piątek, 28 sierpnia 2015
Giulietta, Romeo i ten trzeci - "Capuleti i Montecchi" w Zurychu
wtorek, 18 sierpnia 2015
You rang, M'Lord? - "Wesele Figara" w Salzburgu
Globalizacja i medialna dostępność,
którymi charakteryzują się dzisiejsze czasy poważnie ułatwia zadanie reżyserom
operowym. Przynajmniej tym, którzy próbując przybliżyć dzieła klasyczne
publiczności przenoszą ich akcję bliżej współczesności, ale niezupełnie do
niej. Jak nasz świat długi i szeroki wszyscy, przynajmniej w naszym kręgu
kulturowym mogliśmy oglądać te same filmy i seriale, czytać te same książki
tworząc w ten sposób kod porozumienia zrozumiały na Manhattanie, w Rio de
Janeiro, Oslo, Warszawie ale także zapadłej meksykańskiej wiosce czy gdzieś na
Kamczatce. Sven-Eric Bechtolf
wykorzystał to zjawisko realizując nową produkcję „Wesela Figara” na
festiwalu w Salzburgu, w związku z czym każda niemal recenzja tego spektaklu
rozpoczynała się od ciągu tytułów : „Upstairs, downstairs”, „Gosford Park” i
„Downton Abbey”. Od siebie mogę dodać, że oburzająco zapomniano o jednym z
najśmieszniejszych (w charakterystycznie bezceremonialny, typowy dla
Brytyjczyków sposób) seriali w dziejach telewizji „Pan wzywał, Milordzie?” , na
którym Bechtolf oparł się najbardziej. Reżyser ma wyraźną słabość do lat
dwudziestych ubiegłego wieku ( w tym okresie umieścił też zeszłorocznego „Don
Giovanniego” czy wiedeńską „Arabelllę”) i ja mu się nawet nie dziwię. To pewnie
ostatni czas, kiedy mężczyźni byli eleganccy, kobiety piękne i milczące a
ludzkim zachowaniem rządziły reguły, których przekroczenie groziło wyrzuceniem
poza nawias społeczeństwa. Tęsknota za tym cudnym, uporządkowanym światem
zmiecionym bezpowrotnie przez wojnę, jakkolwiek nieco absurdalna, wciąż żyje –
niesamowita kariera „Downton Abbey”, w którym stworzono środowisko niemal
idealnie sielankowe świadczy o tym najlepiej. Bechtolf na salzburskiej scenie
wykreował przestrzeń międzyludzką nieco mniej cukierkową, na nadmiar słodyczy
nie pozwala na szczęście libretto Lorenza da Pontego. Alex Eales, autor
scenografii i Mark Bouman, projektant kostiumów zadbali o to, żeby patrzyło się
na scenę z dużą przyjemnością. Dekoracje pokazują nam na dwóch poziomach różne
wnętrza domu Hrabiego (nawiasem mówiąc, raczej nie znajduje się on w Sewilli),
poznajemy go od piwniczki na wino po
poddasze, gdzie mieszczą się pokoiki służby. Przy okazji trudno nie zauważyć,
że tego typu scenografia stała się już obowiązującą modą, ale zazwyczaj działa
to bez zarzutu i sprawdza się daleko lepiej niż przysłowiowy już szpital
psychiatryczny. Wymaga jednak przeprowadzenia akcji w sposób zegarmistrzowsko
precyzyjny, bo niedoskonałość jednego elementu grozi zawaleniem całej
konstrukcji. To się udało, gorzej z potoczystością przebiegu zdarzeń i, co
najgorsze z komizmem. Salzburska publiczność prawie się nie śmiała, przyznam,
że i ja nie poczułam się szczególnie rozbawiona. Miałam wrażenie, że wszystko
co widzę jest, owszem ładne, logice się nie sprzeciwia ale temperatura panuje
letnia po obu stronach rampy. Zabrakło mi wigoru, który ożywiał zeszłorocznego
„Don Giovanniego”. Jeśli zaś chodzi o szczegóły zaskoczyło mnie kilka elementów
– przede wszystkim zrobienie z Barbariny kogoś w rodzaju wioskowego głupka. Rozumiem,
że ślub Susanny i Figara odbywał się … w kuchni skutkiem niemożności zmiany
monumentalnej dekoracji w środku aktu, ale dlaczego Figaro większość „Non piu
andrai” śpiewał w pustą przestrzeń, z której znikli już wszyscy inni
bohaterowie? W niczym natomiast nie
przeszkadzał mi Don Basilio jako amator chłopięcych wdzięków, dla którego
decyzja Hrabiego o odesłaniu Cherubina do pułku jest prawdziwą tragedią.
Oczywiście w latach dwudziestych słowa Hrabiego „Io son qui per giudicar” można
potraktować wyłącznie przenośnie, podobnie jak jego rezygnację z prawa
pierwszej nocy. Ogólnie ta produkcja ma szansę się spodobać, choć nic nie
poradzę na to, że dla mnie była nieco
mdła. Podobnie jak dyrygowanie Dana Ettingera, który wybrał troszkę zbyt
powolne tempa. To oczywiście nie był żaden horror w stylu Harnoncourta, który w
poprzedniej salzburskiej produkcji „Wesela Figara” najprościej mówiąc
zamordował Mozarta czyniąc to znacznie efektywniej niż niewinny Salieri. W
każdym razie skutkiem niespieszności dyrygenta było lekkie rozminięcie się
Anett Frittsch z orkiestrą w „Dove sono”.
Poza tym panie okazały się mocniejszą częścią obsady: pięknogłosa Frittsch
dała wzruszający, bardzo ciepły i ludzki portret Hrabiny.Martina Jankova śpiewa
Susannę już dość długo co w jej wypadku skutkuje dojściem do mistrzostwa bez utraty świeżości brzmienia srebrzystego
sopranu. Margaritę Gritskovą miałam okazję podziwiać po raz pierwszy, ale
naprawdę podziwałam, bo było co – zarówno wokalnie jak scenicznie. Lubiany
powszechnie Adam Plachetka wydał mi się Figarem doskonale anonimowym – nie utrwali
mi się w pamięci z żadnej strony. Luca Pisaroni, którego Hrabiego bardzo byłam
ciekawa rozczarował mnie dość mocno. Oczywiście jest szalenie atrakcyjny, sprawny
aktorsko, dysponuje też ładnym, ciemnym głosem i umie go używać. Problem w tym,
że nie jest to głos do tej konkretnej partii, koloratura, w arii będąca ważnym
środkiem wyrazu (w niej także wyraża się furia Hrabiego) została tylko
zamarkowana, zaś w uroczym duettino z Susanną zabrakło uwodzicielskiego
welwetu. Role drugoplanowe zostały
zagrane i zaśpiewane znakomicie: Ann Murray, niemal urzędowa Marcellina brytyjskich
scen i tym razem zaprezentowała się świetnie, nic nie można zarzucić Carlosowi
Chaussonowi – Bartolo, ani (od strony wokalnej) Christinie Ganach – Barbarinie.
Żal mi było Paula Schweinestera, który stworzył bardzo ciekawą postać Don Basilia,
którego zapamiętam (to chyba pierwszy Basilio, o którym mogę to powiedzieć),
śpiewa bardzo dobrze, ale nieszczególnej urody barwa głosu skazuje go na role
comprimario. Podsumowując – gdyby nie znakomity żeński team byłoby to
przedstawienie z tych, które nie bolą, momentami nawet bywają miłe, ale też i
nic więcej. A jeśli coś ze spektaklu zostanie mi na dłużej, to … wspaniały
pomysł na finałowe ukłony, które pozostały integralną częścią akcji.
