niedziela, 15 października 2017
poniedziałek, 2 października 2017
Carmen nieistniejąca w Aix-en-Provence
Dmitri Tcherniakov
jest żywą egzemplifikacją wszystkiego, co w regieoper najgorsze i najlepsze,
przy tym owe „naj” rzadko występują u niego w jednym spektaklu – zazwyczaj jest
tak albo tak. Jakiś czas temu zorientowałam się, że wyobraźnię i wrażliwość uruchomiają
w Tcherniakovie wyłącznie dzieła rodzime,
klasyka światowa bywa dla niego tylko polem dla ryzykanckich manewrów co
niemal zawsze owocuje klęską. O ile przy utworach rosyjskich reżyser ten
rzeczywiście próbuje, czasem z fenomenalnym skutkiem odczytać tekst na nowo i
zinterpretować go, w wypadku repertuaru
powszechnego do zastanej muzyki pisze własne historie. Ofiarę tego typu działań
padł i już np. „Trubadur” a nawet, co
bolesne szczególne „Don Giovanni”. Tym razem Tcherniakov wziął na warsztat „Carmen”
i rezultat okazał się katastrofalny. Co dostaliśmy? Ano, banalną historyjkę
psychoanalityczną, jakiej powstydziłby się student szkoły filmowej. Jose
przybywa w niej do kliniki psychiatrycznej aby poddać się eksperymentalnej
terapii, która ma go wyrwać z syndromu wypalenia i przestawić na nowe tory jego
wypłowiałe życie małżeńskie z Micaelą. Wszyscy uczestnicy akcji poza tą dwójką
są więc tylko wynajęci do swych ról, z czego prosty wniosek – Carmen na scenie
po prostu nie ma, obserwujemy tylko wcielającą się z w nią i prezentującą spory
dystans do swej postaci aktorkę. Nieszczęsny bohater, początkowo znudzony,
później rozbawiony gdzieś w połowie drugiego aktu zaczyna reagować na
zaaplikowaną mu kurację, tyle, że nie tak, jak powinien. Chyba, że całkowita
dezintegracja osobowości Josego jest
zdaniem jego terapeuty odpowiednią ceną za emocje, które wreszcie zaczyna
odczuwać. W finale protagonista jest zdruzgotany i szczerze wierzy, iż naprawdę
zabił Carmen. I jak Wam się to podoba? Są tacy, którzy się tym zachwycają, ale
o tym na końcu posta. Tym co spowodowało, że dotrwałam do ostatnich dźwięków
przedstawienia, chociaż męczyłam się strasznie
była jego wysoka jakość muzyczna. Pablo
Heras-Casado poprowadził Orchestre de Paris wspaniale – słyszałam doskonale
każdy instrument osobno, a jednak wszystkie stanowiły perfekcyjnie złożoną
całość. Tempa były dla mnie idealne, dynamiczne ale nie zagonione, całość
pulsowała życiem i temperamentem nieobecnym na scenie. Stéphanie d'Oustrac nie
mogąc Carmen zagrać (a raczej grając coś w rodzaju parodii tej archetypicznej
bohaterki) przynajmniej ją zaśpiewała, i zrobiła to dobrze. Może troszeczkę
zabrakło przy arii z kartami, gdzie potrzeba głosu bardziej dramatycznego, ale
poza tym błyszczący, zmysłowy mezzosopran d'Oustrac radził sobie znakomicie.
Michaela Fabiano Don Jose nieco przerósł wokalnie i miałam wrażenie, iż brzmiał
momentami cokolwiek jękliwie, ale był akceptowalny. Aktorsko Fabiano pokazał się od
najlepszej strony. Elsa Dreising bardzo ładnie zaśpiewała partię Micaeli – jej
kryształowo czysty sopran brzmiał pięknie we wszystkich rejestrach ujawniając
także nieoczekiwane zapasy mocy. Michael Todd Simpson był dobrym Escamillem,
chociaż jego postać w takim ujęciu zostało mocno zmarginalizowana.
Na
koniec chcę poruszyć kwestię bardzo, moim zdaniem palącą i bolesną. Ruch
Muzyczny opublikował recenzję tego spektaklu
autorstwa p. Roberta Piaskowskiego, zawierającą mnóstwo zdań tyleż
absurdalnych, co charakterystycznych dla bieżącego poziomu tego, niegdyś
profesjonalnego pisma. Np. „nie przyszedłem na „Carmen”, ale na „Carmen”
Czerniakowa”, „ma odwagę odrzucić zgorzel tradycji” i wreszcie mój ulubiony
komentarz, będący ostateczną pochwałą spektaklu
„wystawiona w Aix „Carmen” nie jest już dłużej „Carmen” Bizeta”. Płakać się
chce. I rzecz nie w tym, że recenzentowi to się podobało, a mnie nie, bo każde
z nas ma prawo do własnej opinii. Nie chodzi nawet o pogardliwe zdanka
dotyczące „kastanietów i falbaniastych sukien”, bo p. Piaskowski pewnie kiedyś
się zorientuje, że stał się piewcą innej, ale tak samo konwencjonalnej
rzeczywistości scenicznej. W tym wypadku trudno nie powołać się na Piotra Kamińskiego i jego
stały i nigdy nie realizowany postulat , aby wreszcie zacząć publiczność
uczciwie informować na co kupuje bilety. Idziemy na „Carmen” Bizeta czy
Tcherniakova?
