piątek, 2 marca 2018

Kontratenor hip-hopowy - Jakub Józef Orliński



Końcówka tegorocznej zimy wprowadziła mnie w stan inercji – nic mi się nie chce, nic nie ekscytuje, organizm nastawił się na przetrwanie do wiosny. Rozszerza się to na operę,  jakoś nie spotkało mnie w tej dziedzinie ostatnio nic, co warte byłoby podzielenia się wrażeniami.  Dzisiejszy wpis poświęcę więc rozpoczynającej się chyba właśnie na dobre światowej karierze kolejnego, młodego, polskiego śpiewaka. Kariery tej, co muszę szczerze przyznać nie przewidziałam kiedy po raz pierwszy miałam okazję zetknąć się z nim na scenie. W „Agrippinie” na deskach Teatru Stanisławowskiego w warszawskich Łazienkach (który nie nosił jeszcze dumnego miana Polskiej Opery Królewskiej) Jakub Józef Orliński, jako Narciso zrobił na mnie wrażenie pozytywne ale dalekie od zachwytu.  Trzeba jednak koniecznie doprecyzować, iż urodzony w grudniu 1990 kontratenor nie miał wtedy nawet 24 lat a jego artystyczna edukacja wciąż trwała. Potem Orliński szlifował swój talent w Akademii Operowej przy Teatrze Wielkim i wreszcie w Julliard School of Music.  Brał też udział w rozlicznych konkursach wokalnych i to niemal zawsze z sukcesami. Tym dającym zapewne najwięcej na arenie międzynarodowym jest zapewne znalezienie się wśród wąskiego grona pięciorga laureatów Metropolitan Opera National Council Audition 2016. Lista nazwisk poprzedników  wygląda imponująco i chociaż to osiągnięcie niczego nie gwarantuje w oczach dyrektorów od obsad zapewne może być argumentem niepośledniej rangi. Nieprędko chyba zobaczymy naszego falsecistę na scenie Met, bo w tym teatrze dzieła barokowe do których głos kontratenorowy  potrzebny bywa najczęściej nie goszczą zbyt regularnie, ale czasem się zdarzają i wówczas być może … Na  razie Jakub Józef Orliński ma za sobą debiut na festiwalu w Aix-en-Provence, gdzie wykonywał rolę Orimenea w „Erismenie” Cavallego popisując się przy tym umiejętnościami tanecznymi. Śpiewak przez lata uprawiał break dance (mój kolega, który sędziuje w wielu konkursach w tej dziedzinie doskonale go z niejednych zawodów pamięta) co daje mu zasadniczą przewagę nad kolegami -  niezwyczajną nawet w dzisiejszych czasach sprawność ruchową. Jest też utalentowany aktorsko i, co ważne w czasach terroru obrazka przyjemny dla oka. No dobrze, a jak śpiewa? Mnie w jego wokalistyce  brakuje czegoś indywidualnego, własnego chociaż doceniam solidną podstawę w rzemiośle i ładną barwę głosu. Podejrzewam jednak, iż ten rys indywidualny i ciekawszy wyraz emocjonalny może przyjść z czasem oraz artystycznym i osobistym dojrzewaniem. Z czasem będzie też Orliński rozszerzal swój i tak jak na ten wiek bogaty repertuar, na razie, poza pojedynczymi barokowymi ariami zawierający miedzy innymi takie role jak Ottone w „Agrippinie”, Eustazio z „Rinalda” czy Ruggiero w „Alcinie”. Z czystym sumieniem mogę polecić Państwu płyty z udziałem Orlińskiego – „Carnevale di Venezia” z Natalią Kawałek i Miriam Albano oraz tę, która dziś powinna trafić do sklepów muzycznych „Enemies In Love” (ponownie z Natalią Kawałek). Na jesień tego roku zaplanowano wydanie już solowego CD „Anima Sacra” z towarzyszeniem popularnego i uznanego zespołu „Pomo d’Oro”. Będzie to pierwsze nagranie  zrealizowane  w ramach kontraktu Orlińskiego z wytwórnią Erato. Gdyby ktoś z Was nie słyszał jeszcze, jak śpiewa nasz kontratenor na You Tube jest mnóstwo świadectw jego sztuki, wybrałam i zalinkowałam trzy, z których szczególnie ciekawa wydała mi się rejestracja występu w ramach Master Class Joyce DiDonato. Posłuchanie jak wspaniała artystka odbiera młodego kolegę i jakie ma uwagi jest, szczególnie dla laika bardzo interesujące. Warto dodać, że w przepastnych zasobach YT można sobie znaleźć podobną lekcję z Szymonem Komasą. A wracając do Orlińskiego - informacji o nim szukać specjalnie nie trzeba, bo jego fan page na Facebooku jest kopalnią wiedzy o aktualnościach z jego artystycznego życia. 







JJO i Nadine Sierra, laureatka National Council Audition z 2009 roku


wtorek, 20 lutego 2018

Słodycz "Napoju miłosnego" i plany Met



Luty, kiedy za oknami ciągle szaro i smutno a czasami pojawia się dotkliwe zimno to doskonała pora na dosłodzenie życia „Napojem miłosnym” . Kilka łyków owego magicznego napitku zawsze wprawia w dobry nastrój, tyle tam włoskiego słońca i melodii. Nie planowałam na sobotni wieczór spotkania z Donizettim, ale w końcu znalazłam się przed ekranem. Ponieważ była to ta sama inscenizacja, którą nowojorska scena pokazywała już nam w kinach niecałe 6 lat temu porównania obsadowe narzucały się same. Muszę przyznać, że chociaż poprzednią odsłonę produkcji wspominam dobrze obecna przyniosła mi jeszcze więcej radości mimo nieobecności w niej mego ulubionego śpiewaka. Sprawczynią okazała się głownie Pretty Yende, chociaż nie tylko ona. Tym razem miałam wrażenie, że odtwórczyni roli Adiny jest do niej idealna pod każdym względem: młoda nie tylko ciałem ale i co ważniejsze jasnym, promiennym głosem, wdziękiem i naturalnością.  Anna Netrebko, chociaż włada sopranem o znacznie bogatszej i chyba piękniejszej barwie (to rzecz gustu, ale tak brzmi w moich uszach) nie miała już w 2012  takiej swobody wokalnej, lekkości i przede wszystkim stylu. Matthew Polenzani pozostał Nemorinem niezmiernie sympatycznym i bez zarzutu również stylowym, aczkolwiek pewnie już nigdy nie polubię barwy tego głosu. Nie zmienia to jednak faktu, że to chyba najbardziej udana kreacja sceniczna w jakiej miałam okazję go podziwiać, a było ich już sporo. Z Davide Luciano zetknęłam się po raz pierwszy i było to ciekawe spotkanie. Włoski baryton nie zaleca się szczególnie urodziwą czy charakterystyczną barwą, ale sądząc po tym jak śpiewa jest prawdziwym belcancistą. Pięknie frazował, nigdy, naprawdę w żadnym momencie nie uległ pokusie napinania głosu, zaprezentował też ładne ozdobniki. Stworzył przy tym nieoczekiwanie sympatyczną postać, czego po sierżancie Belcore nie oczekiwałam. Luciano był zabawny, ale przy tym ani trochę nie brutalny. Ildebrando d’Arcangelo podjął się roli „doktora” Dulcamary też był to bohater zupełnie inny niż poprzednio. W tym wypadku przywiązałam się jednak do Ambroggia Maestriego tak bardzo, że nie mając do D’Arcangelo większych zastrzeżeń i tak tęskniłam za jego poprzednikiem. Domingo Hindoyan dyrygował energicznie i polotem, może sobie ten debiut w Met zaliczyć do sukcesów.
Podobnie jak rok temu Metropotan Opera 15 lutego ogłosiła swe plany na nadchodzący sezon i przynajmniej na papierze wyglądają interesująco. Żałuję, że nie zobaczę nowej odsłony pięknej produkcji „Poławiaczy pereł” ale transmisji radiowej nie odmówię sobie na pewno. Bardzo jestem ciekawa nowej Leili – Pretty Yende i nowego Nadira  - Javiera Camareny. O Zurgę – Mariusza Kwietnia można być całkiem spokojnym, rola powoli staje się jego specjalnością. Podobnie sytuacja przedstawia się z „Pelleasem i Melisandą” – miło byłoby nie tylko usłyszeć, ale i zobaczyć Isabel Leonard oraz Paula Appleby (uwaga: Pelleas tenorowy) w tytułowych rolach, ale cóż – Peter Gelb tej opery nie lubi. Z tego, co przewidziano do transmisji ominę chyba dwa gwiazdorskie wehikuły – „Dziewczę z zachodu” bo nie przepadam za Jonasem Kaufmannem w partii Dicka i nie mam przekonania do Evy Marii Westbroek jako Minnie. Nie wybieram się też na nową produkcję „Traviaty”, bo krzykliwej Diany Damrau jako Violetty mam serdecznie dosyć, co innego, gdyby pokazywaną drugą obsadę z Anitą Hartig. Za to już się cieszę na „Dialogi karmelitanek”, i „Marnie” – Hitchcock w operze, w dodatku z Leonard i Christopherem Maltmanem – czekam niecierpliwie! Pójdę też na „Adrianę Lecouvreur”, ale nie względu na duet Netrebko Beczała , mnie przyciąga nazwisko Anity Rachvelishvili (księżnej de Bouillon). Planuję też dosłodzić sobie życie „Córką pułku” – trio Yende,Camarena i Blythe jest dla mnie atrakcją nie do przegapienia. Zastanowię się jeszcze nad „Samsonem i Dalilą” (wolałabym Rachvelishvili i Antonenkę niż Garancę i Alagnę) i zgraną niemiłosiernie „Aidą” (znów Anita!). Zobaczymy, co wyjdzie z tych planów …  Dla nas, polskich operomaniaków ważny jest kolejny debiut w Met naszego rodaka – Tomasz Konieczny zaśpiewa w powracającym na deski Met „Ringu” (tym z machiną) Albericha, będzie też Abimelechem w „Samsonie i Dalili”. Artur Ruciński ma przewidziane dwa spektakle „Traviaty” zaś Aleksandrę Kurzak będziemy mogli zobaczyć jako Micaelę. Miejmy nadzieję, że nie zacznie się kolejny korowód wypadków i nagłych zachorowań i wszystko to będziemy mogli podziwiać. A co Wy wybieracie z przyszłego sezonu?





sobota, 10 lutego 2018

Młodzieńczy Hoffmann w Monaco

W kwestii „Opowieści Hoffmanna” pytań i wątpliwości jest sporo, nie istnieje podstawowa, kanoniczna wersja dzieła. Jacques Offenbach swego opus magnum nie ukończył a etap, na którym śmierć przerwała mu pracę zmusza koleje pokolenia muzyków i realizatorów do dokonywania ciągle nowych redakcji utworu. Dlatego właśnie idąc do teatru nigdy nie wiesz nie tylko jaka będzie kolejność aktów, ale też ile usłyszysz w tym weneckim. W każdym razie jedna rzecz jest pewna: wystawienie „Opowieści” wymaga nie tylko dużego wysiłku inscenizacyjnego (liczna obsada solistów, spory chór, cztery  różne miejsca akcji) ale też bogatej fantazji od reżysera. To musi być wyobraźnia nieograniczona dzisiejszymi modami (nie da się dobrze tego zrobić na buro i brzydko ani na powściągliwie i elegancko), bujna wręcz dziecięco ale … utrzymana w żelaznych karbach dyscypliny. Niewykonalne? Niekoniecznie, kilka razy się udało. Nie tym razem, niestety, chociaż  od strony wizualnej niewiele było trzeba by premiera w Monte Carlo zakończyła się sukcesem. Tak się nie stało z przyczyny banalnej, ale rzucającej się w oczy – nieciekawej i bardzo oszczędnej scenografii (Laurent Castaingt). Powielany w nieskończoność pomysł z zastosowaniem teatru cienia i trochę brzydkich rekwizytów w wypadku tej opery nie wystarczy. Nie wiedzieć czemu całe to ubóstwo skontrastowano z bogatymi, pięknymi kostiumami z czasów powstania dzieła i wszystko to razem nijak nie chciało się do siebie dopasować. Ogromna szkoda, bo Jean-Louis Grinda przeprowadził akcję logicznie i sensownie a mając szczęście trafić na utalentowaną aktorsko obsadę nie zmarnował tego daru. Miałam wrażenie, że poświęcił odpowiednią uwagę każdemu śpiewakowi niezależnie od wielkości roli i to dało bardzo dobry rezultat – właściwie wszyscy stworzyli ciekawe postacie, nikt nie snuł się na scenie tylko dlatego, że miał do zaśpiewania linijkę tekstu. Wszystko to jednak nie miało większego znaczenia wobec nieudanej w większej części muzycznej strony spektaklu, z którego zadowoleni mogli być głównie fani Juana Diego Floreza. Kiedy lata temu wydał on płytę „L’Amour” z repertuarem francuskim nie byłam nią zachwycona zwłaszcza Wertherem i Gounodem. Od tego czasu Florez konsekwentnie rozwija repertuar i ma za sobą debiuty w kilku nowych rolach, na ogół z sukcesem (nie udał się tylko Książe Mantui). Nadal jakoś nie mam przekonania do jego Werthera, ale Hoffmana postanowiłam sprawdzić zachęcona interesującym wykonaniem ballady o Kleinzachu na koncercie. W monakijskim spektaklu także była ona mocnym punktem wieczoru, zaśpiewana swobodnie, z triumfalną górą, doskonale zinterpretowana i zakończona własnymi ozdobnikami (robił to też Alfredo Kraus). Młodzieńcze, jasne brzmienie głosu Floreza najlepiej pasuje do aktu Olimpii, kiedy to bohater wynikającą z wieku niedojrzałością może tłumaczyć zauroczenie kobietą-lalką. Dalej już jest nieco trudniej, bo partia Hoffmanna nie stawia wcale mniejszych wymagań niż trzy kobiece (śpiewane przez jedną sopranistkę). Jest to wprawdzie ta sama postać, ale na różnych etapach życia i wymaga użycia innych środków wokalnych w każdym z nich. O ile jeszcze Florez romantyczny w akcie Antonii wypadł dobrze, to już w części weneckiej chciałoby się dźwięku bardziej mięsistego, dojrzałego i mocniejszego. Całość można jednak podsumować pozytywnie, biorąc także pod uwagę naprawdę dobrą kreację aktorską i fakt, że artysta rozsądnie na swój debiut wybrał teatr o niewielkiej widowni. W tym świetle coraz bardziej jestem ciekawa jego Edgarda, którego będzie śpiewał w maju w Monachium (planuję być świadkiem wydarzenia). Bayerische Staatsoper to jednak miejsce nieporównanie bardziej wymagające. Zobaczymy.  Olga Peretyatko podejmując się wykonania wszystkich ukochanych Hoffmanna zmierzyła siły na zamiary i poległa z kretesem. Najbardziej zdziwiła mnie jej nieciekawa Olimpia, bo zdawałoby się że właśnie do niej głos Peretyatko pasuje najbardziej. Sopranistka zaprezentowała jednak nieciekawe, ostre brzmienie, zamazaną, nieprecyzyjną koloraturę i nienajlepsze aktorstwo wokalne (sceniczne było w porządku zarówno przy tej, jak wszystkich innych jej bohaterkach). Antonia wypadła również niezbyt imponująco ujawniając nie tylko ograniczenia wolumenu, ale też problemy na obu krańcach skali. Ku mojemu zdziwieniu najlepsza była w wykonaniu pięknej Rosjanki wydawałoby się najmniej przystająca do jej głosowych możliwości Giulietta. Jest to jednak partia najmniejsza, nie ma nawet własnej arii a poza tym, nie z winy Olgi Peretyatko fatalny okazał się najsłynniejszy bodajże numer „Opowieści”, czyli słynna barkarola. Do ważnej roli Niclausse’a zatrudniono bowiem osobę, która  stworzyła świetną kreację sceniczną, ale słuchać jej się nie dało - Sophie Marilley (fatalne frazowanie, skutkiem czego zupełny brak legato, nieprzyjemny, skrzypiący głos, konsekwentne pozostawanie obok właściwej tonacji – brrrr!). Nicolas Courjal śpiewał przyzwoicie i jako tako grał swoje cztery czarne charaktery, ale ja wolę w tych rolach głosy barytonowe. Courjal miał z górą spore trudności i nie ma się co dziwić. Właściwie wszyscy wykonawcy ról drugoplanowych godnie wywiązali się ze swoich zadań muzyczno-aktorskich. Mnie najbardziej podobała się Christine Solhosse jako matka Antonii, poza nią wymienić można jeszcze weterana Paatę Burchuladze jako Crespela i Rodolphe Brianda, który udatnie kreował czterech służących. Dyrygenta Jacquesa Lacombe’a będę po tym doświadczeniu raczej unikać, jako, że zupełnie nie panował nad dynamiką dźwięku i zagłuszał solistów (owszem, niektórzy dysponują głosami mniejszymi niż przewidział kompozytor, ale dobry maestro potrafi iść za swoimi śpiewakami). Najgorsze jednak były dziwaczne tempa i momentami nazbyt wyrazista blacha. Może orkiestra z Monte Carlo nie należy do najlepszych w Europie, ale poprzednie z nią spotkanie przy okazji „Ernaniego” zostawiło mi raczej dobre wrażenia, więc winić należy szefa.