sobota, 8 sierpnia 2015
Notatki o skandalu - "Wilhelm Tell" w ROH
Skąd się bierze skandal? Może się wydawać, że odpowiedź na to pytanie powinna być w zasadzie prosta, a jednak niezupełnie tak jest, w dziedzinie opery także. Dawno już minęły czasy, kiedy sprawcami różnorakich wydarzeń tym mianem określanych bywały kapryśne divy czy divo, dziś teatrem muzycznym rządzą reżyserzy i to oni zazwyczaj są przyczyną medialnych turbulencji. Do refleksji nad tym wszystkim skłoniły mnie reakcje na ostatnią w minionym sezonie premierę ROH – „Wilhelma Tella” Rossiniego, zwłaszcza, że w końcu ten długo odkładany spektakl obejrzałam. I przyznam – nie rozumiem. Nie pojmuję wybuchu furii kojarzonych raczej z wyrafinowanym luzem Brytyjczyków i ich chóralnego i donośnego buczenia jeszcze w czasie trwania scenicznej akcji. Tym, co nie słyszeli (są tacy?) wyjaśniam, iż pretekstem do takich zachowań okazał się obraz zbiorowego gwałtu dokonanego na miejscowej dziewczynie przez żołnierzy okupanta. Obrzydliwe? Wstrętne? Oczywiście, że tak! W libretcie w tym miejscu jest mowa o zmuszaniu kobiet do tańca. Ale chyba żaden europejski bywalec operowy nie uwierzy, że o tę niezgodność chodzi. Czasy mamy takie, że niemal wszystkie przedstawienia są zabawą w „co innego widzisz, co innego słyszysz” i raczej te zrobione po bożemu bywają coraz większą rzadkością, właściwie prawie się już ich nie robi, przynajmniej na naszym kontynencie. Więc może chodzi o brutalność tej wizji seksualnej przemocy? Może, ale w tej samej produkcji pokazuje się nam obrazy równie okrutne – na przykład żołdaków bawiących się egzekucją starego człowieka i zmuszających do udziału w całym procederze dzieci. Ale to protestu publiczności nie spowodowało. W poprzednim sezonie transmitowano z ROH do kin stareńką wersję „Rigoletta” (2001) Davida McVicara, w której nawet umieszczane są ostrzeżenia o nagości. Ale nie ona jest przyczyną przywołania spektaklu tutaj, a bardzo sugestywny obraz upokorzenia cóki Monterone’a, która właśnie naga i bezsilna musi asystować uwodzeniu przez niedawnego kochanka hrabiny Ceprano. Tego typu scen pamiętam dużo więcej, żadnego buczenia nie było. Podobna historia wzbudziła we mnie wielkie zdziwienie przy okazji serialu „Gra o tron”. Ktokolwiek zetknął się z tym telewizyjnym przebojem wie, że obrazów okrutnych pokazuje się w nim multum. Rzeź na rzezi i rzezią pogania, w zakończonym właśnie sezonie mieliśmy, oprócz standardowych gwałtownych śmierci także dwa spalenia żywcem, ofiarą jednego z nich padała wczesnonastoletnia dziewczynka, katem był jej tatuś. Przez kilka sezonów prowadzono upiorny wątek bohatera, który w każdym odcinku był metodycznie torturowany psychicznie i fizycznie. Ale medialny szum połączony z protestami i pewną ilością gróźb porzucenia serialu wywołała scena, zresztą krótka i przeprowadzona dosyć oględnie gwałtu na Sansie Stark. Więc rzecz być może w poprawności politycznej, a może ogólnoludzkiej obsesji na temat seksu? Nie jestem przekonana, zwyczajnie nie wiem i czuję się skonfundowana. Jacyś chętni, żeby coś mi wyjaśnić? Rozpoczynając wreszcie akapit dotyczący tematu właściwego muszę kilka zdań poświęcić sprawcy zamieszania, Damiano Michieletto. Jest to reżyser jeszcze niestary (1975), ale już ze sporym bagażem doświadczeń zdobytych głównie na scenach włoskich, ale także w Zurychu i ostatnio w Austrii. Ma on wyraźnie dostrzegalny „charakter pisma” i śledząc rozwój jego kariery zaczynam się poważnie obawiać, że za chwilę (jeśli to się już nie stało) jego produkcje będzie można rozpoznać