wtorek, 19 września 2017
Jonas Kaufmann - "L'Opera"
Znów, podobnie jak
przy płycie „Verdi” należy się Państwu ostrzeżenie – to nie będzie tekst ani
dla wielbicieli Jonasa Kaufmanna (wybacz, Donno), ani też dla tych, co
organicznie nie znoszą jego głosu i techniki. Powód jest oczywisty: po
kilkakrotnym przesłuchaniu jego najnowszego krążka „L’Opera” wrażenia mam
mieszane, tym razem może bardziej niż kiedykolwiek. Repertuar francuski wydaje
się być artyście bliski, ale chyba chciał on za dużo i nie posłużyło to dobrze
jakości. Jedno już przy przeczytaniu listy „numerów” wzbudziło moje wątpliwości
- nie da się być dobrym Nadirem czy Romeem i jednocześnie Eneaszem i Eleazarem,
bo są to role napisane na zupełnie różne rodzaje głosu. Niestety płyta
dostarczyła na tę tezę dowodów. Aria Romea sprawiła mi prawdziwą przykrość, bo
głos Kaufmanna sprawiał w niej wrażenie ściśniętego, jakby było go za dużo,
jakby obijał się o pręty niewidzialnej klatki. Na dodatek to, co przeszkadzało
mi u niego już nie raz na tej płycie stało się dla mnie prawdziwym problemem –
mianowicie nadużywanie falsetu. To nigdy nie jest dobry objaw, ale rzecz
uwypukla się przy głosie takim, jak Kaufmanna – ciemnym, brzmiącym jak baryton,
różnica może być trudna do zaakceptowania. Z duetem z „Poławiaczy pereł”
problem ten sam co z Gounodem, z dodatkiem nadmiernego barwowego podobieństwa z
głosem partnera, Ludovica Téziera. Pamiętam, że niegdyś, na moskiewskim
koncercie w tym samym duecie towarzyszył tenorowi Dmitri Hvorostowski i
brzmiało to dużo lepiej – ale był to zupełnie inny etap jego wokalnego rozwoju.
I trudno pozbyć się pamięci całkiem niedawnego, mistrzowskiego wykonania
Polenzaniego i Kwietnia. Na tym tle
pozostałe „lekkie” fragmenty jak aria z „Mignon” czy „Króla z Ys” wypadły
lepiej, chociaż również doskonale słyszało się, że to nie ten typ tenora co
trzeba. Nie zachwycił mnie Hoffmann, ale tu mogę winić Placida Domingo. Za
to Werther i Don Jose, Des Grieux (Sonia Yoncheva jest dobrą Manon) role, które
Kaufmann ma doskonale ośpiewane na scenie są równie dobre jak zawsze. Muzyka
Berlioza leży wspaniale w głosie Kaufmanna i słuchając zwłaszcza fragmentu
„Trojan” można było tylko pożałować, iż swego czasu musiał on odwołać debiut w
partii Eneasza a następna okazja jakoś się nie nadarzyła. Również aria z
„Afrykanki” zabrzmiała dobrze, chociaż do Dominga jeszcze trochę brakuje – ale
za to Kaufmann posługuje się o niebo lepszą francuszczyzną . Na koniec
zostawiłam sobie moje jedyne na tej płycie, ale za to wspaniałe olśnienie. Z
arią Eleazara „Rachel quand du seigneur” odbiorca może mieć prawdziwy kłopot,
jeżeli nie włada językiem francuskim i niekoniecznie zna upiorne libretto
„Żydówki” , która do najpopularniejszych oper współcześnie nie należy. Jej
długi, instrumentalny wstęp ma mylący, słodko melancholijny, orientalny,
kołyszący charakter i trzeba mistrza, żeby właściwie ją zinterpretować. Żeby
nie było za ślicznie i belcantowo, żeby słuchacz do szpiku kości odczuł
potworny dramat, który jest w niej zawarty, ale wykonawca nie może jednocześnie
popaść w werystyczne łezki i naturalizmy. Nie muszę dodawać, że Jonas
Kaufmann te warunki powodzenia wypełnił
z naddatkiem, a jego pianissimo zaśpiewane „… c’est moi … moi…” zmroziło mi
krew w żyłach.
