piątek, 18 sierpnia 2017

"Aida" z Salzburga



”Aidę”  oglądam rzadko, na żywo nie widziałam jej od niepamiętnych czasów. Ostatni był chyba spektakl w warszawskim Teatrze Wielkim, z którego wspominam  żwawo płynący prawdziwy strumyczek i finał z zamykającym się olbrzymim posągiem więżącym w swoim wnętrzu parę amantów. Kiedy to się zdarzyło nie pamiętam zupełnie, kto wówczas śpiewał tym bardziej, wiem tylko tyle, że musiała to być poprzedniczka pozostającej jeszcze w repertuarze Opery Narodowej produkcji, a ta miała premierę w 2005. Z tego wniosek, że „Aida” nie jest mi potrzebna – chociaż to Verdi. Czasem moją uwagę ściągają na to dzieło nazwiska śpiewaków, jak to się stało ostatnio dwa razy, kiedy zdecydowałam się zafundować sobie płytę z Anją Harteros i Jonasem Kaufmannem oraz  obejrzeć transmisję z Anitą Rachvelishvili.  Przedstawienie salzburskie, bo o nim dziś piszę to też taki przypadek i jak to bywa – do trzech razy sztuka, na jakiś czas wystarczy. Nie potrafię ściśle określić, co mnie od „Aidy” tak odpycha, bo przecież nie muzyka. Libretto zawiniło na pewno – cały ten monumentalizm i świat zaludniany przez postaci, z których jako tako ludzką wydaje się Amneris ani mnie wciąga, ani interesuje. Uprzedzając ewentualne uwagi – nie dezawuuję utworu, opisuję tylko swój szczególny przypadek trudnych z nim relacji. Na salzburską premierę opery nie czekałam w napięciu, ale jako debiut Anny Netrebko w nowej verdiowskiej roli był to spektakl z rodzaju „must see”. Przed transmisją telewizyjną naczytałam się oczywiście recenzji, z których wynikały dwa wnioski – muzycznie OK, produkcja  - wręcz przeciwnie. Usiadłam do oglądania i doznałam uczucia dysonansu poznawczego, bo w moich oczach (o uszach później) to była najlepsza „Aida”, jaką zdarzyło mi się widzieć. Jaką ja czułam głęboką wdzięczność do reżyserki Shirin Neshat za tę stosunkową kameralność tej produkcji, za nieobecność tłumu statystów i nieszczęsnych żywych zwierząt, wreszcie za przycięcie scen baletowych do rozsądnych rozmiarów! Podobała mi się ostentacyjnie skromna scenografia Christiana Schmidta w postaci śnieżnobiałych ruchomych ścian o wyraźnej fakturze składających się na różne miejsca akcji. Podobał mi się Nil płynący sobie i lśniący tajemniczo na jednym z takich murów. Kostiumy Tatiany van Walsum domagają się dłuższego komentarza. Niekoniecznie zachwycił mnie wizerunek kapłanów wyglądających niczym prawosławni duchowni lub też mułłowie z ojczyzny Neshat, Iranu. Rozumiem jednak, że miało to nam unaocznić, że rytuał i jego zewnętrzne przejawy nie mają większego znaczenia, ważna jest opresyjność wszelkiej religii. Taka dziś moda, co mnie trochę nudzi, bo powtarza się właściwie w każdej współczesnej realizacji operowej, co trzeba uznać za signum temporis. W tym konkretnym przypadku i tak pokazano to w sposób w miarę delikatny. Idąc dalej tropem kostiumów poczułam się mocno rozbawiona odmiennym odbiorem wyglądu Radamesa: komuś skojarzył się z „Gwiezdnymi wojnami”, a koledze po klawiaturze – Zgrzebnemu (http://zgrzebny.blogspot.com/2017/08/koszmar-nocy-letniej.html  ) z „Borysem Godunowem”. Moim zdaniem wyglądał w miarę neutralnie a przynajmniej nie został strojem ośmieszony, co się w tej roli zdarza nagminnie. Amneris  nosiła aż 5 (lub nawet 6) sukien o podobnym kroju, za to w różnych, nasyconych barwach i zdobionych na bogato, jak się księżniczce i następczyni tronu należy. Najciekawszy image zafundowano bohaterce tytułowej i myślę, że peruka w kształcie uplecionej z włosów korony oraz makijaż przecinający uczernioną twarz jasną smugą zostanie zapamiętany na długo. Zarówno on, jak powłóczyste szaty dobrze służyły urodzie protagonistki i wiązały ją z jej ludem, jako, że wszyscy Etiopczycy pomalowani byli podobnie. Tyle o kwestiach wizerunkowych a gwoli uczciwości muszę stwierdzić, że relacje między bohaterami zostały zarysowane szkicowo i reżyserka nie wsparła swoich śpiewaków jak należy. Najbardziej straciła na tym Amneris, bo Ekaterina Semenchuk zaprezentowała postać konwencjonalną i ogólnikową. Zdumiewająco dobrze zaprezentował się natomiast Francesco Meli, który zazwyczaj pod względem aktorskim nie bryluje, mówiąc delikatnie. Tym razem pokazał się jako bodajże najsympatyczniejszy Radames jakiego zdarzyło mi się oglądać, w czym pomogły mu wielkie, „wilgotne” oczy. Poza tym to był Radames uroczo kruchy pomiędzy dwiema bardziej monumentalnymi koleżankami. A muzycznie? I tu mam pewien kłopot, bo o ile do postaciom  drugo i trzecioplanowym należą się same komplementy (Roberto Tagliavini – Król, Dmitry Belosselskiy – Ramfis, Luca Salsi – Amonasro, Benedetta Torre – Kapłanka) do każdego z protagonistów można mieć zastrzeżenia. Wracając jednak do epizodów szczególną moją uwagę zwrócił Bror Magnus Tødenes jako Posłaniec śpiewający z takim zaangażowaniem, jakby wykonywał najważniejszą rolę życia (wzruszające) a przy okazji zaprezentował naprawdę ładny głos. Pogrzebałam trochę i okazało się, iż 24-letni norweski tenor występował już w Polsce (w Poznaniu) i po krótkim terminowaniu w partiach małych zaczyna pierwszoplanową karierę Nemorinem. Warto go uważnie obserwować. Główni bohaterowie wieczoru dali nam dobry przykład tego, co się dzieje, gdy wszystko właściwie jest na miejscu, ale ducha w tym brak. Dotyczy to przede wszystkim Riccardo Mutiego, który jak zazwyczaj dyryguje dobrze, porządnie, ale nieco nudno. Oczywiście ta metoda, stosowana przez niego od początku kariery zapewnia nam fachowe odczytanie partytury, ale nic więcej. Dokładnie tak śpiewała Ekaterina Semenchuk. Jej mezzosopran nie ma w dodatku charakterystycznego zabarwienia i choć wszystkie nuty były na miejscu  to Amneris do natychmiastowego zapomnienia. Francesco Meli miał kłopoty z karkołomną końcówką „Celeste Aida”, ale poza tym śpiewał dobrze, tenorem o średnim wolumenie, ale ładnej, miodowo-metalicznej barwie. Doskonała technika pozwala mu na wykonywanie z sukcesem partii przeznaczonych, wydawałoby się na głos o większym rozmiarze niż jego. Nie odbieram jego interpretacji jako zawodzącej czy płaczliwej, jak Zgrzebny, ale być może nie jestem obiektywna. Meli od ładnych paru lat należy do moich ulubionych śpiewaków. I tak dotarłam do Anny Netrebko, dla której, mam wrażenie Aida nie będzie należała do koronnych jej ról verdiowskich. Nawet nie dlatego, że góry były wymęczone i na granicy właściwej intonacji (ale ciągle po odpowiedniej jej stronie), ale czegoś tu brakowało, słuchałam jej obojętnie jak nigdy. Pewnie to kwestia osobistego odbioru, bo nadal przecież doceniam niezwykłą urodę średnicy jej głosu, jak również przepastne piersiowe doły, ładne piana i legato. Nie ma wśród współczesnych sopranistek „mojej” Aidy (skoro nawet Anja Harteros nią nie jest…), jeśli raz na bardzo długi czas zechcę do niej wrócić, muszę wyciągnąć płytę Leontyny Price.
P.S. Nie będę jednak recenzować „Łaskawości Tytusa” z Salzburga, bo był to taki horror inscenizacyjny, którego nie wynagrodziła mi nawet wspaniała Marianne Crebassa w partii Sesta. Żałuję niezmiernie, że zamiast tego nie transmitowano „Lady Makbet mceńskiego powiatu”, która podobno bardzo się udała.










