niedziela, 22 kwietnia 2018

Verdi razy 3: Londyn, Walencja i Nowy Jork



Urządziłam sobie ostatnio trzy wieczory z Verdim oglądając po kolei „Makbeta” z ROH, „Korsarza” z Palau de les Arts Reina Sofia (Walencja) i wreszcie „Luizę Miller” z Met. Całkiem przypadkowo dzieła ułożyły się w kolejności ich powstawania, co dało mi asumpt do myślenia o krętych ścieżkach, jakimi czasem podąża talent. Najwcześniejszy „Makbet” wydaje się dziś najbardziej „verdiowskim” , jest też najczęściej wystawiany pomimo, iż do głównej, choć nie tytułowej roli potrzebna jest śpiewaczka o ogromnych możliwościach. Ma takie Ljudmyla Monastyrska, która wykonywała tę partię kilka lat temu w Londynie, wówczas poświęciłam jej wpis (https://operaczyliboskiidiotyzm.blogspot.com/2013/03/lady-macbeth.html ). Produkcja się od tego czasu nie zmieniła, uwagi w tej kwestii pozostają aktualne, zmienili się za to soliści. Zdecydowałam się na obejrzenie tego „Makbeta” nie tylko dlatego, że lubię tę operę, ale też ze względu na ciekawość jak też wypadnie bodajże trzecia Lady Anny Netrebko. Wypadła dobrze, głównie ze względu na nieskrywaną pasję jaką śpiewaczka obdarza swoją bohaterkę a także na znacznie lepsze niż kiedy ją ostatnio słyszałam jako Lady Makbet (w Met) brzmienie w dolnym odcinku skali. Željko Lučić nadal wydaje mi się „Makbetem bez właściwości”, a wolumen głosu (pięknego) nie predysponuje go do roli. Yusif Eyvazov, od pewnego czasu niestety nieodłączny element kontraktów małżonki (takie pakiety po pewnym czasie nieznośnie nużą) śpiewał przyzwoicie, aczkolwiek w duetach z Malcolmem był stroną wyraźnie słabszą niż Kim Konu. Ildebrando d’Arcangelo szlachetnie zaprezentował się jako Banco, zarówno od strony wokalnej jak scenicznej. Dyrygował Antonio Pappano, co przynajmniej we włoskiej muzyce nie wymaga żadnego komentarza.
Kolejne popołudnie poświęciłam „Korsarzowi”. Pisząc o tej operze całkiem niedawno, bo niespełna pół roku temu (http://operaczyliboskiidiotyzm.blogspot.com/2017/12/sabosci-geniusza-czyli-korsarz.html) nie podejrzewałam, że tak szybko będę miała szansę zetknąć się z nową produkcją tego, nie bez powodu nieczęsto wystawianego dzieła. A jednak się udało, zdecydowano się je zaprezentować publiczności w teatrze w hiszpańskiej Walencji. Niestety nie było to udane spotkanie. Przede wszystkim za sprawą Fabio Biondiego, wybitnego specjalisty od baroku, któremu najwyraźniej Verdi nie służy (a raczej odwrotnie). Muzyka brzmiała za głośno, momentami wręcz hałaśliwie, zabrakło płynności. Do maestra dostosował się nominalny gwiazdor przedstawienia Michael Fabiano, który ostatnio niezbyt szczęśliwie ma na dwa tryby śpiewania: głośno lub bardzo głośno. Problem w tym, że zapomniał o istnieniu innych, a przecież nie zawsze tak było. Nadmierna ekspresja także nie pasuje do postaci Corrada. Oksana Dyka to już nie ten sam głos, co jeszcze kilka lat temu. Jej mezzosopran odbarwił się i zmatowiał, są problemy z koloraturą i górnymi dźwiękami. Podobnie Vito Priante – Seid w jego wykonaniu był zwyczajnie nudny. Jedynym wokalnym atutem spektaklu  została w tej sytuacji Kristina Mkhitaryan (niedawna Micaela z ROH) jako Medora, nieszczęsna narzeczona pirata. Ona miała wszystkie atuty potrzebne do roli : ładnie zaokrąglony, ciepły, liryczny sopran, piękne legato, pewną górę skali. Walencki „Korsarz” zupełnie nie udał się pod względem inscenizacyjnym. Momentami sprawiał wrażenie, jakby reżysera wcale nie było, a już z pewnością zapomniał on o istnieniu chóru zastygającego na długie minuty w kamiennym bezruchu. Nicola Raab miał za to koncepcję postaci tytułowej, którą zobaczył jako typowo byronicznego kochanka, co razem z naturalnymi skłonnościami wykonawcy dało efekt chwilami groteskowy. 
