczesna opera obyć się nie potrafi. Głębokie?
Niekoniecznie, niestety. Mimo pewnych pozytywów, do których można zaliczyć
solidną pracę z solistami nad aktorską stroną ich partii (Ludovic Tézier zrobił pod tym względem imponujące postępy) ta wizja
„Simona Boccanegry” wydała mi się dosyć płytka i pełna ogranych chwytów. Wiem
jednak, że sporej części publiczności się podobała. Walnie przyczynili się do
tego śpiewacy, zwłaszcza posiadacze niskich głosów męskich. Tézier dał to, co
po angielsku nazywa się „towering performance” przyćmiewając wszystkich
kolegów, śpiewając jak w natchnieniu, frazując przepięknie i prezentując
intonacyjną perfekcję. Jeszcze nie tak dawno francuski baryton aktorsko się nie
sprawdzał czysto mechanicznie wykonując zadane przez reżysera czynności i nie
uwierzyłabym, że zobaczę go tak grającego. A jednak – niektórym trzeba jak
widać tylko trochę solidnego wsparcia, które najwyraźniej Tézier od Bieito
otrzymał! „Simon Boccanegra” jest operą, w której górują niskie głosy męskie co
w omawianej inscenizacji było oczywiste.
Mika Kares wyglądał sporo za młodo na dziadka Marii Agresty i nie tuszowano
tego charakteryzacją. Postaciowo był więc średnio wiarygodny, ale nadrabiał
wokalnie – to śpiewak z solidnym doświadczeniem belcantowym, które w Verdim
sprawdza się zawsze. Podobał mi się też Nicola Alaimo jako jedna z najpodlejszych
postaci w całej dziewiętnastowiecznej włoskiej operze. Nie wiemy właściwie,
dlaczego Paolo jest właśnie taki ale – dobrze wykonana rola potrafi wzbudzić
lęk. Alaimo znakomicie wcielił się w
tego potwora znakomicie. Pochwalić należy też Michaiła Timoshenkę, którego
karierę z pewnością warto obserwować, sądząc po drugoplanowej partii Pietra w
jego interpretacji. Maria Agresta jak zazwyczaj śpiewała ciepłym, ładnie
zaokrąglonym głosem, ale ograniczenia wolumenu i problemy w górze skali sugerują,
że trochę przeceniła swoje możliwości. Na pewno zrobił to Francesco Demuro,
który jako Gabriele Adorno brzmiał po prostu cienko. Nie miał kłopotów z
tonacją, śpiewał przyzwoicie, zwłaszcza w duetach. Aria niestety wypadła w jego
wykonaniu dosyć żałośnie – to wielki dramatyczny numer dla zupełnie innego typu
głosu. Zazwyczaj nie mogę się nachwalić jakości Chóru OnP i ten jego występ nie stanowi wyjątku – byli
świetni. Fabio Luisi prowadził orkiestrę bardzo płynnie, cyzelował każdy
element aż za mocno, bo całość straciła troszkę na efekcie dramatycznym. Nie
mniej jednak będę ten spektakl pamiętać długo i wspominać dobrze, przede
wszystkim ze względu na poziom muzyczny, ale też, mimo licznych zastrzeżeń na
intrygującą przynajmniej inscenizację i znakomite role.
P.S. Nie jestem pewna, czy widzowie bezpośredni w Bastylii
mieli szansę docenić zamysł reżyserski w całej rozciągłości. To trzeba było
zobaczyć z bliska, obserwować twarze śpiewaków i malujące się na nich emocje.
Tyle, że nie każdy z nas ma ochotę oceniać jakość usług
protetyczno-stomatologicznych w różnych krajach Unii Europejskiej …
sobota, 5 stycznia 2019
"Hugenoci" w Paryżu
Rok dobiegł końca i okazało się, że przynajmniej
w naszej ulubionej dziedzinie był wcale, wcale – przynajmniej w szerokim
świecie, bo u nas niekoniecznie. Przede wszystkim zaskakująco dużo (dla
niektórych wiecznie narzekających na rzekomy kryzys) spektakli stało na wysokim poziomie
wokalnym. Naszym artystom wiodło się w
2018 nadal świetnie a do stale wymienianych nazwisk polskich gwiazd śpiewaczych
dołączył już na dobre J.J. Orliński. A ja, odkąd telewizora używam wyłącznie
jako monitora zaczęłam uważniej śledzić zasoby sieci i skutkiem tego zalał mnie
prawdziwy rwący strumień (nomen omen) operowych ciekawostek do obejrzenia. Nie
nadążam, a ponieważ o niektórych
przedstawieniach napisać warto, mimo, że nie miały miejsca wczoraj pierwsze
posty noworoczne poświęcę starorocznym remanentom. Dziś „Hugenoci” z OnP.
