czwartek, 13 kwietnia 2023

Holender na wsi

Zazdrość nie jest uczuciem, którym chciałoby się chwalić, ale – co ja poradzę – zazdroszczę bardzo, dojmująco, można rzec wściekle. Brytyjczykom. Ta niekomfortowa emocja dopada mnie zazwyczaj przy oglądaniu przedstawień transmitowanych z tzw. wiejskich oper gdzieś w Buckinghamshire (Garsington Opera), Cotswolds (Longborough Festival Opera) czy East Sussex (największa i najsławniejsza z nich – Glyndebourne). Oczywiście kreślenie „wiejska” oznacza coś zdecydowanie innego niż u nas, nawet jeżeli za budynek teatralny służy gmach nieco przerobionej stodoły. Ale wciąż zjawisko, zwłaszcza jego powszechność jest unikalne na skalę światową. Dziś przedstawię Wam kolejne takie miejsce, chyba jeszcze bardziej zdumiewające niż poprzednie. Grange Park Opera jest bowiem jednocześnie profesjonalnym zespołem sztuki lirycznej oraz … instytucją charytatywną pomagającą młodzieży z terenów słabiej rozwiniętych zwłaszcza w zakresie nauki muzyki. Założono ją nie tak dawno, bo zaledwie 25 lat temu i na początku działała na terenie prywatnej posiadłości Grange Park w Northington. Od tego momentu sytuacja zmieniła się zasadniczo, bo okoliczności zmusiły operę do przeprowadzki do innego miejsca, West Horsley Park w pobliżu Guildford. A tam wybudowano dla niej specjalny budynek teatralny nazwany The Theatre in the Woods, otwarty latem 2017. Z zewnątrz wygląda trochę jak ceglany cylinder z rondem wspartym na smukłych kolumnach, w środku mieści widownię na około 800 miejsc, cieszącą się podobno znakomitą akustyką .Poza tym – w zestawie to, co zwykle w wiejskiej operze : dłuuuugie antrakty by publiczność mogła nacieszyć się strawą nie tylko dla ducha ale i ciała, dużo zielonej trawy umożliwiającej rozłożenie się na kocu i wypakowanie zawartości kosza piknikowego. Gdyby ktoś jednak wolał kolację pod dachem (wiadomo, w Anglii dużo pada) restauracja oferuje wnętrze jakby żywcem wzięte z wyobrażeń o bibliotece Hogwartu. Ja Was zapraszam na widownię (możecie przyjąć to zaproszenie za pośrednictwem You Tube’a), gdzie i tak poczujecie sól na ustach i wiatr szarpiący ubranie. Tak wspaniale dyrygowanego „Latającego Holendra” nie słyszeliście prawdopodobnie od lat. Dlatego usilnie sugeruję – zajrzyjcie do Grange Park Opera 14 lipca 2022 i posłuchajcie. Mamy tu dodatkowy bonus realizacji obrazu - taki, że Anthony Negus jest filmowany nie z półprofilu, jak to zazwyczaj bywa ale en face, więc oglądamy go tak, jak go widzą muzycy orkiestrowi. Bardzo interesujące doświadczenie. Próba rozszyfrowania określenia „free staging” muszę uczciwie przyznać zupełnie mi się nie powiodła. Na oko reżyseria Stephena Medcalfa nie wygląda jakoś szczególnie inaczej niż zazwyczaj, bo raczej za taką różnicę trudno uznać ascetyzm i brak inscenizacyjnego rozpasania. Nawet, jeśli wynika on nie tylko z koncepcji artystycznej ale też z niedostatków finansowych dobrze się przysłużył dramaturgii. Z jednym wyjątkiem, dość sporym niestety. Każde pojawienie się chóru wygląda tu jakbyśmy mieli przed sobą wersję semi staged, co zdałoby egzamin w akcie drugim (Senta i jej koleżanki zamiast prząść mogą sobie amatorsko pośpiewać), ale w pozostałych już nie. Za to sceny kameralne są wyreżyserowane znakomicie. Skromna, ale trafiona scenografia – trochę schodów, okrągłe wejścia i wreszcie „żagiel” – pomaga w stworzeniu odpowiedniego klimatu. Zwłaszcza bulaje zmuszające bohaterów do pochylenia, sugerujące ciasne trzewia statku robią robotę. Medcalf musiał też wykonać kawał solidnej pracyy ze śpiewakami, bo wszystkie, co do jednej role trafione są w punkt a postacie mają charakter. Daland, Holender i Erik wyglądają podobnie, to duzi, niekoniecznie atrakcyjni w potocznym sensie mężczyźni ale naturą różnią się zasadniczo. Wielokrotnie widziałam już i słyszałam Bryna Terfela jako Holendra i nie mam wątpliwości, że to był jego najlepszy, zarówno pod względem wokalnym (pomimo pewnego zmęczenia głosu) jak interpretacyjnym. Jeszcze nie widziałam tego bohatera tak odpychająco złowrogiego i pociągającego równocześnie. Podobnie z Peterem Rose i jego Dalandem, który jest chciwy, ale mimo wszystko nie ma wątpliwości, że córkę kocha. I w tym wypadku nie pierwszy i – podejrzewam – nie ostatni raz, kiedy słyszę Rose’a wykonującego swą partię a podoba mi się bardziej niż kiedyś. Nie mogę tego powiedzieć o powszechnie chwalonej Rachel Nicholls, która choć intonacyjnie nieskazitelna brzmi momentami ostro i krzykliwie. Znakomicie natomiast sprawdza się Nicky Spence jako Erik : głos piękny i te długie belcantowe frazy …Z przyjemnością słuchałam też Sternika, którego śpiewał Walijczyk Elgan Llŷr Thomas obdarzony idealnymi do roli jasnym, lirycznym tenorem i chłopięcą powierzchownością. Obsadę uzupełniła udanie Carolyn Dobbin jako Mary.