Pierwszy
bodajże raz zdarzyło się coś takiego. Decca chcąc wykorzystać fakt, że miał z
nią kiedyś kontrakt Jonas Kaufmann chwilę przed nagłośnionym wydaniem przez
konkurencję jego recitalu pucciniowskiego wypuściła na rynek kompilację starych
nagrań pod celowo mylącym tytułem „The Age of Puccini”. Mimowolny bohater afery
zareagował gniewnie ostrzegając przed tym krążkiem gdzie tylko mógł. A wszystko
to świadczy nie tylko o chciwości i hucpie angielskiej kompanii płytowej, ale
też o niesamowitym potencjale komercyjnym tenora. Teraz każdy już może włożyć do odtwarzacza właściwy
krążek zatytułowany „Nessun dorma” , który już zdążył przez sporą część krytyki
zostać obwołany najlepszym w dorobku (całkiem pokaźnym, Kaufmann jest hojny i
pracowity) artysty. Jak zawsze jest też aktywna niewielka ale głośna grupa
recenzentów, którym trudno zaakceptować jego technikę wokalną. W całym
medialnym zgiełku można zrobić rozsądnie tylko jedno: zamknąć uszy i oczy na
wszystko co na zewnątrz, usiąść wygodnie i słuchać. Po kilkakrotnym oddaniu się
tej czynności mogę z całą pewnością stwierdzić tylko jedno – nie bawiąc się w
stopniowanie – to piękna płyta. Jej największa i właściwie jedyna wada nazywa
się Kristine Opolais i piszę to ze smutkiem, bo kariera tej śpiewaczki, którą niegdyś
lubiłam zdąża w kierunku niepokojącym. Jako młoda sopranistka, jeszcze na Łotwie
brzmiała bardzo obiecująco, jeszcze jej monachijska „Rusałka” była naprawdę
dobra. Odkąd jednak Opolais zaczęła być namolnie lansowana z jej głosem jest
coraz gorzej. Na domiar złego przy okazji artystka wydaje się być niemal
urzędową Manon Lescaut naszych czasów, nie sposób chcąc tej opery posłuchać nie
natknąć się na Opolais. Gdyby była w tej roli dobra – no problem, ale tak się
nie dzieje. Na płycie towarzyszy protagoniście w duecie – a jakże z tej właśnie
opery i jest to katastrofa. Jej bohaterka powinna brzmieć zmysłowo,
uwodzicielsko, kusicielsko – a ona najprościej mówiąc skrzeczy (wiek nie po
temu, ta urodziwa kobieta ma dopiero 36 lat). Podobnie w króciutkim pasażu Liu
podczas „Non piangere …” I tylko fraz
zaśpiewanych ładnie piano przypomniało mi niegdysiejszą Opolais. Żal, iż
dobrano (skutkiem powiązań rodzinno-kontraktowych chyba) Kaufmannowi taką
partnerkę, ale na szczęście to nie jej płyta. Żeby zaś załatwić do końca listę
minusów trzeba (przynajmniej ja muszę) wspomnieć o niepotrzebnej moim zdaniem
arii z „Gianniego Schicchi”. Sam Kaufmann mówił o tym, że bardzo się wahał, czy
ten fragment umieścić , w końcu chęć zawarcia wyimków ze wszystkich tenorowych
partii Pucciniego zwyciężyła. A nie powinna, bo Rinuccio to rola napisana na
zupełnie inny typ głosu, niż ten którym on dysponuje. Instrument o dużej mocy i
wolumenie zwyczajnie nie może się w tym czuć swobodnie, musi brzmieć za ciężko
i nieco nieruchawo, tak też brzmi. Jedną w bardzo niewielu umiejętności
wokalnych, jakimi Kaufmann nie dysponuje jest właśnie zmiana „kategorii
wagowej” na mniejszą. Fakt, że tych, co
to potrafią można policzyć na placach jednej ręki, Placido Domingo kiedyś to
umiał. Cesarz tenorów nagrał na płyty w całości wszystkie role Pucciniego,
można się o tym przekonać. Wracając zaś do głównego bohatera posta - resztę rozważań należałoby poświęcić
właściwie wyłącznie kwestiom interpretacyjnym. Bo podoba się to komu czy nie tą
płytą Kaufmann (nie po raz pierwszy zresztą) udowadnia, że niepoliczonych
zastępów admiratorów nie zawdzięcza urodzie, o co są skłonni go oskarżać oszczercy. Proszę posłuchać jak promiennie i
swobodnie brzmi u niego górny rejestr –
delicje! Jak mało używa on tu falsetu, co ja, na to uczulona doceniam
szczególnie. Jakie delikatne piana! Przechodząc do szczegółów : trudno mi
wybrać najlepszy fragment , ale chyba (z
naciskiem na „chyba”) najmocniej wzruszyła mnie i zachwyciła subtelność, z jaką
jego Calaf prosi „Non piangere Liu”. Zawsze aria wydawała mi się ciekawsza i
ładniejsza od hitu o bezsenności, tym razem zostałam oszołomiona pięknem tej interpretacji. Kaufmann nie musi
wytaczać armat dramatyzmu, żebyśmy w pełni odczuli siłę emocjonalnego przekazu.