Wielkie opery historyczne pod względem
wysiłku realizacyjnego są niczym dzieła Wagnera – kolosalne, wymagające wielu
zmian scenografii (mnogość miejsc akcji), bogatych kostiumów, dużego składu
chóru, zazwyczaj obecności tancerzy, czasem trzeba doangażować statystów. Do
tego postaci drugoplanowych mamy zazwyczaj sporo a i głównych nie brakuje. Całe
to towarzystwo trzeba jeszcze ubrać (kostiumy historyczne kosztują znacznie
więcej niż korporacyjne mundurki), oświetlić, dać rekwizyty itd. Na dodatek
spektakle trwają długo i zdarza się konieczność dopłacenia orkiestrze, bo
inaczej związki zawodowe zagrożą strajkiem. W epoce cięcia kosztów trudno się
dziwić, że teatry raczej nieczęsto podejmują się takiego zadania, zwłaszcza, że
związane jest z dodatkowym, niemałym kłopotem ze znalezieniem adekwatnej
obsady. Kiedy już uda się pokonać te spiętrzone przeciwności zazwyczaj można
liczyć na wdzięczność licznie zgromadzonej publiczności jak ostatnio w Opéra
National de Paris, gdzie po 82 latach przerwy wystawiono „Hugenotów”.
Zniknięcie tego arcydzieła gatunku z narodowej, francuskiej sceny nastąpiło po
bardzo długim czasie jego nieprzerwanych tam sukcesów i … 1118 przedstawieniach! Skąd ta absencja?
Znaczna większość piszących na ten temat skłonna jest przyczyny upatrywać
w niemożliwości znalezienia śpiewaków,
mogących godnie wypełnić „wieczór 7 gwiazd”, jak się często „Hugenotów”
określa. Mnie się wydaje, że owszem, zapewne jeden z powodów, ale są i inne.
Tak naprawdę partytura potrzebuje 3 gwiazd, w tym dwójki wyjątkowych artystów o
spektakularnej technice wokalnej. Do pozostałych ról wystarczą osoby dobrze i
kompetentnie wykonujące swój zawód. Jeśli trafi się więcej – to już bonus. U podstaw zniknięcia wielkich oper
historycznych z żelaznego repertuaru legły (oczywiście tylko moim zdaniem) co
najmniej w równym stopniu zmiany w gustach publiczności. Nie raz
nie dwa zdarzyło mi się słyszeć opinię, iż są to rzeczy zwyczajnie
nudne, takie nieruchawe wehikuły uginające się pod własnym ciężarem. W teatrach
całego świata rosło przekonanie, iż nie warto podejmować wykonania tytanicznej
pracy, jeśli rezultat może się finalnie nie opłacić. To nie Wagner, prestiżu
nie daje. Z czasem tzw. szeroka
publiczność zaczęła zapominać, jak to właściwie brzmi, a nie każdemu chce się
gmerać w mocno niedoskonałych technicznie rejestracjach dawnych przedstawień.