„Luizę Miller”  pamiętam z pierwszego z nią spotkania. Było to nagranie spektaklu ROH z Katią Ricciarelli, Placido Domingo i Renato Brusonem.  Ricciarelli była w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku Luizą absolutną – do dziś można znaleźć w sieci jej dokonania w tej roli z bodajże czterema Rodolphami (w tym także z Pavarottim i Carrerasem). Jej charakterystyczny, słodki sopran zrósł mi się z postacią bardzo mocno i dopiero po ostatniej transmisji z Met znalazła się śpiewaczka mogąca z powodzeniem z nią konkurować. Sonia Yoncheva okazała się wspaniałą Luizą – dźwięczny, śliczny głos jest w tej muzyce na swoim terytorium. Yoncheva wyznała ostatnio, iż ma trochę dosyć ciągłego umierania na scenie i planuje występy w rolach lżejszych zarówno wokalnie jak tematycznie. Wspaniała wiadomość – porzucenie Normy i Toski powinno dobrze zrobić tej znakomitej artystce. Świadczy o tym właśnie Luiza – partia jak i cała opera właściwie belcantowa, a leżąca w jej możliwościach jak rękawiczka. Ozdobniki z początkowej części pierwszego aktu nie były wprawdzie całkiem takie jak powinny, ale ogólne wrażenie jak najlepsze. Piotr Beczała był za swego Rodoplha powszechnie chwalony, mnie jakoś nie zachwycił w pierwszych dwóch aktach, ale ku memu zaskoczeniu podobał się w najbardziej wymagającym trzecim. Ktoś napisał, że taki miły facet jest niewiarygodny jako ten, który truje nawet zdradliwą kobietę swego życia, ale mnie się Beczała wydał zarówno wokalnie jak aktorsko dobry jako krańcowo zdesperowany amant. Placido Domingo  podobno doradzał mu, żeby tę część roli  śpiewał „jak Otella” . Nasz tenor wprawdzie Otella (jeszcze?) nie wykonuje, ale i tak poradził sobie świetnie na własny sposób. Domingo natomiast wypadł w roli Millera dobrze – głos brzmiał niewiarygodnie dźwięcznie i świeżo, choć nie barytonowo. Przy tym postać bardzo mistrzowi odpowiada, uczynił swego bohatera nie tak obsesyjnym (jak interpretował go np. Renato Bruson), ale szlachetnym i kochającym. Przy tym – wybaczcie tę uwagę – trudno sobie wyobrazić piękniejszego starszego pana na scenie. Role comprimario także zostały w Met trafnie obsadzone.W dniu premiery wznowienia debiutował w tym teatrze Alexander Vinogradov. Jego karierę od dłuższego czasu śledzę z życzliwym zainteresowaniem a był świetny jako hrabia Walter. Dmitry Belosselskiy miał jako Wurm mniej okazji do zrobienia wrażenia, ale w duecie obu basów był godnym partnerem  Vinogradova. Olesya Petrova dysponuje ciepłym, zaokrąglonym mezzosopranem, który na pewno wpływa na sposób postrzegania jej bohaterki. W interpretacji Petrovej  Frederika jest znacznie sympatyczniejsza i sprawniejsza wokalnie niż to zazwyczaj bywa, a partia, choć rozmiarowo nieduża nie należy wcale do łatwych. Bertrand de Billy zazwyczaj mnie nie zawodzi i tak też było tym razem. 17-letnia już produkcja Elijaha Moshinskyego oraz scenografia i kostiumy Santo Loquasto trzymają się dzielnie, jak to zwykle bywa z przedstawieniami zrobionymi „po bożemu”. Ogólnie uważam, iż spektakl wypadł całkiem porządnie. Może nie był godzien zachwytów, można wyliczyć pewne niedociągnięcia, ale w sumie – ja spędziłam przyjemne dwie godziny.