P.S. 31 stycznia, bezpośrednio po spektaklu Juan Diego Florez otrzymał z rąk Caroline, księżniczki Monaco i księżnej Hanoweru (nieformalnej minister kultury Monaco) Ordre du Mérite culturel.










środa, 31 stycznia 2018

Placido Domingo jako Macbeth w Los Angeles



Los Angeles Opera przejawia ostatnio sporą aktywność medialną, ich produkcje coraz częściej ukazują się na DVD. Głównym magnesem, który przyciąga do nich chętnych nabywców jest oczywiście dyrektor tego teatru, Placido Domingo, który w każdym sezonie przynajmniej w jednej roli pojawia się na scenie. W październiku 2016 zmierzył się z jedną z najważniejszych partii barytonowych, jakie napisał Verdi i była to, jeśli dobrze liczę już ósma.  Kolejnym kreacjom Dominga towarzyszą wciąż te same rozważania – czy powinien, czy ma prawo itd. Odnosiłam się do tego wielokrotnie, tym razem już nie będę skupiając się na tym, co zobaczyłam i usłyszałam. Inscenizacja Darko Tresnjaka jest taka sobie i szczerze mówiąc nie przyciąga uwagi w żaden sposób. Tradycyjna z ducha, nieszczególnie dynamiczna zawiera jeden element dodany, który zresztą nie wnosi niczego nowego ani interesującego. Jest nim stała obecność na scenie ogoniastych diablików z domalowanymi grymasami na twarzach i fryzurami typu „piorun w szczypiorek”. Jedynym, co może widza zafrapować wydaje się ich czynny udział w koronacji Malcolma, bo to dwa z nich wkładają koronę na jego głowę. Co sugerowałoby, że każda władza bywa nieczystego pochodzenia a świeżo upieczony monarcha nie będzie władcą lepszym od Macbetha. Ogólnego wrażenia nie poprawia nieciekawa scenografia ani dość standardowe kostiumy (wizerunek zewnętrzny nie służy wyraźnie tytułowemu bohaterowi). W takiej sytuacji, kiedy oglądana produkcja ani ziębi, ani grzeje pozostaje skupić się na słuchaniu. Jak wszyscy wiemy w operze  najważniejszy nie jest Macbeth tylko jego Lady, dla której Verdi napisał muzykę tyleż piękną i efektowną co straszliwie trudną i wymagającą głosu o właściwościach rzadko chadzających ze sobą w parze. Ekaterina Semenchuk zaprezentowała raczej liryczną interpretację roli nie korzystając z autorskich sugestii zabrudzenia pięknego brzmienia „brzydkim dźwiękiem”. Słuchało się tego bez przykrości, ale miałam wrażenie obcowania z bohaterką dosyć anonimową, bez wyraźnie określonego charakteru a to w wypadku tej postaci poważny zarzut. Co dziwne trudności z utrzymaniem się w tonacji Semenchuk miała przy pierwszej, łatwiejszej arii, później już się nie powtórzyły. Za to list „przeczytała” w miarę naturalnie, co stanowi osiągnięcie. Niestety między państwem Macbeth nie czuło się żadnej chemii – szkoda, bo jakkolwiek rozłoży się siły w tym scenicznym małżeństwie powinni oni być parą połączoną skomplikowanymi więzami miłości, władzy, nienawiści i seksu. Tutaj się tego wszystkiego nie czuło: owszem, śpiewacy wykonywali odpowiednie gesty, ale to wszystko. Aktorstwo Dominga od lat się nie zmienia, jest nieco staromodne i konwencjonalne a właściwie o tym, że patrzy się na niego wciąż z przyjemnością decyduje potęga osobowości. Tyle, że akurat Macbeth nie należy do jego najciekawszych ról – maestro nie czuje się komfortowo w jego skórze, to widać. Za to wokalnie, podobnie jak w wypadku Nabucca nic, tylko podziwiać. Nawet nie wyliczając Placidissimo lat wciąż można się zachwycić tym zdumiewająco dźwięcznym brzmieniem i nośnością legendarnego głosu bez problemu przebijającego się przez grzmiącą orkiestrę i chór i doskonale słyszalnego nawet w dużych scenach zbiorowych. Wszystkie niuanse interpretacyjne, których zabrakło na scenie w głosie były obecne a „Pietà, rispetto, amore” zaśpiewał Domingo i pięknie i przejmująco. Głównej parze towarzyszyli Ildebrando d’Arcangelo jako Banco i Joshua Guerrero w partii Macduffa, obaj na niezłym poziomie. Guerrero to jeden z protegowanych  Dominga, laureat Operaliów 2014 i student programu dla młodych artystów przy LA Opera. Dysponuje tenorem zdecydowanie lirycznym, jasnym, włoskim w barwie. Swoją arię wykonał bardzo ładnie, zabrakło tylko nieco dramatycznej siły – być może przyjdzie z czasem i ośpiewaniem. James Colon dyrygował tego wieczora „Macbethem” już ponad pięćdziesiąty raz i to doświadczenie dało się słyszeć w idealnym rozplanowaniu proporcji dźwiękowych i rozsądnym wyborze temp – nic nie było ani zagonione, ani rozwleczone ponad miarę. Ogólnie – to na pewno nie był „Macbeth” mojego życia, ale ze względu na wokalną kreację Dominga wart jest poświęcenia mu czasu.  




niedziela, 21 stycznia 2018

"Fra Diavolo" w Rzymie

Historia percepcji niektórych dzieł doskonale świadczy o nadchodzących i mijających modach. „Fra Diavolo” Daniela Aubera, o którym dzisiaj jest dobrym takiego świadectwa przykładem. Po entuzjastycznie przyjętej premierze w 1830 roku (polska odbyła się zaledwie rok później) opera stała się jedną z najpopularniejszych na świecie i tak zostało na wiele lat. W samej paryskiej Opéra-Comique  zeszła z afisza po … 77 latach stałej na nim obecności i 909 przedstawieniach! W wieku dwudziestym popularność słabła w każdym rokiem i w końcu rzecz nawet nie tyle zaginęła w pomroce dziejów, bo każdy operomaniak ten tytuł zna, ale stała się widmem, o którego istnieniu wiemy, ale mało kto widział i słyszał na własne uszy i oczy. Co ciekawe  (podają ów fakt niemal wszyscy, którzy o „Fra Diavolo” piszą, więc i ja nie potrafiłam tego szczegółu ominąć) coś więcej na ten temat mogą pamiętać wielbiciele starego kina konkretnie zaś slapstickowych komedii z bardzo dawnych lat. W 1933 powstała w Hollywood filmowa adaptacja dzieła, w której role służących Beppa i Giacoma przechrzczonych na tę okazję na Stanlio i Ollio zagrali Stan Laurel i Oliver Hardy znani u nas jako Flip i Flap. A dalej – właściwie cisza. Znając historię znikania „Braciszka Diabła” ze światowych scen warto przeanalizować, dlaczego tak się stało. Po części zawiniło z pewnością drastyczne zawężenie tego, co dziś zwiemy żelaznym repertuarem. Drugim podejrzanym jest oczywiście Richard Wagner i jego wpływ na nasz sposób patrzenia i przede wszystkim słuchania opery. To nie przypadek, że ofiarą czasu stały się w dużej części komedie a ciężkie dramaty muzyczne wtargnęły i na salony i pod strzechy wypełniając gatunkowy kanon w większej części. Jakby  nie było, bardzo mnie ucieszyła możliwość poznania wreszcie „Fra Diavolo” , którą zafundowała mi Opera di Roma za pośrednictwem Culturebox. Z każdą minutą bezpośredniego kontaktu z tym utworem uśmiechałam się coraz szerzej, jest to bowiem rzecz absolutnie rozkoszna zarówno od strony muzycznej, jak tekstowej. Nie bez powodu libretto uważane bywa za najbardziej udane dziecię librecisty szanowanego  nie bez powodu, czyli Eugène Scribe’a. Fabułę mamy nieskomplikowaną i czytelną, charaktery archetypowe wprawdzie, ale zaadaptowane stylowo i z wdziękiem oraz werwą, poczucie humoru niewątpliwe i działające doskonale do dziś. Bohater tytułowy nie ma wiele wspólnego z prawdziwym Michele Pezzą zwanym Fra Diavolo , ale i tak zapewne dużo więcej niż zdecydowana większość innych, teoretycznie historycznych postaci w operach. Tekst Scribe’a zainspirował Daniela Aubera do stworzenia muzyki lekkiej, czarującej i błyszczącej, o lata świetlne odległej od dramatów i tragedii jakie najczęściej podziwiamy na scenie. I może właśnie o to chodzi, może dlatego dzieło znikło z repertuaru. Reprezentuje przecież typ humoru bardzo odległy od bieżącej wrażliwości. Dziś jesteśmy  mniej finezyjni, a bardziej ironiczni. W każdym razie ja jestem szefostwu Opery Rzymskiej wdzięczna za ten udany wieczór a również za zatrudnienie teamu realizacyjnego pod wodzą reżysera Giorgio Barberio Corsettiego, który potrafił zapomniane dzieło rzeczywiście, a nie w cudzysłowie przybliżyć współczesnej publiczności. Metoda inscenizacyjna skojarzyła mi się z warszawskim „Czarodziejskim fletem” z tym, że tu projekcje video nie zastępowały scenografii a ją dopełniały w sposób trafny i dowcipny. Zabawa zaczęła się już w czasie uwertury mającej marszowo-wojskowy charakter (aż chciałoby się powtórzyć za Offenbachem i jego Wielką Księżną de Gérolstein  - Ah! Que j'aime les militaires!), kiedy to zobaczyliśmy podążających do Terraciny kabrioletem Lorda i Lady Rocburg a projekcja wyjaśniła nam temat gwałtownej konwersacji między małżonkami. Dalej działo się w podobnym stylu a cel osiągnięto nowoczesnymi środkami , ale w całkowitej zgodzie z autorskimi intencjami. Warto się tu bliżej przyjrzeć tytułowemu bohaterowi -  na szczęście nie zamieniono go w „Szlachetnego Bandytę” w typie Ernaniego czy Dicka Johnsona. Pozostał, jak w tekście zwykłym łajdakiem dybiącym nie tylko na fortunę wielkich państwa, ale też na skromny posag Zerliny, który miał jej umożliwić szczęśliwe życie z Lorenzem.  Tak właśnie zobaczyliśmy go na scenie a zewnętrzny wizerunek podejrzanie i chyba nieprzypadkowo przypominał … Don Giovanniego z ROH (zwłaszcza ciemnoniebieski płaszcz wypisz wymaluj podobny). John Osborn doskonale poradził sobie z wirtuozowską partią Fra Diavolo, tego typu role są jego specjalnością i nie sprawiają mu żadnych większych problemów. Wydaje się też, iż amerykański tenor lubi postacie komediowe i czuje się w nich lepiej niż w tych całkiem serio. Swoją drogą, najwyraźniej osławiony kryzys wokalny nie dotyczy tenorów lirycznych, bo mamy ich dziś dużo i przedniej jakości. Anna Maria Sarra została doproszona do obsady po nagłej rezygnacji gwiazdy, Pretty Yende. Słychać było po niej, że rola Zerliny jeszcze jej się nie do końca ułożyła, z górą były pewne kłopoty ale ogólnie policzyłam jej ten występ na plus, zwłaszcza, że śpiewaczka wykazała się niezbędnym w takiej muzyce wdziękiem. Sonia Ganassi  nie należy do moich ulubienic ze względu na poskrzypywanie, które się po pewnym czasie kariery mezzosopranom zdarza i zdarzyło się również tutaj, ale przeszkadzało mi mniej niż zwykle. Roberto de Candia ma i głos, i temperament odpowiedni  do typu barytona buffo i jako Lord Rockburg potwierdził to w całej rozciągłości. Chór Opera di Roma , zwłaszcza jego męska część (ci wszyscy wąsaci wojacy) był świetny, muzyka pod batutą Rory MadcDonalda brzmiała dziarsko i potoczyście, ale z francuskim charme’m. Sprawdźcie sami, warto poświęcić swój czas dziełu  nie tak popularnemu jak np. „Tosca” i odpocząć chwilę od melodramatycznych efektów!







środa, 10 stycznia 2018

"Cyrulik sewilski" na Polach Elizejskich


  Nadmiar reżyserskich ambicji nie zawsze wychodzi na dobre realizowanemu dziełu, czego dobitnym dowodem okazał się transmitowany z paryskiego Théâtre des Champs-Elysées „Cyrulik sewilski”. Wszystko w nim było niby w porządku, nic nie działo się w kontrze do tekstu, ale rezultat kontrowersyjny. Laurent Pelly, który inscenizację podpisał zazwyczaj (chociaż oczywiście zdarzają mu się, acz niezbyt często, wpadki) chciał chyba zaprezentować nam „Cyrulika” wyrafinowanego plastycznie i koncepcyjnie, co doprowadziło do skutku fatalnego w wypadku komedii zwłaszcza. Otóż owszem, na początku można było pozachwycać się czarno-białymi obrazami z płachtami fantazyjnie pozawijanego papieru nutowego w roli scenografii, ale z upływem czasu wizualna monotonia zaczynała po prostu nużyć oczy. Kostiumy, wszystkie ładne i eleganckie, a niektóre dodatkowo świetnie charakteryzujące bohaterów także utrzymano w monochromatycznej gamie od bieli do czerni poprzez szarość. W ten sposób, przynajmniej w warstwie obrazowej uleciało z komicznej opowiastki mnóstwo lekkości i uroku. Mógł to być celowy zamiar reżysera, bo tytułowy cyrulik też nie był tym typowym, ludycznym szaławiłą znanym z setek inscenizacji – charakterem bardziej przypominał doktora Malatestę z „Don Pasquale”. Ten Figaro jawił się jako Wielki Manipulator nie tyle pomagający swojemu panu w urzeczywistnieniu amorycznych zapałów, co kierujący nim jak marionetką. W sumie Laurent Pelly utrzymał się w granicach interpretacji i cały spektakl mógł się podobać, ale brakowało mi tego, co w „Cyruliku” uważam za rzecz niezbędną  - wdzięku i radości. Co nie znaczy, że od czasu do czasu (za rzadko jednak) uśmiech nie pojawiał się na mojej twarzy. Na szczęście od strony muzycznej to był prawdziwy sukces, jeden z najlepszych współczesnych „Cyrulików”, jakich słyszałam. Jérémie Rhorer  poprowadził swój zespół, Le Cercle de l’Harmonie z pasją i werwą , jakiej ta muzyka wymaga. Pięknie zaprezentował się się też chór Unikanti, którego członkowie wykazali prawdziwe zacięcie aktorskie. Z protagonistów publiczność chyba najbardziej j zachwycił Michele Angelini i nie bez powodu – góry ma promiennie i brzmiące bezwysiłkowo, frazuje niezwykle elegancko, a przy tym dysponuje autentyczną vis comica. Nie wiem, który z panów – śpiewak czy dyrygent wpadł na pomysł zinterpetowania części drugiej arii tenorowej w stylu hiszpańskim (w końcu jesteśmy w Sewilli), ale był to bardzo smaczny ornament. A Hrabia Almaviva Angelliniego okazał się zwyczajnie bardzo sympatyczny, czego nie można powiedzieć o jego słudze, bo taka była koncepcja. Florian Sempey wykonuje rolę Figara regularnie i od dawna, ale takiej interpretacji nie miał jeszcze okazji pokazać. Już sam wygląd sugerował, że nie będziemy mieć do czynienia z jowialnym Sowizdrzałem i trzeba przyznać, że francuski baryton mistrzowsko zrealizował reżyserskie założenia. Śpiewał fantastycznie – ma duży ale giętki głos  ładnej barwie, wrodzoną łatwość kreowania ozdobników i jest bardzo muzykalny. Catherine Trottmann na tle tak świetnych kolegów wypadła troszkę mniej efektownie, przynajmniej wokalnie – jej mezzosopran, chociaż miły dla ucha nie dysponuje dużym wolumenem, szwankuje przede wszystkim zasadniczy w tym typie głosu dół skali. Jako postać młoda, ładna i fertyczna śpiewaczka sprawdziła się idealnie. Ale i tu reżyser dołożył swoje trzy grosze, każąc jej niepotrzebnie prychać w „Una voce poco fa” kiedy Rosina opowiada o tym, jaka jest łagodna i łatwa do prowadzenia. Troszkę zaufania do nas, publiczności – i bez tego wiemy, o co tu chodzi! Peter Kálmán zaprezentował solidne rzemiosło wokalne i aktorskie jako Don Bartolo, Robert Gleadow zaskoczył mnie jako Don Basilio. Pamiętam go w partiach mozartowskich, jako Masetta i Leporella, ale od czasu, kiedy go w nich słyszałam głos mu się rozwinął, ma teraz tak cenne u basa, głębokie, wibrujące doły. Przy tym Gleadow doskonale bawił się rolą i charakteryzacją i budził szczere rozbawienie u publiczności. Z postaci drugoplanowych najciekawszy wydał mi się Guillaume Andrieux jako Fiorello – doskonale prowadzony baryton, dobra prezencja, sceniczna werwa – jeszcze o nim nie raz usłyszymy. W sumie – ten rok operowy zaczął mi się mimo wszystko całkiem dobrze, oby tak dalej. Gdyby mieli Państwo ochotę sprawdzić – tu jest całość https://www.youtube.com/watch?v=_9R549oIqfs 