Chociaż może, co słychać najlepiej w „Hai ben ragione” z „Płaszcza”, gdzie
Luigi znajduje się już na krańcu desperacji i beznadziei. Fragmenty „Manon
Lescaut” są szalenie (nomen omen) interesujące, bo brzmią jeszcze lepiej niż na
scenie. I nie chodzi tu o żadną pomoc techniczną, tylko, jak mi się wydaje o
możliwość skupienia wyłącznie na kwestiach wokalnych. Wielką radością stały się
tez dla mnie arie z dwóch wczesnych, mniej znanych oper Pucciniego, zwłaszcza
ta z „Willid”. Daje ona śpiewakowi sporo szans na ciekawą kreację i dziwię się
od zawsze, że przynajmniej w recitalach nie jest częściej wykonywana. Kaufmann
wykorzystał oczywiście te szanse i jego bohater efektownie przechodzi od
przerażenia i wyrzutów sumienia do kojących te ostatnie słodkich wspomnień o
miłości, którą sam porzucił. I tak można się zachwycać prawie każdym kolejnym
numerem na płycie. Jej piękno zawdzięczamy jednak nie tylko Jonasowi
Kaufmannowi, ale także sprężyście i entuzjastycznie grającej orkiestrze
Accademia Nazionale di Santa Cecilia pod mistrzowską ręką uważnie towarzyszącej
soliście Antonio Pappano.
piątek, 18 września 2015
wtorek, 8 września 2015
O przyjemnościach i nieprzyjemnościach festiwalowych
![]() |
| "Trubadur" |
Jesień
już blisko, przed nami nowy sezon, za nami lato festiwalowe. To oczywiście nie
oznacza czasowego zawieszenia trybu specjalnego, zawsze gdzieś się jakaś tego
typu impreza odbywa. Dwie bardzo atrakcyjne właśnie u nas wystartowały:
Wratislavia Cantans i Festiwal Oper Barokowych w Warszawie. Tym niemniej
największe muzyczne kombinaty tego rodzaju właśnie zamknęły swoje wrota i zanim
pochłoną nas zdarzenia bieżące czas na małe podsumowanie. Każda bytność w
teatrze i uczestnictwo w spektaklu na żywo jest lepsze od śledzenia go w sieci,
telewizji czy nawet w kinie – to oczywiste. Jednakowoż nie każdy meloman urodził
się dziedzicem fortuny pozwalającej mu na jeżdżenie po świecie w poszukiwaniu
artystycznej satysfakcji, spora większość z nas cierpi na bolesne ograniczenia
czasowe i finansowe. W takiej sytuacji dziękujmy (komu kto chce) za media,
latoś rozpieszczające nas, operomaniaków niesłychanie. Ilość transmisji była
tak duża, że należało ułożyć sobie zgodny z własnymi nadziejami, upodobaniami i
przewidywaniami kalendarz. Przyznam, że nie przepadając za natłokiem wrażeń
część przedstawień nagrywałam i odkładałam na później, by obejrzeć je spokojnie
i z należytą uwagą. Wyznanie drugie: od pewnego czasu starannie omijam przekazy
z Bayreuth, bo to, co się na Zielonym Wzgórzu dzieje budzi we mnie odrazę i lęk
o przyszłość tego miejsca. Oczywiście nie przewiduję nagłego załamania się
frekwencji i formalnego upadku festiwalu, magia nazwy i tradycji z tym miejscem
związanej na razie działa. Jednak to, co z wagnerowskim dziedzictwem uczynili
potomkowie założyciela woła o jakąś interwencję z nieba, bo nic innego raczej
nie zadziała. Obliczone na tanią sensację ohydne realizacje reżyserskie i ordynarne
burdy zakulisowe wśród mnożących się zarządzających rodzinnym biznesem krewnych
Wagnera mają wpływ nie tylko na atmosferę, ale także na muzyczny poziom
spektakli. Ostatnio zaś obrażony o przegraną w plebiscycie Berlińskich
Filharmoników na ich szefa (zwanym przez niektórych bezpośrednio konklawe)
dyrygent zemścił się na partnerce życiowej zwycięskiego konkurenta i tak ją
traktował na próbach, że nieszczęsna z roli zrezygnowała. Barwnymi historyjkami
opera żywi się wprawdzie od zawsze, zgoda – ale przecież mimo wszystko – żal
duszę ściska … Pożaliłam się, teraz ad rem.
Salzburg
był w tym roku bardzo przyjazny dla polskich śpiewaków: Artur Ruciński
powtórzył swoje zastępstwo za Dominga w „Trubadurze” (tym razem nie było ono
nagłe), Piotr Beczała nie pozwolił się przyćmić divie Gheorghiu w koncertowej
wersji „Werthera” , Tomasz Konieczny zaśpiewał Pizzarra w „Fideliu”. Ten
ostatni spektakl okazał się nienajlepszy, ale akurat strona wokalna w nim nie
szwankowała, zaś wieczór ukradł zgodnie z przewidywaniami Jonas Kaufmann. Udane
występy naszych gwiazd cieszą, ale jeszcze więcej radości miałam z wieści o
sukcesie Adriany Ferfeckiej w specjalnej, dziecięcej edycji „Cyrulika
sewilskiego”. Młoda sopranistka z całą pewnością może liczyć na Salzburg w
dalszej, „dorosłej” karierze, co dobrze wróży na przyszłość.
