wtorek, 8 września 2026
"Werther" w Barcelonie
Mój drugi i ostatni post na temat „Werthera” liczy sobie już 12 lat. Tytułowym bohaterem był wtedy Jonas Kaufmann i do dziś wspominam ów spektakl z nostalgią. Potem już raczej unikałam tej opery, bo, mówiąc delikatnie nie jest to moja bajka. Pokolenia uczniów dręczonych przymusową lekturą dzieła Goethego niewątpliwie rozumieją dlaczego – romantyczna egzaltacja, nieprzystawalna do jakże pragmatycznych dzisiejszych czasów ujawnia się w nim w całej pełni. Pewnie mogłoby być inaczej gdyby muzyka Masseneta poruszała we mnie jakieś czułe struny, ale tak się nie dzieje. Coś mnie jednak natchnęło do obejrzenia przedstawienia z Gran Teatro del Liceu i nie żałuję. Produkcja jest już znana z La Scali, gdzie miała swoją premierę, potem gościła w paryskim Théâtre des Champs-Élysées by wreszcie w maju tego roku dotrzeć do Barcelony i podbić serca tamtejszej publiczności. A raczej podbił je Xabier Anduaga, który zaliczył triumfalny debiut w tytułowej roli. Za nim jednak o szczegółach poświęćmy nieco uwagi samemu spektaklowi. Christof Loy (do potrzeb lokalnej sceny przystosowała przedstawienie Silvia Aurea De Stefano) nie zostawił akcji w epoce romantycznej, ale nie przeniósł jej, jak najczęściej to robi do dwudziestolecia międzywojennego a umieścił w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Co to oznacza? Przede wszystkim ostatni czas, w którym gorset powszechnie obowiązujących reguł obyczajowych był tak ścisły – potem ruszyła już rewolucja lat sześćdziesiątych i świat się zmienił nie do poznania. Dlatego właśnie można było jako tako wiarygodnie pokazać poważne potraktowanie przez Charlotte życzeń jej matki, która wybrała córce męża. Poza tym oznacza także produkcję estetyzującą, z gustowną, chociaż oszczędną scenografią (Johannes Leiacker) i ładnymi kostiumami (Robby Duiveman).One szczególnie mają znaczenie, bo określają pozycję postaci (a bohater nosi opisywaną przez Goethego żółtą kamizelkę). Jesteśmy w mieszczańskim salonie na prowincji, w środowisku dosyć hermetycznie zamkniętym przed światem zewnętrznym. Werther, poeta, jest nieco poza nim, chociaż zna obowiązujące reguły i nawet się do nich próbuje stosować. Nie pozwala mu na to osobista wrażliwość właściwa dla artystycznej kondycji i .. wiek. Ostania kwestia w tym przedstawieniu została podkreślona młodzieńczym wyglądem wykonawcy, bo Anduaga ma 31 lat a wygląda na jeszcze mniej (poprzednim Wertherem w Barcelonie był Piotr Beczała mający już wówczas, w 2017 lat 51). Barcelońska widownia przyjęła baskijskiego tenora entuzjastycznie, wypraszając u niego (i dyrygenta) powtórkę najsłynniejszej (z wielu) arii jego bohatera „Pourquoi me réveiller?”. Zabawnie było obserwować, jak Anduaga potraktowany niekończącą się owacją walczy z naturalnie pojawiającym się na twarzy uśmiechem i w końcu przegrywa nie tylko on, ale również jego Charlotte. Czy był aż tak rewelacyjnym Wertherem? Nie, ale na pewno bardzo, ale to bardzo obiecującym. Ładna barwa jego głosu jest już dobrze znana, ale do tego dodać należy miękkie frazowanie i swobodę w całej rozległości skali. Oraz oczywiście młodzieńczą żarliwość. Kiedy minie debiutancka trema i może zredukuje się pewna nosowość emisji będziemy mieć do czynienia ze świetną kreacją. Charlotte – Kristine Stanek na co dzień wykonuje raczej repertuar niemiecki, w tym Wagnera i trochę to słychać. Wykonała swoją rolę kompetentnie, ale w moim odbiorze niewiele więcej. Podobał mi się natomiast baryton Davida Ollera (Albert), może niezbyt mięsisty i raczej po lirycznej stronie, ale pełen wyrazu. Sofia Esparza dysponuje sopranem bardziej treściwym niż zazwyczaj śpiewaczki obsadzane w partii Sophie i to zabrzmiało bardzo interesująco, zwłaszcza, że jako postać także nie była tradycyjną, nastoletnią pierwszą naiwną. Dyrygent Henrik Nánási efektywnie wspierał swoich śpiewaków, co zawsze jest pożądane i cenne, poza tym liryczną partyturę Masseneta potraktował łagodnie, ale z wyczuciem dramatycznego efektu.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz