czwartek, 5 czerwca 2025

12 Konkurs Moniuszkowski, Etap II, dzień II

Sesja poranna przyniosła mi kilka rozczarowań (żadnych katastrof, po prostu śpiewacy, na których czekałam nie okazali się dziś tak dobrzy, jak ich zapamiętałam) ale również zaskoczeń pozytywnych. Zaczęło się świetnie, od występu irańskiego basa Amina Ahangarana – duża kultura śpiewu, duża wszechstronność – brawo. Magdalena Kuźma nieco przedramatyzowała swoją Manon, ale zrobiła na mnie dobre wrażenie. Przyjemnie brzmiała Karolina Levkova. Chiński baryton niestety nie podołał arii Guglielma z „Cosi fan tutte”. To jest rzecz pozornie łatwa – może w tym przyczyna częstego jej wybierania do konkursowego repertuaru i równie częstych porażek. Na Mozarcie poległa też Alessia Merepeza, „Mi tradi” jej się nie udało. Grzegorz Pelutis znacznie lepiej wypadł jako Tonio niż Riccardo – Podobnie jak Laura Lolita Persivana belcanto powinien jeszcze studiować. Nie zawiodła mnie natomiast Marie Maidowski jako jedyna perfekcyjna w Mozarcie, co mam nadzieję zostanie docenione przez jury. Po południu miałam ten piękny kłopot, że podobali mi się właściwie wszyscy. No, prawie. Mariana Połtorak zaprezentowała świetną Donnę Elvirę (kolejna stuprocentowa kandydatka do finału). Yosif Slavov to chyba naładniejszy głos barytonowy w konkursie i udowodnił to w Donizettim. Samuel Stopford troszkę za bardzo cisnął, ale tenor to obiecujący. Drugi Nemorino dnia, Salvador Villanueva jest efektowny i podejrzewam, że na liście uczestników finału będzie, publiczność go lubi. Hubert Kowalczyk wyróżnia się nie tylko mięsistym, dobrze prowadzonym bas-barytonem ale też aktorskim zacięciem. Wśród wszystkich tych dobrych, młodych artystów jedna osoba zachwyciła mnie szczególnie - Arpi Sinayan, wspaniała Sapho i chyba to jej będę kibicować najbardziej.Zanim doczekamy się werdyktu oto moja lista kandydatów do trzeciego etapu – powinno ich być najwyżej 12, ale nie chciałam odrzucać nikogo z zapamiętanych swoich faworytów. Na szczęście ja nie muszę, zresztą jury pod warunkiem zgody dyrektor konkursu też może dopuścić kogoś poza regulaminową 12 : Madison Horman, Marie Maidowski, Hyerim Kim, Dominika Stefańska, Bo Wang, Seokjun Kim, Roman Chabaronok, Aleksandra Domashchuk, Yuer Ye, Mariana Połtorak, Arpi Sinayan, Yosif Slavov, Hubert Kowalczyk. Jutro my mamy przerwę a wybrańcy ciężko pracują na próbach z orkiestrą. Dla niektórych to może być jedno z pierwszych takich doświadczeń w życiu. Tak więc – Powodzenia wszystkim i do zobaczenia w sobotę.

środa, 4 czerwca 2025

12 Konkurs Moniuszkowski - Etap II, dzień I

Odsiew nastąpił i niektóre decyzje jury są oczywiste, inne nieco mniej, przynajmniej dla mnie . Pewne jest tylko jedno – dzisiejszy dzień przesłuchań jest dla cywila znacznie łatwiejszy do ogarnięcia. Lepiej da się zapamiętać poszczególnych uczestników i nabierają oni indywidualności, nawet soprany przestają stanowić masę (przepraszam za to słowo, ale tak czułam przez pierwsze dwa dni). W sesji porannej poza krzyczącym niemiłosiernie tenorem żadnych ewidentnych katastrof nie odnotowałam. Za to to można było wyróżnić dwie całkiem odmienne strategie młodych artystów – albo prezentowali oni to, co uważają za swą najmocniejszą stronę, albo próbowali pokazać różnorodne umiejętności repertuarowe. Bo Wang nadal stawia na Wagnera i brzmi w nim bardzo dobrze (pewny kandydat do finału), ale Puccini też był całkiem niezły. Roman Chabaronok śpiewał właśnie dwie arie z całkiem różnych parafii – Verdiego i Handla, obie w sposób godny pochwały. Dominika Stefańska ma duże możliwości dramatyczne i zrobiła na mnie spore wrażenie, podobnie jak Aleksandra Domashchuk (belcantowe umiejętności ) i Yuer Ye (śliczny głos). W sesji popołudniowej czekałam na Madison Horman, która nie wywołała aż tak pozytywnych odczuć jak za pierwszym razem, chociaż nadal upatruję w niej kandydatkę do finału i nagrody. Moje serce i uszy bezwarunkowo podbił Seokjun Kim – najwyraźniej mam słabość do koreańskich basów, ale tu chodzi nie tylko o przepiękną barwę, ale też cudowne legato. Zwróciłam uwagę na ładnie wykonaną przez Giorgi Guliashvili arię Cyda, potem aż tak dobrze nie było. Właściwie podobali mi się wszyscy uczestnicy tej sesji poza bezlitośnie mordującym Mozarta barytonem i żadne nazwisko na liście finałowej mnie nie zdziwi.

