Proszę Państwa, naprawdę uczciwie się starałam nie
uprzedzać mimo obejrzenia trailera i zdjęć zapowiadających tę produkcję. Ale
to, co zobaczyłam rozśmieszyło mnie niemal tak, jak „Noc w operze” braci Marx. Poza
tym, że są dużo bardziej finezyjni, bracia mają jednak nad Oliverem Py tę
zasadniczą przewagę, że chcieli wywołać wesołość, on zaś raczej nie. Ale jak tu się nie śmiać, kiedy osobnik w rogatej
masce, będący zdaje się ucieleśnieniem ziemskich żądz Leonory kręci się przy
niej ciągle i ucieleśnia aż nazbyt wyraziście? A inny , z którym walczy Manrico
wypełza …spod łóżka? Hrabia Luna jest najwyraźniej fetyszystą, bo śpiewa „Il
balen” miętosząc miłośnie suknię Leonory, kiedy zaś Ferrando wyjmuje mu ją z
rąk i ogląda z lekkim zdziwieniem nieszczęsny kandydat na kochanka wyrywa mu ją
zazdrośnie .Zaś Manrico wzywa „All’armi!”
wymachując ogromnym i niezmiernie nowoczesnym karabinem. Co budzi smutną
refleksję nad brakiem zdolności bojowych oraz dowódczych u naszego herosa –
mimo podobnego uzbrojenia całej drużyny wiemy, jak kończą. I tak dalej…
Najgorszą cechą tego spektaklu wydał mi
się jednak wyraźnie występujący u Py przymus zilustrowania licznie w „Trubadurze
” występujących fragmentów narracyjnych . Trzeba pokazać, bo publika nie
zrozumie? Stąd ta mamusia Azuceny, grana przez nagą tancerkę ucharakteryzowaną
na upiorną staruszkę – postać zdecydowanie wszechobecna i nadaktywna. Stąd te
powracające płomienie, już to stosu, już to krzyża , na tle którego Manrico
śpiewa strettę. Stąd laleczki w roli zamienionych niemowląt. Stąd . … nie,
dalej mi się już nie chce. Pewnie sami
widzieliście. Poza tym wszystkiego na scenie Bayerische Staatsoper było
za dużo, reżyser zaludnia ją tłumem który tam jest nie po to, żeby wykonać
jakieś sensowne, z libretta wynikające zadania, ale żeby być i oszałamiać.
Każdy coś tam robi, rzadko z sensem, zmęczonym oczom trudno się skupić. I to
nam, którym realizator transmisji sam wybiera pokazywane obrazki, a co dopiero
widzom w teatrze. Poza tym znów mamy serię pomysłów, które nie mają żadnego
uzasadnienia, są, bo reżysera olśniło i wydawało mu się, że tak będzie
efektownie. Dlaczego na miły Bóg, Leonora jest niewidoma i nosi brzydkie
okularki? Chyba tylko w celu wprowadzenia w czwartym akcie specyficznego
„przewodnika”. Dlaczego wszystkim odsłonom towarzyszą puste z wyjątkiem jednego
krzesła – na nim zasiada w nonszalanckiej pozie manekin? Dlaczego Azucena i Manrico zamieszkują w
najwyraźniej wykafelkowanym „wozie”? Co mają znaczyć obrzydliwe , przerośnięte
płody bawiące się wesoło (pożyczyli z Bayreuth? )? Czy naga dama z szeroko rozłożonymi
nogami odbywa właśnie badanie ginekologiczne czy też może rodzi? Takich pytań
mogłabym zadać więcej i szczerze wątpię czy uzyskałabym w miarę jasną (nie
mówiąc już o przekonującej) odpowiedź. Dlaczego? A bo tak. Oglądając tę produkcję czułam się po
prostu przytłoczona ciągłym, kompulsywnym ruchem dekoracji i przewalającym się
tłumem. Dekoracje zaś to temat osobny – nawet nie to, że brzydkie, choć
momentami rzeczywiście. Ale te
dziwaczne metalowe konstrukcje niczemu nie służyły, poza podzieleniem
przestrzeni na mniejsze kawałki i załadowaniem ich kolejnymi, niepotrzebnymi
postaciami w ustawicznym działaniu. Żal mi tego „Trubadura”, bo było w nim
kilka momentów interesujących, prawdziwych, w których emocje ze sceny płynące