W ramach uzupełnienia
dodaję listę ról, które zgodnie z wywiadem udzielonym w Australii przygotowuje
Jonas Kaufmann na najbliższe lata, a jest ona niezmiernie ciekawa. Po pierwsze
– Tristan . Próbkę będziemy mieć już wiosną, kiedy weźmie udział w koncertowym wykonaniu drugiego aktu. Po
drugie – Samson , który wydaje się idealnie pasować do głosowego empoi tenora.
Po trzecie – wyczekany przeze mnie Tannhauser, o którym marzę od lat, czemu
dawałam na blogu wyraz. A po czwarte – i najbardziej niespodziewane, acz
obiecujące Paul z „Umarłego miasta”. Nareszcie ktoś, kto będzie w stanie
udźwignąć ogromne wokalne i aktorskie wygania roli. A na razie – „Don
Carlo” w Paryżu. Będzie to pierwsza
współpraca Kaufmanna z Krzysztofem Warlikowskim i bardzo jestem ciekawa jak
wypadnie. Premiera 10 października a 9 dni później transmisja na telewizyjnym kanale
Arte. Przy tym w rolach epizodycznych będziemy mieć zwartą ekipę młodych
polskich śpiewaków, wystąpią Michał Partyka, Tomasz Kumięga i Andrzej Filończyk
jako Posłowie z Flandrii oraz Krzysztof Bączyk jako Mnich.
sobota, 9 września 2017
"Farnace" w Warszawie
Recenzując
jakiś czas temu przedstawienie „Farnace” ze Strasburga nie przypuszczałam
jeszcze, że niebawem przyjdzie mi asystować przy polskim wykonaniu tego dzieła.
Tym bardziej nie podejrzewałam, że będzie to krajowa prapremiera w pełni
teatralnej wersji nie tylko tej, ale jakiejkolwiek opery Vivaldiego. Fakt ów
niezmiernie dobitnie przypomina nam o repertuarowym zapóźnieniu naszej ojczyzny
i to nie tylko w kwestii utworów barokowych, chociaż tych szczególnie. Tym
większa chwała i podziękowania należą się Annie Radziejewskiej i Liliannie
Stawarz, animatorkom i twórczyniom stowarzyszenia „Dramma per musica” od kilku lat niezmordowanie prezentującym nam
rzeczy nigdy nad Wisłą
niewykonywane. Ich wielka praca jest
jeszcze cenniejsza teraz, po
zamordowaniu przez Adama Struzika i Alicję Węgorzewską-Whiskerd (z pomocą Jacka Laszczkowskiego) Warszawskiej
Opery Kameralnej. I chociaż środki
finansowe przedsięwzięciu raczej nie sprzyjają, już po raz trzeci w ramach
Festiwalu Oper Barokowych mieliśmy do czynienia z bardzo udanym
przedstawieniem, na które bilety wyprzedały się błyskawicznie. Nie wykazałam
się właściwym refleksem i gdyby nie pewna litościwa duszyczka cała przyjemność
by mnie ominęła. Skoro jednak udało mi się znaleźć w Teatrze Stanisławowskim winna
Wam jestem relację. Zacząć należy od kompletnie autorskiej wersji dzieła, która
powstała z dwóch rękopisów zachowanych w bibliotece w Turynie. „Farnace” ma
wiele mutacji (źródła podają różne liczby, najczęściej 7), nie istnieje
natomiast ta kanoniczna, więc działania realizatorek są całkowicie uprawnione.
Reżyserię powierzono sprawdzonej już wcześniej Natalii Kozłowskiej, która i tym
razem, mimo finansowych ograniczeń podołała zadaniu. Z konieczności scenografię
trzeba było ograniczyć do minimum, co wydaje się w niczym nie przeszkadzać
wyobraźni oraz inwencji twórczej reżyserki, a wręcz ją inspirować. Trudno tu
opisywać poszczególne rozwiązania sceniczne, bo o całym efekcie decyduje
swoista lekkość (mimo dramatycznego libretta), wdzięk i poczucie humoru. Kto był
np. na „Arippinie” lub widział ją w Ninatece ten wie w czym rzecz. Te cechy
prac Kozłowskiej są bezcenne w czasach regietheatru, którego adepci zazwyczaj
nastawieni są na turpistyczną wizję współczesności, często podlaną w dodatku
ciężkim, psychoanalitycznym sosem. A tu,
mimo scenograficznych limitów znajdujemy się w oazie uroku i blasku a kostiumy
(Paulina Czernek) przenoszą nas w środowisko właściwe czasowi akcji . Bezcenne.
Zwłaszcza, że muzycznie wszystko też udało się świetnie – aż prosi się zarejestrowanie
go i wydanie na DVD – nigdzie nie musielibyśmy się go wstydzić! Royal Baroque
Ensemble pod pewną ręką Lilianny Stawarz
pięknie się nam przez parę lat rozwinął i dziś słucha się go dużą
przyjemnością. Anna Radziejewska jest klasą sama dla siebie i potwierdziła to
partią Farnacesa, chociaż mam wrażenie, iż w „Agrippinie” była bardziej na
własnym terytorium. Aria „Gelido in ogni
vena” wypadła w każdym razie świetnie. Urszula Kryger, którą po raz pierwszy
widziałam w operowym wcieleniu debiutowała rolą Berenice w muzyce barokowej i
cóż to był za debiut! Być może częściej będziemy mieć okazję podziwiać p.
Kryger poza właściwym jej repertuarem pieśniarskim i oratoryjnym, bo rola
Berenice sprawiała jej chyba tyle samo frajdy co nam, publiczności. Specyficzna
to partia, złożona z knucia i koloraturowych wybuchów furii -można się w niej
wygrać do woli, pod warunkiem zachowania kontroli nad tymi kaskadami wściekłych ozdobników, co oczywiście zostało
wykonane perfekcyjnie. Rola szlachetnej Tamiri zyskała doskonałą
interpretatorkę w osobie Elżbiety Wróblewskiej (piękny głos), zaś o kokietce
Selindzie – Joanna Krasuska-Motulewicz mogę napisać kropka w kropkę to samo co
o jej odpowiedniczce ze Strasburga – apetyczna pod każdym względem. Tenor Przemysława
Baińskiego brzmiał bardzo dobrze. Nie należę do wielbicielek głosu Jana Jakuba
Monowida, który wydaje mi się matowy, ale trzeba przyznać, że śpiewak ten
zawsze trzyma poziom i jest bardzo utalentowany aktorsko. Kacper Szelążek był na moim spektaklu w świetnej
formie, co muszę z cała mocą podkreślić. Skądinąd słychać narzekania na jego
śpiewanie, i być może jest coś na rzeczy biorąc pod uwagę porażki Szelążka w
konkursach wokalnych, gdzie zdarza mu się przegrywać z teoretycznie słabszymi
rywalami. Ale – może po prostu nie jest on „zwierzęciem konkursowym”, zdarza
się. Ja tylko raz byłam świadkiem walki artysty z intonacją, a miało to miejsce
przy okazji spektaklu „Teatro alla moda”
rok temu. Z tym, że po owym
niekomfortowym doświadczeniu przed antraktem po nim Szelążek błyszczał już pełnią
swych możliwości, a są one naprawdę duże. W moich uszach partią Gilladesa tylko
to mniemanie potwierdził.
wtorek, 29 sierpnia 2017
Lekcja historii - "Nabucco" w Arena di Verona
Czy opera jest właściwym miejscem do przekazywania
wiedzy historycznej? Czemu nie, jeśli wszystko zrobione jest jak trzeba …W
związku z tym muszę się Wam przyznać do rzeczy dziwnej, nieco wstydliwej i
takiej, która zdarzyła mi się bodajże pierwszy raz w życiu – obejrzałam przedstawienie
właściwie wyłącznie dla strony wizualnej, bo muzyczna była (z małymi wyjątkami)
boleśnie przeciętna. Sprawcą zdarzenia okazał się nieznany mi wcześniej reżyser
i projektant kostiumów Arnaud Bernard, który wystawiając „Nabucco” w Arena
di Verona postanowił powiązać ściśle
muzykę z kontekstem historycznym i tym,
co rzeczywiście działo się przy okazji prapremiery dzieła i nieco później. A
najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że jeśli zapomnieć o śpiewanym tekście
zadziwiająco mu się udało. Oczywiście kwestię odrębną stanowi pytanie czy wolno nie pamiętać o słowach,
opera to przecież nie tylko partytura i zarys fabuły. Umówmy się na chwilę, że
można. Zacząć należy od miejsca wydarzenia, bo taki spektakl można było pokazać
tylko na olbrzymiej scenie, najlepiej pod gołym niebem więc werońska Arena
sprawdziła się idealnie w roli … Mediolanu. Za sprawą Bernarda zostaliśmy
