Opera „I
Due Foscari” (polski tytuł ”Dwaj Foskariusze” brzmi kulawo ze względu na
niepotrzebne tłumaczenie nazwisk), owoc czasów przez samego Verdiego zwanych
latami galer cierpi na niedostatki widoczne jak na dłoni od pierwszego z nią
zetknięcia. Winne jest przede wszystkim libretto Francesco Marii Piavego,
któremu nic nie pomógł oryginał literacki pióra samego Byrona. Mianowicie
„…nudno. Nic się nie dzieje”, jak w polskim filmie. Przez niespełna dwie
godziny pozbawieni jesteśmy niemal zupełnie akcji, bo obserwujemy tylko skutki
tego co już się dokonało w bliskiej lub dalszej przeszłości. Na dodatek nie
dostajemy nawet tego, co nauczony być może tym doświadczeniem Verdi zrobił w
„Trubadurze” czyli arii wprowadzającej nas w całą historię. Pozostaje zaufać streszczeniu
w programie lub książce. Drugi problem stanowi ponury nastrój całego dzieła,
który ani na jotę nie zmienia się nawet na krótki moment, razem z trójką
protagonistów pogrążeni jesteśmy w permanentnym nieszczęściu, którego końcem
może być tylko tragedia. Czarny charakter, dramatu praprzyczyna zaś bardzo
niewiele ma do zaśpiewania i powodów uporczywego dążenia do zagłady rodu
Foscarich nam nie wyjaśni – jest i knuje, tyle musi widzowi wystarczyć. Z tym
wszystkim musi sobie poradzić realizator scenicznej wersji opery. Thaddeus
Strassberger, autor produkcji importowanej przez ROH z Los Angeles a powstałej
dla szefa tamtejszego teatru, Placida Domingo nie podołał, ale trudno mieć o to
do niego pretensję - tak heroicznemu zadaniu nie sprostał by nikt. Szkoda
jednak, że uległ powszechnej u współczesnych reżyserów obsesji antyreligijnej i
umieścił w spektaklu sceny nie tylko niepotrzebne, ale też trywialnie banalne,
jak na przykład zmuszanie Jacopo do przyjęcia komunii i jego związane z tym
świętokradztwo. Nie muszę dodawać, że w libretcie nie ma o tym mowy. Poza tym
razi ostentacyjny brutalizm niektórych obrazów, zwłaszcza w akcie drugim,
więziennym, kiedy zmuszeni jesteśmy obserwować tortury, jakim poddawani są
towarzysze niewoli Jacopo. Aby rzecz całą zamknąć mocnym akcentem Strassberger
wymyślił sobie jeszcze szaleństwo, któremu ulega Lucrezia i próbuje utopić
swego najstarszego syna. Czy skutecznie – tego się już na szczęście nie
dowiemy. Od strony plastycznej przedstawienie może budzić tyleż zachwytu (pięknie
pokazano, w odcieniach sepii arię doży i jego duet z synową) co wątpliwości.
Zwłaszcza ilość przebieranek pogrążonej w rozpaczy małżonki jest
zastanawiająca. Ale na szczęście pozostaje muzyka, a ta, nawet jeśli jak na
Verdiego nie najwyższego sortu może słuchaczowi dostarczyć mnóstwo radości (pod
warunkiem, że nie oczekuje on arcydzieła na miarę „Otella” czy „Falstaffa”).
Dla kogoś, kto nie miał okazji zetknąć się z „I Due Foscari” przedtem pewnym
zaskoczeniem mogą być związane z głównymi postaciami lejtmotywy, które Verdi zastosował już na tak wczesnym etapie
swojej kompozytorskiej drogi. Z niebywałym znawstwem i entuzjazmem opowiada o
tym Antonio Pappano.https://www.youtube.com/watch?v=5XM4P4dD71M Poza tym, jakby nie patrzeć dla trojga bohaterów mistrz
napisał bogate i piękne, nawet jeśli nadmiernie jednorodne w nastroju role.
Zwłaszcza tenor, często po macoszemu traktowany przez Verdiego nie powinien się
skarżyć. Dla mnie spektakl ROH był od strony muzyczno-wykonawczej dużą
radością, przede wszystkim ze względu na konstatację, iż doniesienia o wokalnej
śmierci Placida Domingo okazały się jednak nieuprawnione. Oczywiście po
katastrofie w partii hrabiego Luny trudno było się nie bać , ale tym razem
stary lew zaryczał znowu. Nie stworzył kreacji nieskazitelnej i można mu
wytknąć błędy, ale dla nas, wielbicieli zmartwionych, że to koniec i więcej już
tego głosu w pełni jego mocy i urody słuchać nie będziemy było to doświadczenie
krzepiące. Chwilami, czasem długimi tenor (zdecydowanie) Dominga brzmiał prawie
jak 20 lat temu, z niespodziewaną mocą i urodą, nie było głośnego,
spazmatycznego oddychania, za to umiejętność czułego dopieszczania długiej frazy pozostała na miejscu.