Jak widać umieranie bywa niezwykle śmieszne i na próbie tylko Rodolpho docenił powagę chwili

czwartek, 12 kwietnia 2018

International Opera Awards i inne drobiazgi





International Opera Awards wylądowały tego roku w rękach dwóch naszych rodaków. Piotr Beczała, nominowany po raz czwarty doczekał się wreszcie statuetki co cieszy szczególnie, nawet wtedy, kiedy jak ja nie jest się szczególną admiratorką tego śpiewaka. Z drugim laureatem kłopot mam znacznie większy. Teatr, w którym Mariusz Treliński głównie pracuje to ten z racji miejsca zamieszkania odwiedzany przeze mnie najczęściej, siłą rzeczy z rezultatami działań  „reżysera roku” stykam się regularnie. Mam z nimi ten zasadniczy problem, iż na ogół są nużąco jednorodne, chociaż wystawiane dzieła pochodzą z odległych od siebie czasów i stylistyk. Jeśli widziałeś jeden spektakl przygotowany przez Trelińskiego (może poza „Don Giovannim” i „Madamą Butterfly”, ale to rzeczy sprzed wielu lat) – znasz wszystkie. Poza tym, co jeszcze ważniejsze od lat mam wrażenie, iż dyrektor artystyczny TWON cierpi na poważny niedosłuch, bo tylko tym można tłumaczyć wokalne katastrofy jakie zdarzają się na deskach narodowej sceny właśnie w jego przedstawieniach – Jay Hunter Morris jako Tristan, Francesca Patane jako Turandot a wreszcie Jacek Laszczkowski jako Paul – tej grozy i bólu uszu zapomnieć się nie da.  Pod wieloma względami Treliński       jest nieodrodnym dzieckiem swoich czasów, typowym przedstawicielem pokolenia, które rządzi teraz najważniejszymi domami operowymi Europy. Nie chce być pośrednikiem między widzem-słuchaczem a dziełem, woli pod jego pretekstem opowiadać ciągle tę samą historię naznaczoną własnymi lękami i obsesjami.  Nie akceptuję takiego stosunku ani do cudzej twórczości, ani do odbiorcy, więc nagroda dla Trelińskiego nie cieszy mnie tak jak powinna. I z pewną obawą czekam na majową premierę „Ognistego anioła”, chociaż tym razem pewnie moje uszy powinny być bezpieczne, przynajmniej ze strony wykonawczyni głównej roli, wspaniałej Ausrine Stundyte.  Zobaczymy. 
Kontynuując wątek IOA  - laureatką nagrody publiczności, którą w pierwszej edycji otrzymała Aleksandra Kurzak w tym roku została Pretty Yende.  Promienna sopranistka w pełni na nią zasłużyła. Co ciekawe, z opublikowanych już przez większość teatrów planów na przyszły sezon wynika, że jej zasadniczym partnerem na scenie w tym czasie będzie Mariusz Kwiecień . Mają zaplanowane wspólne występy w 5 operach („Poławiacze pereł”, Napój miłosny”, „Don Pasquale”, „Purytanie” i „Wesele Figara”) – od Barcelony przez Nowy Jork po Monachium. W niektórych z nich towarzyszyć im będzie Javier Camarena.  A jeśli już mówimy o ekscytujących scenicznych parach zapowiedziano iż dwie największe współczesne gwiazdy, Jonas Kaufmann i Anna Netrebko wystąpią razem w „Mocy przeznaczenia”na deskach ROH. Parę lat temu mieli już plany, które niestety nie doszły do skutku więc na razie „Traviata” pozostaje jedynym ich wspólnym występem w pełnym spektaklu. Przedstawienie będzie transmitowane do kin, co da okazję obserwowania wydarzenia tym, którzy nie zdobędą biletów.  Warto jednak przypomnieć, że w „Mocy” tenor i sopran mają wszystkiego dwie sceny razem, a najgorętsza relacja łączy tenora z barytonem. Przy okazji  - Jonas Kaufmann w wywiadzie prasowym ujawnił, co było prawdziwą  przyczyną jego rezygnacji z tegorocznej „Toski” w Met. Otóż prosił dyrekcję o zmniejszenie liczby kontraktowych prób – w końcu zarówno partię jak całe dzieło zna doskonale a przystosowanie do tej konkretnej produkcji nie zajęłoby mu dużo czasu. Ze strony Met padła kategoryczna odmowa i wszyscy wiemy, jak to się skończyło.  Całe zdarzenie stawia w nienajlepszym świetle osoby decyzyjne w Met, w tym szczególnie Petera Gelba, nad głową którego od dłuższego już czasu zbierają się ciemne chmury. Świadczy to także o zaburzonej hierarchii wartości panującej niestety nie od dziś  w teatrach operowych na naszym kontynencie, a jak z tego wynika choroba dotarła już także do Ameryki.  Takie podejście do tematu jest tym dziwniejsze, iż  akurat tam instytucje te nie są finansowane przez państwowe dotacje, jak w Europie. Skutkiem nieugiętości i nieco absurdalnego oporu dyrekcji Met stały się liczne wolne miejsca na spektaklach „Toski”. Olbrzymiej widowni nie da się zapełnić tylko dzięki magii samego dzieła, potrzebne są prawdziwe gwiazdy. Jeśli nie rozumie tego szefostwo sceny chcącej uważać się za wiodącą na świecie – taki właśnie jest rezultat.