do mnie docierały i trafiały w sedno. Ale i to Monsieur Py zepsuł na własne
życzenie. Na przykład finałowy duet Azuceny i Manrica – rozegrany w
klaustrofobicznie ciasnej więziennej celi z udziałem nieodłącznego ducha
mamusi, czyli nagiej staruszki służącej za … poręczny wieszaczek na czerwony
sznur. Widać było, jak biedny kamerzysta poszukuje takiego kadru, w którym by
rzeczonej damy nie było, co w tak małej
przestrzeni sprawiało wrażenie mission impossible. W końcu się jednak udało i
wtedy mieliśmy prawdziwie wzruszający moment. Podobał mi się też sposób, w jaki
relacje łączące matkę z przybranym synem pokazano w pierwszym akcie. Czułe
zniecierpliwienie Manrica strząsającego z siebie ręce przytulonej do jego
pleców Azuceny trafione było w punkt. Po chwili jednak mocno się zaniepokoiłam:
cóż to za matka, która żarłocznie wpija się w synowskie usta krępując
nieszczęśnika uprzednio, aby nie pobiegł za dziewczyną? I co tu robi staruszek
Freud? (reżyserski koncept pozwolił Elenie Manistinej władczo ucałować
Kaufmanna, co zapewne przykrości jej nie sprawiło). I tak dalej, w
nieskończoność. Chyba już za dużo czasu poświęciłam panu Py - trzeba przejść do tego, co najważniejsze. A
od strony czysto wykonawczej ten spektakl był znakomitym osiągnięciem. Paolo
Carignani poprowadził orkiestrę w sposób konkretny, precyzyjny i bez dziwactw.
Całe szczęście, że on nie miał własnych konceptów i zagrał to, co w partyturze
– Grazie, Maestro, jestem głęboko wdzięczna. Obsadę dostał dyrygent wspaniałą,
na dodatek w dobrej formie. Co „rzucało się na uszy” (żeby tak zacytować
Jerzego Stuhra) zwłaszcza w porównaniu z premierą, znacznie od strony wokalnej
słabszą. Tutaj mieliśmy wymarzonego Manrica : czułego, kochającego,
bohaterskiego. I na dodatek pięknego (nie ma tylko przebaczenia dla P.A.
Weitza, który go ubrał w tę koszmarną kamizelkę).Kaufmann zaśpiewał porywająco,
i choć stretta została w oryginalnie napisanej tonacji , bez popisowego
wysokiego C uświęconego tradycją (której w końcu i zrezygnowany autor uległ).
Zgarnął też największą owację przy ukłonach, a nie jest łatwo wygrać pod tym
względem z Anją Harteros (Boże broń, nie podejrzewam jakiejkolwiek konkurencji
w tym względzie). To nie jest aktorka naturalna (na pewno nie takie zwierzę
sceniczne jak Kaufmann) , chociaż
zalecenia reżyserskie wykonuje. Ona wszystkie emocje i całą prawdę o
postaci ma w głosie. A jest to instrument urody wyjątkowej i z tych obu przyczyn
nie ma większego znaczenia nieszczególna cabaletta czy nawet wysoki dźwięk na
granicy koguta. Ale jej „D’amor sull’ali rosee” będę pamiętać jako jedno z
najpiękniejszych, jakie słyszałam. Elena Manistina też dysponuje pięknym
głosem, którym posługuje się świetnie. Tyle, że ten głos ma urodę, ale trochę
brak mu wyrazu – przy jej pierwszym duecie z Manricem ciarki powinny chodzić ,
nic z tego. Jeśli ktoś potrzebuje takich wrażeń musi sobie odtworzyć nagranie z
Ewą Podleś… Alexey Markov jest
efektywnym Luną, i on też był znacznie lepszy niż na premierze. Jego rola była
może nieco konwencjonalnie wykonana, ale przyczepić się nie ma do czego.
Kwangchoul Youn wykazuje pewne oznaki zmęczenia głosu, lecz słynne szesnastki w
swojej arii otwierającej pokonał brawurowo. Bardzo chciałabym zobaczyć i
usłyszeć tę obsadę w mniej chaotycznej i przeładowanej produkcji „Trubadura”.
Może kiedyś …
https://www.youtube.com/watch?v=PCEg9y-EZVg







