poniedziałek, 1 stycznia 2018

2017 - bywało lepiej

"Płaszcz" w BSO
Piąte roczne, blogowe podsumowanie  imponujące nie będzie, bo nie był to dobry rok dla opery, przynajmniej w moich uszach. Mało w nim olśnień, wybitnych kreacji śpiewaczych a jeszcze mniej dyrygenckich. Przy tym wyszły na jaw rzeczy smutne i nieprzyjemne, dla których usprawiedliwienia nie ma. Skutkiem oskarżeń o molestowane seksualne upadły kariery Charlesa Dutoit i Jamesa Levine’a, co szczególnie w tym drugim przypadku okazało się dla szerokiej publiczności, zwłaszcza amerykańskiej szokujące. Levine był w ojczyźnie kochany jak niewielu dyrygentów na świecie i fakt, że jego zawodowa ścieżka tak się kończy jest naprawdę żałosny. Oczywiście, można argumentować, że to na razie tylko nieudowodnione oskarżenia, a przy tym dotyczące wydarzeń dość odległych w czasie, ale jest tych zgłoszeń dużo i, niestety, prawdopodobnych. Przy tym tego typu doniesienia nie pojawiają się po raz pierwszy, poprzednio tylko zamieciono je pod dywan. Jak w sprawie Harveya Weinsteina. A przechodząc do spraw milszych, mimo wszystko 2017 przyniósł mi trochę muzycznych wrażeń niepośledniej jakości –w tym pierwsze od lat wspaniałe nagranie "Trojan" -  i oto one.

     Spektakl roku: 
-      „ Andrea Chénier” w BSO
-      „Śnieżynka” w OnP
-      „Nabucco”w Arena di Verona
-      „Tryptyk” – w BSO
    Nie pisałam tylko o „Tryptyku”, który pojawił się na stronie BSO i był na niej przez zaledwie dobę w końcu grudnia. Kto nie zauważył powinien żałować. To było znakomite, świetnie śpiewane i dyrygowane przedstawienie.

DVD roku:
- „Francesca da Rimini” (Mercadante) - Dynamic

- „Rusałka” z Bydgoszczy - Dux
- Poławiacze pereł” z Met – Erato
- Lohengrin”z Drezna  - DG

CD roku – recital, pieśń
-      „L’Opera” – Jonas Kaufmann - Sony
-      „Piękna młynarka” – Christian Gerhaher i Gerold Huber - Sony
-      „Heroes in Love” Sonia Prina - Glossa
-      „Handel” - Philippe Jaroussky - Erato
-      „Mozart” – Juan Diego Florez – Sony
-  “Espoir” – Michael Spyres – Opera Rara

CD roku – pełna opera
-      „Trojanie” – Erato

Role roku
- Jonas Kaufmann, Anja Harteros i Luca Salsi w „ Andrea Chénier” w BSO
- Elza van den Heever jako Electra w „Idomeneo” w Met
- Aida Garifullina jako Śnieżynka i Yuriy Mynenko jako Lel w „Śnieżynce”
- Magdalena  Kožená jako Penelopa i Kresimir Spicer jako Eumachiusz w „Powrocie Ulissesa do ojczyzny” w Théâtre des Champs Élysées 
- Eleonora Buratto jako Donna Anna, Isabel Leonard jako Donna Elvira i Julie Fuchs jako  Zerlina w Aix-enProvence
- Aleksandra Kurzak jako Liu w ROH
-Anna Stéphany  jako Sesto w „Łaskawości Tytusa” w Glyndebourne
- Marina Rebeka jako Leila, Mariusz Kwiecień jako Zurga i Matthew Polenzani jako Nadir  w Poławiaczach pereł” w Chicago Lyric Opera (kreacje wokalne, scenicznych nie widziałam
- Anna Netrebko jako Adriana i Piotr Beczała jako Maurizio w „Adrianie Lecouvreur” w WSO- jak wyżej

- Elina Garanča jako Eboli w OnP

- Ermonela Jaho jako Siostra Angelica i Ambroggio Maestri jako Gianni Schicchi w BSO


     Wokalne nadzieje
     - Krzysztof Bączyk
     - Szymon Komasa

Dyrygent roku
- John Nelson

Reżyser roku
- Philipp  Stölzl

Książka roku
- Julian Barnes – „Zgiełk czasu” – Świat Książki
Nie wiem, czy to była najlepsza książka, jaka ukazała się na naszym rynku (wygrała większość znanych mi rankingów), ale z pewnością jedna z nich. Napisana komunikatywnym, prostym językiem, łatwo przyswajalna a przy tym dająca mnóstwo tematów do przemyśleń. Dymitr Szostakowicz stał mi się po lekturze jeszcze bliższy.

Kategoria specjalna – najgłupsza scena operowa w filmie fabularnym
- „Modliszka", odc. 5
Jeszcze przed chwilą była w tym miejscu zupełnie inna scena, ale konkurencja pobiła ją bezwarunkowo. Otóż w we francuskim serialu Netflixa policja wybiera się do opery z zadaniem ochronienia życia barytona śpiewającego Scarpię. Uświadomiona operowo funkcjonariuszka ostrzega kolegów, iż mord musi nastąpić najpóźniej w akcie drugim, bo potem Scarpia już się nie pojawi. A na scenie Tosca zabija barona po czym ... śpiewa "Voi lo sapete o mamma" . Tak, z "Rycerskości wieśniaczej" Mascagniego. Biedny Puccini ...

Hucpa roku
- Claus Guth – Cyganeria” w OnP

Odeszli

- Dmitri Hvorostovsky, Jiří Bělohlávlek, Kurt Moll, Stanisław Skrowaczewski, Georges Prêtre