przeniesieni tam właśnie, do pięciu marcowych dni (18-22) 1848 roku i powstania
przeciwko austriackiej okupacji. Zdumiony widz mógł poczuć się jak na „Aidzie”,
takiego scenograficznego rozpasania nie widziałam od dawna. Było wszystko:
tłumy statystów, żołnierze na koniach, powozy i karety takoż przez konie
ciągnięte, armaty i licho wie, co jeszcze. Nic z tego nie było tylko dla
ozdoby, wszystko spełniało jakąś rolę i niestety, wydawało dźwięki. Te obce
wtręty w postaci wybuchów, stukania kopyt, gwizdania, strzałów mogły trochę
przeszkadzać. Ale poza tym z podziwem obserwowałam umiejętność zakomponowania tych mas ludzi (powstańcy,
żołnierze austriaccy, ludność cywilna, służby medyczne, duchowni itd.) – nikt nie
był na scenie bez powodu. Taka koncepcja musiała oczywiście spowodować
drastyczne zmiany nawet nie tyle w samej fabule, a raczej w kontekście czasowym
i geograficznym. Bo oczywiście nie mogło być mowy o Babilończykach i
Izraelitach a Nabuchodonozor zamienił się w cesarza Austrowęgier z
obowiązującymi bokobrodami. Jakiegoś cesarza, nie zaś konkretnie wówczas
jeszcze panującego Ferdynanda I, wuja Franciszka Józefa, który abdykował na
jego rzecz kilka miesięcy później. Rozumiem,
że to może mocno razić część widzów, zwłaszcza niewłoskich , ale mnie się
złożyło w sensowną całość. Zwłaszcza, że Bernard znalazł piękne wyjście, aby „Va
pensiero” pozostało jednak chórem Hebrajczyków jednocześnie nim nie będąc! W
drugiej części spektaklu znaleźliśmy się bowiem w La Scali, gdzie ubrani w odpowiednie kostiumy chórzyści
wykonywali tę pieśń jako część spektaklu, a do nich, w ramach patriotycznej
manifestacji dołączali sceniczni widzowie. Rozwinięto nawet transparent ze
słynnym napisem „Viva Verdi”, co tłumaczyło się wówczas jako Viva Vittorio
Emanuele Re D’Italia. I wszystko to razem zostawiłoby mi znakomite wspomnienia,
gdyby było choć trochę lepiej wykonane od strony muzycznej. Niestety Daniel
Oren, który w czasie „Va pensiero” szalał w orkiestronie poprowadził orkiestrę
dziwnie mechanicznie, było sporo instrumentalnych kiksów i brzmiało to wszystko niezbornie. Chór, główny bohater „Nabucca” na początku był nieco
rozproszony (wina śpiewania na wolnym powietrzu?), potem brzmienie się
wyrównało. Role drugoplanowe wykonane zostały przyzwoicie, nic więcej, nic
mniej, ale wszak nie Feneną (Nino Surguladze – cóż za piękna kobieta) i Ismaelem
(Rubens Pellizari) ta opera stoi. Rafał
Siwek, co mogę z radością napisać właściwie jako jedyny dał pełną kreację
wokalno-aktorską, czuło się chwilowe braki mocy i w związku z tym napięcie w
głosie, ale ogólnie nasz bas wypadł znakomicie jako Zaccaria (tym razem nie
kapłan, tylko jeden z przywódców powstania i jednocześnie śpiewak). Susanna
Branchini w partii Abigaille stanowiła prawdziwą katastrofę fałszując niemal
ciągle brzydkim, skrzekliwie brzmiącym sopranem. Gwoli sprawiedliwości, udało
jej się kilka ładnych fragmentów piano, ale wtedy siłą rzeczy nie mogła
krzyczeć i nadwyrężać głosu. Śpiewaczka ta nie jest też utalentowana
interpretacyjnie, groźne łyskanie oczami zastępowało jej aktorstwo. Szkoda, że
nie transmitowano spektaklu z Anną Pirozzi. Bohater
tytułowy, Gruziński baryton Geroge Gagnidze dysponuje głosem o dużym wolumenie i
śpiewał porządnie, ale zabrakło mi interpretacji. Wystarczy przypomnieć sobie
Placida Domingo z Met – przecież warunki głosowe nieskończenie mniej
predysponują go do tej roli, a jednak był w niej znacznie lepszy.