Zasadnicza różnica z fatalnym „Trubadurem” polega jednak na właściwej dla
artysty roli (w sensie interpretacyjnym). Domingo nigdy nie miał przekonania do
czarnych charakterów i nie potrafił ich bronić. Z tego właśnie powodu w latach
siedemdziesiątych odmówił Karajanowi występów jako Don Giovanni, za co potem
cesarz mścił się na nim przez niewiarygodnie długi czas. Gdy jednak postać
odpowiada Placidissimo, gdy ma on do niej serce i przekonanie mało kto, a dziś
raczej nikt (może ewentualnie Kaufmann)
potrafi mu dorównać. W takich warunkach włącza się legendarna charyzma Dominga
i nie można od niego oczu oderwać, taki jest prawdziwy, tak potrafi wzruszyć i pociągnąć za sobą całą
widownię. Jak bardzo trzeba kochać to, co się robi, aby po ponad 60-ciu latach
uprawiania swego zawodu osiągać czasami taki poziom szczerości i wywołać u
publiczności takie emocje … Tylko pozazdrościć! Jako złamany nieszczęściem
ojciec znalazł Domingo idealnego partnera w osobie Francesca Meli, dla którego
także partia Jacopo jest właściwsza niż Manrico. Według mnie w takim
repertuarze Meli jest dziś najlepszy na świecie (oczywiście mam świadomość, że
nie wszyscy się ze mną zgodzą). Lubię ten dźwięczny, ciepły głos , odpowiada mi
jego włoska barwa (bardzo na światowych scenach potrzebna) ale przede wszystkim
ważne jest to, jak Meli śpiewa – szeroko, otwarcie, miękko, z pełną
świadomością każdego dźwięku i frazy. A także własnych ograniczeń, co powoduje,
że nie krzyczy i nie nadwyręża głosu.To cieszy, bo zadaje kłam tezie o
powszechnym kryzysie wokalnym, przynajmniej w tej kategorii głosowej (tenorów
cięższego kalibru rzeczywiście brak). Natomiast Maria Agresta trochę mnie
przeraża, bo od pewnego czasu zaczynam mieć nieodparte wrażenie, iż ta bardzo
dobra i utalentowana śpiewaczka podąża wprost ku samozagładzie. Jak na osobę
krótko będącą na scenie repertuar wykonuje olbrzymi, dzieje się u niej za dużo
i za szybko. Szkoda byłoby nadwyrężyć głos tak wcześnie, a ku temu prowadzi
tego rodzaju postępowanie. Mam nadzieję, że kraczę i moje czarnowidztwo nie ma
racji bytu, bo Agresta jest bardzo wartościową sopranistką, zwłaszcza w we
wczesno-średnim Verdim. Jej czysto techniczne umiejętności mogą zaimponować,
brak mi w niej tylko czegoś własnego, osobistego, tylko jej właściwego. Antonio
Pappano nie bez powodu cieszy się opinią najlepszego specjalisty od Verdiego i
u niego także, jak u Dominga absolutna i wszechogarniająca miłość do tej
muzyki, ale także do muzyków i śpiewaków jest oczywista i słyszalna. Jak na
średniej jakości operę i taką sobie produkcję
jej wykonawcy dostarczyli mi mnóstwo nieoczekiwanej przyjemności!
wtorek, 4 listopada 2014
środa, 29 października 2014
"Kupiec wenecki" w Warszawie
Premiera „Kupca weneckiego” w warszawskim Teatrze Wielkim
postawiła mnie w sytuacji, której bardzo nie lubię – poczułam się nieco
bezradna wobec natłoku wątpliwości, jakie we mnie wywołała i to w różnych
rzeczy aspektach. Pierwsza i najważniejsza dotyczy oryginału literackiego,
przez librecistę Johna O’Briena potraktowanego z dużym pietyzmem. Czy
Shakespeare rzeczywiście popełnił dzieło antysemickie? A jeśli tak, dlaczego ta
domniemana antysemickość w niczym nie przeszkadzała Andrzejowi Czajkowskiemu,
za to we współczesnych budzi lęk tak paniczny, że trudno tę jedną z najlepszych
sztuk geniusza ze Stratfordu uświadczyć na scenie? Dlaczego ta absurdalna
diagnoza utrwaliła się aż tak mocno, że nawet Peter Brook miał powiedzieć, że
nie wystawi „Kupca weneckiego” dopóki na świecie egzystuje chociaż jeden
antysemita? Przecież w tym tekście chodzi przede wszystkim o Obcego, który
żyjąc według innych zasad zadaje nam chcąc nie chcąc niewygodne pytanie o
właściwość naszych własnych. Tego nie lubimy. Gry plemienne są wszak od zarania
dziejów ulubioną zabawą ludzkości zaś
Inni są, byli i pewnie, mimo obowiązującej dziś poprawności politycznej będą na
znacznie słabszej pozycji niż My. Czy tym Innym jest Żyd, chrześcijanin w
dzisiejszym Sudanie, albinos w Afryce czy homoseksualista , a nie daj Boże dwa
w jednym, jak sam Czajkowski - rezultat bywa podobny. Wracając zaś do
konkretów, czy Shylock na pewno jest w tej opowieści czarnym charakterem? Shakespeare wyposaża go w argumenty nie do
pominięcia, znamy powody jego postępowania i nie są one błahe. Zapiekłość w
urazie, w hodowaniu własnych krzywd jest tyko metodą, aby nie zwariować kiedy wszystko,
co stanowiło naszym jestestwie zostało nam odebrane. Kim w tym świetle staje
się Portia , która odniosła już pożądane zwycięstwo i osiągnęła cel, a mimo to
z kamiennym uporem dąży do ostatecznego unicestwienia przeciwnika? Jak można
przypisywać antysemickość tekstowi, w którym padają słowa –
„Doesn’t a Jew have eyes? Doesn’t a Jew have hands, bodily organs, a
human shape, five senses, feelings, and passions? Doesn’t a Jew eat the same
food, get hurt with the same weapons, get sick with the same diseases, get
healed by the same medicine, and warm up in summer and cool off in winter just
like a Christian? If you prick us with a pin, don’t we bleed? If you tickle us,
don’t we laugh? If you poison us, don’t we die? And if you treat us badly,
won’t we try to get revenge? If we’re like you in everything else, we’ll
resemble you in that respect. If a Jew offends a Christian, what’s the
Christian’s kind and gentle reaction? Revenge. If a Christian offends a Jew,
what punishment will he come up with if he follows the Christian example? Of course, the same thing—revenge!”Pozostaje jeszcze kwestia lojalności i wierności ludziom oraz głoszonym zasadom, a tych nie dochowuje w zasadzie nikt, może poza … tytułowym kupcem Antoniem. Podejrzewam, iż także dlatego Andrzej Czajkowski, poza innymi przyczynami oczywistymi identyfikował się właśnie z nim. Ten domysł, uprawniony lub nie spowodował jedno z większych rozczarowań w warszawskim spektaklu. W moim odczuciu Antonio, dla Czajkowskiego najważniejszy, na scenie okazał się ledwie zarysowanym szkicem do postaci, źle zagranym i bardzo źle zaśpiewanym. Siedziałam w dziewiątym rzędzie parteru i zorientowanie się, że pierwsze słowa libretta – „I’m so sad” już padły zajęło mi chwilę. Nie byłam w tym odbiorze Christophera Robsona odosobniona, chociaż w jednej z recenzji ze zdumieniem przeczytałam wyrazy zachwytu jego sztuką wokalną. Być może zawiniła trochę trudna akustyka Teatru Wielkiego ekstremalnie nieprzyjazna niewielkim głosom. Sam spektakl mnie rozczarował, chyba za dużo naczytałam się ochów i achów po zeszłorocznej prapremierze bregenckiej, albo też za dobrze pamiętam film Michaela Radforda z fenomenalnymi kreacjami Ala Pacino i Jeremy’ego Ironsa. Keith Warner nie powstrzymał się oczywiście przed przeniesieniem akcji w czasy nam bliższe, czyli początek dwudziestego wieku. Pozwoliło mu to na wzmocnienie efektu przez wprowadzenie na scenę oddziału młodych mężczyzn w brunatnych koszulach z grupą postaci w czarnych szatach i spiczastych czapach pospołu. Patrząc na ten obraz kolejny raz zastanawiałam się, dlaczego tego rodzaju łopatologiczne chwyty są używane – brak zaufania do inteligencji widza czy brak wyobraźni? Może zamiast stosowania doraźnych efektów należało skupić się na postaciach, bo niektóre (zwłaszcza męskie) cierpiały najwyraźniej na niedoreżyserowanie (szczególnie w akcie pierwszym i trzecim). Drugi i epilog, jako należące głównie do pań wypadł znacznie ciekawiej. Sarah Castle - Portia (zwłaszcza), Verena Gunz - Nerissa i Marisol Montalvo – Jessica poradziły sobie doskonale zarówno z rolami, jak z wokalnymi trudnościami swych partii. Z panów z ogromną przyjemnością słuchałam mocnego, dźwięcznego głosu Charlesa Workmana – Bassania. Nie ma w tym żadnej niespodzianki, bo to artysta dużej klasy, ale dobrze było po raz kolejny potwierdzić ów fakt własnousznie. Przed warszawską premierą wiele osób, w tym ja, zastanawiało się, czy obsadzenie w roli Shylocka czarnoskórego barytona było zabiegiem celowym, służącym wzmocnieniu efektu obcości bohatera – jeśli tak, cel nie został osiągnięty. Lester Lynch śpiewał zaledwie poprawnie, zaś postać tak niezwykle przejmującą i bogatą zagrał ogólnikowo. Nawet jego słynny monolog, w operze przeniesiony do najdramatyczniejszej sceny sądu nie zrobił większego wrażenia. Szkoda, bo mimo wszystko spektakl miał wiele zalet, chociażby niezwykle celne otwarcie i zamkniecie go tą samą sceną. Także scenografia (Ashley Martin-Davis) należy do mocnych stron tej produkcji. Jak zawsze, kiedy mam z dziełem do czynienia po raz pierwszy nie podejmuję zdawać relacji z pracy orkiestry i dyrygenta. Mogę tylko powiedzieć, że muzyczna materia „Kupca weneckiego” była dla mnie interesująca, akt drugi i epilog, w których Czajkowski posłużył się wyraźnie (nawet dla osoby zawstydzająco nieotrzaskanej z operą współczesną) innym językiem niż w pierwszym i trzecim bardzo mi się podobał. Inspiracje Szymanowskim są w tej muzyce oczywiste i naturalne. Ze smutkiem wyznaję jednak, że linie wokalne były dla mnie momentami dużym wyzwaniem i chwilami czułam się mocno niekomfortowo – atakowana dźwiękiem. Zapewne zawinił mój brak muzycznej edukacji, ale trudno – po tym doświadczeniu skupię się raczej na poznawaniu instrumentalnej twórczości Czajkowskiego. Cieszę się natomiast, że mogłam w wydarzeniu, jakim było wystawienie „Kupca weneckiego” w Polsce uczestniczyć. Bo -
“The man
that hath no music in himself,
Nor is not
moved with concord of sweet sounds,
Is fit for
treasons, stratagems, and spoils.
The motions
of his spirit are dull as night,
And his
affections dark as Erebus.
Let no such
man be trusted. Mark
the music.”
czwartek, 23 października 2014
Paryska "Tosca" w cieniu krzyża
Mój
blog ma już 29 miesięcy i jako, że na początku pisywałam trochę za często jest
to 224-ty post. Jak dotąd żaden nie traktował jednak o „Tosce”, w co sama nie mogę uwierzyć.
Wszakże pomijałam konsekwentnym milczeniem jedno najpopularniejszych w swym gatunku
dzieł świata, którego tytuł znają nawet osoby dostające gęsiej skórki na samo
hasło opera. Znają nie bez przyczyny – utwór to pełen chwytliwych melodii (jak zwykle
u Pucciniego arie są krótkie), idealnie skonstruowany pod względem
dramaturgicznym, nie wymaga od słuchacza szczególnego wysiłku ani też
heroicznego trwania w teatralnym fotelu przez długie godziny. Jak wszystko, co
na pierwszy rzut oka wygląda na łatwe i oczywiste stawia przed realizatorami
zadania trudne i od oczywistości dalekie. Barwna i bardzo charakterystyczna
orkiestracja Pucciniego potrzebuje znakomitego dyrygenta i doskonałej
orkiestry, inaczej jej niuanse giną. Jeszcze trudniej o właściwych śpiewaków,
bo choć postacie główne nakreślone są wyraziście, to trzeba je nie tylko
wypełnić treścią wokalną, ale też osobowością. Jak wszędzie – można by
powiedzieć. Nieprawda. Przy tak
niezwykłej kondensacji emocji wykonawcy muszą od początku mieć koncepcję roli i
realizować ją z żelazną konsekwencją. Artystów potrafiących ominąć wszystkie te
pułapki nie ma jednak wielu, a publiczność ciągle się „Toski” domaga, powstają
więc masowo przedstawienia po prostu złe. I właśnie dlatego, że nie chciałam
się męczyć je oglądając od chyba 3 lat żadnej „Toski” nie widziałam. Dowiedziawszy
się, że nowa inscenizacja planowana jest w Paryżu też nie zamierzałam próbować,
aż do momentu, w którym dowiedziałam się, że jako Scarpia debiutuje Ludovic
Tezier. Znając moją barytonocentryczność bez trudu można się domyślić iż wredny
baron jest mą ulubioną w tej operze postacią. Wydaje mi się także, iż to
rola dająca najwięcej możliwości interpretacji – jacy są Floria Tosca i
Mario Cavaradossi mniej więcej się orientujemy, znamy też doskonale ich
motywacje. O Scarpii nie wiemy właściwie nic, nie pamiętamy nawet jego imienia,
przede wszystkim zaś tajemnicą pozostaje dla nas co uczyniło go
szwarccharakterem pierwszej klasy. Fenomenalnym odtwórcą tej roli był Tito Gobbi,
który zarówno na scenie jak w nagraniu płytowym potrafił sprawić, żebyśmy się
go bali. Do dziś nie ma sobie równych. Współcześnie mamy dwóch wyróżniających
się Scarpiów, obaj potrafią nam zaproponować kompletne, aczkolwiek krańcowo różne
wizje swego bohatera, ale żaden z nich niestety nie jest idealny wokalnie.
Myślę o Thomasie Hampsonie (arystokratyczny, elegancki , pozornie lodowaty) i
Brynie Terfelu (prostacki plebejusz nieskutecznie walczący z licznymi
kompleksami). Śledząc karierę Ludovica Teziera bardzo pilnie, nie mogłam sobie
odpuścić jego Scarpii. Aby jednak wszystko było w miarę po kolei zacznę od
inscenizacji, która nie należy do standardowych. Czekano na nią w Paryżu długo
- poprzednia „Tosca” miała tam premierę
20 lat temu i przestano ją grać w 2012. Od chwili odsłonięcia kurtyny wiemy, że
znów będziemy mieć do czynienia z zabawą w „co innego widzisz, co innego
słyszysz” i jeżeli ktoś spodziewał się wnętrz precyzyjnie opisanych w
libretcie, zawiedzie się srodze. Zamiast kościoła Sant Andrea de la Valle widzimy gigantyczny
krzyż, będący właściwie miejscem akcji. Gdyby nie kolorystyka, przypominałby
jako żywo słynny etiopski Bet Giorgis w Lalibelli. Na ścianie jednego z ramion
krzyża Cavaradossi maluje „swój” obraz. Umieściłam słowo swój w cudzysłowie, bo
tym razem nazwisko autora jest znane i nie brzmi ono Cavaradossi. Dzieło
Williama Bouguereau nijak poza tym nie pasuje do sakralnego charakteru miejsca
zaś malarz urodził się sporo po opisywanych przez fabułę konkretnych
wydarzeniach historycznych. Nie muszę dodawać, że nie ma kaplicy Attavantich
ani Madonny, przed którą Tosca mogłaby złożyć swój bukiet. Rozziew między fonią
a wizją jest jednak trochę denerwujący, jakkolwiek to co widzimy nie byłoby
eleganckie i piękne. W trzecim akcie oczywiście nie ma mowy o żadnym Castel
Sant'Angelo, jesteśmy gdzieś w okolicach brzegu Tybru, mamy zarośla, kikuty
drzew i biały namiot rozświetlony pełgającym światłem płomienia. A nad tym wszystkim – znów olbrzymi krzyż w
pozycji horyzontalnej. Efektowne, ale biedna Tosca nie ma skąd wykonać swego
samobójczego skoku i oddala się z godnością w stronę rzeki. „I już cała opera
na nic”! Christof Hetzner, wykazał się ciekawą wyobraźnią plastyczną przy
projektowaniu scenografii , na kostiumy jej nie wystarczyło. Są nieszczególnie
ładne, i chociaż mniej więcej zgodne z czasem akcji Cavarossiego na przykład ubrano w strój, w którym wygląda jak urzędnik
średniego szczebla, nie zaś artysta. Trudna uroda Marcello Alvareza tylko to
podkreśla. Na jego wyczyny aktorskie należy przymknąć oczy – dosłownie. Emfaza,
szerokość i standardowość gestu ośmiesza postać. Szkoda, bo śpiewał Alvarez
bardzo przyzwoicie, ładną barwą i z doskonałą świadomością rozmiaru swego głosu
– nie próbował krzykiem tuszować niedostatku mocy. Jego Tosce, Martinie Serafin
wystarczyło jej na dwa akty, w ostatnim już siłowanie się z głosem, zwłaszcza z
górnym rejestrem było słyszalne. Pozostawi mi wspomnienie Toski po
rzemieślniczemu poprawnej, ale jakoś tak ogólnikowej. W Paryżu z nostalgią
wspominana jest Sieglinda w wykonaniu Serafin, ale to postać bardziej liryczna
zaś mniej wybuchowo temperamentna. „Vissi d’arte” było ładne. I tyle. Ludovic
Tezier miał zapowiadane przed spektaklem kłopoty ze zdrowiem, co wpłynęło na jego
śpiew, momentami wysokie dźwięki wypychał z gardła ostatkiem sił. Ale to były
tylko chwile, poza nimi głos Teziera brzmiał welwetowo jak zawsze. Czy Scarpia
może mieć uwodzicielsko aksamitny głos? Może, ale wtedy należałoby dostosować
koncepcję sceniczną, a tu tego zabrakło. Czegokolwiek by jednak nie napisać o
śpiewakach, utrzymali oni przyzwoity poziom, czego nie da się powiedzieć o
dyrygencie. Pod ciężką ręką Daniela Orena orkiestra pozbawiła partyturę
Pucciniego właśnie tego, co w niej najcenniejsze, czyli wspominanych na
początku posta niuansów, barw i odcieni. Jeśli ciągle gra się monotonnie głośno
nie może być inaczej. Hałaśliwie nie znaczy namiętnie. Jeśli będą Państwo
okazję zobaczyć to przedstawienie z innym maestro mimo wszystkich
wypunktowanych już jego wad jednak je polecam. Chyba, że jesteście purystami –
wtedy inscenizacji Pierre’a Audi unikajcie. Gdyby zaś ktoś z początkujących
melomanów chciał się dowiedzieć, jak brzmi „Tosca” wzorcowa, powinien sięgnąć
po dawne nagranie z Marią Callas, Tito Gobbim i Giuseppe di Stefano pod Victorem
de Sabatą. Można też znaleźć na YT drugi akt zarejestrowany w ROH z udziałem
Callas i Gobbiego. Jest to dokument bezcenny, bo stanowi chyba jedyne tego
rodzaju świadectwo niezwykłości talentu boskiej Marii. Istnieje bowiem wiele
zapisów wideo jej koncertów, ale większy fragment ze spektaklu jest tylko
jeden, ten właśnie. I chociaż w 1964 roku jej głos nie brzmiał już tak jak
wcześniej znać to nie tylko warto, ale też koniecznie trzeba.