Po długim okresie posuchy na światowe sceny zaczął powolutku i bardzo nieśmiało
powracać kompozytor, którego nazwisko stało się właściwie synonimem terminu
„grand opera” czyli Giacomo Meyerbeer . Tu „Prorok” , tam „Robert Diabeł”,
gdzieś „Afrykanka” i wreszcie „Hugenoci”. Sądząc po entuzjastycznym aplauzie
Paryż czekał z utęsknieniem by ich
wreszcie usłyszeć oraz zobaczyć i przynajmniej częściowo widownia została
usatysfakcjonowana. Andreas Kriegenburger, któremu powierzono reżyserię
wymyślił sobie, że akcja rozgrywa się w przyszłości, w roku 2063. Dziwnie ów
pomysł zrealizował wespół ze scenografem i projektantką kostiumów tworząc środowisko
całkiem niespójne – ultranowoczesne i
ascetyczne dekoracje w formie kubików połączone z lekko tylko
podrasowanymi strojami z epoki. Owszem,
udało się stworzyć piękny wizualnie drugi akt. Tam scenografia była nieco inna,
złożona z białych pomostów i wody (zupełnie jak w „Giocondzie”), na których tle
wspaniale prezentowały się nie tylko suknie w nasyconych barwach, ale też
naturalne atuty nagich, kobiecych ciał. Domyślam się, iż ta osobliwa „przyszłość”
miała być sposobem na udobitnienie
przekazu – chciano nam przypomnieć, że religijna ortodoksja była, jest i
będzie (to szczególnie) krwiożercza i niebezpieczna. Nie tylko nieszczególnie
to odkrywcze, ale na poziomie konkretnym z gruntu fałszywe w czasach laicyzacji
cywilizacji zachodu. W inkryminowanym 2063 roku
żaden z odłamów chrześcijaństwa nie będzie raczej generował tego rodzaju
zagrożeń. Jeśli zaś chodzi o politykę – ta rzeczywiście się nie zmienia, ale
czy komukolwiek trzeba o tym przypominać? W tym świetle napis informujący o
czasie akcji wydał mi się zbędny i bezsensowny. Gdyby nie on ta produkcja
byłaby całkiem do przyjęcia mimo, iż Kriegenburg nie poradził sobie z nadmiarem
postaci drugo– i trzecioplanowych, momentami na scenie panował chaos i ścisk
utrudniający rozpoznanie z kim mamy do czynienia. Od strony muzycznej
przedstawienie udało się lepiej niż można było przewidywać sądząc po
rejteradzie dwojga wykonawców najtrudniejszych technicznie ról. Diana Damrau
zrezygnowała z partii Marguerite de Valois niecałe dwa miesiące przed premierą,
Bryan Hymel dał specjalistom od obsady zaledwie kilkanaście dni na znalezienie
zastępstwa. Trzeba przyznać, że w takich warunkach może nieco łagodniej
należałoby oceniać Yosepa Kanga, który znajdował się pod jeszcze większą presją
niż zwykle bywają ci bardzo nieliczni tenorzy, którzy wykonują morderczo trudną
partię Raoula de Nangis. Kang, znany mi z warszawskiej sceny, gdzie śpiewał
Rossiniego zmienia obecnie repertuar na cięższy (Puccini) i to słychać w
sposobie emisji. Nie mam pojęcia, jakim Raoulem był wcześniej, ale teraz , poza
wypełnieniem misji ratowania spektaklu nie okazał się wart pochwał, pomimo
świadomości warunków w jakich do pracy przystąpił. Akt pierwszy był w jego
wykonaniu jaki –taki , ale im dalej, tym gorzej aż do zupełnej katastrofy w
czwartym, zawierającym dramatyczny wielki duet z Valentine. Co najdziwniejsze po króciutkiej przerwie na
zmianę dekoracji tenor magicznie odzyskał siły i finał wypadł całkiem
przyzwoicie. Na Ermonelę Jaho (Valentine) narzekano w recenzjach dość
powszechnie wskazując na nazbyt liryczny głos w roli przeznaczonej na soprano
Falcon, czyli coś o barwie ciemnej, mezzosopranowej i technice sopranu raczej
dramatycznego. Muszę przyznać, że mnie się Jaho podobała, nie dostrzegłam
ewidentnych niedostatków mocy (kwestia mikrofonów?) a szczególny odcień jej
instrumentu lubię. Najbardziej promienną gwiazdą przedstawienia okazała się bez wątpliwości
Lisette Oropesa, - jak ja się cieszyłam
z tego zastępstwa! Jako Marguerite de Valois zaprezentowała fenomenalną
technikę (kaskady trudnych ozdobników sypały się od tak, jakby całkiem bez
wysiłku), piękną, „błyszczącą” barwę i wreszcie wdzięk, który jej postać mieć
powinna. Królowa ma na zrobienie wrażenia mało czasu – tylko drugi akt, ale
należy on w całości do niej i Oropesa szansę wykorzystała w pełni. Podobnie
można komplementować Karine Deshayes – świetnego Urbana oraz Floriana Sempeya –
welwetowego hrabiego de Nevers ,Nicolasa
Teste – bardzo dobrego Marcela i Paula Gaya – kompetentnego Hrabiego
Saint-Bris. Na trzecim planie pozytywnie wyróżnili się Cyrille Dubois i Michał
Partyka. Fantastycznie jak zawsze spisał się chór, jeden z najlepszych na
świecie i mój ulubiony. Orkiestrę również należy tylko chwalić, jej dyrygent ma
wyraźną i przekonującą koncepcję partytury, z którą miał do czynienia po raz
kolejny.
