Reżyser
zabierający się za „Don Giovanniego” musi sobie odpowiedzieć na jedno,
podstawowe pytanie – czy ma to być komedia czy duszny, psychoanalityczny
dramat. Kto
chciałby podążyć drogą zgodną z autorskim zamysłem (są jeszcze tacy?) powinien
raczej skierować się w stronę ucieszną, z niewielką domieszką dramy. Reszta
może się w spokoju ducha powołać na autorytet Kierkegaarda i pchnąć bohaterów oraz widzów w mroczniejsze rejony. Ścieżek interpretacyjnych może być bez liku, ale
podstawowe drogi są tylko dwie – właśnie takie. Od jakiegoś czasu staram się
już nie zarzekać ani nie upierać, że słuszna może być tylko jedna z nich. Po
tegorocznym, straszliwie smutnym „Don Giovannim” z ROH, który mi się podobał, z
równą radością powitałam więc produkcję salzburską, której reżyser ewidentnie
wybrał opcję przeciwną. Zrobił to w sposób ostentacyjny puszczając do
publiczności oczka, co, jak słyszałam nie wszystkim przypadło do gustu. Ja
bawiłam się zaskakująco dobrze. Przede
wszystkim pomysł umieszczenia akcji w luksusowym hotelu okazał się niezwykle
nośny – bo rzeczywiście, jest to miejsce, gdzie bez zmian dekoracji można
zgromadzić wszystkich bohaterów nie wchodząc przy tym w spór ze zdrowym
rozsądkiem (doskonale wyjaśnia to na przykład ciągłe psucie Giovanniemu szyków
przez Elvirę). Poza tym, w hotelu można urządzić wesele, stypę, czy też
prywatną imprezkę. A, że w barze rezyduje przy okazji siła nieczysta w postaci
klasycznie wyglądającego, rogatego diabełka hojnie lejącego gościom alkohol? Cóż,
może zdarza się to częściej, niż nam się wydaje. Sven-Eric Bechtolf opowiedział
nam historię uwodziciela wszechczasów wartko, logicznie i z wdziękiem.
Zasadnicze wątpliwości dopadły mnie dopiero przy arii „Non mi dir, bell’idol
mio”, którą Donna Anna kierowała do zupełnie innego adresata niż powinna.
Śpiewała tuląc w objęciach popiersie tatusia, patrzyła mu miłośnie w oczy na
koniec zaś pocałowała w usta. Uczyniło
to wprawdzie dość logiczną obecność
diabelskiej asysty towarzyszącej Komandorowi w finale, ale i tak potrzebne ani smaczne nie było. W tym miejscu
przypominiała mi się niegdysiejsza dyskusja na blogu p. Doroty Szwarcman.
Wyraziłam tam wątpliwość, czy aby Komandor na pewno, mimo kwestii o
niebiańskiej strawie przybywa z góry, czy też może z niższych rejonów i co ewentualnie takiego uczynił, żeby się
tam znaleźć. Upewniono mnie, że właściwa odpowiedź na to pytanie jest tylko
jedna. Miło mi było dziś się przekonać, że jednak nie tylko ja dopuszczam inną
możliwość … Za to moment, w którym Giovanni odprowadzony gdzie trzeba przez piekielną
świtę powstaje już po sekstecie staje się powoli klasyką. Podobała mi się
bardzo sugestia najboleśniejszej kary dla rozpustnika – żegna się on figlarnie
ze wszystkimi współbohaterami, ale oni go nie dostrzegają ,czyli - jest duchem.