po jednym zdjęciu w prasie. Podobieństwo warstwy realizacyjnej „Wilhelma Tella” do „Idomenea” z Theater an der Wien jest uderzające, Powtarzają się nawet całe sceny (na przykład własnoręczne grzebanie rodzica przez osieroconego syna połączone z kopaniem w ziemi pokrywającej sceniczne deski w obu spektaklach).Nie trzeba czytać żadnych wywiadów z Michieletto by się zorientować „co artysta chciał przez to powiedzieć”. Mamy tu wyraźny zamiar wytrącenia nas, operowej widowni z utartych i bezpiecznych schematów poprzez pokazanie nam tego, jak naprawdę mogłyby wyglądać opisywane w libretcie wydarzenia, gdyby rozegrały się tu i teraz. A przede wszystkim – jak wygląda wojna. Czy ktokolwiek z nas przejąłby się do głębi, aż do chęci wyrażenia sprzeciwu obserwując wydarzenia dawno minione, dalekie terytorialnie a na dodatek już zmitologizowane? A przecież ta słynna scena gwałtu nieuchronnie przywodzi na pamięć nieodległą przeszłość, kiedy to przemoc seksualna stała się w czasie wojny na Bałkanach jedną z podstawowych „metod walki”. Nie ogląda się tego przyjemnie, o nie, ale chyba właśnie o to Michieletto chodziło. Inna sprawa, że taka koncepcja, kontrowersyjna w wypadku ostatniej opery Rossiniego okazała się (dla mnie oczywiście) nie do przyjęcia przy Mozarcie, u którego muzyka wyraża absolutnie wszystko co trzeba i tego typu wspomaganie tylko jej szkodzi. Wracając jednak do „Tella” spektakl Michieletto nie zawiera samych okropności, jest w nim też pięknie i wzruszająco ukazana więź ojca i syna. Podobał mi się również pomysł nawiązania do właściwych czasów akcji, spersonifikowanych przez obecność ducha czy czy też alter ego Tella we właściwym kostiumie.Troszkę mnie zawiódł alegoryczno-łopatologiczny finał, ale jako zamknięcie wcześniej oglądanych wydarzeń był logiczny. Ogólnie produkcja wydała mi się, przy wyłożonych już zastrzeżeniach całkiem udana. Jednak w takich skomplikowanych przypadkach jak ten właściwym i zasadnym wydaje mi się odwieczny postulat Piotra Kamińskiego i umieszczenie na afiszu znaczącego słowa „według”, zwłaszcza, że i partytura została bez miłosierdzia ostrzyżona (kto dziś wytrzymałby pełną, okrutnie długą wersję). Antonio Pappano jak zawsze poprowadził swoją orkiestrę brawurowo, co zwłaszcza w uwerturze dawało słuchaczowi mnóstwo przyjemności. Malin Byström była dla mnie sporym rozczarowaniem jako Matylda, jej głos w górze skali jest rozwibrowany i nieprzyjemnie piskliwy. Być może gdybym nie miała w świeżej pamięci wspaniałej Matyldy Mariny Rebeki ocena nie byłaby tak surowa … Za to Gerald Finley jako bohater tytułowy sprawił mi niebywałą frajdę, wszystko, od śpiewu, przez interpretację wokalną i barwę głosu do aktorstwa było w jego wykonaniu piękne i szlachetne. Finley na długo pewnie pozostanie „moim” Tellem. John Osborn, którego niedawno podziwiałam jako Benvenuta Celliniego nie zawiódł również jako Arnold. To partia technicznie niebywale trudna Osborn podołał jej w sposób godny podziwu. Partytura „Wilhelma Tella” zawiera mnóstwo ról wspomagających, właściwie bez wyjątku wykonanych na scenie ROH dobrze. Więcej niż dobrze spisali się moim zdaniem Sofia Fomina jako Jemmy (wiarygodna także scenicznie) i Aleksander Vinogradov (Walter Furst). Chór w tragicznych operach Rossiniego na ogół dostaje solidne zadania do wypełnienia i tak też zostały wypełnione.
środa, 29 lipca 2015
"Eugeniusz Oniegin" w Monachium (i trochę o hanowerskiej "Cyganerii")
Nigdy nie podejrzewałam, że będę kiedyś
składać wyrazy wdzięczności pewnemu reżyserowi, ale tak właśnie muszę zrobić.