wtorek, 3 czerwca 2025

12 Konkurs Moniuszkowski - Etap I, dzień II

Dziś poznaliśmy już wszystkich uczestników konkursu i wieczorem, zapewne późnym czeka nas pierwszy odsiew. Nie wiem, ile osób pojawi się w drugim etapie, ale niektórych jestem ciekawa – a to już dobrze. Muszę też przyznać, że cieszy mnie odwaga młodych wokalistów wybierających Mozarta – na nim łatwo polec, bo każdy, nawet drobny błąd techniczny natychmiast słychać a przecież to tylko jeden, aczkolwiek podstawowy element wykonania. Tu została mi we wdzięcznej pamięci przede wszystkim Marie Maidowski (etap II jak w banku) oraz imponująca skala Arpi Sinanyan, która porwała się na arcytrudną arię „Come scoglio”. Myślę, że Davide Peroni („Hai gia vinta…, szesnastki trochę zamazane ale były) i Hubert Kowalczyk (duże zacięcie aktorskie) też pójdą dalej. Jury z pewnością spodobała się Mariana Połtorak (doceniam, ale nie moja bajka) i Laura Lolita Peresivana o niezwykle bogatej barwie głosiu. Podobnie jak ta druga arię Medory z „Korsarza” bardzo dobrze śpiewała Alesia Merepeza. A jeszcze Jonghwan Lee, Lise Nougier, Changdai Park, Grzegorz Pelutis, Zhe Liu oraz tenorzy Samuel Stopford i Salvador Villanueva (wysoce efektowny). Powodzenia dla całej stawki i czekamy na decyzję jury. P.S. Zastanawia się brak w tym konkursie pieśni niezwykle popularnego na poprzednim Weinberga. Może w II etapie?

poniedziałek, 2 czerwca 2025

12 Konkurs Moniuszkowski - Etap I, dzień I

Los chciał, że w czasie 12 Konkursu Moniuszkowskiego mam wolne i mogę zabawić się w jurorkę nie ponosząc przy tym kolosalnej odpowiedzialności, jaka obciąża prawdziwych sędziów. Zamierzam tym z Was, którzy nie mają czasu i cierpliwości zdawać krótkie, ale codzienne relacje z tego, co usłyszałam i jak odebrałam młodych wokalistów. W tym wypadku wyniki konkursowe mają pewnie dla nich mniejsze znaczenie niż szansa zaprezentowania się przed gronem ludzi mogących zadecydować o ich karierze albo przynajmniej dać szansę. Ale … zawsze dobrze mieć w CV jakie nagrody. Przysłuchując się uczestnikom pierwszego dnia przesłuchań serdecznie współczułam sopranistkom, było ich dużo, wyróżnienie się z tak licznego grona musiało stanowić tym trudniejsze wyzwanie. Moje uszy dość stanowczo wybrały Madison Horman i przede wszystkim jej Fiordiligi. Wierzę w nią i już cieszę się na Halkę w trzecim etapie. Podobała mi się też Joanna Kędzior obdarzona srebrzystym, czystym głosem, Laura Hiden, mocniejszy w barwie i sile sopran oraz Hyerim Kim, świetna zwłaszcza w Szymanowkim. W pamięci zostały mi też mezzosoprany Martiniany Antonie i Dominiki Stefańskiej. Z panów będę serdecznie kibicować bas-barytonowi Bo Wangowi z dużą swobodą śpiewającemu Wagnera (ma go też w planach na pozostałe etapy). Zapamiętałam też dwóch barytonów - Adriana Janusa i Daniela Gungmina Gwena oraz basa Seokjuna Kima.W moim pamiętniczku-kapowniczku są wrażenia dotyczące wszystkich uczestników (tak, byłam dzielna i wytrwała), ale na dziś tyle wystarczy.

czwartek, 8 maja 2025

Tudorowie w Madrycie

Z „Marią Stuardą” Donizetti miał same kłopoty. Może nie aż takie jak Elżbieta I ze swoją „ukochaną kuzynką”, ale jednak znaczące. Kiedy postanowił że tematem nowej opery na zamówienie neapolitańskiego Teatro San Carlo będzie historia Marii Stuart chciał oprzeć libretto na dramacie Schillera. Problem był z tym, kto je napisze, bo Felice Romani był wtedy niedostępny. Kompozytor dokonał w związku z tym dosyć dziwnego wyboru autora tekstu, został nim 17-letni debiutant, Giuseppe Bardari. Pracy chyba nastolatek nie polubił, bo po wywiązaniu się z zadania definitywnie porzucił pisanie. Rezultat jego wysiłków okazał się zadawalający dla Donizettiego, który zresztą bezustannie autora nadzorował. Niewielki związek, jaki fabuła miała z faktami historycznymi wynikał po części z winy Schillera (i tłumacza, korzystano bowiem z włoskiego przekładu oryginału literackiego) a po części z operowej tradycji tamtych czasów. Skutkiem obu przyczyn królowe się spotykają (na co w rzeczywistości nie miały okazji) i … konkurują o wdzięki earla Leicestera (realnie kochanka Elżbiety). Jakiś tenor musiał bowiem plątać się po scenie. Pewne novum stanowił za to baryton, wredny z powodów politycznych, nie zaś romantycznych. W każdym razie legenda przekazała nam opowieść o horrendalnych wydarzeniach na próbie opery – obecna na niej królowa Neapolu miała zemdleć pod wpływem nazbyt silnego wzruszenia a primadonny całkiem dosłownie wzięły się za łby. To ostatnie można było bez trudu przewidzieć – jakiż rozsądny kompozytor pisze główne role dla dwóch sopranów dając im w dodatku pretekst do awantury w scenie konfrontacji? Najgorsze miało jeszcze nastąpić, do akcji wkroczyła cenzura. Bo kto to widział pokazywać publiczności egzekucję władczyni. Na Donizettim wymuszono zasadnicze zmiany, akcję nowy librecista Pietro Salatino przeniósł do Florencji, skorygował fabułę i tytuł. Po tym wszystkim raczej nikt się nie zdziwi, że „Buondelmonte” nie podbił serc premierowego audytorium. Nieszczęsny kompozytor zaoferował swoje dzieło La Scali, gdzie następnego, 1835 roku publiczność zobaczyła już „Marię Stuardę” w wersji przywróconej początkowym zamierzeniom, chociaż nieco zrewidowanej, trzyaktowej a pierwotnie akty były dwa. Osobliwością jest tu fakt, iż na pojawienie się protagonistki trzeba dosyć długo czekać, wchodzi ona do akcji dopiero w drugim z nich. Tym razem opera odnotowała ograniczony, ale jednak sukces i w repertuarze pozostała do dziś, chociaż nie bywa wykonywana tak często jak największe przeboje Donizettiego. Główne role (z czasem utarł się zwyczaj obsadzania roli tytułowej sopranem a Elżbiety mezzosopranem) wykonywały supergwiazdy – Joan Sutherland, Montserrat Caballe, Leyla Gencer, Beverly Sills, Janet Baker, Edita Gruberova, Agnes Baltsa czy Joyce DiDonato. Godnym podziwu wyczynem, którego niektóre z nich dokonały było zaśpiewanie partii trzech królowych w „cyklu tudorowskim” (który w istocie żadnym cyklem nie jest a nie zalicza się do niego „Elżbiety na zamku Kenilworth”) czyli „Annie Bolenie”, „Marii Stuardzie” i „Roberto Devereux”. W Met całkiem niedawno dokonała tego Sondra Radvanovsky. Moje doświadczenie z „Marią Stuardą” w wersji scenicznej jest bardzo skromne, ogranicza się do asystowania przy warszawskim spektaklu w TWON, który pozostawił mi wspomnienie fatalnie śpiewających obu protagonistek i marnej inscenizacji. Streaming