piątek, 18 sierpnia 2017
"Aida" z Salzburga
”Aidę” oglądam rzadko, na żywo nie widziałam jej od
niepamiętnych czasów. Ostatni był chyba spektakl w warszawskim Teatrze Wielkim,
z którego wspominam żwawo płynący
prawdziwy strumyczek i finał z zamykającym się olbrzymim posągiem więżącym w
swoim wnętrzu parę amantów. Kiedy to się zdarzyło nie pamiętam zupełnie, kto
wówczas śpiewał tym bardziej, wiem tylko tyle, że musiała to być poprzedniczka
pozostającej jeszcze w repertuarze Opery Narodowej produkcji, a ta miała
premierę w 2005. Z tego wniosek, że „Aida” nie jest mi potrzebna – chociaż to
Verdi. Czasem moją uwagę ściągają na to dzieło nazwiska śpiewaków, jak to się
stało ostatnio dwa razy, kiedy zdecydowałam się zafundować sobie płytę z Anją
Harteros i Jonasem Kaufmannem oraz
obejrzeć transmisję z Anitą Rachvelishvili. Przedstawienie salzburskie, bo o nim dziś
piszę to też taki przypadek i jak to bywa – do trzech razy sztuka, na jakiś
czas wystarczy. Nie potrafię ściśle określić, co mnie od „Aidy” tak odpycha, bo
przecież nie muzyka. Libretto zawiniło na pewno – cały ten monumentalizm i
świat zaludniany przez postaci, z których jako tako ludzką wydaje się Amneris
ani mnie wciąga, ani interesuje. Uprzedzając ewentualne uwagi – nie dezawuuję
utworu, opisuję tylko swój szczególny przypadek trudnych z nim relacji. Na
salzburską premierę opery nie czekałam w napięciu, ale jako debiut Anny
Netrebko w nowej verdiowskiej roli był to spektakl z rodzaju „must see”. Przed
transmisją telewizyjną naczytałam się oczywiście recenzji, z których wynikały
dwa wnioski – muzycznie OK, produkcja -
wręcz przeciwnie. Usiadłam do oglądania i doznałam uczucia dysonansu
poznawczego, bo w moich oczach (o uszach później) to była najlepsza „Aida”,
jaką zdarzyło mi się widzieć. Jaką ja czułam głęboką wdzięczność do reżyserki
Shirin Neshat za tę stosunkową kameralność tej produkcji, za nieobecność tłumu
statystów i nieszczęsnych żywych zwierząt, wreszcie za przycięcie scen
baletowych do rozsądnych rozmiarów! Podobała mi się ostentacyjnie skromna
scenografia Christiana Schmidta w postaci śnieżnobiałych ruchomych ścian o
wyraźnej fakturze składających się na różne miejsca akcji. Podobał mi się Nil
płynący sobie i lśniący tajemniczo na jednym z takich murów. Kostiumy Tatiany
van Walsum domagają się dłuższego komentarza. Niekoniecznie zachwycił mnie
wizerunek kapłanów wyglądających niczym prawosławni duchowni lub też mułłowie z
ojczyzny Neshat, Iranu. Rozumiem jednak, że miało to nam unaocznić, że rytuał i
jego zewnętrzne przejawy nie mają większego znaczenia, ważna jest opresyjność
wszelkiej religii. Taka dziś moda, co mnie trochę nudzi, bo powtarza się
właściwie w każdej współczesnej realizacji operowej, co trzeba uznać za signum
temporis. W tym konkretnym przypadku i tak pokazano to w sposób w miarę
delikatny. Idąc dalej tropem kostiumów poczułam się mocno rozbawiona odmiennym
odbiorem wyglądu Radamesa: komuś skojarzył się z „Gwiezdnymi wojnami”, a
koledze po klawiaturze – Zgrzebnemu (http://zgrzebny.blogspot.com/2017/08/koszmar-nocy-letniej.html
) z „Borysem Godunowem”. Moim zdaniem
wyglądał w miarę neutralnie a przynajmniej nie został strojem ośmieszony, co
się w tej roli zdarza nagminnie. Amneris
nosiła aż 5 (lub nawet 6) sukien o podobnym kroju, za to w różnych,
nasyconych barwach i zdobionych na bogato, jak się księżniczce i następczyni
tronu należy. Najciekawszy image zafundowano bohaterce tytułowej i myślę, że
peruka w kształcie uplecionej z włosów korony oraz makijaż przecinający
uczernioną twarz jasną smugą zostanie zapamiętany na długo. Zarówno on, jak
powłóczyste szaty dobrze służyły urodzie protagonistki i wiązały ją z jej
ludem, jako, że wszyscy Etiopczycy pomalowani byli podobnie. Tyle o kwestiach
wizerunkowych a gwoli uczciwości muszę stwierdzić, że relacje między bohaterami
zostały zarysowane szkicowo i reżyserka nie wsparła swoich śpiewaków jak
należy. Najbardziej straciła na tym Amneris, bo Ekaterina Semenchuk
zaprezentowała postać konwencjonalną i ogólnikową. Zdumiewająco dobrze