Panie Neuenfels, dziękuję! Dla niezorientowanych: to ten znaczący reprezentant
regietheatru swoimi fatalnymi manierami (żeby nie nazwać tego dosadniej)
doprowadził do rezygnacji Anny Netrebko z roli Manon Lescaut na deskach
Bayerische Staatsoper. A, że diva chciała być mimo wszystko fair wobec
monachijskiej publiczności i dyrekcji teatru wyraziła zgodę na propozycję
zamiany ról z przewidzianą do partii Tatiany na letnim festiwalu Kristine
Opolais. Miałam bilet na „Manon”, ale perspektywa przetrzymania produktu
reżyserskiego geniuszu p. Neuenfelsa była dla
mnie zbyt przerażająca, żeby
nawet Jonas Kaufmann jako Des Grieux był wystarczającą rekompensatą strat
moralnych. W związku z tym oddałam swoje miejsce znajomej, której wspaniały
tenor wystarczy za cały spektakl zyskując przy okazji jej wdzięczność, sama zaś
postanowiłam zrobić wszystko, by zasiąść na widowni w lipcu. Co nęciło mnie tym
bardziej, że Onieginem miał być Mariusz Kwiecień. Tym razem opatrzność nade mną
czuwała i wszystko się udało. Tu także zetknęłam się reżyserem niespecjalnie
przejmującym się librettem Krzysztofem Warlikowskim. Jego przypadek jest jednak
nieco inny, niż Neuenfelsa – Warlikowskiemu zdarza się tworzyć spektakle
ciekawe i fascynujące nawet, ale będące zupełnie obok autorskich założeń.
Przedstawienie „Oniegina” jest w stosunku do nich niczym prosta równoległa – w
żadnym punkcie się nie stykają. Produkcja ta miała swoją premierę w 2007 i
została wówczas szczegółowo opisana przez polskie media. Będzie trudno, ale
postaram się swoje trzy grosze dorzucić. Inspiracje Warlikowskiego są oczywiste
: biografia Czajkowskiego i słynny film „Tajemnica Brokeback Mountain”. Akcję
umieścił reżyser w latach sześćdziesiątych, kiedy to bycie gejem stanowiło
jeszcze powód do wstydu i traumy. Wiąże się to z nienachalną urodą scenografii
i kostiumów, ale nie to jest najważniejsze. Znacznie bardziej niepokojące
wydało mi się przesunięcie akcentów z postaci Tatiany, która według danych
historycznych była alter ego Czajkowskiego
na samego Oniegina. W wersji Warlikowskiego to jego dramat – człowieka,
który stłamszony przez wychowanie i mieszczańskie zasady nie jest w stanie
pogodzić się z własnymi preferencjami seksualnymi, co ma dalekosiężne skutki.
Śmierć Leńskiego, który najpierw wyrywa się z objęć Oniegina po ognistym
pocałunku by później prowokować go stripteasem dokonywanym tuż przy miłosnym
łożu jest rezultatem najważniejszym i najbardziej bezpośrednim. W tej sytuacji
końcowe deklaracje uczuć do Tatiany mogą być dla bohatera zarówno ostatnią
szansą ucieczki przed widmem kochanka, którego zabił jak
próbą zabicia w sobie niechcianych żądz. A co do tego mają kobiety, Tatiana i
Olga? Ano, nic właściwie, są tylko zasłoną autentycznych relacji między
mężczyznami, przynajmniej w pierwszych dwóch aktach. I to dramat dodatkowy. W
tej sytuacji Oniegin bardziej jest w porządku odrzucając Tatianę na początku
niż żebrząc o nią w finale. Tylko co ze słowami „a szczęście było tak możliwe,
tak bliskie”? Realizacja miłości do Oniegina byłaby przecież piekłem dla obojga,
nawet jeżeli błagając ją Eugeniusz wierzy (czy tylko ma nadzieję), że mogłaby
go „wyleczyć”. To są kwestie zasadnicze, wobec których takie drobiazgi jak
Chippendalsi tańcujący z ciałem Leńskiego, aczkolwiek irytujące i dosyć obleśne,
mają znaczenie drugorzędne. Podsumowując kwestię reżyserii – miałam wrażenie,
że jak w przypadku paryskiego „Króla Rogera” Warlikowski zrobił ciekawy spektakl
o ważnych rzeczach (jak ważnych i bieżących można się było przekonać czytając
doniesienia o śmierci 14-latka zaszczutego przez otoczenie z podobnych
powodów), tylko zupełnie nie o tym, o czym traktuje dzieło wzięte na warsztat.
A to już nie jest drobiazg. Od strony wykonawczej przedstawienie było
wspaniałe. Bezpośredni kontakt ze sztuką Anny Netrebko, właśnie w tym
repertuarze, który ona tak doskonale zna i czuje był dla mnie dużym przeżyciem,
nie tylko, chociaż także ze względu na wspaniałą barwę i gęstość jej głosu.
