niedziela, 3 stycznia 2021
"Rusałka" na dobry początek roku
środa, 23 grudnia 2020
Il Barbiere di ... Roma
Pamiętacie? Niecałe 12 miesięcy temu witaliśmy Nowy Rok pełni planów co zrobimy, gdzie pojedziemy i jakie spektakle operowe obejrzymy. 2020 nadszedł i okazało się, że opaczność wygrała z opatrznością w sposób miażdżący, na skalę dotąd niespotykaną przynajmniej w obecnym wieku. Teraz dowiedzieliśmy się, że 2021 będziemy rozpoczynać znacznie ciszej i w mniejszym gronie. Posłuży to na pewno naszym zwierzakom, a może trochę i nam – będzie okazja pomyśleć, na co w zgiełku i pod przymusem zabawy nie ma warunków. Gdybyście jednak na ten specyficzny czas poszukiwali czegoś szlachetnie pogodnego do obejrzenia mam dla Was propozycję dla mnie samej nieoczekiwaną. Spróbujcie (można, po zarejestrowaniu na stronie RAI) „Cyrulika sewilskiego”, którego Opera di Roma pokazała w grudniu. Jest to doskonały dowód na to, że ograniczenia czasem wydatnie pobudzają ludzką kreatywność z wyjątkowo efektownym rezultatem. Jeśli chodzi o formę jest to nie tyle przedstawienie bez publiczności co raczej widowisko telewizyjne wykorzystujące przestrzeń teatru jako miejsce akcji. Jej większość toczy się między pustą sceną a widownią z której nie wymontowywano foteli, ale zaglądamy też w inne miejsca – do loży prezydenckiej, która na tę okazję staje się balkonem Rosiny, do foyer , za kulisy. Odwiedzamy też Rzym, bo przez tętniące życiem miasto Figaro na skuterze jedzie z kolegą do opery załatwiając po drodze rozliczne sprawy. Po dotarciu na miejsce nasz bohater wbiega do wnętrza aby dołączyć do akcji (po drodze ubierany w kostium przez panie garderobiane) , kumpel zaś pojawia się w orkiestronie, jako, że był to Daniele Gatti, dyrygent. Jedynym właściwie dodanym elementem scenograficznym są liny w dużej ilości zamontowane na widowni - symbol zamknięcia w domu Bartola (na końcu spektaklu padną ofiarą nożyc). Nie będę Wam opowiadać wszystkiego scena po scenie, ale o jednym wspomnieć powinnam – to jest absolutnie wspaniale wyreżyserowane! Da się zauważyć że uwaga Mario Martone nie skupiła się tylko na protagonistach, możemy obserwować także niewidoczny zazwyczaj personel pozasceniczny – wspominane już panie garderobiane (mają krzyż pański z próbując zasznurować temperamentną Rosinę), specjalistów od rekwizytów i dodatkowych efektów dźwiękowych itd. Nie muszę dodawać, że chórzyści i statyści a nawet muzycy nie zostali pozostawieni samym sobie – wszyscy oni są częścią większej całości i grają znakomicie. Obrazek najbardziej charakterystyczny dla obecnej sytuacji to ta chwila, w której nasza hultajska trójka wmawia don Basiliowi chorobę. Wiadomo jaką. W owym momencie nawet na twarzach właśnie śpiewających pojawiają się maseczki a służba domowa ucieka od nieszczęśnika jak najdalej. A skoro jesteśmy już przy Basiliu prezentuje się on nieco inaczej niż zazwyczaj, jako, że gra go przystojny 45-latek Alex Esposito. Szkoda tylko, że jego bas-baryton jest za delikatny na arię o plotce, w związku z tym nie wybrzmiewa ona tak efektownie jak powinna. I to właściwie jedyne zastrzeżenie jakie zgłaszam pod adresem tej produkcji. Poza tym – miodzio! Chyba jeszcze nie słyszałam Daniele Gattiego prowadzącego orkiestrę z taką lekkością i wdziękiem. Postacie drugoplanowe zostały zaśpiewane z werwą należną Rossiniemu : Patrizia Biccire (Berta) i Roberto Lorenzi (Fiorello) mogą być z siebie dumni. Weteran Alessandro Corbelli nigdy nie zalecał się urodą swego głosu, ale to w partii Don Bartola niekonieczne, za to co za fachowość i poczucie humoru. Ruzin Gatin, nieznany mi dotąd rosyjski tenor z Kazania , obecnie wykonujący role belcantowe w Moskwie okazał się idealnym Almavivą – ładna barwa, wdzięk i stylowość na miejscu. Odkryciem była Vasilisa Berzhanskaya - z wyglądu apetyczny rudzielec, nieco okrąglejsza bliźniaczka Nadine Sierry . Ale – jak się pewnie domyślacie - nie jej uroda wbiła mnie w fotel a głos, nominalnie mezzosopran, ale sądząc z brzmienia raczej kontralt. Ma wszystko: pewną górę, przepastne, piersiowe doły i potrzebną w Rossinim ruchliwość. Będę ją śledzić gdziekolwiek się pojawi, dziewczyna (zaledwie 27 lat) naprawdę jest zachwycająca. Tytułowym bohaterem był w tym spektaklu Andrzej Filończyk i niezmiernie mnie ten występ ucieszył. Kilku ostatnich zetknięć ze sztuką wokalną naszego barytona nie zaliczam do udanych, próby mozartowskie wydały mi się wręcz kiepskie. Ale jako Figaro Filończyk podobał mi się bardzo. Swobodnie operował pięknym głosem, ma techniczną sprawność koloraturową a poza tym charme i energię. W tym dziwnym roku pandemia dwa razy stanęła mu na drodze do debiutu w Met, miejmy nadzieję, że co się odwlecze, to nie uciecze.
Drodzy Czytelnicy uważajcie na siebie w te Święta i obok innych radości z nimi związanych posłuchajcie może ulubionej muzyki. Ona Was nie zawiedzie.
poniedziałek, 14 grudnia 2020
Donizetti na murawie - "Le nozze in villa"
Festival w Bergamo kontynuuje realizację swego ambitnego planu wystawienia wszystkich dzieł scenicznych Donizettiego
do dwusetnej rocznicy jego śmierci. Wydawałoby się, że czasu jest jeszcze dużo
(28 sezonów) i termin nie goni , ale
kompozytor napisał 73 opery. Jeśli wyłączyć z tej potężnej liczby takie,
których partytur nie da się dziś odnaleźć i tak pozostaje mnóstwo. Dlatego mimo
szczególnych, tegorocznych warunków misja nie została przerwana i dzięki niej
mogliśmy zobaczyć utwór młodzieńczy, którego zapewne nikt z widowni wcześniej
na scenie nie widział. I nie słyszał. Przyszły maestro popełnił go w wieku 22
lat, czyli w roku 1819, zaś „Le nozze in villa” doczekało się wystawienia
dopiero jakiś czas później – w
mantuańskim Teatro Vecchio. Delikatnie mówiąc nie był to sukces. Librecista
Bartolomeo Merelli oparł się na komedii Augusta von Kotzebue „Die deutschen Kleinstädter” i na
tej podstawie skonstruował tradycyjną w tonie farsę. Mamy w niej doskonale
znaną i wielokrotnie wykorzystywaną historię o tatusiu próbującym wydać córkę
za pana w swoim wieku, podczas gdy latorośl kocha pewnego młodzieńca i zrobi
wszystko, by to z nim stanąć przed ołtarzem. A że panna dysponuje nie tylko
wdziękiem ale i pokładami sprytu więc będzie się działo! Donizetti napisał do tego muzykę
nieszczególnie oryginalną, ale za to całkiem sympatyczną. Stawia się tej
partyturze zarzut podstawowy – że to bardziej w stylu Rossiniego niż osobistym,
z czym się niekoniecznie zgadzam. Owszem, trudno nie usłyszeć wpływu
wszechmocnego wówczas mistrza, ale typowy, zwłaszcza dla jego komedii
„charakter pisma” Donizettiego jest w partyturze ewidentnie obecny, choć
oczywiście wciąż in statu nascendi. Z tekstem muzycznym realizatorzy mieli
kłopot – nie zachował się ani rękopis, ani wczesna wersja drukowana. Późniejszą
wytropiono w bibliotece w Paryżu, ale okazała się niekompletna – zniknął
mianowicie kwintet z drugiego aktu „Aura gentil, che mormori” i trzeba go było
współcześnie uzupełnić. Trzeba przyznać, że Elio i Rocco Tanica i Enrico
Melozzi swym wypełnieniem idealnie wtopili się w całość. Inscenizatorzy, mimo
iż warunki mieli te same co ich poprzednicy przygotowujący „Marino Faliero” efekt
osiągnęli krańcowo różny – na szczęście. Tym razem obszar pustej widowni
otrzymał podłoże w postaci sztucznej murawy i właściwie to wszystko. Elementy
scenografii i rekwizyty pojawiały się wraz z rozwojem akcji. A zaczęła się ona
nietypowo od piłkarskiego treningu grupki trampkarzy zakończonego wściekłą
interwencją dyrygenta. Potem też było ciekawie i współcześnie, aczkolwiek
zgodnie z fabułą libretta. Wszystko to w
ślubno-kiczowatym sosie, ale był to kicz kolorowy, radosny i samoświadomy.
Oczywiście, gdy niektórzy melomani doczekają się za niemal 30 lat zakończenia
projektu i „Tutto Donizetti” zostanie przedstawiony publiczności (kto wie w
jakiej formie i na jakim nośniku, jeżeli w ogóle na jakimś) spektakle z roku
2020 będą rozpoznawalne bez datowania. Maseczki noszone przez wykonawców są
znacznikiem nie do przeoczenia, zdejmowane tylko na chwilę podczas śpiewania. Z
muzyków od tego akcesorium wolni są tylko ci, którzy ożywiają instrumenty siłą
własnych płuc …Ale cóż za pole do popisu kreatywności dla specjalistów w nowej
, pandemicznej specjalności krawieckiej
- maseczki sceniczne. Muszą wszak być nie tylko wygodne i przystosowane
do częstego zdejmowania i zakładania, ale też odpowiednio wyglądać i pasować do
kostiumu. Wracając zś do omawianego przedstawienia od strony muzycznej udało
się ono całkiem nieźle, choć nie bez zastrzeżeń. Podstawowe jest to samo, co
przy „Marino Faliero” – szwankowała nieco koordynacja, bo śpiewacy nie widzieli
dyrygenta. Widzieliśmy czasami my i warto było, bo Stefano Montanari poza lekkim
ale potoczystym dyrygowaniem zespołem Gli originali (specjalizują się w
wykonawstwie HP) dał też upust swemu aktorskiemu temperamentowi. Wokalnie najsłabiej wypadł Fabio Capitanucci
jako podstarzały kandydat do małżeństwaTrifoglio – wyszarzały, drżący głos nie
zachęcał do słuchania . Lepiej zaprezentował się Omar Montanari jako jego
niedoszły teść Don Petronio. Młody amant, Giorgio Misseri (chwaliłam go za
krótki występ w „Marino Faliero”) zaczął tak sobie, ale z każdym taktem było
lepiej aż w końcu całkiem dobrze. Gwiazdą
co się zowie okazała się mezzosopranistka Gaia Petrone w partii
najsprytniejszej ze wszystkich Sabiny. Piękna barwa głosu w idealnym rozmiarze,
ładne frazowanie, styl i jako bonus ciesząca oko uroda.
Jakie
wnioski? Czasem warto odpuścić sobie kolejną „Lucię” i ucieszyć uszy czymś ,
czego nie znamy i do czego nie będziemy wracać . To takie wpuszczenie promyka
słońca do ciemnego i ponurego świata za oknem….
czwartek, 3 grudnia 2020
Donizetti w metalu - "Marino Faliero" na festiwalu w Bergamo
Jak większość wydarzeń
kulturalnych w czasie pandemii tegoroczna edycja Donizetti Festival przeniosła się do sieci. Z Bergamo, miejsca
urodzenia kompozytora transmitowano trzy spektakle wystawione w miejscowym
teatrze jego imienia. Wszystkie odbyły się nie tylko bez publiczności, ale też
sposób ich pokazania świadczy o tym, iż powstały w warunkach niemiłościwego panowania
wirusa. Dziś opowiem Państwu o pierwszym, który obejrzałam – „Marino Faliero”.