zaprezentował się natomiast Francesco Meli, który zazwyczaj pod względem
aktorskim nie bryluje, mówiąc delikatnie. Tym razem pokazał się jako bodajże
najsympatyczniejszy Radames jakiego zdarzyło mi się oglądać, w czym pomogły mu
wielkie, „wilgotne” oczy. Poza tym to był Radames uroczo kruchy pomiędzy dwiema
bardziej monumentalnymi koleżankami. A muzycznie? I tu mam pewien kłopot, bo o
ile do postaciom drugo i trzecioplanowym
należą się same komplementy (Roberto Tagliavini – Król, Dmitry Belosselskiy –
Ramfis, Luca Salsi – Amonasro, Benedetta Torre – Kapłanka) do każdego z
protagonistów można mieć zastrzeżenia. Wracając jednak do epizodów szczególną
moją uwagę zwrócił Bror Magnus Tødenes jako Posłaniec śpiewający z takim
zaangażowaniem, jakby wykonywał najważniejszą rolę życia (wzruszające) a przy
okazji zaprezentował naprawdę ładny głos. Pogrzebałam trochę i okazało się, iż
24-letni norweski tenor występował już w Polsce (w Poznaniu) i po krótkim
terminowaniu w partiach małych zaczyna pierwszoplanową karierę Nemorinem. Warto
go uważnie obserwować. Główni bohaterowie wieczoru dali nam dobry przykład
tego, co się dzieje, gdy wszystko właściwie jest na miejscu, ale ducha w tym
brak. Dotyczy to przede wszystkim Riccardo Mutiego, który jak zazwyczaj
dyryguje dobrze, porządnie, ale nieco nudno. Oczywiście ta metoda, stosowana
przez niego od początku kariery zapewnia nam fachowe odczytanie partytury, ale
nic więcej. Dokładnie tak śpiewała Ekaterina Semenchuk. Jej mezzosopran nie ma
w dodatku charakterystycznego zabarwienia i choć wszystkie nuty były na
miejscu to Amneris do natychmiastowego
zapomnienia. Francesco Meli miał kłopoty z karkołomną końcówką „Celeste Aida”,
ale poza tym śpiewał dobrze, tenorem o średnim wolumenie, ale ładnej,
miodowo-metalicznej barwie. Doskonała technika pozwala mu na wykonywanie z
sukcesem partii przeznaczonych, wydawałoby się na głos o większym rozmiarze niż
jego. Nie odbieram jego interpretacji jako zawodzącej czy płaczliwej, jak
Zgrzebny, ale być może nie jestem obiektywna. Meli od ładnych paru lat należy
do moich ulubionych śpiewaków. I tak dotarłam do Anny Netrebko, dla której, mam
wrażenie Aida nie będzie należała do koronnych jej ról verdiowskich. Nawet nie
dlatego, że góry były wymęczone i na granicy właściwej intonacji (ale ciągle po
odpowiedniej jej stronie), ale czegoś tu brakowało, słuchałam jej obojętnie jak
nigdy. Pewnie to kwestia osobistego odbioru, bo nadal przecież doceniam
niezwykłą urodę średnicy jej głosu, jak również przepastne piersiowe doły,
ładne piana i legato. Nie ma wśród współczesnych sopranistek „mojej” Aidy
(skoro nawet Anja Harteros nią nie jest…), jeśli raz na bardzo długi czas
zechcę do niej wrócić, muszę wyciągnąć płytę Leontyny Price.
P.S. Nie będę jednak
recenzować „Łaskawości Tytusa” z Salzburga, bo był to taki horror
inscenizacyjny, którego nie wynagrodziła mi nawet wspaniała Marianne Crebassa w
partii Sesta. Żałuję niezmiernie, że zamiast tego nie transmitowano „Lady
Makbet mceńskiego powiatu”, która podobno bardzo się udała.
sobota, 12 sierpnia 2017
"La Clemenza di Tito" w Glyndebourne
Pierwsze
spojrzenie na scenę przyniosło mi natrętne wrażenie deja vu. W tych
nadrzecznych zaroślach nie tak dawno czaił się na Lohengrina Telramund,
błądziła Elsa z Brabantu i sam nieszczęsny Łabędzi Rycerz . No, może to nie
były te same trzciny, ale niewątpliwie bardzo podobne, tyle że stał w nich
element obcy w postaci pianoforte, a tutaj tę samą rolę pełni fotel. Ten
początek trochę mnie zaniepokoił, bo jeśli reżyser, będący niewątpliwie stroną
sprawczą owej scenografii (nawet jeśli nie on ją podpisał) tak bliźniaczo widzi
dzieła od siebie bardzo odległe najwyraźniej jego inwencja uległa znacznemu
ograniczeniu. W czasie trwania akcji stwierdziłam iż rzeczywiście – spektakl
jest typowy i podobny do innych Clausa
Gutha. A jednak ograna scenografia
dobrze pełni swą rolę, nie mówiąc już o tym, że ładnie wygląda, co w
produkcjach z pod znaku regietheatru niekoniecznie bywa normą.