Przy tym fakt, że Anna nie jest już wiośnianym dziewczęciem w niczym mi nie
przeszkadzał. Ładunek emocji (doskonale kontrolowanej, żadnej „łezki”) jaki jej śpiew niósł wystarczył, by
uwierzyć w nią całkowicie. Scena pisania
(a właściwie nagrywania) listu pozostanie ze mną na długie lata. Opisywana już
wielokrotnie niewytłumaczalna chemia między Netrebko a Mariuszem Kwietniem
bardzo wspomogła wiarygodność obojga – można było chociaż trochę uwierzyć w
nagłe jak uderzenie pioruna uczucie Tatiany. Kwiecień, doskonały w każdym
geście i słowie (rosyjską dykcję ma dużo lepszą niż jego partnerka) stworzył
kolejną wybitną kreację wokalno-aktorską. To jego któryś Oniegin, podziwiałam
go w tej roli wielokrotnie ale tym razem osiągnął mistrzostwo. Szkoda, że BSO nie zdecydowała się
transmitować przedstawienia. Melomani na całym świecie mogliby się przekonać
jak to wygląda, gdy kontrowersyjna nawet inscenizacja wykonywana jest z pełnym
przekonaniem przez wielkich artystów, którzy na dodatek mają dobry dzień. Mogę
Was z całą odpowiedzialnością zapewnić, że ten „Oniegin” był spektaklem, który
chyba każdy, kto miał szczęście w nim jako widz uczestniczyć zapisze we
wdzięcznej pamięci. Zwłaszcza, że dyrygent Leo Hussain najwyraźniej muzykę Czajkowskiego kocha,
płynęła ona niespiesznie, naturalnym strumieniem jak powinna. Pavol Breslik,
bardzo w Monachium lubiany wydał mi się idealnym Leńskim. Ma głos właściwej
barwy i wagi, dobrze komponujący się z barytonem Kwietnia i atrakcyjną
osobowość sceniczną. Podobnie Gunther
Groissbock, obciążony przez reżysera podwójnym zadaniem aktorskim pięknie
zaśpiewał arię Gremina. Postać Olgi straciła nieco na znaczeniu, za co winą
należy obciążyć reżysera. Od strony czysto wokalnej Alisa Kolosova
zaprezentowała się bardzo dobrze. Na razie na YT nie ma fragmentów spektaklu (i
pewnie nie będzie), można tylko przekonać się, jak gorąco oklaskiwani byli
artyści – warto to zrobić i sprawdzić, że nie przesadziłam. Jak Państwo wiedzą jestem admiratorką talentu Mariusza Kwietnia i muszę przyznać, że ten sezon, który zaczął się triumfalnym „Don Giovannim” w Chicago zaś zakończy dziś wieczorem drugim i ostatnim „Onieginem” był dla niego wyjątkowym pasmem sukcesów. Za ten najważniejszy uznać należy „Króla Rogera” w ROH, ale były i inne. Gdyby ktoś miał ochotę, może sobie zafundować prezent w postaci „Cyganerii” wystawionej w hanowerskim parku w poprzedni weekend. Była to wersja pełnospektaklowa, chociaż z orkiestrą na scenie, z akcją przeprowadzoną precyzyjnie w dwóch równoległych miejscach i w przestrzeni między publicznością. Przy tym orkiestrę nieźle poprowadziła znana z nam z TWON Kerry-Lynn Wilson, a oprócz Kwietnia świetnie śpiewali Carmen Giannattasio, Michael Fabiano i Angel Joy Blue. To naprawdę była jedna z najlepszych „Cyganerii” jakie widziałam. A oto link do całości http://www.ndr.de/orchester_chor/radiophilharmonie/NDR-Klassik-Open-Air-La-Boheme-,laboheme108.html . Nie wiem, jak długo przedstawienie będzie dostępne a zobaczyć je ze wszech miar warto.