Wymagało to ode mnie kolosalnego wysiłku, bo sposób realizacji tej opery
kumuluje w sobie wiele najgorszych cech teatru reżyserskiego, co oznacza
niestety, że ów dotarł do dosyć skutecznie opierających się mu dotąd Włoch. I
to w swej najpaskudniejszej wersji. Dodatkowo brak bezpośrednich widzów
pozwolił na umiejscowienie scenografii w czasowo pozbawionej foteli przestrzeni
widowni. Samo w sobie nie stanowiło to problemu, ale obiekt sterczący
centralnie straszliwie gryzł się z
otaczającymi go stylowymi, siedemnastowiecznymi lożami. Może tak miało wyglądać, ale dysonans był dla oka
nieprzyjemny, zwłaszcza, że metalowe ustrojstwo złożone z licznych, małych
podestów uzupełnionych ciągami schodów szczególną urodą się nie zalecało. O ile
dobrze zrozumiałam ogólny zamysł całość powinna przywołać skojarzenie z Wenecją,
bo tam zabiera nas libretto. Jeśli tak, to skojarzenie dosyć dalekie. Przy tym
kostiumy raziły przeraźliwymi kolorami i wyjątkową brzydotą. Wszystko to pewnie
jakoś bym zniosła, częsty kontakt ze współczesną operą wzmacnia odporność i
różne rzeczy się już widziało. Najgorszy okazał się jednak w
tej produkcji sposób przeprowadzenia akcji, a właściwie jego brak. Gdybyśmy
mieli do czynienia z operą znaną powszechnie i często grywaną, można by
przynajmniej wyobrazić sobie o co chodzi, ale „Marino Faliero” pojawia się na
scenie niezwykle rzadko. Nieszczęsny widz skonfrontowany z liczną grupą
poruszających się bezustannie w górę i w dół postaci mógł poczuć całkowitą
bezradność w kwestii tego, co się przed
jego oczyma właśnie rozgrywa. Oczywiście zagrożenie epidemiologiczne wymusza
pewne rozwiązania i sposoby postępowania ale nie była to pierwsza inscenizacja
w takich warunkach i wiemy, że nie musiało to wyglądać aż tak źle. Zwłaszcza,
że oprócz śpiewaków zafundowano na obecność sporej ilości tancerzy-akrobatów
wspinających się , przyjmujących dziwaczne pozy (na przykład udających …
wyrzucone na brzeg ryby) i odbierających
akcji resztki sensu. Śpiewacy starali się wprawdzie robić co mogą, grać właściwe
emocje przynajmniej twarzami i oczami ale te wysiłki w braku jakiegokolwiek
kontekstu traciły sens. Na domiar złego zostali zmuszeni do ustawicznego
pokonywania schodów, co zwiększa czysto fizyczny wysiłek i nie wpływa dobrze na
sprawność oddechową. Muszę przyznać, że zamierzałam reżysera tej chybionej produkcji pozostawić anonimowym,
ale jednak przytoczę jego nazwisko – po prostu dla ostrzeżenia. Uważajcie na
pana Stefano Ricci’ego! Czas na zmianę tonacji i wyjaśnienie dlaczego, mimo
wszystko dotrwałam do końca spektaklu. Po pierwsze – samo dzieło. Słucha się go
niezwykle sympatycznie, jest nie tylko melodyjne, ale też nie całkiem
konwencjonalne. Przynajmniej jeśli chodzi o obsadę głosową : bas w roli
głównej, obok baryton, sopran jako, jak mawia Piotr Kamiński luksusowy mebel
wokalny a tenor już w funkcji czysto użytkowej. Ciekawe, jak mogłyby obsady wyglądać, gdyby dziewiętnastowiecznych
kompozytorów nie trzymały tak mocno kleszcze konwencji. W partyturze „Marino
Faliero” fragmentem najciekawszym jest sążnisty duet basa i barytona. W romantycznej literaturze operowej znajdziemy takich niewiele (chociaż są, najsłynniejszy
chyba w „Purytanach”), a dla admiratora niskich głosów męskich może to być kąsek bardzo smaczny. Zwłaszcza, gdy
jak tu dobrze wykonany. Michele Pertusi udowodnił przy okazji jak kolosalne
znaczenie ma właściwy dobór repertuaru. Miesiąc
temu szarpał się bez większego powodzenia z rolą Filipa II w „Don Carlosie” a
jako Marino Faliero dał piękną, pełną i przejmującą kreację wokalną. Podobne
komplementy należą się Bogdanowi Baciu, którego miałam przyjemność słyszeć po
raz pierwszy. Mam nadzieję, że nie ostatni. Dobrze zapisze się też w mojej
pamięci Francesca Dotto. Michele Angelini natomiast – niekoniecznie. Dysponuje
ładnym głosem, a jest to instrument mikroskopijnej wielkości a permanentny
wysiłek który w związku z tym musiał tenor wkładać w śpiewanie zaowocował
częstym odchodzeniem od właściwej tonacji. Lepiej by było do roli Fernanda
zatrudnić śpiewającego cavatinę gondoliera Giorgio Misseriego. Orkiestra tym
razem posadzona została na scenie, co umożliwiło zachowanie dystansu, ale
czyniło dyrygenta kompletnie niewidocznym dla
śpiewaków (monitory po bokach raczej niewiele zmieniały sytuację). W
tych warunkach zarówno Riccardo Frizza i
jego muzycy jak zespół wokalny i chór (rozmieszczony w lożach) zdali egzamin
znakomicie. W wolnej chwili można
przysiąść i poświęcić nieco uwagi temu spektaklowi, aczkolwiek niekoniecznie go
oglądać. W tym wypadku słuchanie w zupełności wystarczy.
sobota, 21 listopada 2020
Poszukiwań repertuarowych ciąg dalszy : "Zazà" w Theater am der Wien
Twórczość Ruggera Leoncavalla nie jest mi ani bliska, ani
dobrze znana. Z nieśmiertelnej dwójki „Cav/Pag” opera Mascagniego wydaje mi się
ciekawsza a z mijającymi latami nabrałam ciężkiej alergii na tenorową histerię
prezentowaną często (nie zawsze oczywiście, są śpiewacy, którzy w nią nie
popadają) w najsłynniejszej arii „Pajaców”. Z odsłuchanej lata temu „Cyganerii”
pamiętam głównie pierwszą, operetkową z ducha część i dosyć hałaśliwą drugą. Najambitniejsze, z
założenia mające stanowić początkową część trylogii w stylu Wagnera dzieło „I
Medici” stoi nawet u mnie na półce,
kupione oczywiście ze względu na główną rolę Placida Domingo. Ale – jak być
może wiecie lubię poznawać nowe rzeczy, więc możliwość obejrzenia „Zazy” z Theater Am der Wien szczerze mnie
ucieszyła. Opera powstała 120 lat temu i miała premierę w Mediolanie10
listopada 1900 roku pod batutą Arturo Toscaniniego. „Zazà” spodobała się publiczności i
przez niedługi czas cieszyła pewną popularnością na światowych scenach, była
też kilkakrotnie filmowana. Czas jednak zweryfikował ją negatywnie i zniknęła z
powszechnego repertuaru z rzadka pojawiając się gdzieś jako rarytas. W roku
2016 nieoceniona Opera Rara wydała ją na CD z Ermonellą Jaho w partii tytułowej
i pod Maurizio Beninim. Nie słuchałam tej wersji. Za to transmisję z Teatru nad
Wiedenką obejrzałam uważnie i mogę podzielić się wrażeniami. Rozpocząć wypada
od samego utworu szczegóły wykonawcze zostawiając na później. Libretto
Leoncavallo oparł na sztuce Pierre’a Bertona i Charlesa Simona a jest to
materiał raczej przeciętny niż zły. Historia prowadzi nas z prowincjonalnego
teatrzyku wodewilowego, gdzie jego gwiazda spotyka czarującego paryżanina do
samej stolicy Francji, gdzie ich wielka miłość się kończy. Bohaterka odkrywszy
tam, że jej amant ma żonę i córkę porzuca go nie chcąc skazywać dziewczynki na
los, który stał się jej udziałem- samotne dzieciństwo bez ojca. W partyturze
Leoncavallo zawarł mniej więcej to samo, co zapamiętałam z jego „Cyganerii”,