przedstawienia z Teatro Real w Madrycie ucieszył mnie ze względu na obsadę i nazwisko reżysera, który raczej nie eksperymentuje z fabułą i nie ma zwyczaju przenosić jej do współczesności. Sir David McVicar w 2016 roku zrealizował już „Stuardę” w Met i madrycka produkcja jest do niej bliźniaczo podobna. Oczywiście w stolicy Hiszpanii miał innych współpracowników i z tego wynikają różnice, ale nie są one duże wobec wierności inscenizatora własnym zasadom i przede wszystkim właściwym autorom opery. Mamy więc kostiumy z epoki (Brigitte Reiffenstuel), ikoniczny obrazek łysej Elżbiety - na szczęście bez epatowania nim (w finale widzimy ukrytą dotąd pod peruką siwiznę Marii) -, prawie realistyczną scenografię (Hannah Postlethwaite), . Prawie, bo w drugim akcie zamiast niej w tle dostajemy projekcję z naszkicowanym drzewem (jesteśmy w parku).Postacie i ich zachowania naszkicowano zgodnie z logiką libretta, z drobnym zastrzeżeniem do początku przedstawienia. Wątpię, czy w wieku szesnastym impreza u królowej mogła wyglądać tak jak tu, ale cóż specjalistką od dworskiej etykiety w czasach Tudorów nie jestem. Muzycznie wrażenia miałam mieszane. Część tych pozytywnych zawdzięczam - obawiam się - fachowości dźwiękowców, którzy sądząc po popremierowych recenzjach w streamingu skorygowali i wyrównali proporcje dźwięku. Na dyrygenta José Miguela Pérez-Sierrę skarżyli się niemal wszyscy recenzenci, podobno hałasował niemożebnie zagłuszając skutecznie solistów. W przekazie nie było to odczuwalne, cavatiny brzmiały odpowiednio lirycznie a cabaletty dziarsko. Komplementy należą się chórowi, któremu Donizetti napisał popisową arię na początku sceny egzekucji i została ona wykonana odpowiednio wzruszająco. Andrzej Filończyk, trudno rozpoznawalny pod postarzającym wizerunkiem Cecila stworzył mocną, charakterystyczną kreację aktorską i równie dobrą wokalną. Roberto Tagliavini śpiewał miękko i z doskonałym legato, ale mam nim ten problem, że kompletnie nie zapamiętuję jego ról. Dopóki jest na scenie, OK, gdy znika … też. Ismael Jordi podjął się po raz kolejny niewdzięcznej roli Leicestera (śpiewał ją już wielokrotnie, podobnie jak pozostałe tenorowe w „trylogii Tudorów”). Wyglądał właściwie, ale nic nie poradzę na smutny fakt iż nie cierpię tego typu barwy głosu, moje uszy odbierają ją jako skrzekliwą. Technicznie Jordi był w najlepszym wypadku poprawny, chwalić nie ma czego. Lisette Oropesa po raz pierwszy porwała się na partię nie dla siebie – brakowało jej nie tyle mocy głosu, co jego mięsistości i większego nasycenia. Nie odczułam też, mimo starań sopranistki (a jest to obecnie jedna z najbardziej uroczych śpiewaczek na scenie) odpowiedniego efektu dramatycznego. Oropesa miała też kłopot z rejestrem piersiowym. Dół skali nigdy nie stanowił jej atutu, ale tu problem okazał się oczywisty. Piana brzmiały dobrze, gdybym tylko nie pamiętała jako Marii Montserrat Caballe … W tej sytuacji gwiazdą błyszczącą najjaśniej była najmłodsza w obsadzie (29-letnia) Aigul Akhmetshina. Nie jest ona mezzosopranem dramatycznym, a wystarczyło jej zarówno siły głosu, jak umiejętności cieniowania barwy, swobodnie też czuła się w roli Elżbiety. Troszkę żałuję, że nie mogłam usłyszeć drugiej obsady spektaklu, bo jako Talbot i Cecil wystąpili w niej Krzysztof Bączyk i Szymon Mechliński. Podejrzewam, że ten drugi mógłby przedrzeć się przez nawet mocno hałasującą orkiestrę.