Za
antycznego teatru w Orange mieliśmy możliwość obejrzenia nie tylko „Carmen”, o
której już pisałam, ale także nowej produkcji „Trubadura” . Oglądało się ten
spektakl znakomicie dzięki szczęśliwemu połączeniu dobrej scenografii,
projekcji video i samego, niezwykłego miejsca. Przy tym reżyseria Charlesa
Roubaude’a była oszczędna, ale efektywna, pomagająca dziełu zamiast
eksponowania własnych wątpliwych pomysłów. Roberto Alagna zatarł prawie
kiepskie wspomnienie własnego Otella – jako Manrico okazał się naprawdę
świetny. Może nie wszystkie nuty brzmiały idealnie, ale piękne frazowanie i
przede wszystkim umiejętność kontrolowania barwy i temperatury własnego głosu –
imponująca. Podobało mi się też ciepło, którym obdarzył artysta swego bohatera,
czyniąc go bliższym publiczności. Hui He ma tego pecha, że porównanie z Anją
Harteros i Anną Netrebko, najlepszymi Leonorami dnia dzisiejszego nie wypada na
jej korzyść. Jest słabsza zarówno wyrazowo, jak czysto wokalnie – drobne
kłopoty intonacyjne na początku skończyły się katastrofą w koronnej scenie
Leonory w czwartym akcie. George Petean powoli wyrasta na żywy dowód, że twierdzenie o braku barytonów verdiowskich
nie ma pokrycia w faktach.Natomiast nie jestem wielbicielką Azuceny
Marie-Nicole Lemieux, chociaż nie mogę powiedzieć, że jest ona niedobra. Wolę w
tej partii cięższe, bardziej demoniczne głosy. Wyjątkowo (bo przy prezentacji
muzyki na powietrzu zazwyczaj powstaje efekt lekkiego rozłażenia się dźwięku)
orkiestra pod ręką Bertranda de Billy brzmiała zwarcie i energicznie.
Z
Aix-en-Provence zaprezentowano nam
„Alcinę” w reżyserii Katie Mitchell. Od pierwszych chwil kontaktu z tą
inscenizacją zastanawiałam się, czy to od niej zaczęła się moda na pudełkowe
scenografie pokazujące nam jednocześnie różne środowiska, w których obracają
się bohaterowie i pozwalające na symultaniczne prowadzenie akcji w osobnych
kubikach. Oczywiście, widywałam takie już wcześniej, ale nigdy w takim
natężeniu jak teraz a mam natrętne wrażenie, że to wspaniałe przedstawienie
Katie Mitchell „Written on Skin” było zjawiska początkiem. „Alcina” z Aix
została różnie przyjęta przez krytyków, publiczności na ogół się podobała. Tym
razem dołączam do cywilów (czyli właściwego dla mnie środowiska), bo mnie też.
Możliwość obserwacji korelacji czarodziejskiego świata Alciny i Morgany z
niemagicznym środowiskiem reszty świata wydała mi się interesująca. W dodatku
pojawienie się znacznie starszych i zmęczonych życiem dublerek sióstr (chwyt
straszliwie nadużywany) w tym wypadku zdał egzamin i był sensowny. Muzyczną stronę
przedstawienia poprowadził świetnie Andrea Marcon mający do dyspozycji
znakomitą Freiburger Barockorchester. Patricia Petibon nie rozwiała do końca
moich wątpliwości związanych z interpretacją
Alciny, ta sopranistka o przenikliwym głosie obciążona jest jak dla mnie
zbyt dużą ilością manieryzmów.W
barokowej operze konieczna jest jednak dyscyplina stylistyczna, której
Petibon brakuje. Tym niemniej jej Alcina była do zaakceptowania, momentami
nawet wruszająca.Anna Prohaska jako Morgana nie przekonała mnie do siebie – jej
sopran brzmiał matowo zabrakło właściwej kontroli oddechowej. Żeńską część
obsady dopełniła Katarina Bradić –
Bradamante i okazała się w niej
najlepsza. Panowie właściwie wszyscy byli dobrzy lub jeszcze lepiej: Anthony
Gregory – Oronte, Krzysztof Bączyk – Melisso (kolejny „nasz człowiek” miał do
zaśpiewania właściwie tylko jedną arię, ale wykonał ją wzorcowo), wreszcie
młodziutki Elias Mädler - Oberto . Największą gwiazdą spektaklu i na afiszu i na scenie był
Philippe Jaroussky. Rola toy-boya leży mu jakoś podejrzanie dobrze zaś wysokie
umiejętności i od Boga dana słodycz brzmienia dopełniają wdzięczny obraz.