tylko nieco bardziej przemieszane. Znajdziemy więc mnóstwo uroczych melodyjek
do natychmiastowego nucenia, takich operetkowej proweniencji (uwaga – to nie
przygana i próba zdyskredytowania operetki jako gatunku) ale również fragmenty
dramatyczne i bardzo emocjonalne. W sumie – słucha się całkiem przyjemnie, ale
wątpię czy po latach zostanie mi w pamięci coś oprócz mglistego wrażenia. Gdyby
jednak nadarzyła się okazja sprawdzenia dzieła na żywo – co nie nastąpi, u nas
się takich rzeczy nie wystawia – nie odmówiłabym. W Wiedniu operę uscenicznił Christof Loy i
była to jedna z najbardziej udanych jego prac z jaką się zetknęłam. Może
dlatego, że zrobił prawie wszystko bardzo wprost, spokojnie i nie pchając się
na pierwszy plan. Jest to u dzisiejszych reżyserów tak rzadkie, że warto
zauważyć i docenić. Raz tylko Loy posłużył się niepotrzebną aluzją wprowadzając
na scenę pajaca ale nie było to istotne i można wybaczyć. Poza tym, co również
współcześnie nieczęste na scenie było po prostu ładnie. Raimund Orfeo Voigt
zabudował ją nieprzeładowaną, przyjemną dla oka scenografią zamontowaną na
obrotówce. Była ona konieczna dla szybkich zmian wnętrz, jako że z powodu
pandemicznych przepisów grano bez przerwy. Herbert Murauer zaprojektował
kostiumy nie tylko cieszące oko, ale też dobrze charakteryzujące postacie. Miło
się patrzyło, co czasem duszy znękanej skrajnie nieprzyjaznym światem zza okna
jest potrzebne. Słuchało w zasadzie też sympatycznie i chociaż protagoniści
męscy mnie do siebie nie całkiem przekonali wstydu nie było. Z Christopherem
Maltmanem mam kłopot już od dawna. Owszem jest to dobry aktor, specyficzna
barwa jego głosu może znaleźć zwolenników (ja do nich nie należę, zbyt matowa)
ale taki sposób śpiewania trudno mi zaakceptować. Ogólnie rzecz biorąc kojarzy
mi się on z tzw. bayreuckim szczekaniem (co to jest można sprawdzić u p. Doroty
Kozińskiej), chociaż Maltman wagnerystą nie jest. W efekcie nie ma on praktycznie legata, co w operze
włoskiej brzmi słabo. Ten stan rzeczy trwa u angielskiego barytona on początku
kariery ale z wiekiem się pogarsza. Ostatnio zaowocował okropnym dosyć Don
Giovannim w Barcelonie. W „Zazie” nie wypadło to specjalnie źle, ale słyszeć
się niestety dało. Nikolai Shukoff także nie dysponuje tenorem szczególnej
urody ani dobrym legato. Wypadł poprawnie. Gwiazdą wieczoru okazała się
Svetlana Aksenova jako Zazà
i dobrze, bo jej bohaterka śpiewa najwięcej. Rosyjska sopranistka ma naturalną
zdolność do skupiania na sobie uwagi i robi to w sposób niewymuszony – świeci
własnym, ciepłym światłem. Także głos ma okrągły, jasny brzmiący dobrze we
wszystkich rejestrach. Pamiętam ją jeszcze pod panieńskim nazwiskiem Ignatovich
– to ona zrobiła na mnie wielkie wrażenie jako Fiewronia w „Legendzie o niewidzialnym grodzie Kiteżu i
dziewicy Fiewroni” Rimskiego-Korsakowa. Nie zawiodła i tym razem, chociaż
kaliber roli był zupełnie inny. Stefan Soltész podobnie – kojarzę go z doskonałymi
rezultatami pracy z orkiestrą TWON, w Wiedniu także dyrygował świetnie. Polecam
ten seans na dwugodzinną chwilę wytchnienia od rzeczywistości skrzeczącej na
zewnątrz.
https://www.operaonvideo.com/zaza-leoncavallo-vienna-2020-maltman-aksenova-schukoff/
wtorek, 10 listopada 2020
Honey I'm home albo rewolucja w nocnej koszuli - "Don Carlos" w Wiener Staatsoper











