Najefektowniej pod względem plastycznym
wypadł pożar Rzymu, z ogniem, dymami i czerwono-pomarańczową poświatą. Z
kwestii mniej zewnętrznych widać w tej produkcji, iż reżyser próbował nieco
wysubtelnić libretto, ale to w tym wypadku materia niezwykle oporna. Przede
wszystkim Guth postawił na wątek zdradzonej przyjaźni, więc na projekcjach
wideo możemy obserwować dwóch chłopców, którzy w okolicznościach przyrody
bliźniaczo przypominających sceniczne oddają się czynnościom właściwym dla
wieku. Młodzieńcy pojawią się jeszcze przed nami jako ucieleśnienie
wspomnień cesarza, tym razem już na
żywo. Próbował też reżyser, nawet z powodzeniem rozbroić nieco absurdalność
polowania Tytusa na małżonkę (3 kandydatki w ciągu jednego dnia). Już na
początku mamy niemą scenę pożegnania władcy z jego jedyną, prawdziwą miłością,
Berenice, którą oddala, by zgodnie z wolą ludu dać mu jako cesarzową prawdziwą
Rzymiankę. W roli Berenice obsadzono piękną aktorkę i obraz miłości zniszczonej
przez obowiązek, mimo, że z konieczności krótki wydał mi się przekonujący.
Ogólnie mówiąc Guth zaprezentował nam spektakl na tyle zwarty i logiczny na ile
się przy kiepskim libretcie dało a przy okazji całkiem przyjemny w oglądaniu.
Strona muzyczna przedstawienia spoczęła w rękach Robina Ticciati , który
dyrygował renomowanym zespołem Orchestra of the Age of Enlighment bez
fajerwerków, ale porządnie, uważnie wspierając swoich śpiewaków. Wśród nich zaś
nastąpiły niespodziewane roszady, kiedy okazało się, że Steve Davislim za nic
nie może dogadać się Clausem Guthem. Zastąpił go Richard Croft, któremu ta
sztuka się udała, podobnie jak kreacja
wokalna. Pewnie to po części wynik bogatego doświadczenia Crofta, który
stworzył Tytusa może nie ekscytującego, ale sympatycznego, co w przypadku tej
postaci niełatwe. Ponadto reżyser kazał mu wyśpiewywać kaskady koloratur
machając przy tym płonącą kartką papieru.
Zarówno jego palce tenora jak ozdobniki nie ucierpiały. Wynikiem
kolejnej zmiany obsadowej była prawdziwa sensacja wieczoru. Kate Lindsey
spodziewa się dziecka, a Sesto w zaawansowanej ciąży to raczej kiepski pomysł,
chociaż głosowo mezzosopranistka pewnie
by podołała. W związku z tym do tej
ważnej partii awansowała Anna Stéphany, mająca początkowo śpiewać
Annia . Okazała się rewelacyjna pod każdym względem – wizerunkowym, aktorskim i
przede wszystkim wokalnym. To piękny, świetlisty głos, wspaniałe wyczucie
mozartowskiego stylu i do kompletu pełna kompetencja wyrazowa. Przyznam, że
stykałam się z nazwiskiem tej śpiewaczki wielokrotnie w recenzjach, ale po raz
pierwszy miałam okazję ją podziwiać. I nie mogę wyjść ze zdumienia, że ta już
40-letnia (chociaż tego po niej nie widać) artystka tak długo musiała czekać na
uznanie – jej debiut w ROH odbył się w minionym właśnie sezonie! Mam nadzieję,
że po tym sukcesie jej kariera rozwinie się szybko, bo ona na nią zasługuje. Z
pozostałej czwórki wykonawców kłopot miałam
tylko z Vitelią w interpretacji Alice Coote. Niegdyś była ona znakomita
w rolach spodenkowych, czas jednak pędzi nieubłaganie i jak pokazał jej
niedawny Idamante w Met śpiewaczka nie
bardzo się już do nich nadaje. Przestawienie się na inny repertuar wydaje się w
tej sytuacji krokiem rozsądnym. Kłopot w tym, że straszliwie niewygodnie
napisana Vitelia to nie jest teren Coote. Mezzosopranistka popisywała się dołem
skali (piersiowy rejestr nadal na miejscu), ale w górze skali brzmiała ostro i
piskliwie, a partia w górne dźwięki obfituje. Coote nie stworzyła też
wiarygodnej postaci kobiety, której ambicja zastępuje wszelkie inne uczucia,
ale która może być dla płci przeciwnej
prawdziwym magnesem. Michèle Losier była wzruszającym Anniem, Joélle Harvey
uroczą Servilią a Clive Bailey kompetentnym Publiem.
Oglądałam ten spektakl z przyjemnością,
zachwyciłam się Anną Stéphany i doskonała marka festiwalu w Glundebourne tylko
mi się potwierdziła . Może kiedyś tam dotrę … Na razie jednak stwierdziłam z
niejakim zdziwieniem, że ”La Clemenza di Tito”
znalazła się również w programie festiwalu salzburskiego. O tym
następnym razem, z małą przerwą na tamtejszą „Aidę”.
Subskrybuj:
Posty (Atom)















