Ergo – nie ma ciała. Może sobie więc do woli biegać za pozornie chętną
pokojówką, nic z tego nie będzie. A wszystko to razem skojarzyło mi się z
piosenką Kabaretu Starszych Panów (mam taką teorię, że oni napisali piosenki o
wszystkim) pt „To było tak” , która kończyła się słowami „lecz, choć tak bym
chciał, nie dorówna już obcowaniu ciał - obcowanie dusz”. Ildebrando
d’Arcangelo okazał się idealny do takiej, lekkiej i filuternej raczej niż mrocznej wersji postaci Don Giovanniego. Niezły aktorsko, obdarzony naturalnym
wdziękiem, sprawny fizycznie, mógłby omamić więszość swych ofiar nie tyle
testosteronem, co samym uśmiechem. Głosu jednak do tej partii nie ma – za ciemny,
za mało giętki, bez świetnego legato, co zemściło się okrutnie w
serenadzie,potem były kłopoty nawet w banalnym „Meta di voi”. Powrót do
Leporella i Figaro byłby chyba dla d’Arcangelo zdrowszy. A w tym spektaklu miał
u swojego boku współczesnego Leporella numer 1 – Lucę Pisaroniego, który
dysponuje wszelkimi zaletami – ładnym, giętkim głosem, urokiem osobistym i
talentem interpretacyjnym – ile ja już razy słyszałam i widziałam w jego
wykonaniu arię katalogową i za każdym razem brzmiała nieco inaczej. Na Ottavia
spuśćmy zasłonę miłosierdzia – był okropny (wokalnie, bo aktorsko dawał radę).
Tomasz Konieczny potwierdził w pełni obawy, które miałam przed spektaklem:
stworzył znakomitą rolę, ale jego bas-baryton nie ma tej zaświatowej, groźnej
głębi, którą Komandor powinien sugerować. Alessio Arduini za to okazał się
świetnym Masettem – młody, urodziwy, z pięknym barytonem. W tym sezonie śpiewa
także Leporella i samego DG – zobaczymy, może za jakiś czas to będzie następca
dla powoli rozstających się z tą rolą Mariusza Kwietnia i Petera Mattei. Panie
w tym spektaklu wszystkie zadziwiająco dobrze się sprawdziły. Zdumienie moje
dotyczy zwłaszcza Anett Fritsch, której sopran właściwie nie powinien sprostać
partii Elviry. Oczywiście, niedostatki były słyszalne, oczywiście, to nie to,
co Veronique Gens i chciałoby się nieco pełniejszego brzmienia, ale i tak dała
sobie radę będąc przy tym ciekakawą postacią sceniczną (wszystko co o niej
piszę nie dotyczy niestety mojej ukochanej arii „Mi tradi”, której nie
usłyszałam – burza stanęła na drodze sygnału telewizyjnego zrywając na kilka
minut transmisję). Podobne odczucia miałam w wypadku Lenneke Ruiten – też głos
za delikatny na Annę, ale – podołała. Jak zwykle jestem głęboko wdzięczna
każdej śpiewaczce, która nie pokonuje trudności i pułapek tej roli wrzaskiem,
więc Ruiten także zbudziła tym moją
sympatię. Valentina Nafornita za to już bez zastrzeżeń oczarowała mnie swoją
Zerliną – ładny głos we właściwym rozmiarze, dobry styl i co za temperament!
Swoją zaś drogą desant rumuńskich artystek na światowe sceny operowe każe się
poważnie zastanowić – oni tam muszą mieć nie tylko talenty, które rodzą się
wszędzie, ale też znakomitych pedagogów. Wystarczy wymienić tylko trochę
nazwisk: Elena Mosuc, Ruxandra Donose, Anita Hartig, Leontina Vaduva, Theodora
Gheorghiu i wreszcie Diva Angela. Zestaw imponujący, a przecież to nie
wszystkie! Na dodatek większość z tych pań to piękne kobiety, co oczywiście
dotyczy również Nafornity.
Christoph Eschenbach
jest dyrygentem doświadczonym, ale to samo w sobie o niczym nie świadczy i
niczego nie gwarantuje. Pod jego batutą Wiener Philharomiker grali jednak jak
natchnieni – z werwą, blaskiem, klasą nie gubiąc najmniejszego detalu. W sumie
– udany wieczór.































.jpg)
