czwartek, 24 kwietnia 2025

"Un giorno di regno" czyli Polacy u Gettych

Na festiwalu Garsington Opera raz już gościliśmy i była to udana wizyta (chociaż niestety tylko wirtualna) a dziś jest okazja żeby tam wrócić i trochę się w naszych niespokojnych, dziwacznych czasach rozerwać. W sieci pojawiła się opera wystawiana nieczęsto, nie bez powodu. Tym razem jednak okazała się niespodziewanym hitem letniego sezonu 2024 i doczekała wielu pięciogwiazdkowych recenzji. Drugie, po „Oberto” muzyczne dziecię geniusza Giuseppe Verdiego genialne raczej nie było, niektórzy mówią nawet o jego drugo bądź trzeciorzędności. Skąd więc wziął się entuzjazm wychodzących ze szklanego teatru w posiadłości Gettych po spektaklu „Un giorno di regno” widzów i krytyków? Może trochę z letniego nastroju, może z zadziwiająco dziarskiej i skocznej muzyki a na pewno ze sposobu prezentacji dzieła. Christopher Alden wziął całą, w sumie dosyć absurdalną fabułę z dobrodziejstwem inwentarza nie próbując jej na siłę ulepszać i uprawdopodobnić. Co zresztą byłoby trudne, bo jest to historia tyleż idiotyczna, co w swoim rdzeniu … prawdziwa. Rzeczywiście, pewien kawaler pomógł królowi Stanisławowi Leszczyńskiemu dotrzeć bez przeszkód na elekcję do Warszawy odciągając uwagę konkurentów poprzez udawanie monarchy(byłego i przyszłego jednocześnie). Na scenie dostaliśmy jednak wersję uwspółcześnioną a reżyser bawił siebie i nas nie tylko absurdami libretta ale także „dzisiejszych czasów”. Przy tym Alden w najmniejszym stopniu nie próbował tuszować farsowego charakteru opowieści a wręcz podkreślił go elementami znanymi z komedii slapstickowych. Zobaczyliśmy więc zdumiewające tańce drużyny ochroniarzy przeradzających się w pewnym momencie w polskich kibiców narodowej drużyny piłki nożnej, bombę w torcie i … pojedynek na spaghetti bolognese. Publiczność płakała ze śmiechu nie przejmując się szczególnie brakiem subtelności tego, co widzi. Oczywiście wszystko to byłoby psu na budę gdyby nie zostało wsparte pierwszorzędnym wykonawstwem muzycznym, ale - zostało. Philharmonia Orchestra poprowadzona przez Chrisa Hopkinsa grała z nerwem, polotem i od serca. Chór, obciążony mnóstwem dodatkowych zadań aktorskich (i tanecznych) wywiązał się z nich bezbłędnie, co w najmniejszym stopniu nie zaszkodziło pracy wokalnej. Joshua Hopkins (kawaler Belfiore), poza pięknym barytonem i swobodną interpretacją popisał się też znakomitą polszczyzną. Henry Waddington (baron Kelbar) i Grant Doyle (La Roca) z wdziękiem scenicznym i wokalnym wcielili się w swoich bohaterów. Oliver Sewell w niewdzięcznej roli drugiego amanta śpiewał swobodnym, jasnym tenorem lirycznym z niezłą górą. Udała się też postać Giulietty, chociaż tu miałabym drobne zastrzeżenia do sopranistki Madison Leonard. Niewątpliwą gwiazdą wieczoru, przynajmniej pod względem muzycznym okazała się Christine Rice (markiza del Poggio), dysponująca pięknym, nasyconym w barwie głosem i świetnie ten atut wykorzystująca. Ale – jak wszyscy wiemy, żeby taka radosna dezynwoltura sprawdziła się na scenie wszystko musi być zrobione z żelazną precyzją i dyscypliną a wymaga nie tylko solistów, przede wszystkim zespołu oddanych sprawie ludzi. Tak właśnie było. Jeśli chcecie się pośmiać i nie zastanawiać nad tym, dokąd zmierza nasz świat (przynajmniej przez chwilę) zajrzyjcie na YT lub Opera Vision – banan na twarzy gwarantowany.