Ogólnie – ten spektakl dobrze zapisze się w moich
operowych wspomnieniach. Radość tym większa, niż, jak mówił Mark Twain
„pogłoski o śmierci grand opera” były mocno
przesadzone”!
poniedziałek, 24 grudnia 2018
"Attyla" w La Scali
Chciałam zakończyć blogowy rok relacją o pozytywnym
wydźwięku i – jak widzicie – udało się. Życzę Wam, drodzy Czytelnicy prawdziwej
symfonii radości na te Święta (sporo muzycznych łakoci pod choinką) i melodyjnego Nowego Roku!
niedziela, 16 grudnia 2018
Płomień radości czyli Desdemona na katafalku - "Otello" w Monachium
Jeżeli wieści o zmierzchu regietheatru
są prawdziwe, w niemieckich domach operowych jeszcze o tym nie wiedzą (o
naszych nie mówiąc). Jadąc na przykład do Bayerische Staatsoper zazwyczaj
możesz się spodziewać wysokiego poziomu muzycznego i produkcji zrobionej według
najgorszych wzorców nowomodnej (teraz już powoli staromodnej) reżyserii.
Oczywiście, i w Monachium są wyjątki, ale to na ogół spektakle już wieloletnie,
powoli niestety zastępowane. Z pracą Amélie Niermeyer zetknęłam się po raz pierwszy nie tak dawno,
bo dwa lata temu przy okazji jej lokalnego debiutu z „Faworytą”. Przedstawienie
okazało się obciążone wszystkimi, typowymi dla nurtu wadami, ratowali je przede
wszystkim śpiewacy a mimo to zatrudniono Niermeyer ponownie. I sytuacja się
powtórzyła - inscenizacja była najsłabszą stroną bawarskiego „Otella”. Tym
razem loteria biletowa nie przyniosła mi szczęścia, a nie miałam tyle
determinacji żeby czyhać na zwroty, pozostała mi więc transmisja. Aby nie
zaczynać od narzekań mogę powiedzieć, że
strona wizualna nie okazała się przynajmniej przykra dla oka zaś Anja
Harteros nie mogła narzekać na swój wizerunek sceniczny. Tyle pozytywów. Reszta
jak zazwyczaj – wtórna, banalna, łopatologiczna, momentami śmieszna w sposób
niezamierzony i po prostu niemądra. Wytłumaczono nam (na pewno tego nie
wiedzieliście…), iż rzeczywistości kobiety i mężczyzny bywają dramatycznie różne,
że ona i on patrząc na to samo widzą zupełnie co innego. Stąd wzięły się dwie
symultaniczne dekoracje – jej w głębi sceny (intymny i wewnętrzny świat
żeński), jego na froncie (ekspansywny i zewnętrzny świat męski). Ta koncepcja w
finale doprowadza do sytuacji absurdalnej – ciało Desdemony spoczywa z tyłu a
umierający Otello czołga się by ją ostatni raz pocałować w „swojej” części , w
stronę pustego łóżka. Sensu w tym nie ma, a wzruszenie i napięcie zabija. To nie jedyna taka subtelność w spektaklu –
na jego początku dowiadujemy się, że do ognia (płomień namiętności, rozumiecie
Państwo) lepiej się za bardzo nie zbliżać, bo można spłonąć. Dublerka bohaterki
(w identycznej charakteryzacji) tak czyni i po chwili mamy efekt specjalny –
pali się jej cała ręka od dłoni do ramienia, a wszystko w takt grzmiącego chóru
„Fuoco di gioia” („Płomień
radości”). Są i inne pomysły mające
kiepskie sceniczne konsekwencje . „Otello” ma jedno z najmocniejszych otwarć w
historii gatunku, Verdi na pisał taką burzę, że czuje się szalejącą we włosach
i szarpiącą ubranie słoną nawałnicę. A
my zobaczyliśmy Desdemonę (jako, że właściwie całą akcję widzimy z jej perspektywy)
w napięciu obserwującą zdarzenia dla nas niewidoczne – chór stał wprawdzie na
froncie, ale całkowicie nieoświetlony i nieruchomy. Szkoda, bo Kirył Petrenko
wraz ze swoją (jeszcze) orkiestrą dali taki popis, że właściwie należałoby
przygładzić potarganą przez wiatr fryzurę. To był chyba najlepiej dyrygowany i
grany współczesny „Otello”, jakiego słyszałam. Oj, będzie po Petrence wielka
żałoba w Monachium, kiedy bodajże w styczniu odjedzie by objąć stanowisko szefa
Filharmoników Berlińskich! Anja Harteros na szczęście dla miejscowych melomanów
nigdzie się nie wybiera, a wręcz przeciwnie – postanowiła swe i tak nieczęste
wyjazdy ograniczyć do Europy, znając ją, niezbyt dalekiej. Desdemonę Harteros
ma od dawna w repertuarze i zawsze jej w tej roli wokalnie perfekcyjna – tym
razem też. Dodaje poza tym od siebie
pierwiastek tylko jej właściwy, przenoszący słuchaczy (przynajmniej niektórych)
trochę bliżej światła. Dlatego zawsze warto być świadkiem występów tej
sopranistki, nawet jeśli trafi się na nienajlepszy dzień (zdarzają się artystce
błędne decyzje repertuarowe). Obu najważniejszych panów można scharakteryzować podobnie – głosy
ciut za małe, ale wydatnie nadrabiają inteligencją i przede wszystkim muzykalnością
oraz interpretacją. Gerald Finley stworzył Iagona wręcz demonicznego, śliskiego
jak wąż i jak ten gad jadowitego. „Credo” było fragmentem całej koncepcji roli,
nie zaś gwiazdorskim numerem. „La morte e il nulla” zostało rzucone cichutko i
jakby mimochodem, ale ta fraza ma swoją moc nawet tak zaśpiewana (nie bez
powodu Arrigo Boito przeniósł ją do „Otella” z „Giocondy”). Jonas Kaufmann
konsekwentnie buduje swojego introwertycznego Otella – tu od początku był
człowiekiem głęboko poranionym, przygniecionym traumą wojenną (dziś
zdiagnozowano by pewnie zespół stresu pourazowego), niezdolnym do radości.
„Esultate” wypadło doskonale pod względem wokalnym, ale okazało się
paradoksalnie bardzo smutne. Od strony czysto muzycznej: Kaufmann miał kłopoty
w drugim akcie, ale poza tym mi się bardzo podobał. To nadal nie jest i pewnie
już nie będzie mój ulubiony Otello, ale słucham go w tej roli z dużą
przyjemnością. Tym razem większe wrażenie zrobiła na mnie interpretacja
drugiego z monologów, finałowego. Do głównych protagonistów dostosowali się
poziomem bohaterowie drugiego planu, zwłaszcza Cassio – Evan LeRoy Johnson i
Emilia – Rachel Wilson. Pomimo kontrowersyjnej inscenizacji będę ten spektakl
wspominać bardzo dobrze.
P.S.
Zgodnie ze współczesną zasadą prezentacji przy okazji pracy reżyserskiej swych
lęków i obsesji pani Niermeyer ujawniła się jako osoba dręczona najwyraźniej
przez jakąś kwietną traumę. Niewinne z pozoru rośliny zyskały u niej wymiar
złowróżbny- Desdemona fetowana jest zgodnie z partyturą radosnym chórem, ale w
obrazku układana na wcześniej zasypanym kwitnącymi gałązkami łożu katafalku.
