poniedziałek, 28 września 2026
"Agrippina" u Janáčka
Dzisiaj odwiedzam Národní divadlo Brno (inaczej Janáčkovo divadlo), teatr w stolicy Moraw. Pierwsza wizyta w tym miejscu, rekomendowanym przez wielu (w tym p. Dorotę Kozińską) nie do końca mi się udała, ale… Tym razem moją uwagę przyciągnęła nie tylko wystawiana tam „Agrippina”, ale też udział w spektaklu Václava Luksa i jego zespołu Collegium 1704, który znam doskonale z licznych odwiedzin na Wratislavia Cantans i bardzo, ale to bardzo podziwiam. W komplecie z dziełem, które znam dość dobrze i bardzo lubię zapowiadało się nieźle i tak właśnie było. Warto tu przede wszystkim przypomnieć, że poza oczywistymi przyjemnościami muzycznymi „Agrippina” ma jeszcze zaletę, która wyróżnia ją wśród oper barokowych, a mianowicie znakomite libretto Vincenzo Grimaniego. Postacie wprawdzie tylko w ogólnym zarysie przypominają bohaterów podręczników i gdyby nie imiona większość z odbiorców nie domyśliłaby się z kim ma do czynienia, ale – w czasach produkcji Netflixa nie powinniśmy zgłaszać większych zastrzeżeń. Najważniejszy jest tu sposób opowiedzenia historii – prosto, bez udziwnień i piętrowych komplikacji uczuciowych. Osią intrygi zaś librecista uczynił postać, która mogłaby zaistnieć w każdych czasach, także w naszych – mamuśkę obsesyjnie pchającą rozpuszczoną latorośl do kariery, do której się nie nadaje. Co, jak wiemy doprowadzi ją do śmierci z rąk ukochanego pacholęcia posadowionego wygodnie na tronie – ale to już kiedy akcja opery się zakończy i brawa ucichną. A na razie Agrippina knuje i manipuluje, Poppea się od niej skutecznie uczy zaś wszyscy inni są ich marionetkami. Martin Glaser poprowadził akcję w miarę logicznie, nie siląc się na jakieś rewolucyjne pomysły. Podkreślił tylko, z wydatną pomocą projektanta kostiumów (Martin Chocholoušek) cechy komiczne bohaterów, doprowadzając je czasem do absurdu. Ta ścieżka wydaje się często łatwa, w tym wypadku aż nazbyt. Przy tym reżyser posłużył się metodą, za którą nie przepadam a znam aż za dobrze z wielu inscenizacji – rozpędził scenę obrotową, kręcącą się ustawicznie aż do zawrotów głowy u widza. Ten manewr ekstremalnie rzadko przynosi pożądany przez reżysera efekt i tu nie przyniósł go także. Sama scenografia (Petr Vítek) migająca przed oczami wydała mi się raczej neutralna. W drugiej części wykorzystano kolejny, znany i ograny element - roślinny labirynt, w którym błądzą postacie. Wszystko to razem dało się oglądać bez przykrości, ale także bez szczególnej uwagi. Tę skupiła na sobie bez większych problemów obsadzona w partii tytułowej Pavla Vykopalová, efektywna scenicznie i swobodna wokalnie. Jej uczennica Poppea w wykonaniu Vanessy Waldhart nie wypadła tak dobrze – jej sopran zaliczyłabym raczej do kategorii subretkowej – malutki, dosyć dźwięczny, ale przy tym dosyć ograniczony przestrzennie. Uroda i wdzięk to zawsze cenne atuty, ale jednak … Z trzech falsecistów wymaganych przez partyturę mieliśmy na scenie dwóch, drugoplanową rolę Narcisa kreowała mezzosopranistka Monika Jägerová i nie sprawdziła się w niej przede wszystkim za sprawą nieprecyzyjnych, rozmazanych ozdobników. Z dwóch panów Vojtěch Pelka jako Nerone, ów rozdokazywany smarkacz, dopiero wyrastający na szalonego cesarza z przyszłości zrobił na mnie lepsze wrażenie ładnym męskim sopranem i udanymi koloraturami. Alcista Constantin Zimmermann – Ottone był w porządku, ale nie sądzę, bym miała zapamiętać go na dłużej. Właściciele niższych głosów męskich – Wojtek Gierlach jako Claudio i Tadeáš Hoza Pallante dali się słuchać z dużą przyjemnością i obaj stworzyli porządne kreacje sceniczne. A Collegium 1704 i jego szef Václav Luks okazali się tak niezawodni jak zwykle.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz