środa, 29 lipca 2026
Lato festiwalowe 2026 - "Traviata" w Bregenz
Są takie miejsca na festiwalowej mapie operowej w których nie bywa się by zakosztować wrażeń muzycznych najwyższej klasy. Tam się jeździ by zostać oszołomionym widowiskiem i jego skalą, żeby zakosztować teatru większego niż codzienne życie w licznym towarzystwie olbrzymiej widowni. W Europie mamy dwa takie gigantyczne przedsięwzięcia coroczne – oba w Austrii. Wyraźnie się od siebie różnią. O ile impreza w kamieniołomach St. Margarethen stanowi wydarzenie odrębne, bregenckie spektakle na Jeziorze Bodeńskim są częścią festiwalu operowego. To ważne, bo poza sceną plenerową przeznaczoną dla wielkiej publiczności (około 7 tysięcy miejsc) są też przedstawienia pod dachem teatru festiwalowego. Oba miejsca krańcowo są inne repertuarowo – o ile turystów (żeby było jasne : nie ma nic złego w byciu turystą i nie jest to określenie pejoratywne) trzeba kusić hitami miejsce bardziej kameralne gości zazwyczaj cymelia. Kiedy usłyszałam, że w tym i następnym sezonie (premiery odbywają się co drugi rok, w kolejnym są powtarzane) scena na jeziorze zaprezentuje „Traviatę” poczułam nieco wątpliwości, bo to nie jest dzieło, które charakteryzuje się szczególnymi możliwościami widowiskowymi. Oczywiście, mamy początkową imprezę u Violetty i przede wszystkim drugi obraz drugiego aktu z chórami i tańcami, ale jednak o sile i charakterze tej opery stanowią sceny dwuosobowe lub solowe. Decyzja podjęta została przez nową dyrektor festiwalu Lilli Paasikivi finansowo okazała się opłacalna, 190 000 biletów rozeszło się błyskawicznie. Pozornie wydawało się, że jest jak zawsze, media szeroko donosiły o przygotowaniach, pojawiły się filmy dokumentujące budowę dekoracji oraz liczne informacje o technicznej stronie przedsięwzięcia. Czy to ma jakiekolwiek znaczenie dla przyszłego widza? Raczej nie, ma służyć właśnie oszołomieniu go wystawnością całości. Kłopot w tym, że wiedza o tym, z czego zrobione są udające popękane lustra elementy (wiadomo, że nie ze szkła, to byłoby ciężkie, niebezpieczne, kosztowne i nietrwałe) czy świadomość sposobu poruszania się scenicznych platform w niczym nam nie pomaga. Ta „Traviata” nie okazała się inspirująca pod żadnym względem. Reżyserem był Damiano Michieletto, który nigdy wcześniej nie miał do czynienia z tą operą i najwyraźniej zabrakło mu na nią pomysłu, a taki mieć koniecznie trzeba, żeby spektakl w tak szczególnych warunkach zyskał sens. Na widok scenografii Paolo Fantina chciałoby się zacytować Tennysona i Christie i zakrzyknąć „zwierciadło pęka w odłamków stos”, tyle, że nic z tego nie wynika. Akcję przeniesiono do lat dwudziestych ubiegłego wieku, co ani nie przeszkadza, ani nie dodaje czy podkreśla żadnych aspektów treściowych. A dodać należy, że pewne atrakcyjne możliwości zostały już jakiś czas temu skasowane przez naturę. Lustro wody Jeziora Bodeńskiego obniżyło się znacznie (podobno o 1,5 metra) i nie ma już mowy o nurkowaniu w przestrzeni między widownią a sceną ani też o przybywaniu bohaterów do miejsca akcji łodziami. Teraz woda ma tam głębokość marnych 30 centymetrów i wykonawcy mogą najwyżej trochę pochlapać. Co też czynią, brodząc przy okazji na owej płyciźnie i mocząc doły sukien oraz garniturów bez powodu i potrzeby. Kolejny problem to projekcje wideo dopowiadające szczegóły akcji. Nie prezentują one artystów występujących w aktualnej obsadzie, a są wspólne dla wszystkich trzech, grane przez aktorów. Dla widzów oglądających „Traviatę” pierwszy raz w życiu, a takich w Bregencji jest sporo może to być bardzo mylące. Dźwiękowo (bo chodzi nie tylko o warstwę muzyczno-wokalną) też produkcja daleka jest od porządku. Streamowano przedstawienie premierowe i nagłośnienie poszczególnych solistów (a w tych warunkach jest ono konieczne) miało bardzo różny poziom. Muzycznie również było tak sobie. Mimo regularnej obecności Wiener Philharmoniker nieczęsto bregenckie spektakle kuszą jakością w tym względzie. Nie chodzi tu o brak najsłynniejszych gwiazd w obsadzie, wszak np. w Glyndebourne też raczej ich nie ma a poziom wokalny bywa nieporównywalnie wyższy. Raczej nie to zawiodło jednak widownię, która nie była zachwycona reagując raczej letnio. Bo taka to była „Traviata”, niewzbudzająca większych emocji. Marjukka Tepponen dysponuje całkiem mocnym głosem, technikę ma dobrą ale jej Violetta nie bardzo mnie obchodziła. Gorzej z Alfredem – Julien Behr ani nie stworzył postaci a jego tenor, wyszarzały i monochromatyczny raczej nie mógł się podobać. Vladimir Stoyanov śpiewa Germonta seniora już od lat i to słychać zarówno w pozytywnym jak negatywnym sensie. Chór nie zawsze brzmiał tak stopliwie jak powinien, ale taka to już właściwość przedstawień plenerowych. Wiener Philharmoniker, zamknięci w odrębnym pomieszczeniu (słyszalni przez nagłośnienie i niewidoczni dla publiczności) pod batutą Kirilla Karabitsa zagrali porządnie, ale nie to w tej operze chodzi. Jeżeli wybieracie się do Bregencji na „Traviatę” chyba najlepiej wybrać obsadę z chińskim tenorem Long Longiem jako Alfredem – wspaniały głos i utalentowany aktor - , ale na takie rady już za późno, chyba, że trafią się zwroty biletów.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz