piątek, 14 czerwca 2013

Kristine Opolais w objęciach "Demona"




Moja kolejna wycieczka na rozległe i słabo znane terytorium opery słowiańskiej zakończyła się zalewem tzw. mieszanych uczuć. Pierwszym i dominującym okazało się  ogromne zdumienie, że w 2004 roku możliwa była jeszcze tak zła, żenująca wręcz jakość realizacji telewizyjnej. Gorsze widziałam tylko w kradzionych najwyraźniej technicznych rejestracjach z Opernhaus Zurich, ale one nie powstawały dla szerokiej publiczności, a znalazły się w sieci jako dokumentacja tamtejszych początków Jonasa Kaufmanna. Fan, jak wiadomo wszystko wytrzyma. Tu zaś mamy do czynienia z profesjonalną , przynajmniej z nazwy produkcją. Jej kardynalny błąd wynika zapewne z braku pieniędzy, ale to wszystkiego nie usprawiedliwia. Spektakl rejestrowano bowiem jedyną kamerą, a stojący za nią człowiek nie tylko nic nie wiedział o samym utworze, ale też mówiąc delikatnie nie osiągnął w swoim fachu poziomu choćby przyzwoitego. Temu zawdzięczamy gwałtowne przenoszenie się ujęcia na z boku na bok ( nieszczęśnik nie wiedział który ze śpiewaków kiedy się odezwie i reagował zawsze z opóźnieniem) oraz w górę i w dół.  Ignorancja kamerzysty szczególnie dokuczliwa okazała się w finałowym duecie, kiedy to filmował wyłącznie aktualnie śpiewającą osobę pozbawiając nas całkowicie reakcji drugiej strony. Dodać warto, że owa jedyna kamera nie obejmowała swym zasięgiem orkiestronu, więc w czasie wstępów do kolejnych aktów, po obejrzeniu streszczenia libretta mieliśmy na ekranie statyczny obraz detalu architektonicznego widowni. Widzowie bezpośredni w Litewskiej Operze Narodowej byli szczęśliwsi od nas , skazanych na DVD, ale tylko trochę. Jak na tak efektowne, gotyckie libretto (według Lermontowa, w ostatnim akcie cytowanego niemal dokładnie) rzecz okazała się dziwnie wyprana z namiętności i wyblakła. Przecież to historia wielkiej pasji miłosnej, wielkiego kuszenia i zwycięstwa dobra, a całość w nomen omen demonicznym sosie! Mówimy bowiem o „Demonie” Antona Rubinsteina, jego jedynym arcydziele. Mamy tu wszystko: niewinne dziewczę omal nie przywiedzione do zguby przez siłę nieczystą, upiorną ucztę weselną z trupem narzeczonego w roli głównej, wielką scenę uwodzenia młodej zakonnicy przez piekielnego kochanka, jego gorzki spór z aniołem ( z pamiętnym tekstem „Bóg nie żąda miłości, ale posłuszeństwa”) , wreszcie finałową apoteozę dziewczęcia, które z pomocą niebiańską oparło się Złemu. A na scenie… Głównym pomysłem reżysera Andrejsa  Zagarsa było podzielenie jej pudła na trzy poziomy. Skutkiem tego tytułowy bohater właściwie aż do ostatniego aktu śpiewa (jeden , krótki wyjątek) spod sufitu i wobec fatalnej realizacji dźwięku jest słabo słyszalny.  Niezmierna szkoda, bo to jedna z najciekawszych ról, jakie opera ma do zaoferowania basom lub barytonom. Wspaniała, słowiańsko melodyjna ale i dramatyczna muzyka, a ile do zagrania! Pierwszy raz usłyszałam dwie z pięciu arii Demona w wykonaniu Rene Pape (płyta „Gods, Kings and Demons”) i zapadły mi w pamięć na zawsze. W tej realizacji rolę wykonał Samsons Izjumovs i kiedy go było słychać sprawował się nieźle od strony wokalnej, chociaż nie jest to głos ani szczególnie piękny, ani też charakterystyczny. Niestety koszmarne aktorstwo rodem z dziewiętnastego wieku (zawsze frontem do publiki, i z obszernymi, „katalogowymi” gestami rąk) uczyniło jego postać całkowicie niewiarygodną. Śpiewacy drugoplanowi sprawili się całkiem dobrze (Romans Polakovs – Gudal, Ilona Rasa – Anioł, Ilona Bagele – Niania) z jednym wyjątkiem – Guntars Rungis jako Sinodal nie dysponuje głosem o odpowiedniej mocy ani barwie. Sinodal to taka dziwna rola jak np. Macduff – na scenie przebywa krótko, ale znacząco i ma do wykonania wspaniałą arię. Na koniec zostawiłam sobie niewątpliwą gwiazdę tego spektaklu – fantastyczną Kristine Opolais, która wówczas nie była jeszcze światową divą. A już w pełni na to zasługiwała – przepiękny, wyrównany we wszystkich rejestrach , dźwięczny sopran, bezbłędna intonacja, wyraz dramatyczny , znakomite aktorstwo. I na dodatek piękna kobieta. Już szykuję  uszy na jej Manon Lescaut w nadchodzącym sezonie w ROH  - Des Grieux będzie Kaufmann i przewidziano kinową transmisję. A ramach zaklinania rzeczywistości – czy naprawdę żaden dyrektor teatru operowego (choćby Bolszoj czy Marijskij 1 lub 2 nie zauważa, że jest śpiewak, który do roli Demona się urodził? Wyobraźmy sobie jak mógłby w niej się znaleźć Dimitri Hvorostovski. Tu jego narcystyczna osobowość nie byłaby pewnie żadną przeszkodą. W linkach koncertowe wykonanie jednego z monologów – posłuchajcie i popatrzcie – tu już nawet nie trzeba charakteryzacji.  Dorzuciłam jeszcze Pape, który jest może mniej szatański, ale za to jeszcze bardziej uwodzi tym niebywałej urody głosem.   




poniedziałek, 10 czerwca 2013

Nigdy nie mów nigdy - także dla fanów Piotra Beczały



Obiecywałam sobie, że nie przesłucham tej płyty. Nie w akcie dziecinnego uporu – jak wiecie nie dołączyłam do armii fanów Beczały – ale dlatego, że od słodyczy mnie mdli, nawet czekolady nie jadam. Operetkę znoszę w małych dawkach jako estradowy bis, podobnie jak pieśni neapolitańskie, zaś w całości stanowi dla mnie wyzwanie. Nie usiłuję tu wcale postponować tych, którzy to lubią , po prostu „chacun à son goût” jak śpiewa Książe Orlofsky. Ciekawość mnie jednak zmogła - w końcu, jeśli coś sobie osobiście włączyłam, to mogę też w razie czego skrócić cierpienia i wyłączyć. Nie cierpiałam, nie wyłączyłam, a pod koniec na twarzy pojawił mi się szeroki uśmiech. To nigdy nie będzie moja ulubiona płyta , ale w swoim gatunku nagranie jest znakomite. Głos Beczały , ani za jasny, ani za ciemny idealnie pasuje do tej muzyki, a jego deklaracja, że należy traktować ją poważnie, bez taryfy ulgowej zostaje spełniona w stu procentach. Nasz tenor śpiewa żarliwie, po mozartowsku płynnie, kiedy trzeba pozwala melodii rozkołysać głos tanecznie, zdarzają się też fragmenty nieco bardziej figlarne a także melancholijne. Zdecydowanie klasa mistrzowska, co tym milsze, że Łukasz Borowicz prowadzi  Royal Philharmonic Orchestra pewną, lecz należycie lekką ręką. Szkoda za to, że do „Lippen schweigen” doproszono Beczale akurat Annę Netrebko (czy też sam ją zaprosił, nie wiem). Oczywiście, oboje pracują w tej samej firmie, sporo razem występują , no i mógł być to rewanż za jego gościnne pojawienie się  na jej „Souvenirs”. Szkoda, bo   Netrebko brzmi tu okropnie – ciężki, skrzekliwie brzmiący głos ( co się stało ?) i kompletny brak świadomości co się śpiewa. Austriaczka Daniela Fally, towarzysząca artyście w innym fragmencie, choć dysponuje maleńkim, przenikliwym sopranem wie przynajmniej jaka muzykę wykonuje. Zmiksowanie nagrania współczesnego z bardzo dawnym nie wydaje mi się uczciwe, bo to stare nijak nie oddaje zalet głosu Taubera, dla którego  przecież ta CD ma stanowić hołd. Z moich niewielu narzekań wynika to, co powinno – bohaterem i atrakcją tej płyty jest Piotr Beczała – i tylko on! I jeszcze mała uwaga edytorska: staranność wydawnicza ( kilka wersji na różne rynki) i rozmach promocyjny dobrze wróży współpracy Beczały z Deutsche Grammophon. Jest on dla tej firmy bezcennym nabytkiem – odkąd  Kaufmann związał się długoletnim kontraktem z Deccą nie było atrakcyjniejszego   tenora. Na koniec – ostatni link nie prowadzi do arii w wykonaniu bohatera niniejszego posta. Ci, którzy znają omawianą dziś płytę mogą sobie porównać, jak inaczej , choć równie wspaniale da się wykonać nawet  rzecz wydawałoby się błahą – fragment „Giudity”. Beczała śpiewa lżej, słoneczniej, zaś … ten drugi pan znacznie namiętniej. Obaj -  fantastyczni.
https://www.youtube.com/watch?v=8PqlUJgo35E 
https://www.youtube.com/watch?v=-_djpEFwXX8 
https://www.youtube.com/watch?v=fD3K7U_4BH8 
https://www.youtube.com/watch?v=VwtuFW-AUMQ 



 

 

piątek, 7 czerwca 2013

Dziewica uwięziona - "La donna del lago" z ROH

„La donna del lago” (różnie tłumaczy się ten tytuł na polski, pozostanę więc przy oryginalnym) nie należy do szczególnie udanych, ani też często granych oper Rossiniego. A jednak pojawia się na scenach operowych od czasu do czasu zaś tytułową rolę śpiewały wielkie gwiazdy: Montserrat Caballe, June Anderson, Katia Ricciarelli. W maju dzieło wystawiła ROH i spektakl okazał się nieco dziwaczny. Taki ni pies, ni wydra, jakby realizatorzy chcieli właściwie rzecz pokazać po bożemu, ale  odwagi im nie starczyło i postanowili troszkę jednak przy libretcie pomajstrować. W związku z tym po odsłonięciu kurtyny  zamiast XVI-wiecznej Szkocji mamy o mniej więcej 300 lat późniejszy , najpewniej brytyjski klub dżentelmenów  z kilkoma muzealnymi gablotami. W jednej z nich, centralnie umieszczonej tkwi jako eksponat główna bohaterka (wyrazy współczucia dla Joyce DiDonato zmuszonej bardzo długo trzymać ręce uniesione nad głową), w innej mamy miniaturę statku, w kolejnej królewskie szaty. Wśród dżentelmenów obecni są Rossini i Walter Scott, którzy zaczynają na bieżąco snuć opowieść. Elena może wreszcie opuścić swe szklane więzienie i spotkać króla  - nadal  w warunkach klubowych. Wreszcie przecudny lanszaft przedstawiający szkockie góry zostaje , jak wrota rozsunięty i znajdujemy się we właściwym miejscu akcji. A tam – centralnie umieszczone schody prezentowane z różnych stron dzięki obrotówce. Te dwie zasadnicze scenerie będą się jeszcze wymieniać, zaś autorzy opery interweniować i wymyślać ją na bieżąco (Rossini wybłaga u Scotta szczęśliwą odmianę losu kochanków). Żebyśmy na pewno wiedzieli , z kim mamy do czynienia dostajemy nawet Rossiniego w imponującej czapie mistrza kuchni próbującego świeżo przyrządzonej jagnięciny. Skutek tej koncepcji reżyserskiej odczuwają zasadniczo wykonawcy partii drugoplanowych Albiny – Justina Gringyte (świetny głos, kariera warta obserwacji) i  Serano – zasłużony tenore comprimario Robin Leggate. Do  śpiewania mają tyle, ile w partyturze, ale ich obecność na scenie znacznie się wydłuża, jako, że to oni kreują także role Rossiniego i Scotta. Wszystko to razem nie jest może szczególnie sensowne, ale specjalnie nie razi. Do finału, kiedy to Elenę, ozdobioną tartanem z powrotem pakują do gabloty, w której panoszy się już masa roślinności, co przywołuje  trumienne skojarzenia. Wykonawstwu muzycznemu niewiele można zarzucić i to wydaje mi się najważniejsze. Nawet Michele Mariotti,  którego znałam dotąd z nienajlepszej strony poprowadził orkiestrę sprawnie i bez udziwnień ( wyjąwszy może nadto zwolniony początek). Większość publiczności przybyła do ROH zapewne zwabiona nazwiskami gwiazd, ale to nie DiDonato i Florez  mogą pochwalić się największą i zasłużoną w pełni owacją wieczoru. Jej adresatką jest Daniela Barcellona, która po tym spóźnionym debiucie w ROH doczeka się może wreszcie pozycji, na którą od dawna zasługuje. Dysponuje nie tylko pięknym, ciepłym mezzosopranem, ale też maestrią wokalną , która pozwala jej na doskonałą realizację trudnych, belcantowych partii. To nie tylko znakomita koloratura, ale też nienaganna kontrola oddechowa  i legato, którego można jej pozazdrościć. Barcellona nie jest utalentowana aktorsko, ale zrobiła w tym względzie spore postępy a tym razem projektant kostiumów, Yannis Thavoris pomógł jej wydatnie tworząc właściwie postać Malcolma.  Żałuję za to,  że jako wredny Rodrigo występuje śpiewak do tego przewidziany a nie jego nagły zastępca (choroba wyłączyła oryginalnego Rodriga z premiery i kilku późniejszych spektakli) . Nie, żebym miała wiele do zarzucenia Colinowi Lee – stworzył porządną, nieźle zaśpiewaną jasnym tenorem rolę. Ale naczytałam się recenzji , a znając możliwości Michaela Spyresa (pisałam już o nim entuzjastycznie na tym blogu) myślę , że to mogła być rewelacja. Także dlatego, że Spyres dysponuje tenorem o ciemnym zabarwieniu, który pewnie świetnie kontrastował z lekkim, lirycznym głosem Juana Diego Floreza – Uberta. Florez zaś prezentuje się na sobie właściwym, najwyższym poziomie wokalnym. To jest śpiewak stworzony do Rossiniego i myślę, że powtarzanie w nieskończoność tych samych zachwytów nie ma sensu – i tak wiecie dlaczego. Bez zmian pozostają też jego przeciętne, „katalogowe” (poza a , b ,c itd.) umiejętności aktorskie. Tu z kolei mam wrażenie, że role komediowe bardziej mu odpowiadają – jest na przykład uroczym i zabawnym Almavivą. Joyce DiDonato nie wydaje mi się idealną kandydatką na Elenę i przez większość wieczoru coś mi w niej przeszkadzało. Lekkie niedostatki w dźwięczności i troszkę ściśnięta góra w miarę czasu się bledną, by przy pirotechnicznym finale zaniknąć zupełnie więc nie chodzi o głos. W tym momencie mam serdeczną prośbę do wrażliwców – nie czytajcie dalej, za chwilę nastąpi bowiem uwaga nietaktowna. Zastanawiałam się długo, czy o tym pisać , ale problem dotyczy nie tylko DiDonato, zaś ona sama nie przeczyta mych impertynencji i przykrości jej nie zrobię.  Rzecz jest bowiem w wyglądzie artystki, a raczej w nadmiarze chirurgicznych środków odmładzających. To one spowodowały, ze mimo wyraźnych wysiłków aktorskich (gwiazda ma ów talent i rzemiosło też bez zarzutu)  twarz jeszcze kilka lat temu naturalnie uroczej kobiety stała się martwa i niweluje aktorskie próby. W teatrze, kiedy nie widzimy tej twarzy z bliska to nie boli, ale na kinowym czy telewizyjnym ekranie już tak. Zwłaszcza, że zupełnie niedawno bronią DiDonato był osobisty wdzięk, któremu kilka zmarszczek z pewnością by nie zaszkodziło. A przy tak marmurowym obliczu interpretacja staje się niezmiernie trudna a kontrast między wyrażającym wiele emocji głosem a niczego niewyrażającą fizys bywa przykry. Oczywiście wyjście istnieje - zamknąć oczy i nasycać się dźwiękiem, ale nie po to przecież oglądamy spektakle. Poza tym, można wybaczyć  artyście, jeśli wizualna nieadekwatność nie całkiem wynika z jego winy – któżby się skarżył na brak talii Caballe, Norman, Pavarottiego  czy Blythe (jak się skończyło dążenie do bezwzględnej, także zewnętrznej doskonałości u Callas wszyscy wiemy) albo brak wiośnianej dziewczęcości u Gruberovej. Ale kiedy artystka robi to sobie sama, na własne życzenie? Dziękuję, to ja już wolę niepowalającej urody Barcellonę, której twarz jednak pozostaje z głosem w zgodzie i coś wyraża.







poniedziałek, 3 czerwca 2013

Don Giovanni w lateksie czyli o nałogach

Nałóg to rzecz straszna. Jest  zazwyczaj zwodniczo radosny na etapie popadania weń, później na ogół coraz mniej przyjemności, coraz więcej rozczarowań. Ale kolejna porcja naszej używki stała się już niezbędna jak tlen, leczenie zaś zapowiada się długie, bolesne i najczęściej nieskuteczne. Tak właśnie mam z „Don Giovannim”. Żeby tam nie wiem ile obrzydliwości wcisnęli mi już wierni adepci regietheatru zawsze się połaszczę na kolejną wersję. Tym razem , widząc okładkę DVD i trochę zdjęć spodziewałam się najgorszego , ale nie mogłam, po prostu nie mogłam sobie odmówić. I dostałam coś … zupełnie innego niż oczekiwałam. Ale spójrzcie na uroczy portrecik Don Giovanniego – Was też zapewne by zmylił. Zacznijmy więc od uwodziciela wszechczasów, czyli tego faceta w lateksowych, czarnych szortach i podzwaniającego łańcuchami na szyi. Reżyser  Göran Järvefelt  postanowił uczynić go ostentacyjnie seksownym, ale w taki sposób , jak go pewnie mogłyby sobie wyobrażać oddane czytelniczki trylogii o Greyu. Trochę to wygląda śmiesznie, choć przyznać trzeba, że ten niepokojąco harlequinowy look nasz DG ma tylko w pierwszej scenie. Dalej nosi się nadal na czarno, ale już akceptowalnie. Dodać też należy, że Teddy Tahu Rhodes obdarował go swoim znakomitym ciałem – doprawdy, drogie panie (i panowie) , jest na co popatrzeć – ze dwa metry wzrostu, kaloryfer jak się patrzy – delicje. Za to makijaż w stylu Kleopatry nie był konieczny. Zaś cała produkcja z Opera Australia w Sydney (listopad 2011) okazała się właściwie dość tradycyjna. Bo niezbyt smaczny, ale i niezbyt rewolucyjny pomysł, by finałowa kolacja rozgrywała się przy służącej za stół trumnie trudno uznać za szokujący. Nie takie rzeczy się już widziało. Poza tym ów finał dziwnie jakoś nie robi wrażenia, co po dużej części wydaje mi się winą beznadziejnie wypranego z osobowości Komandora. Szkoda też, że  Järvefelt nie miał pomysłu na różnice w warunkach fizycznych pana i sługi, bo niewysoki i brzuchaty Leporello nijak , nawet w ciemności nie mógłby zostać uznany za swego padrone i vice versa. Co czyni z całej reszty towarzystwa idiotów.   Gorzej, że ten spektakl , dający się oglądać (z tymi drobnymi zastrzeżeniami) bez przykrości niestety słuchać się już tak nie daje. Dyrygent Mark Wigglesworth poprowadził uwerturę niczym Wagnera, dalej zaś nieco eksperymentował z tempami. Miałam wrażenie, że bardzo chce, aby było inaczej niż zwykle – gdzie zazwyczaj bywa szybko, u niego wolno i odwrotnie ( nigdy nie słyszałam tak powolnego „Meta di voi…”) . Przyznaję jednak, że dzięki temu aria szampańska nie została zagoniona na śmierć , jak to się często zdarza.  Zaś co do wokalistów … Teddy Tahu Rhodes określany jako baryton brzmi jednak zdecydowanie jak bas, i  kompletnie nie umie śpiewać Mozarta. Nie ma  w głosie tego uwodzicielskiego uroku , który tworzy wiarygodność  Don Giovanniego, tej zwodniczej miękkości  słodkiego drania. Na dodatek jego dykcja sprawia nieoparte wrażenie użycia metody znanej nam z „Misia” – kluchy do ust i śpiewamy. Moim prywatnym testem dla wszystkich Don Giovannich jest to, jak pada z ich ust słynne trzykrotne „no!” w finale. Tutaj pada. I tyle. Rachel Durkin krzyczy jak to czyni pewnie 95%  wykonawczyń roli Donny Anny, Jacqueline Dark nie podołała kluczowej postaci Elviry – ostre brzmienie , żadnych niuansów. Conal Coad – Leporello i Henry Choo – Ottavio   technikę posiadają w stopniu wystarczającym, tyle, że obaj mają nieładne, matowe głosy. Daniel Sumegi w żadnym razie nie powinien podejmować się roli Komandora  - to musi być potęga prawdziwego basowego głosu , tu zaś… szkoda gadać. Najlepiej zabrzmieli  znów młodzi : Zerlina – Taryn Fiebig i Masetto – Andrew Jones. Po tej beczce dziegciu łyżeczka miodu: właściwie wszyscy wykonawcy wykazali się aktorską sprawnością. To ważne, ale w operze wciąż jeszcze nie najważniejsze!







czwartek, 30 maja 2013

Przed "Don Carlo" w Monachium

Rodzinny dramat spowodował, że nie dotarłam do Londynu na "Don Carlo". Z recenzji wynika , że to były magiczne spektakle, Mariusz Kwiecień odniósł sukces debiutując w roli Posy a Anja Harteros tradycyjnie odwołała wszystkie występy poza premierowym. Nic to, udało mi się zdobyć bezcenny bilet na na "Don Carlo" w Monachium, a tam , jeśli wszyscy będą zdrowi powinno być jeszcze lepiej niż w styczniu 2012. O czym skrupulatnie doniosę. Na razie oddałam się wspomnieniom , co lubię od czasu do czasu i obejrzałam dwie wersje niemal już antyczne. Salzburg, 1986. Cyrk Karajana w pełnej krasie: jego protegowani śpiewacy, jedna z jego orkiestr (wiedeńska, oczywiście) i on sam jako gwiazda gwiazd, celebrujący siebie samego w sposób nieznośny. Ale, trzeba staremu draniowi to przyznać: dyrygował znakomicie. Nie wiem, kto tym razem odpowiadał za wybór wersji dzieła, bo dokonany został najgorszy z możliwych , czyli czteroaktowa wersja włoska pozbawiająca amantów uzasadnienia ich historii a tym samym spłaszczająca motywacje – czyli także charaktery. Wystawiono ją nie tylko pod batutą , ale też w reżyserii Karajana, a był on wyjątkowo pozbawionym fantazji,  nudnym reżyserem. Taki też jest ten spektakl – olśniewający ciężkimi, bogatymi dekoracjami i sztywnymi, stylowymi kostiumami, które przytłaczają  zarówno widza, jak wykonawców.  Jose Carreras był wówczas w niezłej kondycji głosowej i  chociaż szczyt swoich możliwości miał już za sobą, ciągle jego śpiewanie szczerze cieszyło uszy. Interpretacja od strony czysto aktorskiej już dużo mniej. Fiamma Izzo d’Amico, którą Karajan usiłował dość namolnie, acz bez większego powodzenia lansować snuła się po scenie niczym widmo (piękne, trzeba przyznać) i sprawiała wrażenie kompletnie nieobecnej duchem. Jej ładny sopran , używany z sensem jej nie ratował , bo tu również czuło się ów indyferentyzm i brak zainteresowania tym co robi. Piero Cappuccilli był już wtedy dość zaawansowany wiekowo i kompletnie nieudolny aktorsko, ale ciągle dysponował wspaniałym głosem, fantastycznie dopieszczał długie , typowo verdiowskie frazy i brzmiał potężnie nie wrzeszcząc. Ferruccio Furlanetto, ponad 25 lat temu za młody wizualnie do swej roli wokalnie sprawdził się znakomicie. Agnes Baltsa  zaś miała wszystkie atuty pozwalające stworzyć niezmiernie adekwatną i wyrazistą Eboli : poza charakterystycznym w barwie i natychmiastowo rozpoznawalnym głosem ( zawsze bardzo mi się podobał) dysponowała  jeszcze rzadkim nerwem dramatycznym.



Największym zaskoczeniem był dla mnie stanowczo spektakl z Theatre Chatelet , 1996 (wersja oryginalna :  francuska, pięcioaktowa, przez ortodoksów uważana za jedyną obowiązującą) . Zabierałam się do niego z nieufnością, mając w pamięci popisy Roberto Alagny w niedawnym spektaklu  MET i tamtejszą „Toscę” Bondy’ego, który rzecz reżyserował. Ale to było dawno temu, regietheather , którego wyznawcą Bondy jest dziś dopiero się wykluwał. Produkcja  z Chatelet okazała się znakomita, nawet dla moich , zmęczonych już trochę „Don Carlosem” oczu i uszu.  Scenografia , nowoczesna, ale nawiązująca do  właściwych czasów, podobnie kostiumy. Akcja przeprowadzona precyzyjnie , bez dziwactw  , z emocjami ale bez nadmiaru ekspresji. Alagna w 1996 miał wszystko, co do roli Carlosa potrzebne : świeży, dźwięczny głos, młodą, sympatyczną twarz i właśnie młodzieńczą żarliwość, jedyną cechę , która jego bohatera uwiarygodnia i usprawiedliwia. Wróżono mu przed premierą porażkę, jako , że partia wydawała się na jego głos za ciężka . Udźwignął bez problemów.  Thomas Hampson , aczkolwiek momentami głosu troszkę nie wystarczało okazał się bardzo dobrym Posą : intensywny, ale nie histeryczny w wyrazie , elegancki , szlachetny (wszystko to przede wszystkim w warstwie dźwiękowej) w dodatku  przystojny: wysoki, smukły, długowłosy… Karita Mattila jako Elisabetta stworzyła  ciepłą i sympatyczną (wokalnie i scenicznie) postać. Lubię ogromnie jej krystalicznie czysty głos , ale Mattila ma poza tym niezmiernie rzadki dar rozjaśniania i ocieplania sceny przez samą swą obecność. W przeciwieństwie do nadekspresyjnej i krzykliwej Waltraud Meier jako Eboli. Nie mnie oceniać co ta wielka specjalistka od Wagnera śpiewać powinna, ale repertuar niemiecki wydaje mi się jej naturalnym terytorium. Jose Van Dam  zaprezentował bardzo dobre aktorstwo w roli Filipa II, dobrze też śpiewał, ale to nigdy nie był basso profondo, a taki i jedynie taki głos robi w tej partii odpowiednie wrażenie. Antonio Pappano – klasa jak zawsze.

niedziela, 26 maja 2013

Baśniowe rozkosze - "Kopciuszek" i Ewa Podleś

Bardzo chętnie poznaję nowe dla siebie dzieła. Zamiast kolejnej wersji opery repertuarowej czeka wtedy na mnie ekscytująca niespodzianka – a nuż będzie to coś , co mnie porwie i uwiedzie? W takich wypadkach odpowiedzialność   realizatorów jest podwójna, bo jeśli spotykamy się z niedobrą inscenizacją , powiedzmy „Traviaty”, to poza zmarnowanym wieczorem nic się nie stało – do utworu raczej się nie zniechęcimy. Ale przy czymś, z czym mamy do czynienia po raz pierwszy kiepska produkcja może się przełożyć na stosunek do samego dzieła. Do „Kopciuszka” Masseneta zabrałam się z dużą dozą podejrzliwości bo nie należę do szczególnych wielbicielek jego twórczości.  I tu właśnie spotkała mnie owa radosna niespodzianka: siedziałam niemal non stop uśmiechnięta, a czasem od ucha do ucha roześmiana i nie nudziłam się ani chwili. Przyjemność tę zawdzięczam Massenetowi, który został solidnie wsparty przez cały team realizacyjny. Barbara Limburg postawiła na maksymalną prostotę scenograficzną zabudowując scenę białymi ścianami z dużą ilością drzwi (które po otwarciu ukazują czerwoną drugą stronę). Właściwie jedyną ozdobą tych ścian jest … francuski tekst baśni o Kopciuszku Charlesa Perraulta.  Tylko senne królestwo Wróżki wygląda nieco inaczej, ale mimo owej scenograficznej ascezy jest na co popatrzeć .Kostiumy Laurenta Pelly i Jean-Jacquesa Delmote  doskonale charakteryzują  postaci  i są w swej ostentacyjnej bajkowości nieodparcie śmieszne. Pelly rzecz wyreżyserował lekką ręką, kiedy trzeba zapełniając scenę tłumem postaci w ciągłym ruchu, ale też stopując akcję i dając szansę prawdziwym emocjom w momentach wymagających intymności. Wszystko zaś uczynił kierując się najwyraźniej  nawet nie librettem, a muzyką. Oczywiste? Wszyscy wiemy, że w dzisiejszym teatrze niekoniecznie. Każdy ze śpiewaków dostał szansę stworzenia kreacji wokalno-aktorskiej i niektórzy ją wykorzystali. Bardzo podobał mi się dyrygent Betrand de Billy, który wydobył  partytury zarówno bajkową żywiołowość , dość rzadko u Masseneta spotykaną, jak i typowy dla niego liryzm i subtelność. Brawa dla orkiestry ROH! Bardzo lubię Joyce DiDonato, ale nie wydaje mi się, żeby ten Kopciuszek był idealną dla niej rolą. Oczywiście, pewne zalety pozostają stałe, jak piękne frazowanie , nieskazitelne legato, wreszcie … wdzięk osobisty. Ale problematycznych gór było zdecydowanie za dużo. Podobnie Eglise Gutierrez  nie do końca przekonała mnie do swojej Wróżki. To z kolei partia wymagająca stratosferycznej koloratury, którą Gutierrez zdołała zrealizować tylko częściowo. Żeby zakończyć narzekania -  Jean-Philippe Lafonte jako Pandolfe, tata Kopciuszka był wprawdzie sympatyczny, ale niezmiernie trudny do słuchania  z powodu brzydkiego, chropawego, drżącego głosu.Za to duecik wrednych (tutaj raczej głupich) siostrzyczek pyszny – obie dziewczyny (uczestniczki programu dla młodych artystów przy ROH): Kai Rüütel i Madeleine Pierard zagrały i zaśpiewały wspaniale. A nie miały łatwo , bo towarzyszyły Ewie Podleś , Madame de la Haltere ponad wszelkie pochwały. Maestra z wyraźną rozkoszą bawiła się rolą dając upust komicznemu temperamentowi, którym tak rzadko może się wykazać. Uroczo ogrywała też kostium z imponującą sempiterną. O rozkoszach wokalnych wspominać nie przystoi  - ten głos uzależnia. Na koniec zostawiłam sobie Księcia . Alice Coote to  już  nie ten sam wiośniany efeb co w „Alcinie”, ale jako chłopak nadal  jest nadal niezmiernie wiarygodna. Ma przy tym przepiękny głos, któremu Massenet służy nawet lepiej niż barok. I jeszcze mała rada: jeśli będziecie mieli do wyboru „Kopciuszka” Rossiniego i Masseneta ja polecam tego ostatniego. A nie przypuszczałam, że kiedyś coś podobnego napiszę …

środa, 22 maja 2013

Edita belcantowa - "Beatrice di Tenda"



Edita Gruberova jest na współczesnej scenie operowej fenomenem. Wprawdzie są tacy, którzy kontynuują regularną karierę mimo (nie chodzi tu o recital od czasu do czasu bądź efektowne cameo) , że kilka lat od niej starsi, ale ich bardzo niewielu. Poza tym Gruberova dysponuje najbardziej na działanie czasu podatnym  rodzajem głosu (poza falsetem) – sopranem liryczno-koloraturowym, dźwięcznym, jasnym i niezbyt dużym.  A ona nadal występuje w teatrach nie przynosząc wstydu sobie i dyrektorom od obsad, wręcz przeciwnie. I wszędzie witana jest z entuzjazmem, czasem wskrzesza się specjalnie dla niej odchodzące w niepamięć belcantowe opery.  Taki właśnie spektakl zarejestrowano w Zurichu w 2002 . Owszem, działo się to ponad 10 lat temu, ale diva miała już wtedy 56 lat , a przecież chociażby ze sceny TWON wiemy, że jej wokalne możliwości pozostają mniej więcej te same. Zajmijmy się jednak samą produkcją „Beatrice di Tenda” . Tę niezbyt popularną operę autorytety uważają za nieszczególnie udaną, bliźniaczą siostrę” Anny Boleny” Donizettiego. Kiedy jednak posłuchać uważnie , znaki firmowe Belliniego można rozpoznać natychmiast – szczególnie miękki, łagodnie melodyjny dramatyzm, tak różny od środków używanych przez jego znakomitego kolegę. Chyba to właśnie uwiodło Chopina, który  Belliniego uwielbiał i właśnie „Beatrice..” chciał usłyszeć na łożu śmierci, przynajmniej tak kiedyś miał powiedzieć.  Historia opowiadana przez libretto wydaje się niepotrzebnie drastyczna (żona niesłusznie oskarżona o zdradę przez mającego na oku młodą kochankę męża, tortury, wreszcie wyrok i śmierć), ale jest całkowicie autentyczna, zdarzyła się na początku XV wieku. W Zurychu  Daniel Schmid postanowił jednak pójść bardziej śladem muzyki niż libretta i na scenie żadnych elementów drastycznych i efekciarskich nie ma. Akcję przeniesiono na początek wieku XX, co zresztą , poza kostiumami niczego nie zmieniło. A właściwie wszyscy, od protagonistów począwszy a na chórze skończywszy są odziani niezmiernie strojnie i elegancko. Scenografia jest uniwersalna – tak można by wystawić niemal wszystko : podesty i schody z prostymi poręczami , 2 fotele art deco z oparciami w kształcie muszli i .. tyle. Reżyser jednak  nie do końca uwierzył chyba we własną, ascetyczną koncepcję i przynajmniej w pierwszym akcie nadto entuzjastycznie bawił się sceną obrotową. Poza tym jednak działo się niewiele, co chyba wydatnie pomogło Gruberovej, która nigdy nie była dobrą aktorką, a tu mogła się skupić na wyrazie muzycznym. Żeby nie unieruchomić jej całkowicie Schmidt kazał bohaterce przechadzać się bezustannie po schodach w górę i w dół, co mogło się źle skończyć zważywszy na wysokie obcasy i bardzo długą suknię.  Taki pomysł na wystawienie belcantowej opery, bez dziwactw i bez prób szokowania mieszczuchów sprawdził się nieźle. Miałam tylko jedno zastrzeżenie: na początku drugiego aktu Orombello, właśnie  po torturach wygląda nieskazitelnie elegancko i świeżo, co troszkę się kłóci ze śpiewanym tekstem. To jednak drobiazg. Gruberova oczywiście nie brzmiała, bo nie mogła zupełnie tak samo  jak 20 lat wcześniej, ale … mój Boże, cóż to za klasa!  Jakie piękne legato, mezza di voce, pianissimo! Nie przeszkadza nawet brak przyzwoitego aktorstwa, bo to, co trzeba jest w głosie. Góry bywają nazbyt ostre, mimo to – chapeau bas! Michael Volle, zurychski primo baritone  nie może się pochwalić piękną barwą głosu, ale precyzją intonacyjną i fachowym wykonawstwem i owszem, w związku z tym jego popisowa scena w drugim akcie wypadła znakomicie. Pochwały należą się też Stefanii Kaluzy za jej efektywna dramatycznie i głosowo „tę trzecią” – Agnese i Raulowi Harnandezowi, właścicielowi niedużego, ale bardzo ładnego i z głową używanego tenoru. Marcello Viotti  poprowadził orkiestrę uwypuklając melodyjność partytury  - w sposób może nie ekscytujący, ale z bardzo przyjemnym dla ucha efektem.  W ramach nostalgicznych wspomnień można dodać, że rolę Orobella na premierze śpiewał młody tenor z Polski, Piotr Beczała…