wtorek, 3 kwietnia 2018

OPERA. STARTING. NOW. CONCENTRATE! - "Cosi fan tutte" w Met



Co robiliście wieczorem w  Wielką Sobotę? Zmęczeni świąteczną bieganiną spoczęliście wygodnie we własnych fotelach, czy też zamieniliście je na kinowe by obejrzeć nienajlepiej, z naszego punktu widzenia umiejscowioną w czasie transmisję z Met ? Mnie się do kina dotrzeć nie udało, seans urządziłam sobie w spokojny i suchy poniedziałek, ale jestem mocno ciekawa, jaka była frekwencja. „Cosi fan tutte” nie cieszy się u nas popularnością na miarę „Don Giovanniego” czy „Wesela Figara” i właściwie nie wiem dlaczego. Muzyka to przecież taka piękna, momentami, zważywszy temat nawet zwodniczo anielska. Niestety, czasy mamy od niebiańskiej słodyczy dalekie i nowojorska scena w ostatnich dniach odczuła to ze wzmożoną siłą. Nowa produkcja „Cosi” zastąpiła poprzednią , sielsko śliczną graną od 1996 do 2014 zazwyczaj pod batutą Jamesa Levine’a. I właśnie teraz gruchnęła wieść, iż ex szef muzyczny pozwał Met za złamanie kontraktu. Dyrekcja jest zaszokowana. Naprawdę? Wyrzucili człowieka, który przepracował u nich 46 lat i miał status niemal boski (niemal sprawia wielką różnicę) myśląc, że nie zareaguje? Nie wiadomo, jak zakończą się oba postępowania  (Met versus Levine i Levine versus Met), ale jedno oczywiste jest na pewno – koszt będzie olbrzymi, zarówno dosłownie jak w przenośni. Cokolwiek nastąpi, czarne chmury nad głową Petera Gelba gromadzą się coraz gęściej. Nawet Jonas Kaufmann prychnął ostatnio lekceważąco „oni nie potrafią sprzedać nawet „Toski”. Zaiste, jeśli tak – nie wróży to najlepiej. W tych warunkach wskazany byłby jakiś balsam na zaniepokojone melomańskie dusze i reżyser Phelim McDermott taki nam zafundował w postaci „Cosi fan tutte” radosnego, kolorowego, wyczyszczonego z wszelkich gorzkich posmaczków jakie ta opera ze sobą niesie. Zamiast osiemnastowiecznego Neapolu znaleźliśmy się w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku na Coney Island, zwanej nie bez racji stolicą amerykańskiego kiczu. Do akcji włączono mnóstwo elementów typowej, jarmarcznej rozrywki – było wszystko : kobieta z brodą, połykacze ognia, akrobaci, karły, dama z wężem itd. Z publicznością wesoła cyrkowa gromadka porozumiewała się za pomocą plansz – każdy trzymał jedną z pojedynczym słowem pospołu układającym się w napis. Moja ulubiona  - OPERA. STARTING. NOW. CONCENTRATE!  Kto wie, czy nie należałoby jej pokazywać przed każdym spektaklem operowym… Dekoracje oczywiście dostosowano do tej koncepcji, Tom Pye wprowadził na scenę diabelski młyn, wirujące filiżanki nadnaturalnej wielkości i cale mnóstwo podobnych gadżetów. Przy okazji słynne, zatroskane pytanie Leo Slezaka „o której odchodzi następny łabędź?zyskało nieoczekiwane uzasadnienie. Całość obrazu dopełniły kostiumy Laury Hopkins, a, że moda lat pięćdziesiątych sprzyjała kobiecej zwłaszcza urodzie (chociaż wygodzie niezupełnie) przed oczami mieliśmy obrazki rwące oczy oleodrukową urodą i kolorami. Muszę przyznać, że takie „Cosi”, bez goryczki, psychoanalizy i podkreślania obecnych niewątpliwie w tekście akcentów mizoginistycznych nieoczekiwanie mi się podobało. Moja radość nie mogła jednak być kompletna, bo wrażenia muzyczne spektakl pozostawił mi mocno mieszane. Krótko mówiąc David Robertson prowadził orkiestrę chaotycznie, w za szybkich tempach  i nawet w cudownym tercecie „Soave sia il vento” nie było magii. Śpiewacy sprawili się różnie, a szkoda, bo „Cosi” wymaga wyrównanego i bardzo zgranego zespołu wykonawczego. Najsłabszym elementem okazała się pod tym względem Amanda Majeski , która zaprezentowała okropne „Come scoglio”. To jest oczywiście wyjątkowo trudna do zaśpiewania aria, ale fakt ten nie usprawiedliwia szeregu fatalnych błędów intonacyjnych i finałowego, krzykliwego koguta. Majeski ma ładny głos, w mniej forsownych momentach brzmiała nawet przyjemnie, co nie zmienia faktu, że partia Fiordiligi dalece ją przerasta. Dużo lepiej wypadła Serena Malfi jako Dorabella, w pełni panująca nad okrągłym, ciepłym mezzosopranem. Obaj panowie : Guglielmo – Adam Plachetka (energiczny sympatyczny, o przyjemnym  barwie głosie) i Ferrando - Ben Bliss (delikatny, elegancki, jasny tenor) byli na miejscu zarówno wokalnie jak aktorsko. Nie zachwycił mnie tym razem wytrawny mozarcista Christopher Maltman. Był wprawdzie Don Alfonsem młodszym i nieco sympatyczniejszym niż zazwyczaj bywa, ale jego baryton stracił na dźwięczności i urodzie. Importowana z Broadwayu Kelli O’Hara nadspodziewanie dobrze dała sobie radę z Despiną – była filuterna, fertyczna i wdzięczna a wokalnie sprawna. Ogólnie ten spektakl ma szansę pozostać w Met na dłużej, a z lepszym dyrygentem i solistką w roli Fiordiligi prawić odbiorcom dużą przyjemność. 









czwartek, 22 marca 2018

Carmen w kabarecie


W sprawie tej produkcji „Carmen” pewne jest tylko jedno – wywołała wymarzoną przez dyrektorów teatrów wrzawę i wzbudziła kontrowersje – prawdziwe, nie tylko medialne. Sama zetknęłam się z biegunowo różnymi opiniami na jej temat, od zachwytu po całkowitą negację. Siadając do oglądania spodziewałam się, że mnie też jakoś poruszy, a tu pod tym względem klapa całkowita. Rzecz wydała mi się raczej letnia i straszliwie wręcz banalna. Przede wszystkim Barrie Kosky nie potrafił tym razem opowiedzieć nam żadnej spójnej historii, bo rozbijając całkowicie konstrukcję utworu nie zastąpił jej niczym. Zamiast dziejów Carmen dostaliśmy zbiór numerów kabaretowych słabo ze sobą powiązanych, rozdzielonych jeszcze przed damski głos recytujący didaskalia i fragmenty z oryginalnego tekstu Prospera Mérimée. Nie trzeba dodawać, że reżyser wyprowadził akcję z właściwego jej czasu i miejsca, ale nie to stanowiło problem. Najwyraźniej przyzwyczaiłam się do takich manewrów bardziej niż bym chciała, bo nawet nie próbowałam dojść dlaczego dziewiętnastowieczną Andaluzję zastąpiła … Republika Weimarska. Kosky, będący nieodrodnym dziecięciem poprzedniego wieku szafuje nazbyt szczodrze analogiami do słynnych filmów : „Blond Wenus” Sternberga (Carmen pojawia się w kostiumie goryla i ściąga jego górną część niczym Marlena Dietrich) czy Kabaretu” Fosse’a, któremu przedstawienie zawdzięcza najwięcej – od nastroju zaczynając a na złowróżbnych, wszechobecnych klaunach kończąc. Nie posłużyło również operze wzięcie całej historii w ironiczny nawias, bo wyglądało to tak, jakby reżyser przestraszył się skoncentrowanych emocji zawartych w tekście, a są one właściwe dla gatunku. Jakoś „Carmen” według Barrie Kosky’ego do mnie nie przemówiła – nie oburzyła wprawdzie, ale też nie znalazłam w niej niczego szczególnie interesującego. Była to właściwie kolejna „Carmen” bez tytułowej bohaterki, bo na scenie mieliśmy tylko kabaretową divę udającą tę archetypową postać. Podejrzewam, że decydenci z ROH zamówili sobie taką wersję dzieła Bizeta celowo kontrastując ją z obecną przez lata w londyńskim teatrze produkcją Franceski Zambello, której zarzucano nadmierną tradycyjność i rodzajową „hiszpańskość”. W moim odczuciu przy okazji wylano dziecko z kąpielą i ciekawa jestem jak długo przetrwa ten spektakl. Na pewno łatwiej go będzie konserwować od strony technicznej, jako, że właściwie nie ma nim żadnej scenografii (schody zawsze się znajdą). Część kostiumów można będzie poddać recyklingowi i wykorzystać na przykład w „Lulu”. Prawdziwy problem nowej produkcji polega w moim odczuciu na tym, że jej bohaterowie pochodzą z zupełnie różnych porządków scenicznych – Carmen kpiarska i kabaretowa, Don Jose grany tradycyjnie i na serio, Micaela wzięła się jakby z serialu o rozhisteryzowanej małolacie. Nic dziwnego, że w takiej sytuacji postacie się mijają i wszelkie między nimi interakcje są całkowicie obojętne dla widza bo między tą trójką nie ma prawdziwego kontaktu, chociaż przebywają w odległości pół metra od siebie. Szkoda, Barrie Kosky tym razem mnie zawiódł, a spodziewałam się po nim więcej. Może Andrzej Chyra w czerwcu nie zawiedzie nadziei na „Carmen”…  A na razie trzeba czekać i zadowolić się tym, co jest. Pewnie na londyńskie przedstawienie narzekałabym mniej, gdyby było muzycznie bardziej udane, ale okazało się dosyć przeciętne. Jakub Hrůša dyrygował dziarsko, ale bez dopieszczania szczegółów, co nie jest dobrą metodą zwłaszcza na partyturę powszechnie znaną. Kostas Smoriginas wyglądał odpowiednio kusząco jako Escamillo, ale z tą wbrew pozorom paskudnie trudną partią sobie nie poradził. Takie niby nic – jedna aria, którą w dodatku potrafi zanucić niemal każdy, nawet jeśli opery nie cierpi i nie wie skąd melodia się wzięła plus dwa małe dueciki, wszystko. Problem w tym, że ten drobiazg wymaga posiadania  skali zarówno basowej jak barytonowej, w związku z tym wykładają się na nim najsławniejsi artyści . Kristina Mkhitaryan nie należy do najbardziej aksamitnogłosych Micael, ale  śpiewała bardzo przyzwoicie. Jose raczej nie zapisze się w biografii Francesca Meli po stronie sukcesów, partia jest dla niego za mocna. Meli starał się jak mógł, ale wynik nie rzuca na kolana – tenor nawet nie próbował pięknie zakończyć arii z kwiatem dźwiękiem morendo, jak powinien. Anna Goryachova, którą na moim blogu chwaliłam kilkakrotnie wypadła, od strony wokalnej średnio. To bardzo piękny głos, ale mezzosopranu dramatycznego nigdy z niego chyba nie będzie, w każdym razie nie ma teraz. Aria z kartami, ważniejsza przecież od bardziej przebojowych fragmentów roli Carmen nie mogła zabrzmieć w związku z tym z odpowiednia siłą. Goryachova ma talent aktorski, ale na wiele się jej nie przydał, bo skutkiem koncepcji reżyserskiej jej interpretacja sceniczna polegała głównie na zmianie kostiumów i paradowaniu z ironicznym uśmieszkiem. W związku z tym seansem moje nadzieje na soczystą Carmen w Warszawie tylko wzrosły. Obym się nie zawiodła.