piątek, 17 października 2014
Pani Makbet
Kim jest
gwiazda we współczesnej operze i czym się różni od znakomitego nawet, ale
„zwykłego” śpiewaka? Odpowiedź na to pytanie w zasadzie nie nastręcza większych
trudności - ten składnik odróżniający
divę lub divo od innych wykonujących ten sam trudny zawód śmiertelników to
charyzma, cecha tyleż tajemnicza co trudno definiowalna. Wydaje się na pierwszy
rzut oka, że to niemal identycznie jak w kinie, ale po bliższym przyjrzeniu się
widać, że jednak niezupełnie. W kinie czy telewizji (tu szczególnie) przy pewnym
uporze i solidnym nakładzie kosztów można wypromować zupełną miernotę, w operze
– raczej nie. Nawet błędnie podpisane kontrakty płytowe z artystami
przeciętnymi skutkujące namolnym ich
lansowaniem przez kilka największych firm
(celuje w tym niechlubnym procederze Deutsche Grammophon) gwiazdy nie
czynią, jak to doskonale widać chociażby na przykładzie Mojcy Erdmann. A więc
charyzma. To ona powoduje, że artysta zyskuje sobie rzesze wielbicieli gotowych
zagryźć tych, którzy się jej nie poddali, lub, co dziwniejsze poddali nie dość.
Z drugiej strony każda superstar budzi niechęć, zwłaszcza u tych, którzy
uważają iż na tych fanów sobie nie zasłużyła. Budzenie kontrowersji to bowiem
dla gwiazdy chleb codzienny. Dlaczego o tym wszystkim piszę? Pewnie się domyślacie,
że okazji pierwszej tego sezonu transmisji z Metropolitan Opera –
„Makbeta”. Wszystkie materiały i
recenzje na temat tego spektaklu zostały zdominowane przez występ Anny Netrebko
w roli pani Makbetowej. Chce kto tego czy nie chce to właśnie Netrebko, obok
Jonasa Kaufmanna jest dziś największą atrakcją operowej sceny a dodatkowo
znajduje się w bardzo interesującym momencie kariery – przepoczwarzania z
sopranu liryczno-koloraturowego w prawdziwy lirico-spinto. Zaczęła od Manon
Lescaut i ma już za sobą Leonorę, trzeba jednak przyznać, że Lady Makbet to
całkiem inny kaliber. Niewiele osób miało okazję usłyszeć i zobaczyć debiut
Anny w tej partii (w Bayerische Staatsoper), oczekiwanie było więc napięte i
nerwowe – polegnie czy nie polegnie? Dziś, po transmisji każdy meloman może
mieć na ten temat własną opinię. Zanim
jednak wyłuszczę swoją kilka słów
o inscenizacji (nie za dużo, bo pewnie widzieliście sami). Produkcja to nienowa,
miała premierę siedem lat temu i już wtedy protagonistą był Željko Lučić .
Adrian Noble stworzył spektakl koherentny i sensowny, bez nadmiernych udziwnień
i utrudniania życia śpiewakom, chociaż znalazły się w nim sceny rozwiązane nie
najszczęśliwiej. Dotyczy to zwłaszcza obrazów z czarownicami machającymi radośnie
torebkami, co budzi nieuchronną i zbędną
w tym miejscu wesołość. Podobała mi się
natomiast lunatyczna scena lady Makbet
kroczącej po stopniowo dostawianych krzesłach. Chwała reżyserowi za
niepoddanie się modzie i brak (z jednym wyjątkiem) prób epatowania publiczności
brzydotą - bez popadania w ostentacyjną
ładność. Przechodząc do kwestii wykonawczych muszę zacząć od oddania
sprawiedliwości Fabio Luisiemu , bo pierwszy bodajże raz w życiu zachwyciłam
się jego dyrygowaniem – idealnie wyważone akcenty dramatyczne i liryczne,
doskonałe wspomaganie śpiewaków, idealne panowanie nad dynamiką dźwięku w
poszczególnych grupach instrumentów i w całej orkiestrze, dobre tempa. Chór Met
właściwie zawsze zasługuje na słowa uznania, tak było i tym razem, zaś
szczególnie pięknie zaśpiewali „Patria
opresa” . Rene Pape jako Banco to pewniak absolutny i chyba nikt się dziwił, że
okazał się w tej roli godny, autorytatywny
i szlachetny . Głos Pape to instrument nieopisywalnej urody zaś jego
legato powoduje, że mogę go słuchać bez końca. W tym wypadku przyjemność, jak i
partia sama była krótka, zaś artysta, po transmitowanej popołudniówce miał
przed sobą jeszcze wieczorny występ jako Sarastro. Joseph Calleja jest obecnie w świetnej formie i jako Macduff
pokazał się od najlepszej strony – głos dźwięczny, skupiony, nośny – brawo.