Na
megawidowiska bregenckie nie jeździ się zazwyczaj aby podziwiać ich stronę
muzyczną, rzadko goszczą tam gwiazdy wokalne, niektórych też mocno zniechęca
zniekształcające realny krajobraz dźwiękowy nagłośnienie. Z zapełnieniem
siedmiotysięcznej widowni kilkakrotnie nie ma jednak najmniejszego kłopotu,
wszyscy są ciekawi co też tym razem (premiery zdarzają się raz na dwa lata)
wymyślono i czym widzów chce się oszołomić.W tym roku pokazano "Turandot” ,
dzieło wydaje się stworzone do takiej
prezentacji.Problem w tym, że Marco Arturo Marelli nie potrafił ani wymyślić
niczego nowego i sensownego, ani nie miał odwagi by zostawić libretto w
spokoju. Skutkiem czego powstał spektakl złożony z samych klisz: mamy
terakotową armię, Wielki Mur, smoki,
ukrzywdzony lud wtłoczony w mundurki z czasów Mao. Na dodatek dołożono
wózek inwalidzki (bez tego rekwizytu szanujący się adept regietheatru nie umie
się obejść) i tenora ucharakteryzowanego na Pucciniego. Tenże Riccardo Massi i
jego Turandot – Mlada Khudoley nie brzmieli w głównych rolach dobrze. A jednak był powód,
żeby to obejrzeć, przynajmniej do pewnego momentu i nie stanowiły go interesujące obrazki typu
żołnierze z terakoty wyłaniający się z jeziora. Powód nazywa się Guangun Yu,
jest młodą chińską sopranistką i mam najszczerszą nadzieję, że pochodzenie
etniczne nie skaże jej wyłącznie na partię Liu, którą tak pięknie za śpiewała w
Bregencji.
piątek, 28 sierpnia 2015
Giulietta, Romeo i ten trzeci - "Capuleti i Montecchi" w Zurychu
wtorek, 18 sierpnia 2015
You rang, M'Lord? - "Wesele Figara" w Salzburgu
Globalizacja i medialna dostępność,
którymi charakteryzują się dzisiejsze czasy poważnie ułatwia zadanie reżyserom
operowym. Przynajmniej tym, którzy próbując przybliżyć dzieła klasyczne
publiczności przenoszą ich akcję bliżej współczesności, ale niezupełnie do
niej. Jak nasz świat długi i szeroki wszyscy, przynajmniej w naszym kręgu
kulturowym mogliśmy oglądać te same filmy i seriale, czytać te same książki
tworząc w ten sposób kod porozumienia zrozumiały na Manhattanie, w Rio de
Janeiro, Oslo, Warszawie ale także zapadłej meksykańskiej wiosce czy gdzieś na
Kamczatce. Sven-Eric Bechtolf
wykorzystał to zjawisko realizując nową produkcję „Wesela Figara” na
festiwalu w Salzburgu, w związku z czym każda niemal recenzja tego spektaklu
rozpoczynała się od ciągu tytułów : „Upstairs, downstairs”, „Gosford Park” i
„Downton Abbey”. Od siebie mogę dodać, że oburzająco zapomniano o jednym z
najśmieszniejszych (w charakterystycznie bezceremonialny, typowy dla
Brytyjczyków sposób) seriali w dziejach telewizji „Pan wzywał, Milordzie?” , na
którym Bechtolf oparł się najbardziej. Reżyser ma wyraźną słabość do lat
dwudziestych ubiegłego wieku ( w tym okresie umieścił też zeszłorocznego „Don
Giovanniego” czy wiedeńską „Arabelllę”) i ja mu się nawet nie dziwię. To pewnie
ostatni czas, kiedy mężczyźni byli eleganccy, kobiety piękne i milczące a
ludzkim zachowaniem rządziły reguły, których przekroczenie groziło wyrzuceniem
poza nawias społeczeństwa. Tęsknota za tym cudnym, uporządkowanym światem
zmiecionym bezpowrotnie przez wojnę, jakkolwiek nieco absurdalna, wciąż żyje –
niesamowita kariera „Downton Abbey”, w którym stworzono środowisko niemal
idealnie sielankowe świadczy o tym najlepiej. Bechtolf na salzburskiej scenie
wykreował przestrzeń międzyludzką nieco mniej cukierkową, na nadmiar słodyczy
nie pozwala na szczęście libretto Lorenza da Pontego. Alex Eales, autor
scenografii i Mark Bouman, projektant kostiumów zadbali o to, żeby patrzyło się
na scenę z dużą przyjemnością. Dekoracje pokazują nam na dwóch poziomach różne
wnętrza domu Hrabiego (nawiasem mówiąc, raczej nie znajduje się on w Sewilli),
poznajemy go od piwniczki na wino po
poddasze, gdzie mieszczą się pokoiki służby. Przy okazji trudno nie zauważyć,
że tego typu scenografia stała się już obowiązującą modą, ale zazwyczaj działa
to bez zarzutu i sprawdza się daleko lepiej niż przysłowiowy już szpital
psychiatryczny. Wymaga jednak przeprowadzenia akcji w sposób zegarmistrzowsko
precyzyjny, bo niedoskonałość jednego elementu grozi zawaleniem całej
konstrukcji. To się udało, gorzej z potoczystością przebiegu zdarzeń i, co
najgorsze z komizmem. Salzburska publiczność prawie się nie śmiała, przyznam,
że i ja nie poczułam się szczególnie rozbawiona. Miałam wrażenie, że wszystko
co widzę jest, owszem ładne, logice się nie sprzeciwia ale temperatura panuje
letnia po obu stronach rampy. Zabrakło mi wigoru, który ożywiał zeszłorocznego
„Don Giovanniego”. Jeśli zaś chodzi o szczegóły zaskoczyło mnie kilka elementów
– przede wszystkim zrobienie z Barbariny kogoś w rodzaju wioskowego głupka. Rozumiem,
że ślub Susanny i Figara odbywał się … w kuchni skutkiem niemożności zmiany
monumentalnej dekoracji w środku aktu, ale dlaczego Figaro większość „Non piu
andrai” śpiewał w pustą przestrzeń, z której znikli już wszyscy inni
bohaterowie? W niczym natomiast nie
przeszkadzał mi Don Basilio jako amator chłopięcych wdzięków, dla którego
decyzja Hrabiego o odesłaniu Cherubina do pułku jest prawdziwą tragedią.
Oczywiście w latach dwudziestych słowa Hrabiego „Io son qui per giudicar” można
potraktować wyłącznie przenośnie, podobnie jak jego rezygnację z prawa
pierwszej nocy. Ogólnie ta produkcja ma szansę się spodobać, choć nic nie
poradzę na to, że dla mnie była nieco
mdła. Podobnie jak dyrygowanie Dana Ettingera, który wybrał troszkę zbyt
powolne tempa. To oczywiście nie był żaden horror w stylu Harnoncourta, który w
poprzedniej salzburskiej produkcji „Wesela Figara” najprościej mówiąc
zamordował Mozarta czyniąc to znacznie efektywniej niż niewinny Salieri. W
każdym razie skutkiem niespieszności dyrygenta było lekkie rozminięcie się
Anett Frittsch z orkiestrą w „Dove sono”.
Poza tym panie okazały się mocniejszą częścią obsady: pięknogłosa Frittsch
dała wzruszający, bardzo ciepły i ludzki portret Hrabiny.Martina Jankova śpiewa
Susannę już dość długo co w jej wypadku skutkuje dojściem do mistrzostwa bez utraty świeżości brzmienia srebrzystego
sopranu. Margaritę Gritskovą miałam okazję podziwiać po raz pierwszy, ale
naprawdę podziwałam, bo było co – zarówno wokalnie jak scenicznie. Lubiany
powszechnie Adam Plachetka wydał mi się Figarem doskonale anonimowym – nie utrwali
mi się w pamięci z żadnej strony. Luca Pisaroni, którego Hrabiego bardzo byłam
ciekawa rozczarował mnie dość mocno. Oczywiście jest szalenie atrakcyjny, sprawny
aktorsko, dysponuje też ładnym, ciemnym głosem i umie go używać. Problem w tym,
że nie jest to głos do tej konkretnej partii, koloratura, w arii będąca ważnym
środkiem wyrazu (w niej także wyraża się furia Hrabiego) została tylko
zamarkowana, zaś w uroczym duettino z Susanną zabrakło uwodzicielskiego
welwetu. Role drugoplanowe zostały
zagrane i zaśpiewane znakomicie: Ann Murray, niemal urzędowa Marcellina brytyjskich
scen i tym razem zaprezentowała się świetnie, nic nie można zarzucić Carlosowi
Chaussonowi – Bartolo, ani (od strony wokalnej) Christinie Ganach – Barbarinie.
Żal mi było Paula Schweinestera, który stworzył bardzo ciekawą postać Don Basilia,
którego zapamiętam (to chyba pierwszy Basilio, o którym mogę to powiedzieć),
śpiewa bardzo dobrze, ale nieszczególnej urody barwa głosu skazuje go na role
comprimario. Podsumowując – gdyby nie znakomity żeński team byłoby to
przedstawienie z tych, które nie bolą, momentami nawet bywają miłe, ale też i
nic więcej. A jeśli coś ze spektaklu zostanie mi na dłużej, to … wspaniały
pomysł na finałowe ukłony, które pozostały integralną częścią akcji.
sobota, 8 sierpnia 2015
Notatki o skandalu - "Wilhelm Tell" w ROH
Skąd się bierze skandal? Może się wydawać, że odpowiedź na to pytanie powinna być w zasadzie prosta, a jednak niezupełnie tak jest, w dziedzinie opery także. Dawno już minęły czasy, kiedy sprawcami różnorakich wydarzeń tym mianem określanych bywały kapryśne divy czy divo, dziś teatrem muzycznym rządzą reżyserzy i to oni zazwyczaj są przyczyną medialnych turbulencji. Do refleksji nad tym wszystkim skłoniły mnie reakcje na ostatnią w minionym sezonie premierę ROH – „Wilhelma Tella” Rossiniego, zwłaszcza, że w końcu ten długo odkładany spektakl obejrzałam. I przyznam – nie rozumiem. Nie pojmuję wybuchu furii kojarzonych raczej z wyrafinowanym luzem Brytyjczyków i ich chóralnego i donośnego buczenia jeszcze w czasie trwania scenicznej akcji. Tym, co nie słyszeli (są tacy?) wyjaśniam, iż pretekstem do takich zachowań okazał się obraz zbiorowego gwałtu dokonanego na miejscowej dziewczynie przez żołnierzy okupanta. Obrzydliwe? Wstrętne? Oczywiście, że tak! W libretcie w tym miejscu jest mowa o zmuszaniu kobiet do tańca. Ale chyba żaden europejski bywalec operowy nie uwierzy, że o tę niezgodność chodzi. Czasy mamy takie, że niemal wszystkie przedstawienia są zabawą w „co innego widzisz, co innego słyszysz” i raczej te zrobione po bożemu bywają coraz większą rzadkością, właściwie prawie się już ich nie robi, przynajmniej na naszym kontynencie. Więc może chodzi o brutalność tej wizji seksualnej przemocy? Może, ale w tej samej produkcji pokazuje się nam obrazy równie okrutne – na przykład żołdaków bawiących się egzekucją starego człowieka i zmuszających do udziału w całym procederze dzieci. Ale to protestu publiczności nie spowodowało. W poprzednim sezonie transmitowano z ROH do kin stareńką wersję „Rigoletta” (2001) Davida McVicara, w której nawet umieszczane są ostrzeżenia o nagości. Ale nie ona jest przyczyną przywołania spektaklu tutaj, a bardzo sugestywny obraz upokorzenia cóki Monterone’a, która właśnie naga i bezsilna musi asystować uwodzeniu przez niedawnego kochanka hrabiny Ceprano. Tego typu scen pamiętam dużo więcej, żadnego buczenia nie było. Podobna historia wzbudziła we mnie wielkie zdziwienie przy okazji serialu „Gra o tron”. Ktokolwiek zetknął się z tym telewizyjnym przebojem wie, że obrazów okrutnych pokazuje się w nim multum. Rzeź na rzezi i rzezią pogania, w zakończonym właśnie sezonie mieliśmy, oprócz standardowych gwałtownych śmierci także dwa spalenia żywcem, ofiarą jednego z nich padała wczesnonastoletnia dziewczynka, katem był jej tatuś. Przez kilka sezonów prowadzono upiorny wątek bohatera, który w każdym odcinku był metodycznie torturowany psychicznie i fizycznie. Ale medialny szum połączony z protestami i pewną ilością gróźb porzucenia serialu wywołała scena, zresztą krótka i przeprowadzona dosyć oględnie gwałtu na Sansie Stark. Więc rzecz być może w poprawności politycznej, a może ogólnoludzkiej obsesji na temat seksu? Nie jestem przekonana, zwyczajnie nie wiem i czuję się skonfundowana. Jacyś chętni, żeby coś mi wyjaśnić? Rozpoczynając wreszcie akapit dotyczący tematu właściwego muszę kilka zdań poświęcić sprawcy zamieszania, Damiano Michieletto. Jest to reżyser jeszcze niestary (1975), ale już ze sporym bagażem doświadczeń zdobytych głównie na scenach włoskich, ale także w Zurychu i ostatnio w Austrii. Ma on wyraźnie dostrzegalny „charakter pisma” i śledząc rozwój jego kariery zaczynam się poważnie obawiać, że za chwilę (jeśli to się już nie stało) jego produkcje będzie można rozpoznać po jednym zdjęciu w prasie. Podobieństwo warstwy realizacyjnej „Wilhelma Tella” do „Idomenea” z Theater an der Wien jest uderzające, Powtarzają się nawet całe sceny (na przykład własnoręczne grzebanie rodzica przez osieroconego syna połączone z kopaniem w ziemi pokrywającej sceniczne deski w obu spektaklach).Nie trzeba czytać żadnych wywiadów z Michieletto by się zorientować „co artysta chciał przez to powiedzieć”. Mamy tu wyraźny zamiar wytrącenia nas, operowej widowni z utartych i bezpiecznych schematów poprzez pokazanie nam tego, jak naprawdę mogłyby wyglądać opisywane w libretcie wydarzenia, gdyby rozegrały się tu i teraz. A przede wszystkim – jak wygląda wojna. Czy ktokolwiek z nas przejąłby się do głębi, aż do chęci wyrażenia sprzeciwu obserwując wydarzenia dawno minione, dalekie terytorialnie a na dodatek już zmitologizowane? A przecież ta słynna scena gwałtu nieuchronnie przywodzi na pamięć nieodległą przeszłość, kiedy to przemoc seksualna stała się w czasie wojny na Bałkanach jedną z podstawowych „metod walki”. Nie ogląda się tego przyjemnie, o nie, ale chyba właśnie o to Michieletto chodziło. Inna sprawa, że taka koncepcja, kontrowersyjna w wypadku ostatniej opery Rossiniego okazała się (dla mnie oczywiście) nie do przyjęcia przy Mozarcie, u którego muzyka wyraża absolutnie wszystko co trzeba i tego typu wspomaganie tylko jej szkodzi. Wracając jednak do „Tella” spektakl Michieletto nie zawiera samych okropności, jest w nim też pięknie i wzruszająco ukazana więź ojca i syna. Podobał mi się również pomysł nawiązania do właściwych czasów akcji, spersonifikowanych przez obecność ducha czy czy też alter ego Tella we właściwym kostiumie.Troszkę mnie zawiódł alegoryczno-łopatologiczny finał, ale jako zamknięcie wcześniej oglądanych wydarzeń był logiczny. Ogólnie produkcja wydała mi się, przy wyłożonych już zastrzeżeniach całkiem udana. Jednak w takich skomplikowanych przypadkach jak ten właściwym i zasadnym wydaje mi się odwieczny postulat Piotra Kamińskiego i umieszczenie na afiszu znaczącego słowa „według”, zwłaszcza, że i partytura została bez miłosierdzia ostrzyżona (kto dziś wytrzymałby pełną, okrutnie długą wersję). Antonio Pappano jak zawsze poprowadził swoją orkiestrę brawurowo, co zwłaszcza w uwerturze dawało słuchaczowi mnóstwo przyjemności. Malin Byström była dla mnie sporym rozczarowaniem jako Matylda, jej głos w górze skali jest rozwibrowany i nieprzyjemnie piskliwy. Być może gdybym nie miała w świeżej pamięci wspaniałej Matyldy Mariny Rebeki ocena nie byłaby tak surowa … Za to Gerald Finley jako bohater tytułowy sprawił mi niebywałą frajdę, wszystko, od śpiewu, przez interpretację wokalną i barwę głosu do aktorstwa było w jego wykonaniu piękne i szlachetne. Finley na długo pewnie pozostanie „moim” Tellem. John Osborn, którego niedawno podziwiałam jako Benvenuta Celliniego nie zawiódł również jako Arnold. To partia technicznie niebywale trudna Osborn podołał jej w sposób godny podziwu. Partytura „Wilhelma Tella” zawiera mnóstwo ról wspomagających, właściwie bez wyjątku wykonanych na scenie ROH dobrze. Więcej niż dobrze spisali się moim zdaniem Sofia Fomina jako Jemmy (wiarygodna także scenicznie) i Aleksander Vinogradov (Walter Furst). Chór w tragicznych operach Rossiniego na ogół dostaje solidne zadania do wypełnienia i tak też zostały wypełnione.
środa, 29 lipca 2015
"Eugeniusz Oniegin" w Monachium (i trochę o hanowerskiej "Cyganerii")
Nigdy nie podejrzewałam, że będę kiedyś
składać wyrazy wdzięczności pewnemu reżyserowi, ale tak właśnie muszę zrobić.
Panie Neuenfels, dziękuję! Dla niezorientowanych: to ten znaczący reprezentant
regietheatru swoimi fatalnymi manierami (żeby nie nazwać tego dosadniej)
doprowadził do rezygnacji Anny Netrebko z roli Manon Lescaut na deskach
Bayerische Staatsoper. A, że diva chciała być mimo wszystko fair wobec
monachijskiej publiczności i dyrekcji teatru wyraziła zgodę na propozycję
zamiany ról z przewidzianą do partii Tatiany na letnim festiwalu Kristine
Opolais. Miałam bilet na „Manon”, ale perspektywa przetrzymania produktu
reżyserskiego geniuszu p. Neuenfelsa była dla
mnie zbyt przerażająca, żeby
nawet Jonas Kaufmann jako Des Grieux był wystarczającą rekompensatą strat
moralnych. W związku z tym oddałam swoje miejsce znajomej, której wspaniały
tenor wystarczy za cały spektakl zyskując przy okazji jej wdzięczność, sama zaś
postanowiłam zrobić wszystko, by zasiąść na widowni w lipcu. Co nęciło mnie tym
bardziej, że Onieginem miał być Mariusz Kwiecień. Tym razem opatrzność nade mną
czuwała i wszystko się udało. Tu także zetknęłam się reżyserem niespecjalnie
przejmującym się librettem Krzysztofem Warlikowskim. Jego przypadek jest jednak
nieco inny, niż Neuenfelsa – Warlikowskiemu zdarza się tworzyć spektakle
ciekawe i fascynujące nawet, ale będące zupełnie obok autorskich założeń.
Przedstawienie „Oniegina” jest w stosunku do nich niczym prosta równoległa – w
żadnym punkcie się nie stykają. Produkcja ta miała swoją premierę w 2007 i
została wówczas szczegółowo opisana przez polskie media. Będzie trudno, ale
postaram się swoje trzy grosze dorzucić. Inspiracje Warlikowskiego są oczywiste
: biografia Czajkowskiego i słynny film „Tajemnica Brokeback Mountain”. Akcję
umieścił reżyser w latach sześćdziesiątych, kiedy to bycie gejem stanowiło
jeszcze powód do wstydu i traumy. Wiąże się to z nienachalną urodą scenografii
i kostiumów, ale nie to jest najważniejsze. Znacznie bardziej niepokojące
wydało mi się przesunięcie akcentów z postaci Tatiany, która według danych
historycznych była alter ego Czajkowskiego
na samego Oniegina. W wersji Warlikowskiego to jego dramat – człowieka,
który stłamszony przez wychowanie i mieszczańskie zasady nie jest w stanie
pogodzić się z własnymi preferencjami seksualnymi, co ma dalekosiężne skutki.
Śmierć Leńskiego, który najpierw wyrywa się z objęć Oniegina po ognistym
pocałunku by później prowokować go stripteasem dokonywanym tuż przy miłosnym
łożu jest rezultatem najważniejszym i najbardziej bezpośrednim. W tej sytuacji
końcowe deklaracje uczuć do Tatiany mogą być dla bohatera zarówno ostatnią
szansą ucieczki przed widmem kochanka, którego zabił jak
próbą zabicia w sobie niechcianych żądz. A co do tego mają kobiety, Tatiana i
Olga? Ano, nic właściwie, są tylko zasłoną autentycznych relacji między
mężczyznami, przynajmniej w pierwszych dwóch aktach. I to dramat dodatkowy. W
tej sytuacji Oniegin bardziej jest w porządku odrzucając Tatianę na początku
niż żebrząc o nią w finale. Tylko co ze słowami „a szczęście było tak możliwe,
tak bliskie”? Realizacja miłości do Oniegina byłaby przecież piekłem dla obojga,
nawet jeżeli błagając ją Eugeniusz wierzy (czy tylko ma nadzieję), że mogłaby
go „wyleczyć”. To są kwestie zasadnicze, wobec których takie drobiazgi jak
Chippendalsi tańcujący z ciałem Leńskiego, aczkolwiek irytujące i dosyć obleśne,
mają znaczenie drugorzędne. Podsumowując kwestię reżyserii – miałam wrażenie,
że jak w przypadku paryskiego „Króla Rogera” Warlikowski zrobił ciekawy spektakl
o ważnych rzeczach (jak ważnych i bieżących można się było przekonać czytając
doniesienia o śmierci 14-latka zaszczutego przez otoczenie z podobnych
powodów), tylko zupełnie nie o tym, o czym traktuje dzieło wzięte na warsztat.