Po swej śmierci Carmen wstaje i....


poniedziałek, 12 marca 2018

"Semiramida" w Met



To była moja pierwsza „Semiramida”, oglądana w zamierzchłych czasach, których nikomu nie śniło się o transmisjach kinowych z Met. W Polsce nie zdarzały się też telewizyjne relacje z takich miejsc, więc siłą rzeczy musiałam obejrzeć ją z kilkuletnim opóźnieniem, na pewno nie był to rok 1990, w którym produkcja miała premierę. Z tamtego seansu pamiętam dziś role June Anderson i Samuela Rameya (mimo całego podziwu dla techniki Marilyn Horne nie przepadam za jej głosem) i bogate kostiumy. Dziś udając się do kina doskonale wiedziałam, na co mogę liczyć, a na co nie. Nie spodziewałam się więc realistycznych kreacji aktorskich, bo ograniczenia fizyczne nie pozwalają duetowi  Meade – DeShong na  wiarygodne zagranie matki i syna. Nic to nowego, wcześniej było jeszcze gorzej - „syn” o 18 lat starszy od swojej matki i nieomylnie kobiecy z wyglądu. Nie o tego typu realizm wszakże w operze chodzi, co niestety nie dotarło ciągle do rzesz reżyserów, którzy gatunku nie cierpią, ale uparcie przy nim majstrują. Wieczorem 10 marca pozostaliśmy w bezpiecznych rękach Johna Copleya biorącego libretto wprost  i nie ingerującego nawet w jego absurdy.  Ten spektakl dziś już wydaje się wręcz ostentacyjnie staromodny i na pewno zwolennicy regietheatru oraz „przybliżania i uwspółcześniania” się nie pożywią, reszta – cóż, jeśli ktoś lubi koncerty w ostentacyjnie barwnych kostiumach… Niestety, przedstawienie robi wrażenie uginającego się pod własnym ciężarem wehikułu, nieruchawego i wiejącego nudą. Poza tym lata funkcjonowania w realiach terroru obrazka zrobiły swoje i my też wolelibyśmy oglądać śpiewaków wiekiem i postawą dostosowanych do swoich postaci. Będę się jednak upierać przy tym, że oglądanie nadal pozostaje w operze drugorzędne wobec słuchania, chociaż oczywiście najlepiej byłoby te dwie rzeczy zsynchronizować. Jeśli jednak się nie da, bo światowe sceny na razie nie są zaludniane przez wszystko mające cyborgi supremacja dźwięku powinna być oczywista. Nie czepiawszy się więc figur duetu głównych wykonawczyń przysłuchajmy się najważniejszemu – temu co one i ich koledzy mieli w głosach. I tu nie oprę się znienawidzonemu zdanku „a nie mówiłam?”. Bo przecież niewielu śledzących tę  transmisję nie zgodzi się z tym, że najważniejszą, jeśli nie jedyną jej gwiazdą okazała się Elizabeth DeShong. Śledzę tę karierę od dawna pozostając w stanie olbrzymiego zdziwienia, że ta mezzosopranistka nie jest  wciąż supergwiazdą. 6 lat temu, u początków mojego bloga poświęciłam jej entuzjastyczny post wróżąc taką pozycję i bardzo mi żal, iż nie dostała wciąż od losu tego, co według talentu i umiejętności powinna. DeShong ma znane w operowym światku nazwisko i tyle. Na najbardziej prestiżowych scenach świata proponowano jej przede wszystkim partie drugoplanowe  - w Met musiała czekać 10 lat od debiutu (2008 – Suzy  w „Jaskółce”) by móc pokazać się w roli głównej . Może Arsace na deskach Met przyniesie jej wreszcie popularność i uznanie, na które zasłużyła. Śpiewa przepięknym, czekoladowo gęstym i płynnym a przy tym połyskliwym głosem, trudności techniczne dla niej nie istnieją, koloratura jest swobodna i precyzyjna a dół skali imponujący. Drugim członkiem obsady, który niemal mimochodem pokonał trudności swojej partii był Javier Camarena. Rola księcia Ireno do wdzięcznych nie należy, bo składa się niemal wyłącznie z wokalno-technicznego popisu a można ją usunąć  bez szkody dla fabuły i partytury. Skoro jednak Rossini ją napisał by zaspokoić gwiazdorskie wymagania Johna Sinclaira,który śpiewał na premierze w Teatro La Fenice w 1823 roku obsadzenie Camareny okazało się ze wszech miar słuszne. Więcej problemów miała z tytułową Semiramidą Angela Meade, której sopran nie zaleca się szczególną urodą czy ciepłem.  Meade posługuje się koloraturą sprawnie, ale nie sprawia to u niej wrażenia naturalnego środka komunikacji zaś górne dźwięki są nieco siłowo wypychane. Na pewno nie jest to Semiramida na miarę June Anderson, chociaż w sumie całkiem niezła. Zawiódł natomiast Ildar Abdrazakov, który w przeciwieństwie do obu partnerek adekwatnie wyglądał, ale podjął się partii mocno przerastającej możliwości głosowe - krańcowo siłowe góry, niedobre ozdobniki i matowa średnica (podejrzewam, iż głos po prostu był zmęczony walką z rolą, bo zazwyczaj Abdrazakov brzmi dźwięcznie).  Tym razem nie zachwycił mnie chór Met, wkradły się nierówności. Mauricio Benini poprowadził tę olbrzymią (pomimo skótów) dostojnie i z uwagą. Ogólnie wieczór z tą „Semiramidą” dość mocno się dłużył, rozświetlany jedynie głosem Elizabeth DeShong.
P.S.  To wznowienie miało być przygotowane na scenę przez 84-letniego już Johna Copleya, który  reżyserował premierę 28 lat temu. Sędziwy Brytyjczyk opowiedział jednak w trakcie pracy pieprzny dowcip i ktoś z chóru (wsparty później przez dwójkę kolegów) poczuł się „niekomfortowo”. Copley został zwolniony w trybie natychmiastowym. 