Bardzo chciałabym swój entuzjazm rozszerzyć na bohatera tytułowego, ale
niestety nie mogę. Żałuję, bo Željko Lučić jest jednym z najsympatyczniejszych
współczesnych śpiewaków i bardzo się starał, ale jego Makbet był od strony
wokalnej poprawny (wolumen nie predestynuje go do tej partii), mimo pewnych
trudności z górą skali. Interpretacyjnie zaś Lučić wydał mi się „człowiekiem
bez właściwości” – zatęskniłam za Simonem Keenlysidem, który dysponuje
barytonem urodą nie dorównującym głosowi Serba, ale za to ma silną osobowość
sceniczną. Może jednak tak być miało, może koncepcja polegała tu na opozycji
silnej kobiety i słabego mężczyzny …, chociaż to duże uproszczenie. Mocy i charyzmy nie brakuje pewnością bohaterce wieczoru, ale zacznijmy od podstaw.
Wymagania, jakie stawia śpiewaczce partia Lady Makbet są bardzo wysokie – głos
musi być silny, ale sprężysty, o pewnej górze i skali i jakimże dole, dobrej
koloraturze. Nie musi natomiast być piękny, dobrze jest wręcz, kiedy
wykonawczyni nie obawia się ostrości i tego, że momentami zabrzmi brzydko.
Wszystkie te zalety jednak na nic, jeśli brak wyrazu. Głównie w związku z tym,
ale nie tylko oczywiście za niedoścignioną interpretatorkę roli uważana jest
Maria Callas, nie należy też zapominać o Shirley Verrett i Leonie Rysanek.
Współcześnie chyba najlepiej zaprezentowała się Liudmyla Monastyrska w ROH.
Netrebko nie ma głosu tak wielkiego jak ukraińska koleżanka, można by zgłosić
zastrzeżenia do precyzji intonacyjnej w górze, z dolnym rejestrem piersiowym
były wyraźne kłopoty. A jednak zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie ogólne,
miałam uczucie obcowania z osobą z krwi i kości, nie zaś tylko z „koncepcją
sceniczną”. Netrebko sławna przecież z urody swego bogatego, aksamitnego głosu
nie miała też żadnych problemów z poświęceniem jej momentami dla dobra postaci.
Słuchałam Netrebko z przyjemnością, z
przyjemnością też na nią patrzyłam, bo każda sekunda grania tej mrocznej roli
sprawiała jej wyraźną frajdę. Ja zaś lubię oglądać ludzi tak ewidentnie
kochających swoją robotę. Bo to zazwyczaj przekłada się na jej jakość.
Przy okazji
słów parę o debiutującej jako gospodyni transmisji Anicie Rachvelishvili - mam nadzieję, że będzie się w tej roli
pojawiać częściej. Sympatyczna, energiczna, wręcz entuzjastyczna, swobodnie
operująca dobrą angielszczyzną – wspaniały nabytek dla Met.
