Moja kolejna wycieczka na rozległe i słabo znane terytorium opery
słowiańskiej zakończyła się zalewem tzw. mieszanych uczuć. Pierwszym i
dominującym okazało się ogromne
zdumienie, że w 2004 roku możliwa była jeszcze tak zła, żenująca wręcz jakość
realizacji telewizyjnej. Gorsze widziałam tylko w kradzionych najwyraźniej
technicznych rejestracjach z Opernhaus Zurich, ale one nie powstawały dla
szerokiej publiczności, a znalazły się w sieci jako dokumentacja tamtejszych
początków Jonasa Kaufmanna. Fan, jak wiadomo wszystko wytrzyma. Tu zaś mamy do
czynienia z profesjonalną , przynajmniej z nazwy produkcją. Jej kardynalny błąd
wynika zapewne z braku pieniędzy, ale to wszystkiego nie usprawiedliwia.
Spektakl rejestrowano bowiem jedyną kamerą, a stojący za nią człowiek nie tylko
nic nie wiedział o samym utworze, ale też mówiąc delikatnie nie osiągnął w
swoim fachu poziomu choćby przyzwoitego. Temu zawdzięczamy gwałtowne
przenoszenie się ujęcia na z boku na bok ( nieszczęśnik nie wiedział który ze
śpiewaków kiedy się odezwie i reagował zawsze z opóźnieniem) oraz w górę i w
dół. Ignorancja kamerzysty szczególnie
dokuczliwa okazała się w finałowym duecie, kiedy to filmował wyłącznie
aktualnie śpiewającą osobę pozbawiając nas całkowicie reakcji drugiej strony.
Dodać warto, że owa jedyna kamera nie obejmowała swym zasięgiem orkiestronu,
więc w czasie wstępów do kolejnych aktów, po obejrzeniu streszczenia libretta
mieliśmy na ekranie statyczny obraz detalu architektonicznego widowni. Widzowie
bezpośredni w Litewskiej Operze Narodowej byli szczęśliwsi od nas , skazanych
na DVD, ale tylko trochę. Jak na tak efektowne, gotyckie libretto (według
Lermontowa, w ostatnim akcie cytowanego niemal dokładnie) rzecz okazała się
dziwnie wyprana z namiętności i wyblakła. Przecież to historia wielkiej pasji
miłosnej, wielkiego kuszenia i zwycięstwa dobra, a całość w nomen omen
demonicznym sosie! Mówimy bowiem o „Demonie” Antona Rubinsteina, jego jedynym
arcydziele. Mamy tu wszystko: niewinne dziewczę omal nie przywiedzione do zguby
przez siłę nieczystą, upiorną ucztę weselną z trupem narzeczonego w roli
głównej, wielką scenę uwodzenia młodej zakonnicy przez piekielnego kochanka,
jego gorzki spór z aniołem ( z pamiętnym tekstem „Bóg nie żąda miłości, ale
posłuszeństwa”) , wreszcie finałową apoteozę dziewczęcia, które z pomocą
niebiańską oparło się Złemu. A na scenie… Głównym pomysłem reżysera
Andrejsa Zagarsa było podzielenie jej
pudła na trzy poziomy. Skutkiem tego tytułowy bohater właściwie aż do ostatniego
aktu śpiewa (jeden , krótki wyjątek) spod sufitu i wobec fatalnej realizacji
dźwięku jest słabo słyszalny. Niezmierna
szkoda, bo to jedna z najciekawszych ról, jakie opera ma do zaoferowania basom
lub barytonom. Wspaniała, słowiańsko melodyjna ale i dramatyczna muzyka, a ile
do zagrania! Pierwszy raz usłyszałam dwie z pięciu arii Demona w wykonaniu Rene
Pape (płyta „Gods, Kings and Demons”) i zapadły mi w pamięć na zawsze. W tej
realizacji rolę wykonał Samsons Izjumovs i kiedy go było słychać sprawował się
nieźle od strony wokalnej, chociaż nie jest to głos ani szczególnie piękny, ani
też charakterystyczny. Niestety koszmarne aktorstwo rodem z dziewiętnastego
wieku (zawsze frontem do publiki, i z obszernymi, „katalogowymi” gestami rąk)
uczyniło jego postać całkowicie niewiarygodną. Śpiewacy drugoplanowi sprawili
się całkiem dobrze (Romans Polakovs – Gudal, Ilona Rasa – Anioł, Ilona Bagele –
Niania) z jednym wyjątkiem – Guntars Rungis jako Sinodal nie dysponuje głosem o
odpowiedniej mocy ani barwie. Sinodal to taka dziwna rola jak np. Macduff – na
scenie przebywa krótko, ale znacząco i ma do wykonania wspaniałą arię. Na
koniec zostawiłam sobie niewątpliwą gwiazdę tego spektaklu – fantastyczną
Kristine Opolais, która wówczas nie była jeszcze światową divą. A już w pełni
na to zasługiwała – przepiękny, wyrównany we wszystkich rejestrach , dźwięczny
sopran, bezbłędna intonacja, wyraz dramatyczny , znakomite aktorstwo. I na
dodatek piękna kobieta. Już szykuję uszy
na jej Manon Lescaut w nadchodzącym sezonie w ROH
- Des Grieux będzie Kaufmann i przewidziano kinową transmisję. A ramach
zaklinania rzeczywistości – czy naprawdę żaden dyrektor teatru operowego
(choćby Bolszoj czy Marijskij 1 lub 2 nie zauważa, że jest śpiewak, który do
roli Demona się urodził? Wyobraźmy sobie jak mógłby w niej się znaleźć Dimitri
Hvorostovski. Tu jego narcystyczna osobowość nie byłaby pewnie żadną
przeszkodą. W linkach koncertowe wykonanie jednego z monologów – posłuchajcie i
popatrzcie – tu już nawet nie trzeba charakteryzacji. Dorzuciłam jeszcze Pape, który jest może mniej
szatański, ale za to jeszcze bardziej uwodzi tym niebywałej urody głosem.
piątek, 14 czerwca 2013
poniedziałek, 10 czerwca 2013
Nigdy nie mów nigdy - także dla fanów Piotra Beczały
Obiecywałam sobie, że nie przesłucham tej płyty. Nie
w akcie dziecinnego uporu – jak wiecie nie dołączyłam do armii fanów Beczały –
ale dlatego, że od słodyczy mnie mdli, nawet czekolady nie jadam. Operetkę
znoszę w małych dawkach jako estradowy bis, podobnie jak pieśni neapolitańskie,
zaś w całości stanowi dla mnie wyzwanie. Nie usiłuję tu wcale postponować tych,
którzy to lubią , po prostu „chacun à son goût” jak śpiewa
Książe Orlofsky. Ciekawość mnie jednak zmogła - w końcu, jeśli coś sobie
osobiście włączyłam, to mogę też w razie czego skrócić cierpienia i wyłączyć. Nie
cierpiałam, nie wyłączyłam, a pod koniec na twarzy pojawił mi się szeroki
uśmiech. To nigdy nie będzie moja ulubiona płyta , ale w swoim gatunku nagranie
jest znakomite. Głos Beczały , ani za jasny, ani za ciemny idealnie pasuje do
tej muzyki, a jego deklaracja, że należy traktować ją poważnie, bez taryfy
ulgowej zostaje spełniona w stu procentach. Nasz tenor śpiewa żarliwie, po
mozartowsku płynnie, kiedy trzeba pozwala melodii rozkołysać głos tanecznie,
zdarzają się też fragmenty nieco bardziej figlarne a także melancholijne.
Zdecydowanie klasa mistrzowska, co tym milsze, że Łukasz Borowicz prowadzi Royal Philharmonic Orchestra pewną, lecz
należycie lekką ręką. Szkoda za to, że do „Lippen schweigen” doproszono Beczale
akurat Annę Netrebko (czy też sam ją zaprosił, nie wiem). Oczywiście, oboje
pracują w tej samej firmie, sporo razem występują , no i mógł być to rewanż za jego
gościnne pojawienie się na jej
„Souvenirs”. Szkoda, bo Netrebko brzmi tu okropnie – ciężki,
skrzekliwie brzmiący głos ( co się stało ?) i kompletny brak świadomości co się
śpiewa. Austriaczka Daniela Fally, towarzysząca artyście w innym fragmencie,
choć dysponuje maleńkim, przenikliwym sopranem wie przynajmniej jaka muzykę
wykonuje. Zmiksowanie nagrania współczesnego z bardzo dawnym nie wydaje mi się
uczciwe, bo to stare nijak nie oddaje zalet głosu Taubera, dla którego przecież ta CD ma stanowić hołd. Z moich
niewielu narzekań wynika to, co powinno – bohaterem i atrakcją tej płyty jest
Piotr Beczała – i tylko on! I jeszcze mała uwaga edytorska: staranność
wydawnicza ( kilka wersji na różne rynki) i rozmach promocyjny dobrze wróży
współpracy Beczały z Deutsche Grammophon. Jest on dla tej firmy bezcennym
nabytkiem – odkąd Kaufmann związał się
długoletnim kontraktem z Deccą nie było atrakcyjniejszego tenora. Na koniec – ostatni link nie
prowadzi do arii w wykonaniu bohatera niniejszego posta. Ci, którzy znają
omawianą dziś płytę mogą sobie porównać, jak inaczej , choć równie wspaniale da
się wykonać nawet rzecz wydawałoby się
błahą – fragment „Giudity”. Beczała śpiewa lżej, słoneczniej, zaś … ten drugi
pan znacznie namiętniej. Obaj -
fantastyczni.https://www.youtube.com/watch?v=8PqlUJgo35E
https://www.youtube.com/watch?v=-_djpEFwXX8
https://www.youtube.com/watch?v=fD3K7U_4BH8
https://www.youtube.com/watch?v=VwtuFW-AUMQ
piątek, 7 czerwca 2013
Dziewica uwięziona - "La donna del lago" z ROH
„La
donna del lago” (różnie tłumaczy się ten tytuł na polski, pozostanę więc przy
oryginalnym) nie należy do szczególnie udanych, ani też często granych oper
Rossiniego. A jednak pojawia się na scenach operowych od czasu do czasu zaś tytułową
rolę śpiewały wielkie gwiazdy: Montserrat Caballe, June Anderson, Katia Ricciarelli.
W maju dzieło wystawiła ROH i spektakl okazał się nieco dziwaczny. Taki ni
pies, ni wydra, jakby realizatorzy chcieli właściwie rzecz pokazać po bożemu,
ale odwagi im nie starczyło i postanowili
troszkę jednak przy libretcie pomajstrować. W związku z tym po odsłonięciu
kurtyny zamiast XVI-wiecznej Szkocji
mamy o mniej więcej 300 lat późniejszy , najpewniej brytyjski klub
dżentelmenów z kilkoma muzealnymi
gablotami. W jednej z nich, centralnie umieszczonej tkwi jako eksponat główna
bohaterka (wyrazy współczucia dla Joyce DiDonato zmuszonej bardzo długo trzymać
ręce uniesione nad głową), w innej mamy miniaturę statku, w kolejnej królewskie
szaty. Wśród dżentelmenów obecni są Rossini i Walter Scott, którzy zaczynają na
bieżąco snuć opowieść. Elena może wreszcie opuścić swe szklane więzienie i
spotkać króla - nadal w warunkach klubowych. Wreszcie przecudny
lanszaft przedstawiający szkockie góry zostaje , jak wrota rozsunięty i
znajdujemy się we właściwym miejscu akcji. A tam – centralnie umieszczone
schody prezentowane z różnych stron dzięki obrotówce. Te dwie zasadnicze
scenerie będą się jeszcze wymieniać, zaś autorzy opery interweniować i wymyślać
ją na bieżąco (Rossini wybłaga u Scotta szczęśliwą odmianę losu kochanków).
Żebyśmy na pewno wiedzieli , z kim mamy do czynienia dostajemy nawet Rossiniego
w imponującej czapie mistrza kuchni próbującego świeżo przyrządzonej
jagnięciny. Skutek tej koncepcji reżyserskiej odczuwają zasadniczo wykonawcy partii
drugoplanowych Albiny – Justina Gringyte (świetny głos, kariera warta
obserwacji) i Serano – zasłużony tenore
comprimario Robin Leggate. Do śpiewania
mają tyle, ile w partyturze, ale ich obecność na scenie znacznie się wydłuża,
jako, że to oni kreują także role Rossiniego i Scotta. Wszystko to razem nie
jest może szczególnie sensowne, ale specjalnie nie razi. Do finału, kiedy to
Elenę, ozdobioną tartanem z powrotem pakują do gabloty, w której panoszy się
już masa roślinności, co przywołuje
trumienne skojarzenia. Wykonawstwu muzycznemu niewiele można zarzucić i
to wydaje mi się najważniejsze. Nawet Michele Mariotti, którego znałam dotąd z nienajlepszej strony
poprowadził orkiestrę sprawnie i bez udziwnień ( wyjąwszy może nadto zwolniony
początek). Większość publiczności przybyła do ROH zapewne zwabiona nazwiskami
gwiazd, ale to nie DiDonato i Florez
mogą pochwalić się największą i zasłużoną w pełni owacją wieczoru. Jej
adresatką jest Daniela Barcellona, która po tym spóźnionym debiucie w ROH doczeka
się może wreszcie pozycji, na którą od dawna zasługuje. Dysponuje nie tylko
pięknym, ciepłym mezzosopranem, ale też maestrią wokalną , która pozwala jej na
doskonałą realizację trudnych, belcantowych partii. To nie tylko znakomita
koloratura, ale też nienaganna kontrola oddechowa i legato, którego można jej pozazdrościć.