poniedziałek, 20 lipca 2015
"Carmen" w Orange
„Carmen” jest z nami od 140 lat. I pewnie
nikomu przy zdrowych zmysłach nie przyszłoby do głowy kwestionować jej
atrakcyjność i uwodzicielski potencjał, choć są tacy (niewielu), co odmawiają
jej większej wartości. Zdumiewający ludzie. Podobnie jak ci, którzy na
premierze nie usłyszeli, że partytura jest jedną wielką listą przebojów. Bo
temu, że ówcześni widzowie byli zaszokowani brutalnym realizmem libretta i w
ogóle postacią tytułowej bohaterki
specjalnie się nie dziwię. Nawet dziś zapiekli tradycjonaliści nie potrafią się
pogodzić z postacią kobiety, która bierze i porzuca kochanków kiedy chce,
zgodnie z naturalnym rytmem swych gwałtownych acz krótkotrwałych miłości. Siła
i brak poszanowania dla konwenansu, który skazuje nas raczej na postawę Micaeli
nadal prowokuje. Carmen od nikogo nie potrzebuje pozwolenia, żeby żyć tak, jak
ma ochotę i to zawsze ona podejmuje decyzje, nawet w finale. Różnie tę postać
interpretowano na scenie i w nagraniach, a rola to bardzo trudna nie tylko
wokalnie. Trzeba bardzo się pilnować aby nie popaść w rodzajowość, nie uczynić
jej zwykłą suką czy nawet dziwką a z drugiej strony nie ulec pokusie
„usprawiedliwienia” Carmen poprzez zrobienie z niej damy. Tak uczyniła uważana
za jedną z najlepszych odtwórczyń tej partii Teresa Berganza i doceniając
zalety czysto głosowe i formalną maestrię nie przepadam za jej interpretacją,
uważam, że Carmen nie jest damą, żadnego alibi nie potrzebuje. Co ciekawe, na
tej roli „poległy” śpiewaczki o bardzo silnych indywidualnościach, wydawałoby
się do niej stworzone, jak na przykład Maria Callas czy Jessye Norman
(oczekiwanie na nagranie było wielkie, bo siłą rzeczy nikt nie spodziewał się
ujrzeć jej jako seksownej Cyganki na scenie). Reżyserzy też mają z tą operą
duży problem spowodowany między innymi wewnętrznym przymusem uwspółcześniania
wszystkiego co się da ( także tego, co nie). Skutkiem tej sytuacji właściwie
idealnie zgodna z librettem i czasem akcji, ale wcale nieprzeładowana i
obyczajowo nowoczesna produkcja Francesci Zambello z ROH zbierała cięgi. Nastała
moda na realizacje dwojakiego typu: albo dostajemy wersję estetyzującą, jak w
Met czy La Scali ,
co czasem skutkuje niezamierzoną śmiesznością albo też reżyser odczuwa presję
dekonstrukcji. Z czego wynikają takie upiorne pomysły jak Carmen - niemal robot
o mechanicznych ruchach i martwym spojrzeniu, Carmen śpiewająca habanerę w
budce telefonicznej czy, ostatnio – Carmen prostytutka płci męskiej
(prostytutek? prostytut? – w czasach dodawania żeńskich końcówek na siłę fakt,
że to określenie istnieje w naszym języku właściwie tylko w wersji damskiej
należałoby zgłosić jakiemuś równościowemu gremium). Wątły szkic do tematu
trudności, jakie nastręcza postać tytułowa nie wyczerpuje oczywiście problemów
z operą Bizeta. Don Jose uważany bywa za osobowość nawet ciekawszą niż nasza
kobieta fatalna, bo w przeciwieństwie do niej w trakcie akcji nawet nie tyle
się zmienia, co pokazuje ciągle nowe oblicza . Poznajemy go jako mężczyznę
szalenie konwencjonalnego dla którego rodzinny dom, mamusia i niewinna obowiązkowo
narzeczona to szczyt marzeń. Zaraz, zaraz czy aby na pewno? Gdyby dziś
częściej wystawiano wersję z dialogami
mówionymi, czego prawie się nie robi nie umknęłaby nam informacja, że Jose nie
poszedł do wojska z własnej woli. Po prostu tam uciekł, kiedy w rodzinnej
Nawarze kogoś zabił. Jest więc niebezpieczny i prowokowanie go to igranie z
ogniem, a to właśnie robi Carmen.