sobota, 11 października 2014
Vivaldi w Kopenhadze
Los
nie szczędzi mi ostatnio barokowych radości. Po warszawskiej „Agrippinie”,
którą można by pokazać wszędzie i być dumnym z wielką przyjemnością obejrzałam
zarejestrowany w Kopenhadze spektakl „Ottone in villa”. Pierwsza opera
Vivaldiego to typowe dziecko swoich czasów – zawiera właściwe same arie (jedna
z nich podwójna) i wieńczy ją króciuteńki chór, ale ma też wszelkie
przypisywane swemu autorowi zalety. Inwencja melodyczna Rudego Księdza do dziś budzi wszak wielki podziw i wydaje
się większa nawet niż u Haendla.Rzecz jest
w Polsce znana z wykonania koncertowego (nawet nie trzeba dodawać w
ramach jakiego cyklu – obecnie niestety zagrożonego, bo krakowscy władcy jakoś
go nie lubią) ) i być może z nagrania
dokonanego w tej samej obsadzie. Na scenie teatralnej jej nie widzieliśmy i pewnie długo nie
zobaczymy, należy więc korzystać z nadarzającej się możliwości. Dlatego też
linkuję dla Was całość, bo jakaś miłosierna dusza wrzuciła to na YT i solennie
zapewniam, że warto. W Kopenhadze nie było śpiewaków o tak znanych
nazwiskach jak w Krakowie (z wyjątkiem gwiazdy w roli
tytułowej, tej samej we wszystkich przypadkach), ale dla klasy wykonawczej
znaczenia to nie miało żadnego. Deda Christina Colonna , reżyserka
przedstawienia zaś okazała się najwyraźniej duchowo spokrewniona z naszą
Natalią Kozłowską, sposób podejścia obu pań do materii barokowej opery jest dosyć podobny. Poczytałam sobie trochę o tej
pierwszej , najwyraźniej będącej osobą obdarowaną wieloma talentami – jest
także tancerką baletową, aktorką , choreografką. Tych umiejętności nie mogła
wykorzystać przy okazji „Ottona”, chociaż zapewne własne doświadczenia aktorskie mogły jej być przydatne i pomocne w
pracy ze śpiewakami. Colonna nie miała do dyspozycji tak bajecznej scenografii
naturalnej jak Kozłowska, w Kopenhadze scenę stanowiła nieduża biała arena
niezbyt gęsto zapełniona rekwizytami. Kostiumy, jak w Warszawie stanowiły
mieszankę różnych stylów i epok , znalazła się nawet postać w płomiennie rudej
peruce, zupełnie jak nasz Neron. Colonna domieszała jednak do tego commedię
dell’arte, bo cesarz z stroju Arlekina wzięty został prosto z niej, podobnie
jak jego preceptor, który przez większość akcji poruszał się na niezbyt
wysokich, ale jednak szczudłach. Zapewne chodziło o to, by nauczyciel , w tym
wypadku na oko sporo młodszy od ucznia choć fizycznie przewyższał władcę
zasiadającego na przypominającym krzesło tenisowego sędziego tronie . Mimo tych
nieortodoksyjnych akcentów fabuła toczyła się wartko i zgodnie z librettem zaś
bohaterowie, mimo typowych dla baroku komplikacji (A kocha B, B kocha C itd.) i
przebieranek potrafili nam przekazać to,
co najważniejsze – ludzkie emocje. Główną niespodzianką okazała się dla mnie
Sophie Junker, belgijska sopranistka w roli Caia tak dobra, że nawet Sonia
Prina znalazła się nieco w jej cieniu. Junker dostała się wprawdzie muzycznie
najciekawsza partia w całej operze, ale jak ona to wykorzystała! Pewny i pełny
głos, precyzyjne ozdobniki, dobre aktorstwo, a ostania aria Caia to już według
mnie mistrzostwo. Prina Ottona śpiewa nie od dziś, to doświadczenie słychać
(pozytywnie), chociaż głos stracił już troszkę na blasku. Ale z podziwem słucha
się, jak ona operuje nastrojami i kolorami, z jaką intensywnością potrafi być
jednocześnie postacią komiczną i dramatyczną. Deborah York jako Tullia przebrana za chłopaka jest urocza, zaś jej jasny, dźwięczny głos może nie zapisze się złotymi zgłoskami w
historii, ale na bieżąco stanowi dla ucha prawdziwą przyjemność. Najmniej
przekonała mnie do siebie Sine Bundgaard jako Cleonilla. Nie było żadnych
ewidentnych błędów, ale głos jakich wiele, zaś postać, kojarząca się typem z haendlowską
Poppeą nie miała połowy uroku ani temperamentu Barbary Zamek. Jedyny w tym
towarzystwie pan, Leif-Aruhn Solen wykonał swoje zadanie efektywnie, za co
należą mu się gratulacje, bo to właśnie on
musiał, poza śpiewaniem skupić uwagę na utrzymaniu równowagi na szczudłach,
co z pewnością łatwe nie było. Z radością odkryłam w tym spektaklu kolejny
świetny zespół instrumentalny wyspecjalizowany w wykonawstwie historycznie
poinformowanym (pokraczny termin) – Concerto Copenhagen. Duńczycy mają
prawdziwie południowy temperament i doskonale wydobyli z partytury jej włoską
melodyjność, w czym spora zasługa ich szefa, Larsa Ulrika Mortensena. Dyrygent
wykazał się doskonałą podzielnością uwagi, bo, zgodnie z dzisiejszą modą został
też zaangażowany w akcję sceniczną (nie tylko on, także jego pierwszy
skrzypek). Zobaczcie ten spektakl. Oprócz tych, którzy nie przepadają za
barokiem ucieszy chyba wszystkich.
https://www.youtube.com/watch?v=XZr00s3edWQ
https://www.youtube.com/watch?v=XZr00s3edWQ
Subskrybuj:
Posty (Atom)











%2BROH.%2BPHOTOGRAPH%2BCATHERINE%2BASHMORE.jpg)





