piątek, 2 marca 2018

Kontratenor hip-hopowy - Jakub Józef Orliński



Końcówka tegorocznej zimy wprowadziła mnie w stan inercji – nic mi się nie chce, nic nie ekscytuje, organizm nastawił się na przetrwanie do wiosny. Rozszerza się to na operę,  jakoś nie spotkało mnie w tej dziedzinie ostatnio nic, co warte byłoby podzielenia się wrażeniami.  Dzisiejszy wpis poświęcę więc rozpoczynającej się chyba właśnie na dobre światowej karierze kolejnego, młodego, polskiego śpiewaka. Kariery tej, co muszę szczerze przyznać nie przewidziałam kiedy po raz pierwszy miałam okazję zetknąć się z nim na scenie. W „Agrippinie” na deskach Teatru Stanisławowskiego w warszawskich Łazienkach (który nie nosił jeszcze dumnego miana Polskiej Opery Królewskiej) Jakub Józef Orliński, jako Narciso zrobił na mnie wrażenie pozytywne ale dalekie od zachwytu.  Trzeba jednak koniecznie doprecyzować, iż urodzony w grudniu 1990 kontratenor nie miał wtedy nawet 24 lat a jego artystyczna edukacja wciąż trwała. Potem Orliński szlifował swój talent w Akademii Operowej przy Teatrze Wielkim i wreszcie w Julliard School of Music.  Brał też udział w rozlicznych konkursach wokalnych i to niemal zawsze z sukcesami. Tym dającym zapewne najwięcej na arenie międzynarodowym jest zapewne znalezienie się wśród wąskiego grona pięciorga laureatów Metropolitan Opera National Council Audition 2016. Lista nazwisk poprzedników  wygląda imponująco i chociaż to osiągnięcie niczego nie gwarantuje w oczach dyrektorów od obsad zapewne może być argumentem niepośledniej rangi. Nieprędko chyba zobaczymy naszego falsecistę na scenie Met, bo w tym teatrze dzieła barokowe do których głos kontratenorowy  potrzebny bywa najczęściej nie goszczą zbyt regularnie, ale czasem się zdarzają i wówczas być może … Na  razie Jakub Józef Orliński ma za sobą debiut na festiwalu w Aix-en-Provence, gdzie wykonywał rolę Orimenea w „Erismenie” Cavallego popisując się przy tym umiejętnościami tanecznymi. Śpiewak przez lata uprawiał break dance (mój kolega, który sędziuje w wielu konkursach w tej dziedzinie doskonale go z niejednych zawodów pamięta) co daje mu zasadniczą przewagę nad kolegami -  niezwyczajną nawet w dzisiejszych czasach sprawność ruchową. Jest też utalentowany aktorsko i, co ważne w czasach terroru obrazka przyjemny dla oka. No dobrze, a jak śpiewa? Mnie w jego wokalistyce  brakuje czegoś indywidualnego, własnego chociaż doceniam solidną podstawę w rzemiośle i ładną barwę głosu. Podejrzewam jednak, iż ten rys indywidualny i ciekawszy wyraz emocjonalny może przyjść z czasem oraz artystycznym i osobistym dojrzewaniem. Z czasem będzie też Orliński rozszerzal swój i tak jak na ten wiek bogaty repertuar, na razie, poza pojedynczymi barokowymi ariami zawierający miedzy innymi takie role jak Ottone w „Agrippinie”, Eustazio z „Rinalda” czy Ruggiero w „Alcinie”. Z czystym sumieniem mogę polecić Państwu płyty z udziałem Orlińskiego – „Carnevale di Venezia” z Natalią Kawałek i Miriam Albano oraz tę, która dziś powinna trafić do sklepów muzycznych „Enemies In Love” (ponownie z Natalią Kawałek). Na jesień tego roku zaplanowano wydanie już solowego CD „Anima Sacra” z towarzyszeniem popularnego i uznanego zespołu „Pomo d’Oro”. Będzie to pierwsze nagranie  zrealizowane  w ramach kontraktu Orlińskiego z wytwórnią Erato. Gdyby ktoś z Was nie słyszał jeszcze, jak śpiewa nasz kontratenor na You Tube jest mnóstwo świadectw jego sztuki, wybrałam i zalinkowałam trzy, z których szczególnie ciekawa wydała mi się rejestracja występu w ramach Master Class Joyce DiDonato. Posłuchanie jak wspaniała artystka odbiera młodego kolegę i jakie ma uwagi jest, szczególnie dla laika bardzo interesujące. Warto dodać, że w przepastnych zasobach YT można sobie znaleźć podobną lekcję z Szymonem Komasą. A wracając do Orlińskiego - informacji o nim szukać specjalnie nie trzeba, bo jego fan page na Facebooku jest kopalnią wiedzy o aktualnościach z jego artystycznego życia. 