wtorek, 8 kwietnia 2025

"Jolanta" po prerafaelicku

„Jolanta”, ostatnia opera Czajkowskiego cieszy się dziś pewnym powodzeniem i bywa dosyć regularnie wystawiana – można ją było kilka lat temu oglądać w Paryżu, Warszawie i Nowym Jorku. Do Wiednia dotarła po, bagatela 125-letniej przerwie. Kiedy poprzednio prezentowano ją tamtejszej publiczności za pulpitem dyrygenckim stał Gustav Mahler. Najwyraźniej nie podbiła wówczas oczu i uszu lokalnej widowni, skoro na powtórkę trzeba było czekać tak długo. Czy są ku temu powody? I tak, i nie. Nie ma dla tej jednoaktówki miejsca wśród najlepszych dzieł kompozytora, ale jej staroświecki wdzięk i dziś może odbiorcę poruszyć. Zwłaszcza, że w pakiecie z typowo „czajkowską” melodyjnością dostajemy klarowną fabułę i nieskomplikowaną symbolikę. Nie ma tu typowych czarnych charakterów, nawet ojciec bohaterki tworzący dla niej sztuczny, bezpieczny świat czyni to z miłości i chęci chronienia swego dziecka. I mimo przeniesienia akcji do współczesności tak się dzieje w inscenizacji, którą podpisał Evgeny Titov. Cieszy ona oczy oleodrukową urodą bajkowego ogrodu stworzonego w środku pałacowego wnętrza (scenografia Rufus Didwiszus) i kostiumami Jolanty oraz jej towarzyszek (Annemarie Woods), te pochodzące z realnego świata są adekwatne i takie, jakie znamy doskonale z codzienności. Nie bardzo tylko rozumiem dlaczego chór żeński ucharakteryzowano na obraz i podobieństwo protagonistki, skoro ona i tak swoich „sióstr” nie widzi. Natomiast żółte sztormiaki, jakie dziewczyny zakładają opuszczając świat baśni sugeruje niedwuznacznie, że pozostała część królewskiej siedziby musi być w kiepskim stanie, skoro należy się w niej tak zabezpieczać przed warunkami pogodowymi. Tym niemniej widz może trochę odpocząć od brzydoty i uniformizacji charakterystycznej dla większości współczesnych spektakli operowych a jest to całkowicie zgodne z przesłaniem dzieła. Spójrzcie na zdjęcia – na widok niektórych każdy prerafaelita z radością chwyciłby za pędzel. Pewnie dlatego na premierze team realizacyjny otrzymał rzadko spotykane owacje od publiczności, zmęczonej wszechobecną brzydotą i szarością. Może trochę szkoda happy endu ale chęć powrotu Jolanty do swej bajki oraz ucieczki od brutalności realnego świata nie jest nielogiczna. Muzycznie także rzecz polecam, nawet jeżeli Tugan Sokhiev raczej nie zapisze się w mojej pamięci jako dyrygent natchniony – było poprawnie, ale trochę generycznie. Za to chór żeński pokazał się od najlepszej strony. Sonia Yoncheva ma już rolę Jolanty ośpiewaną (wykonywała ją w Paryżu w inscenizacji Tcherniakova i w Nowym Jorku w produkcji Trelińskiego) i czuła się w niej bardzo swobodnie. Z latami kariery jej głos bardzo się wzbogacił, jest teraz pełen odcieni, których wcześniej w nim nie było, ale nie stracił na giętkości i pewności w górnym odcinku skali. Monika Bohinec (Martha), Maria Nazorova (Brigitta) i Daria Sushkova (Laura) stworzyły sympatyczne i dobrze zaśpiewane role drugoplanowe. Z męskiej części obsady wyróżnił się, co doceniła widownia obdarzając go owacją baryton Boris Pinkhasovich świetnie się bawiący przy interpretacji Roberta. Dmytro Popov jako Vaudémont spełnił swoją rolę z powodzeniem, chociaż wielbicielką jego głosu raczej nie będę. Trzeba jednak przyznać, że ma on dobrą górę i stylistycznie był na miejscu. Niestety jedyny prawdziwy zgrzyt w śród śpiewaków stanowił Ivo Stanchev, który jako król René prezentował ładnie wibrujące dolne dźwięki, ale góra go przerosła, ciął koguta za kogutem. Simonas Strazdas i Attila Mókus godnie uzupełnili obsadę jako Bertrand i Ibn-Hakia.