Barcellona nie jest utalentowana aktorsko, ale zrobiła w tym względzie spore
postępy a tym razem projektant kostiumów, Yannis Thavoris pomógł jej wydatnie
tworząc właściwie postać Malcolma. Żałuję
za to, że jako wredny Rodrigo występuje śpiewak
do tego przewidziany a nie jego nagły zastępca (choroba wyłączyła oryginalnego
Rodriga z premiery i kilku późniejszych spektakli) . Nie, żebym miała wiele do
zarzucenia Colinowi Lee – stworzył porządną, nieźle zaśpiewaną jasnym tenorem
rolę. Ale naczytałam się recenzji , a znając możliwości Michaela Spyresa
(pisałam już o nim entuzjastycznie na tym blogu) myślę , że to mogła być
rewelacja. Także dlatego, że Spyres dysponuje tenorem o ciemnym zabarwieniu,
który pewnie świetnie kontrastował z lekkim, lirycznym głosem Juana Diego Floreza
– Uberta. Florez zaś prezentuje się na sobie właściwym, najwyższym poziomie
wokalnym. To jest śpiewak stworzony do Rossiniego i myślę, że powtarzanie w
nieskończoność tych samych zachwytów nie ma sensu – i tak wiecie dlaczego. Bez
zmian pozostają też jego przeciętne, „katalogowe” (poza a , b ,c itd.) umiejętności
aktorskie. Tu z kolei mam wrażenie, że role komediowe bardziej mu odpowiadają –
jest na przykład uroczym i zabawnym Almavivą. Joyce DiDonato nie wydaje mi się
idealną kandydatką na Elenę i przez większość wieczoru coś mi w niej
przeszkadzało. Lekkie niedostatki w dźwięczności i troszkę ściśnięta góra w
miarę czasu się bledną, by przy pirotechnicznym finale zaniknąć zupełnie więc
nie chodzi o głos. W tym momencie mam serdeczną prośbę do wrażliwców – nie
czytajcie dalej, za chwilę nastąpi bowiem uwaga nietaktowna. Zastanawiałam się
długo, czy o tym pisać , ale problem dotyczy nie tylko DiDonato, zaś ona sama
nie przeczyta mych impertynencji i przykrości jej nie zrobię. Rzecz jest bowiem w wyglądzie artystki, a
raczej w nadmiarze chirurgicznych środków odmładzających. To one spowodowały,
ze mimo wyraźnych wysiłków aktorskich (gwiazda ma ów talent i rzemiosło też bez
zarzutu) twarz jeszcze kilka lat temu
naturalnie uroczej kobiety stała się martwa i niweluje aktorskie próby. W
teatrze, kiedy nie widzimy tej twarzy z bliska to nie boli, ale na kinowym czy
telewizyjnym ekranie już tak. Zwłaszcza, że zupełnie niedawno bronią DiDonato
był osobisty wdzięk, któremu kilka zmarszczek z pewnością by nie zaszkodziło. A
przy tak marmurowym obliczu interpretacja staje się niezmiernie trudna a
kontrast między wyrażającym wiele emocji głosem a niczego niewyrażającą fizys
bywa przykry. Oczywiście wyjście istnieje - zamknąć oczy i nasycać się
dźwiękiem, ale nie po to przecież oglądamy spektakle. Poza tym, można
wybaczyć artyście, jeśli wizualna
nieadekwatność nie całkiem wynika z jego winy – któżby się skarżył na brak
talii Caballe, Norman, Pavarottiego czy Blythe
(jak się skończyło dążenie do bezwzględnej, także zewnętrznej doskonałości u
Callas wszyscy wiemy) albo brak wiośnianej dziewczęcości u Gruberovej. Ale
kiedy artystka robi to sobie sama, na własne życzenie? Dziękuję, to ja już wolę
niepowalającej urody Barcellonę, której twarz jednak pozostaje z głosem w
zgodzie i coś wyraża.
poniedziałek, 3 czerwca 2013
Don Giovanni w lateksie czyli o nałogach
Nałóg to rzecz straszna. Jest zazwyczaj zwodniczo radosny na etapie
popadania weń, później na ogół coraz mniej przyjemności, coraz więcej
rozczarowań. Ale kolejna porcja naszej używki stała się już niezbędna jak tlen,
leczenie zaś zapowiada się długie, bolesne i najczęściej nieskuteczne. Tak
właśnie mam z „Don Giovannim”. Żeby tam nie wiem ile obrzydliwości wcisnęli mi
już wierni adepci regietheatru zawsze się połaszczę na kolejną wersję. Tym
razem , widząc okładkę DVD i trochę zdjęć spodziewałam się najgorszego , ale
nie mogłam, po prostu nie mogłam sobie odmówić. I dostałam coś … zupełnie
innego niż oczekiwałam. Ale spójrzcie na uroczy portrecik Don Giovanniego – Was
też zapewne by zmylił. Zacznijmy więc od uwodziciela wszechczasów, czyli tego
faceta w lateksowych, czarnych szortach i podzwaniającego łańcuchami na szyi.
Reżyser Göran Järvefelt postanowił
uczynić go ostentacyjnie seksownym, ale w taki sposób , jak go pewnie mogłyby
sobie wyobrażać oddane czytelniczki trylogii o Greyu. Trochę to wygląda śmiesznie,
choć przyznać trzeba, że ten niepokojąco harlequinowy look nasz DG ma tylko w
pierwszej scenie. Dalej nosi się nadal na czarno, ale już akceptowalnie. Dodać
też należy, że Teddy Tahu Rhodes obdarował go swoim znakomitym ciałem –
doprawdy, drogie panie (i panowie) , jest na co popatrzeć – ze dwa metry
wzrostu, kaloryfer jak się patrzy – delicje. Za to makijaż w stylu Kleopatry
nie był konieczny. Zaś cała produkcja z Opera Australia w Sydney (listopad
2011) okazała się właściwie dość tradycyjna. Bo niezbyt smaczny, ale i niezbyt
rewolucyjny pomysł, by finałowa kolacja rozgrywała się przy służącej za stół
trumnie trudno uznać za szokujący. Nie takie rzeczy się już widziało. Poza tym
ów finał dziwnie jakoś nie robi wrażenia, co po dużej części wydaje mi się winą
beznadziejnie wypranego z osobowości Komandora. Szkoda też, że Järvefelt
nie miał pomysłu na różnice w warunkach fizycznych pana i sługi, bo niewysoki i
brzuchaty Leporello nijak , nawet w ciemności nie mógłby zostać uznany za swego
padrone i vice versa. Co czyni z całej reszty towarzystwa idiotów. Gorzej, że ten spektakl , dający się oglądać
(z tymi drobnymi zastrzeżeniami) bez przykrości niestety słuchać się już tak
nie daje. Dyrygent Mark Wigglesworth poprowadził uwerturę niczym Wagnera, dalej
zaś nieco eksperymentował z tempami. Miałam wrażenie, że bardzo chce, aby było
inaczej niż zwykle – gdzie zazwyczaj bywa szybko, u niego wolno i odwrotnie (
nigdy nie słyszałam tak powolnego „Meta di voi…”) . Przyznaję jednak, że dzięki
temu aria szampańska nie została zagoniona na śmierć , jak to się często
zdarza. Zaś co do wokalistów … Teddy
Tahu Rhodes określany jako baryton brzmi jednak zdecydowanie jak bas, i kompletnie nie umie śpiewać Mozarta. Nie
ma w głosie tego uwodzicielskiego uroku
, który tworzy wiarygodność Don
Giovanniego, tej zwodniczej miękkości
słodkiego drania. Na dodatek jego dykcja sprawia nieoparte wrażenie
użycia metody znanej nam z „Misia” – kluchy do ust i śpiewamy. Moim prywatnym
testem dla wszystkich Don Giovannich jest to, jak pada z ich ust słynne trzykrotne
„no!” w finale. Tutaj pada. I tyle. Rachel Durkin krzyczy jak to czyni pewnie
95% wykonawczyń roli Donny Anny,
Jacqueline Dark nie podołała kluczowej postaci Elviry – ostre brzmienie ,
żadnych niuansów. Conal Coad – Leporello i Henry Choo – Ottavio technikę posiadają w stopniu wystarczającym,
tyle, że obaj mają nieładne, matowe głosy. Daniel Sumegi w żadnym razie nie
powinien podejmować się roli Komandora -
to musi być potęga prawdziwego basowego głosu , tu zaś… szkoda gadać. Najlepiej
zabrzmieli znów młodzi : Zerlina – Taryn
Fiebig i Masetto – Andrew Jones. Po tej beczce dziegciu łyżeczka miodu:
właściwie wszyscy wykonawcy wykazali się aktorską sprawnością. To ważne, ale w
operze wciąż jeszcze nie najważniejsze!czwartek, 30 maja 2013
Przed "Don Carlo" w Monachium
Rodzinny dramat spowodował, że nie dotarłam do Londynu na "Don Carlo". Z recenzji wynika , że to były magiczne spektakle, Mariusz Kwiecień odniósł sukces debiutując w roli Posy a Anja Harteros tradycyjnie odwołała wszystkie występy poza premierowym. Nic to, udało mi się zdobyć bezcenny bilet na na "Don Carlo" w Monachium, a tam , jeśli wszyscy będą zdrowi powinno być jeszcze lepiej niż w styczniu 2012. O czym skrupulatnie doniosę. Na razie oddałam się wspomnieniom , co lubię od czasu do czasu i obejrzałam dwie wersje niemal już antyczne. Salzburg, 1986. Cyrk Karajana w pełnej krasie: jego
protegowani śpiewacy, jedna z jego orkiestr (wiedeńska, oczywiście) i on sam
jako gwiazda gwiazd, celebrujący siebie samego w sposób nieznośny. Ale, trzeba
staremu draniowi to przyznać: dyrygował znakomicie. Nie wiem, kto tym razem
odpowiadał za wybór wersji dzieła, bo dokonany został najgorszy z możliwych ,
czyli czteroaktowa wersja włoska pozbawiająca amantów uzasadnienia ich historii
a tym samym spłaszczająca motywacje – czyli także charaktery. Wystawiono ją nie
tylko pod batutą , ale też w reżyserii Karajana, a był on wyjątkowo pozbawionym
fantazji, nudnym reżyserem. Taki też
jest ten spektakl – olśniewający ciężkimi, bogatymi dekoracjami i sztywnymi,
stylowymi kostiumami, które przytłaczają
zarówno widza, jak wykonawców.