JJO i Nadine Sierra, laureatka National Council Audition z 2009 roku


wtorek, 20 lutego 2018

Słodycz "Napoju miłosnego" i plany Met



Luty, kiedy za oknami ciągle szaro i smutno a czasami pojawia się dotkliwe zimno to doskonała pora na dosłodzenie życia „Napojem miłosnym” . Kilka łyków owego magicznego napitku zawsze wprawia w dobry nastrój, tyle tam włoskiego słońca i melodii. Nie planowałam na sobotni wieczór spotkania z Donizettim, ale w końcu znalazłam się przed ekranem. Ponieważ była to ta sama inscenizacja, którą nowojorska scena pokazywała już nam w kinach niecałe 6 lat temu porównania obsadowe narzucały się same. Muszę przyznać, że chociaż poprzednią odsłonę produkcji wspominam dobrze obecna przyniosła mi jeszcze więcej radości mimo nieobecności w niej mego ulubionego śpiewaka. Sprawczynią okazała się głownie Pretty Yende, chociaż nie tylko ona. Tym razem miałam wrażenie, że odtwórczyni roli Adiny jest do niej idealna pod każdym względem: młoda nie tylko ciałem ale i co ważniejsze jasnym, promiennym głosem, wdziękiem i naturalnością.  Anna Netrebko, chociaż włada sopranem o znacznie bogatszej i chyba piękniejszej barwie (to rzecz gustu, ale tak brzmi w moich uszach) nie miała już w 2012  takiej swobody wokalnej, lekkości i przede wszystkim stylu. Matthew Polenzani pozostał Nemorinem niezmiernie sympatycznym i bez zarzutu również stylowym, aczkolwiek pewnie już nigdy nie polubię barwy tego głosu. Nie zmienia to jednak faktu, że to chyba najbardziej udana kreacja sceniczna w jakiej miałam okazję go podziwiać, a było ich już sporo. Z Davide Luciano zetknęłam się po raz pierwszy i było to ciekawe spotkanie. Włoski baryton nie zaleca się szczególnie urodziwą czy charakterystyczną barwą, ale sądząc po tym jak śpiewa jest prawdziwym belcancistą. Pięknie frazował, nigdy, naprawdę w żadnym momencie nie uległ pokusie napinania głosu, zaprezentował też ładne ozdobniki. Stworzył przy tym nieoczekiwanie sympatyczną postać, czego po sierżancie Belcore nie oczekiwałam. Luciano był zabawny, ale przy tym ani trochę nie brutalny. Ildebrando d’Arcangelo podjął się roli „doktora” Dulcamary też był to bohater zupełnie inny niż poprzednio. W tym wypadku przywiązałam się jednak do Ambroggia Maestriego tak bardzo, że nie mając do D’Arcangelo większych zastrzeżeń i tak tęskniłam za jego poprzednikiem. Domingo Hindoyan dyrygował energicznie i polotem, może sobie ten debiut w Met zaliczyć do sukcesów.
Podobnie jak rok temu Metropotan Opera 15 lutego ogłosiła swe plany na nadchodzący sezon i przynajmniej na papierze wyglądają interesująco. Żałuję, że nie zobaczę nowej odsłony pięknej produkcji „Poławiaczy pereł” ale transmisji radiowej nie odmówię sobie na pewno. Bardzo jestem ciekawa nowej Leili – Pretty Yende i nowego Nadira  - Javiera Camareny. O Zurgę – Mariusza Kwietnia można być całkiem spokojnym, rola powoli staje się jego specjalnością. Podobnie sytuacja przedstawia się z „Pelleasem i Melisandą” – miło byłoby nie tylko usłyszeć, ale i zobaczyć Isabel Leonard oraz Paula Appleby (uwaga: Pelleas tenorowy) w tytułowych rolach, ale cóż – Peter Gelb tej opery nie lubi. Z tego, co przewidziano do transmisji ominę chyba dwa gwiazdorskie wehikuły – „Dziewczę z zachodu” bo nie przepadam za Jonasem Kaufmannem w partii Dicka i nie mam przekonania do Evy Marii Westbroek jako Minnie. Nie wybieram się też na nową produkcję „Traviaty”, bo krzykliwej Diany Damrau jako Violetty mam serdecznie dosyć, co innego, gdyby pokazywaną drugą obsadę z Anitą Hartig. Za to już się cieszę na „Dialogi karmelitanek”, i „Marnie” – Hitchcock w operze, w dodatku z Leonard i Christopherem Maltmanem – czekam niecierpliwie! Pójdę też na „Adrianę Lecouvreur”, ale nie względu na duet Netrebko Beczała , mnie przyciąga nazwisko Anity Rachvelishvili (księżnej de Bouillon). Planuję też dosłodzić sobie życie „Córką pułku” – trio Yende,Camarena i Blythe jest dla mnie atrakcją nie do przegapienia. Zastanowię się jeszcze nad „Samsonem i Dalilą” (wolałabym Rachvelishvili i Antonenkę niż Garancę i Alagnę) i zgraną niemiłosiernie „Aidą” (znów Anita!). Zobaczymy, co wyjdzie z tych planów …  Dla nas, polskich operomaniaków ważny jest kolejny debiut w Met naszego rodaka – Tomasz Konieczny zaśpiewa w powracającym na deski Met „Ringu” (tym z machiną) Albericha, będzie też Abimelechem w „Samsonie i Dalili”. Artur Ruciński ma przewidziane dwa spektakle „Traviaty” zaś Aleksandrę Kurzak będziemy mogli zobaczyć jako Micaelę. Miejmy nadzieję, że nie zacznie się kolejny korowód wypadków i nagłych zachorowań i wszystko to będziemy mogli podziwiać. A co Wy wybieracie z przyszłego sezonu?