A to już nie jest drobiazg. Od strony wykonawczej przedstawienie było
wspaniałe. Bezpośredni kontakt ze sztuką Anny Netrebko, właśnie w tym
repertuarze, który ona tak doskonale zna i czuje był dla mnie dużym przeżyciem,
nie tylko, chociaż także ze względu na wspaniałą barwę i gęstość jej głosu.
Przy tym fakt, że Anna nie jest już wiośnianym dziewczęciem w niczym mi nie
przeszkadzał. Ładunek emocji (doskonale kontrolowanej, żadnej „łezki”) jaki jej śpiew niósł wystarczył, by
uwierzyć w nią całkowicie. Scena pisania
(a właściwie nagrywania) listu pozostanie ze mną na długie lata. Opisywana już
wielokrotnie niewytłumaczalna chemia między Netrebko a Mariuszem Kwietniem
bardzo wspomogła wiarygodność obojga – można było chociaż trochę uwierzyć w
nagłe jak uderzenie pioruna uczucie Tatiany. Kwiecień, doskonały w każdym
geście i słowie (rosyjską dykcję ma dużo lepszą niż jego partnerka) stworzył
kolejną wybitną kreację wokalno-aktorską. To jego któryś Oniegin, podziwiałam
go w tej roli wielokrotnie ale tym razem osiągnął mistrzostwo. Szkoda, że BSO nie zdecydowała się
transmitować przedstawienia. Melomani na całym świecie mogliby się przekonać
jak to wygląda, gdy kontrowersyjna nawet inscenizacja wykonywana jest z pełnym
przekonaniem przez wielkich artystów, którzy na dodatek mają dobry dzień. Mogę
Was z całą odpowiedzialnością zapewnić, że ten „Oniegin” był spektaklem, który
chyba każdy, kto miał szczęście w nim jako widz uczestniczyć zapisze we
wdzięcznej pamięci. Zwłaszcza, że dyrygent Leo Hussain najwyraźniej muzykę Czajkowskiego kocha,
płynęła ona niespiesznie, naturalnym strumieniem jak powinna. Pavol Breslik,
bardzo w Monachium lubiany wydał mi się idealnym Leńskim. Ma głos właściwej
barwy i wagi, dobrze komponujący się z barytonem Kwietnia i atrakcyjną
osobowość sceniczną. Podobnie Gunther
Groissbock, obciążony przez reżysera podwójnym zadaniem aktorskim pięknie
zaśpiewał arię Gremina. Postać Olgi straciła nieco na znaczeniu, za co winą
należy obciążyć reżysera. Od strony czysto wokalnej Alisa Kolosova
zaprezentowała się bardzo dobrze. Na razie na YT nie ma fragmentów spektaklu (i
pewnie nie będzie), można tylko przekonać się, jak gorąco oklaskiwani byli
artyści – warto to zrobić i sprawdzić, że nie przesadziłam. Jak Państwo wiedzą jestem admiratorką talentu Mariusza Kwietnia i muszę przyznać, że ten sezon, który zaczął się triumfalnym „Don Giovannim” w Chicago zaś zakończy dziś wieczorem drugim i ostatnim „Onieginem” był dla niego wyjątkowym pasmem sukcesów. Za ten najważniejszy uznać należy „Króla Rogera” w ROH, ale były i inne. Gdyby ktoś miał ochotę, może sobie zafundować prezent w postaci „Cyganerii” wystawionej w hanowerskim parku w poprzedni weekend. Była to wersja pełnospektaklowa, chociaż z orkiestrą na scenie, z akcją przeprowadzoną precyzyjnie w dwóch równoległych miejscach i w przestrzeni między publicznością. Przy tym orkiestrę nieźle poprowadziła znana z nam z TWON Kerry-Lynn Wilson, a oprócz Kwietnia świetnie śpiewali Carmen Giannattasio, Michael Fabiano i Angel Joy Blue. To naprawdę była jedna z najlepszych „Cyganerii” jakie widziałam. A oto link do całości http://www.ndr.de/orchester_chor/radiophilharmonie/NDR-Klassik-Open-Air-La-Boheme-,laboheme108.html . Nie wiem, jak długo przedstawienie będzie dostępne a zobaczyć je ze wszech miar warto.
Subskrybuj:
Posty (Atom)















