Jose Carreras był wówczas w niezłej kondycji głosowej i chociaż szczyt swoich możliwości miał już za
sobą, ciągle jego śpiewanie szczerze cieszyło uszy. Interpretacja od strony
czysto aktorskiej już dużo mniej. Fiamma Izzo d’Amico, którą Karajan usiłował
dość namolnie, acz bez większego powodzenia lansować snuła się po scenie niczym
widmo (piękne, trzeba przyznać) i sprawiała wrażenie kompletnie nieobecnej
duchem. Jej ładny sopran , używany z sensem jej nie ratował , bo tu również
czuło się ów indyferentyzm i brak zainteresowania tym co robi. Piero
Cappuccilli był już wtedy dość zaawansowany wiekowo i kompletnie nieudolny
aktorsko, ale ciągle dysponował wspaniałym głosem, fantastycznie dopieszczał
długie , typowo verdiowskie frazy i brzmiał potężnie nie wrzeszcząc. Ferruccio
Furlanetto, ponad 25 lat temu za młody wizualnie do swej roli wokalnie sprawdził się
znakomicie. Agnes Baltsa zaś miała
wszystkie atuty pozwalające stworzyć niezmiernie adekwatną i wyrazistą Eboli :
poza charakterystycznym w barwie i natychmiastowo rozpoznawalnym głosem (
zawsze bardzo mi się podobał) dysponowała
jeszcze rzadkim nerwem dramatycznym.
Największym zaskoczeniem był dla mnie stanowczo spektakl
z Theatre Chatelet , 1996 (wersja oryginalna : francuska, pięcioaktowa, przez ortodoksów
uważana za jedyną obowiązującą) . Zabierałam się do niego z nieufnością, mając
w pamięci popisy Roberto Alagny w niedawnym spektaklu MET i tamtejszą „Toscę” Bondy’ego, który rzecz
reżyserował. Ale to było dawno temu, regietheather , którego wyznawcą Bondy
jest dziś dopiero się wykluwał. Produkcja z Chatelet okazała się znakomita, nawet dla
moich , zmęczonych już trochę „Don Carlosem” oczu i uszu. Scenografia , nowoczesna, ale nawiązująca
do właściwych czasów, podobnie kostiumy.
Akcja przeprowadzona precyzyjnie , bez dziwactw
, z emocjami ale bez nadmiaru ekspresji. Alagna w 1996 miał wszystko, co
do roli Carlosa potrzebne : świeży, dźwięczny głos, młodą, sympatyczną twarz i
właśnie młodzieńczą żarliwość, jedyną cechę , która jego bohatera uwiarygodnia
i usprawiedliwia. Wróżono mu przed premierą porażkę, jako , że partia wydawała
się na jego głos za ciężka . Udźwignął bez problemów. Thomas Hampson , aczkolwiek momentami głosu
troszkę nie wystarczało okazał się bardzo dobrym Posą : intensywny, ale nie
histeryczny w wyrazie , elegancki , szlachetny (wszystko to przede wszystkim w
warstwie dźwiękowej) w dodatku przystojny: wysoki, smukły, długowłosy… Karita
Mattila jako Elisabetta stworzyła ciepłą i sympatyczną (wokalnie i
scenicznie) postać. Lubię ogromnie jej krystalicznie czysty głos , ale Mattila ma
poza tym niezmiernie rzadki dar rozjaśniania i ocieplania sceny przez samą swą obecność.
W przeciwieństwie do nadekspresyjnej i krzykliwej Waltraud Meier jako Eboli.
Nie mnie oceniać co ta wielka specjalistka od Wagnera śpiewać powinna, ale
repertuar niemiecki wydaje mi się jej naturalnym terytorium. Jose Van Dam zaprezentował bardzo dobre aktorstwo w roli
Filipa II, dobrze też śpiewał, ale to nigdy nie był basso profondo, a taki i
jedynie taki głos robi w tej partii odpowiednie wrażenie. Antonio Pappano –
klasa jak zawsze.