Niezwykła para, niezwykły zestaw osobowości. Czy udało się to pokazać na
festiwalu operowym w Orange? Po części tak, ale … Zacznijmy jednak od miejsca,
bo warunki oferuje ono bardzo specyficzne. Rzymski amfiteatr, w którym może
zasiąść około 8500 widzów charakteryzuje się oczywiście wspaniałą akustyką, w
której jednak najlepiej prezentują się głosy solowe, chórowi i orkiestrze nie służy
ona tak dobrze (jak zazwyczaj na powietrzu dźwięk bywa nieco rozproszony). I
tak właśnie to zabrzmiało, zwłaszcza, że Mikko Franck nie należy do szczególnie
finezyjnych dyrygentów i pod jego ręką muzyka zrobiła na mnie wrażenie zagranej
mechanicznie. Reżyser Louis Désiré wykreował właściwie cały spektakl (z
wyjątkiem świateł) osobiście i spokojnie można tę produkcję przypisać do
kategorii estetyzujących. Specyficzne miejsce już samo w sobie stanowi scenografię,
Désiré (co za adekwatne do utworu nazwisko!) postanowił nie dodawać za dużo od
siebie, co mu się bardzo chwali. Wyeksponował tylko wielkie karty, które
rzucone na scenę wydzielają poszczególne miejsca akcji podkreślając dobitnie
motyw losu, który tak często pojawia się w partyturze. Poza tym – kilka krzeseł
i …. nic więcej. Do tego kostiumy – męskie standardowe, ale damskie budzą
podejrzenie, że w autorze drzemie dusza projektanta mody o silnym upodobaniu do
kroju trapezowego w różnych wariantach kolorystycznych. Mamy jeszcze akcenty
new look z lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku (w drugim akcie). A co z
akcją? Toczy się w zasadzie w zgodzie z librettem, z niewielkimi elementami
dodanymi – jak pierwszy obraz, kiedy to podczas uwertury Jose stawia sobie
karty ze złowróżbnym wynikiem. Kate Aldrich i Jonas Kaufmann nie po raz
pierwszy wykonują swoje role w duecie – śpiewali je już razem w Met. Są parą
zgraną i wyjątkowo cieszącą oczy. A jednak tylko Kaufmann osiągnął jako Jose
absolutną perfekcję pod każdym względem. Przez lata wykonywania tej partii
osiągnął wynik rzadko spotykany – kompletne stopienie się ze swoją postacią, efekt,
którego nie zabiła rutyna. Od pewnego czasu Kaufmann znajduje się też na
szczycie wokalnym (a niektórzy profesjonaliści wieszczyli mu rychły koniec
kariery spowodowany licznymi nieprawidłowościami jego sztuki), więc rezultat
jest piorunujący. Przy takim partnerze Kate Aldrich miała zadanie niesłychanie
trudne i nie udało jej się mu dorównać. To piękna kobieta, dobra śpiewaczka i aktorka,
trudno jej coś pod względem formalnym zarzucić poza może niezbyt imponującym
dołem skali. To, co mi przeszkadzało (odczucie czysto subiektywne), to chyba
nadmiar glamouru, zaś niedomiar prawdziwej żywiołowości. Wszystko było dobrze
zagrane, ale czegoś zabrakło. „Moją” współczesną Carmen jest Anita
Rachvelishvili, której natura dała wszystko, co trzeba – nie tylko świetny głos
i prawdziwy temperament, ale także odpowiedni wygląd. Bo Carmen nie musi
wyglądać jak wycięta ze stron Vogue’a, ale patrząc na nią powinniśmy widzieć
jej zmysłowość, która wzięła się ze środka. Inva Mula nie zachwyciła mnie jako
Micaela, ale była poprawna a to rola z której trudno cokolwiek wykrzesać . Kyle
Ketelsen okazał się kiepskim Escamillem. Słynna aria toreadora jest efektowna,
ale tak osłuchana, że niełatwo nią zachwycić. A Bizet napisał ją dość perfidnie
– wygląda na łatwą ale jest bardzo trudna i wymaga pewnych, głębokich
najniższych dźwięków, co dla barytonów bywa kłopotliwe. Ketelsen nie podołał,
nie stworzył też interesującej postaci.
Na
koniec o jeszcze jednym, typowym dla amfiteatru w Orange elemencie przydającym
przynajmniej wizualnej stronie spektaklu atrakcyjności. O tej porze roku wieje
tam zazwyczaj mistral, który ubarwia widowisko. Tym razem zrobił to w sposób
umiarkowany, ale wyraźny.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















