Później kwiaty towarzyszą duetowi Iagona i Otella aż wreszcie tuż przed
uduszeniem małżonki ten ostatni wkracza do sypialni z bukietem w ręku by znów
przygotować odpowiednio przyszłe miejsce zbrodni. Biedna Amélie Niermeyer…
piątek, 7 grudnia 2018
Czara goryczy - "Król Roger" w Operze Narodowej
Odbiorców wrażliwych uprasza się o niekontynuowanie czytania
tego tekstu. Padną w nim słowa mocne i przykre, ale po wielu operach
zniszczonych przez Trelińskiego tama puściła, bo tym razem chodziło o jedno z
moich ukochanych dzieł. Wybierając się do Teatru Wielkiego byłam pełna
radosnego oczekiwania na kolejne spotkanie ze wspaniałą muzyką Szymanowskiego i
pełna obaw, co zobaczę na scenie. Szef artystyczny TWON nie styka się z „Królem
Rogerem” po raz pierwszy a jego poprzednie inscenizacje (warszawska i wrocławska)
pozostawiły raczej dobre wspomnienia, ale dziś sytuacja jest inna. Mariusz
Treliński cierpi na wyraźną zapaść twórczą i jego nowe inscenizacje jedna po
drugiej wyglądają bliźniaczo podobnie, opierają się na wiecznie tych samych,
ogranych chwytach. Pierwsze zdjęcia zapowiadały dokładnie to, co zwykle –
ciemność przecinaną ostrymi światłami, zieloną ścianę, wózek inwalidzki,
lustrzane powierzchnie, obowiązkową armaturę sanitarną. Wszystko każe się
zastanowić, czy na ograniczenie inwencji nie zaczyna też cierpieć Boris Kudlička, ale przecież scenograf
musi dopełnić wizję reżysera. Zaczęłam przekonywać siebie do nieoceniania
książki po okładce – może jednak Treliński powie mi o Rogerze coś, czego nie
wiem, czego się nie spodziewałam. To wyjątkowa opera, w której możliwości
odkrywania nowych światów i głębi znaczeń są nieograniczone, mimo iż sam tekst
libretta brzmi dziś nie tylko archaicznie, ale momentami nawet grafomańsko. Tak
próbowałam zagłuszyć złe przeczucia -
niestety rzeczywistość okazała się znacznie gorsza od nich. Treliński osiągnął
dno, a patrząc na jego kondycję możemy się jeszcze spodziewać pukania od spodu.
Cały „Król Roger” okazał się antologią autoplagiatu (jak powiedziała mi miła
pani w antrakcie – można ponumerować, dać do mediów i szanowna publika nie
będzie musiała fatygować się do teatru) z niewielką domieszką tego, co
ściągnięte od Warlikowskiego. Nie miało to żadnego sensu i koncepcji całości,
stanowiło zlepek słabo ze sobą powiązanych scenek. Ale największą zbrodnię
popełniono na muzyce Szymanowskiego. Tego się wybaczyć nie da. Mariusz
Treliński jest głuchy – ów przykry fakt znamy od dawna. Jeśli nie – puszczenie
chóru przez głośniki, kiepskiej jakości w dodatku dobitnie musiałoby świadczyć
o złej woli i kreciej robocie. Podobnie jak zatrudnienie Grzegorza Nowaka nie
tylko do pracy w Operze Narodowej, ale do muzycznego szefowania tej instytucji.
Przecież jeśli nawet reżyser cierpi na słuchową niesprawność dyrygent jest od
tego, żeby mu na takie horrendalne potraktowanie muzyki nie pozwolić. Nowak nie
tylko pozwolił, ale sam, nie po raz pierwszy udowodnił, że partytura dalece
przerasta jego możliwości, że bardzo mu się spieszy do domu i na koniec – że niezmiernie
mu przeszkadzają jacyś pętający się po scenie osobnicy wydający na domiar złego
głośne dźwięki. Śpiewakom dyrygent nie tylko nie pomógł, on ich sabotował
kompletnie nie panując nad zagłuszającą orkiestrą i dyktując nieracjonalnie
szybkie tempa, w których niektórzy się gubili. Wokalnie najlepiej sprawdził się
Tomasz Rak jako Edrisi i to właściwie wystarczy za recenzję (kiedy artysta
drugoplanowy wodzi rej, dobrze nie jest). Łukasza Golińskiego można
usprawiedliwiać niepełną dyspozycją, ogłoszoną przed spektaklem. Mimo niej nie
śpiewał źle (ma piękny głos), ale wypadł blado. Roger to postać niedookreślona,
jeśli wykonawca nie wypełni jej, z pomocą reżysera własną interpretacją i
osobowością tak się to kończy. Elin Rombo, kolejna kiepska śpiewaczka, którą
dostaliśmy w pakiecie (koprodukcja) zaprezentowała niezłą polską wymowę i tyle
dobrego mogę o niej powiedzieć. Arnold Rutkowski brzmiał płasko i
monochromatycznie.
W całej sprawie najsmutniejsze wydaje mi się to, iż produkcja
Trelińskiego powędruje na narodowe sceny Pragi i Sztokholmu i w takim bezkształcie
poznają „Króla Rogera” miejscowi widzowie. Czy będą chcieli do niego wrócić? Ja
w każdym razie serdecznie Państwu odradzam wizytę w TWON, zwłaszcza, jeśli
lubicie operę Szymanowskiego. Nie róbcie sobie tej przykrości!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















