niedziela, 26 maja 2013
Baśniowe rozkosze - "Kopciuszek" i Ewa Podleś
Bardzo chętnie poznaję nowe dla
siebie dzieła. Zamiast kolejnej wersji opery repertuarowej czeka wtedy na mnie
ekscytująca niespodzianka – a nuż będzie to coś , co mnie porwie i uwiedzie? W
takich wypadkach odpowiedzialność
realizatorów jest podwójna, bo jeśli spotykamy się z niedobrą
inscenizacją , powiedzmy „Traviaty”, to poza zmarnowanym wieczorem nic się nie
stało – do utworu raczej się nie zniechęcimy. Ale przy czymś, z czym mamy do
czynienia po raz pierwszy kiepska produkcja może się przełożyć na stosunek do
samego dzieła. Do „Kopciuszka” Masseneta zabrałam się z dużą dozą
podejrzliwości bo nie należę do szczególnych wielbicielek jego twórczości. I tu właśnie spotkała mnie owa radosna
niespodzianka: siedziałam niemal non stop uśmiechnięta, a czasem od ucha do
ucha roześmiana i nie nudziłam się ani chwili. Przyjemność tę zawdzięczam
Massenetowi, który został solidnie wsparty przez cały team realizacyjny.
Barbara Limburg postawiła na maksymalną prostotę scenograficzną zabudowując
scenę białymi ścianami z dużą ilością drzwi (które po otwarciu ukazują czerwoną
drugą stronę). Właściwie jedyną ozdobą tych ścian jest … francuski tekst baśni
o Kopciuszku Charlesa Perraulta. Tylko
senne królestwo Wróżki wygląda nieco inaczej, ale mimo owej scenograficznej ascezy
jest na co popatrzeć .Kostiumy Laurenta Pelly i Jean-Jacquesa Delmote doskonale charakteryzują
postaci i są w swej ostentacyjnej bajkowości nieodparcie śmieszne.
Pelly rzecz wyreżyserował lekką ręką, kiedy trzeba zapełniając scenę tłumem
postaci w ciągłym ruchu, ale też stopując akcję i dając szansę prawdziwym
emocjom w momentach wymagających intymności. Wszystko zaś uczynił kierując się
najwyraźniej nawet nie librettem, a
muzyką. Oczywiste? Wszyscy wiemy, że w dzisiejszym teatrze niekoniecznie. Każdy
ze śpiewaków dostał szansę stworzenia kreacji wokalno-aktorskiej i niektórzy ją
wykorzystali. Bardzo podobał mi się dyrygent Betrand de Billy, który
wydobył partytury zarówno bajkową
żywiołowość , dość rzadko u Masseneta spotykaną, jak i typowy dla niego liryzm
i subtelność. Brawa dla orkiestry ROH! Bardzo lubię Joyce DiDonato, ale nie
wydaje mi się, żeby ten Kopciuszek był idealną dla niej rolą. Oczywiście, pewne
zalety pozostają stałe, jak piękne frazowanie , nieskazitelne legato, wreszcie
… wdzięk osobisty. Ale problematycznych gór było zdecydowanie za dużo. Podobnie
Eglise Gutierrez nie do końca przekonała
mnie do swojej Wróżki. To z kolei partia wymagająca stratosferycznej
koloratury, którą Gutierrez zdołała zrealizować tylko częściowo. Żeby zakończyć
narzekania - Jean-Philippe Lafonte jako
Pandolfe, tata Kopciuszka był wprawdzie sympatyczny, ale niezmiernie trudny do
słuchania z powodu brzydkiego, chropawego,
drżącego głosu.Za to duecik wrednych (tutaj raczej głupich) siostrzyczek pyszny
– obie dziewczyny (uczestniczki programu dla młodych artystów przy ROH): Kai Rüütel i Madeleine Pierard zagrały i zaśpiewały wspaniale. A
nie miały łatwo , bo towarzyszyły Ewie Podleś , Madame de la Haltere ponad
wszelkie pochwały. Maestra z wyraźną rozkoszą bawiła się rolą dając upust
komicznemu temperamentowi, którym tak rzadko może się wykazać. Uroczo ogrywała
też kostium z imponującą sempiterną. O rozkoszach wokalnych wspominać nie
przystoi - ten głos uzależnia. Na koniec
zostawiłam sobie Księcia . Alice Coote to
już nie ten sam wiośniany efeb co w „Alcinie”, ale jako chłopak
nadal jest nadal niezmiernie wiarygodna.
Ma przy tym przepiękny głos, któremu Massenet służy nawet lepiej niż barok. I
jeszcze mała rada: jeśli będziecie mieli do wyboru „Kopciuszka” Rossiniego i
Masseneta ja polecam tego ostatniego. A nie przypuszczałam, że kiedyś coś
podobnego napiszę …
środa, 22 maja 2013
Edita belcantowa - "Beatrice di Tenda"
Edita
Gruberova jest na współczesnej scenie operowej fenomenem. Wprawdzie są tacy,
którzy kontynuują regularną karierę mimo (nie chodzi tu o recital od czasu do
czasu bądź efektowne cameo) , że kilka lat od niej starsi, ale ich bardzo
niewielu. Poza tym Gruberova dysponuje najbardziej na działanie czasu
podatnym rodzajem głosu (poza falsetem)
– sopranem liryczno-koloraturowym, dźwięcznym, jasnym i niezbyt dużym. A ona nadal występuje w teatrach nie
przynosząc wstydu sobie i dyrektorom od obsad, wręcz przeciwnie. I wszędzie
witana jest z entuzjazmem, czasem wskrzesza się specjalnie dla niej odchodzące
w niepamięć belcantowe opery. Taki
właśnie spektakl zarejestrowano w Zurichu w 2002 . Owszem, działo się to ponad
10 lat temu, ale diva miała już wtedy 56 lat , a przecież chociażby ze sceny
TWON wiemy, że jej wokalne możliwości pozostają mniej więcej te same. Zajmijmy się
jednak samą produkcją „Beatrice di Tenda” . Tę niezbyt popularną operę
autorytety uważają za nieszczególnie udaną, bliźniaczą siostrę” Anny Boleny”
Donizettiego. Kiedy jednak posłuchać uważnie , znaki firmowe Belliniego można
rozpoznać natychmiast – szczególnie miękki, łagodnie melodyjny dramatyzm, tak
różny od środków używanych przez jego znakomitego kolegę. Chyba to właśnie
uwiodło Chopina, który Belliniego
uwielbiał i właśnie „Beatrice..” chciał usłyszeć na łożu śmierci, przynajmniej
tak kiedyś miał powiedzieć. Historia
opowiadana przez libretto wydaje się niepotrzebnie drastyczna (żona niesłusznie
oskarżona o zdradę przez mającego na oku młodą kochankę męża, tortury, wreszcie
wyrok i śmierć), ale jest całkowicie autentyczna, zdarzyła się na początku XV
wieku. W Zurychu Daniel Schmid
postanowił jednak pójść bardziej śladem muzyki niż libretta i na scenie żadnych
elementów drastycznych i efekciarskich nie ma. Akcję przeniesiono na początek
wieku XX, co zresztą , poza kostiumami niczego nie zmieniło. A właściwie
wszyscy, od protagonistów począwszy a na chórze skończywszy są odziani
niezmiernie strojnie i elegancko. Scenografia jest uniwersalna – tak można by
wystawić niemal wszystko : podesty i schody z prostymi poręczami , 2 fotele art
deco z oparciami w kształcie muszli i .. tyle. Reżyser jednak nie do końca uwierzył chyba we własną,
ascetyczną koncepcję i przynajmniej w pierwszym akcie nadto entuzjastycznie
bawił się sceną obrotową. Poza tym jednak działo się niewiele, co chyba
wydatnie pomogło Gruberovej, która nigdy nie była dobrą aktorką, a tu mogła się
skupić na wyrazie muzycznym. Żeby nie unieruchomić jej całkowicie Schmidt kazał
bohaterce przechadzać się bezustannie po schodach w górę i w dół, co mogło się
źle skończyć zważywszy na wysokie obcasy i bardzo długą suknię. Taki pomysł na wystawienie belcantowej opery,
bez dziwactw i bez prób szokowania mieszczuchów sprawdził się nieźle. Miałam
tylko jedno zastrzeżenie: na początku drugiego aktu Orombello, właśnie po torturach wygląda nieskazitelnie elegancko
i świeżo, co troszkę się kłóci ze śpiewanym tekstem. To jednak drobiazg. Gruberova
oczywiście nie brzmiała, bo nie mogła zupełnie tak samo jak 20 lat wcześniej, ale … mój Boże, cóż to
za klasa! Jakie piękne legato, mezza di
voce, pianissimo! Nie przeszkadza nawet brak przyzwoitego aktorstwa, bo to, co
trzeba jest w głosie. Góry bywają nazbyt ostre, mimo to – chapeau bas! Michael
Volle, zurychski primo baritone nie może
się pochwalić piękną barwą głosu, ale precyzją intonacyjną i fachowym
wykonawstwem i owszem, w związku z tym jego popisowa scena w drugim akcie
wypadła znakomicie. Pochwały należą się też Stefanii Kaluzy za jej efektywna
dramatycznie i głosowo „tę trzecią” – Agnese i Raulowi Harnandezowi,
właścicielowi niedużego, ale bardzo ładnego i z głową używanego tenoru.
Marcello Viotti poprowadził orkiestrę
uwypuklając melodyjność partytury - w
sposób może nie ekscytujący, ale z bardzo przyjemnym dla ucha efektem. W ramach nostalgicznych wspomnień można
dodać, że rolę Orobella na premierze śpiewał młody tenor z Polski, Piotr
Beczała…
Subskrybuj:
Posty (Atom)