sobota, 12 sierpnia 2017

"La Clemenza di Tito" w Glyndebourne

Pierwsze spojrzenie na scenę przyniosło mi natrętne wrażenie deja vu. W tych nadrzecznych zaroślach nie tak dawno czaił się na Lohengrina Telramund, błądziła Elsa z Brabantu i sam nieszczęsny Łabędzi Rycerz . No, może to nie były te same trzciny, ale niewątpliwie bardzo podobne, tyle że stał w nich element obcy w postaci pianoforte, a tutaj tę samą rolę pełni fotel. Ten początek trochę mnie zaniepokoił, bo jeśli reżyser, będący niewątpliwie stroną sprawczą owej scenografii (nawet jeśli nie on ją podpisał) tak bliźniaczo widzi dzieła od siebie bardzo odległe najwyraźniej jego inwencja uległa znacznemu ograniczeniu. W czasie trwania akcji stwierdziłam iż rzeczywiście – spektakl jest typowy i podobny do innych  Clausa Gutha. A jednak  ograna scenografia dobrze pełni swą rolę, nie mówiąc już o tym, że ładnie wygląda, co w produkcjach z pod znaku regietheatru niekoniecznie bywa normą. Najefektowniej  pod względem plastycznym wypadł pożar Rzymu, z ogniem, dymami i czerwono-pomarańczową poświatą. Z kwestii mniej zewnętrznych widać w tej produkcji, iż reżyser próbował nieco wysubtelnić libretto, ale to w tym wypadku materia niezwykle oporna. Przede wszystkim Guth postawił na wątek zdradzonej przyjaźni, więc na projekcjach wideo możemy obserwować dwóch chłopców, którzy w okolicznościach przyrody bliźniaczo przypominających sceniczne oddają się czynnościom właściwym dla wieku. Młodzieńcy pojawią się jeszcze przed nami jako ucieleśnienie wspomnień  cesarza, tym razem już na żywo. Próbował też reżyser, nawet z powodzeniem rozbroić nieco absurdalność polowania Tytusa na małżonkę (3 kandydatki w ciągu jednego dnia). Już na początku mamy niemą scenę pożegnania władcy z jego jedyną, prawdziwą miłością, Berenice, którą oddala, by zgodnie z wolą ludu dać mu jako cesarzową prawdziwą Rzymiankę. W roli Berenice obsadzono piękną aktorkę i obraz miłości zniszczonej przez obowiązek, mimo, że z konieczności krótki wydał mi się przekonujący. Ogólnie mówiąc Guth zaprezentował nam spektakl na tyle zwarty i logiczny na ile się przy kiepskim libretcie dało a przy okazji całkiem przyjemny w oglądaniu. Strona muzyczna przedstawienia spoczęła w rękach Robina Ticciati , który dyrygował renomowanym zespołem Orchestra of the Age of Enlighment bez fajerwerków, ale porządnie, uważnie wspierając swoich śpiewaków. Wśród nich zaś nastąpiły niespodziewane roszady, kiedy okazało się, że Steve Davislim za nic nie może dogadać się Clausem Guthem. Zastąpił go Richard Croft, któremu ta sztuka się udała, podobnie jak  kreacja wokalna. Pewnie to po części wynik bogatego doświadczenia Crofta, który stworzył Tytusa może nie ekscytującego, ale sympatycznego, co w przypadku tej postaci niełatwe.  Ponadto reżyser  kazał mu wyśpiewywać kaskady koloratur machając przy tym płonącą kartką papieru.  Zarówno jego palce tenora jak ozdobniki nie ucierpiały. Wynikiem kolejnej zmiany obsadowej była prawdziwa sensacja wieczoru. Kate Lindley spodziewa się dziecka, a Sesto w zaawansowanej ciąży to raczej kiepski pomysł, chociaż  głosowo mezzosopranistka pewnie by podołała. W związku z tym  do tej ważnej partii awansowała Anna Stéphany, mająca początkowo śpiewać Annia . Okazała się rewelacyjna pod każdym względem – wizerunkowym, aktorskim i przede wszystkim wokalnym. To piękny, świetlisty głos, wspaniałe wyczucie mozartowskiego stylu i do kompletu pełna kompetencja wyrazowa. Przyznam, że stykałam się z nazwiskiem tej śpiewaczki wielokrotnie w recenzjach, ale po raz pierwszy miałam okazję ją podziwiać. I nie mogę wyjść ze zdumienia, że ta już 40-letnia (chociaż tego po niej nie widać) artystka tak długo musiała czekać na uznanie – jej debiut w ROH odbył się w minionym właśnie sezonie! Mam nadzieję, że po tym sukcesie jej kariera rozwinie się szybko, bo ona na nią zasługuje. Z pozostałej czwórki wykonawców kłopot miałam  tylko z Vitelią w interpretacji Alice Coote. Niegdyś była ona znakomita w rolach spodenkowych, czas jednak pędzi nieubłaganie i jak pokazał jej niedawny Idamante w Met  śpiewaczka nie bardzo się już do nich nadaje. Przestawienie się na inny repertuar wydaje się w tej sytuacji krokiem rozsądnym. Kłopot w tym, że straszliwie niewygodnie napisana Vitelia to nie jest teren Coote. Mezzosopranistka popisywała się dołem skali (piersiowy rejestr nadal na miejscu), ale w górze skali brzmiała ostro i piskliwie, a partia w górne dźwięki obfituje. Coote nie stworzyła też wiarygodnej postaci kobiety, której ambicja zastępuje wszelkie inne uczucia, ale która  może być dla płci przeciwnej prawdziwym magnesem. Michèle Losier była wzruszającym Anniem, Joélle Harvey uroczą Servilią a Clive Bailey kompetentnym Publiem.
Oglądałam ten spektakl z przyjemnością, zachwyciłam się Anną Stéphany i doskonała marka festiwalu w Glundebourne tylko mi się potwierdziła . Może kiedyś tam dotrę … Na razie jednak stwierdziłam z niejakim zdziwieniem, że ”La Clemenza di Tito”  znalazła się również w programie festiwalu salzburskiego. O tym następnym razem, z małą przerwą na tamtejszą „Aidę”.











poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Aleksandrze Kurzak na urodziny



Aleksandra Kurzak obchodzi dziś okrągłe urodziny. Czego należałoby jej życzyć – wie tylko ona sama i jej najbliżsi. Człowiek z zewnątrz na wrażenie, iż nasza wokalna duma narodowa ma wszystko, ze szczególnym uwzględnieniem udanego życia rodzinnego i zawodowego. Miniony sezon musiał być dla niej szczególny, bo wiązał się z debiutami w wielu nowych rolach. Ostatnim, chyba najpiękniejszym była jej przepięknie zaśpiewana i
zagrana Liu na deskach ROH. Oby wszystkie nadchodzące lata przyniosły Pani Aleksandrze wszelkie możliwe satysfakcje – profesjonalne i osobiste!


czwartek, 3 sierpnia 2017

Król wysokiego C - Javier Camarena w Teatro Colon



W czym tkwi urok wysokiego C, dlaczego górne dźwięki osiągane przez tenorów wywołują tak wielki aplauz publiczności? Przyznaję – nie bardzo wiem, a nie rozumiem wcale. W moich uszach brzmią one zazwyczaj bardzo sztucznie a na dodatek świdrująco. Czasami wydaje się, że słyszymy dwa zupełnie odrębne głosy tego samego artysty. W baroku, kiedy opera była często głównie polem dla popisów wokalnych taka konkurencja stanowiła pewnie jedyny mierzalny element występu, ale dziś? A jednak na widowniach całego świata rozpętuje się nieopisany tumult, kiedy śpiewak w miarę swobodnie wykona na przykład to C na koniec stretty z „Trubadura”, wykończy nim „Nessun dorma”, nie mówiąc już o zaprezentowaniu tego dźwięku ośmiokrotnie w „Córce pułku”. Na szczęście ciągle można zrobić karierę w tenorowym fachu nawet wtedy, kiedy górne C nie jest najmocniejszą stroną, czego koronnym przykładem Placido Domingo. Tym niemniej całkiem niedawno Jonas Kaufmann był szczegółowo odpytywany na okoliczność  nieobecności C w swoim debiucie w partii Manrica (i to pomimo faktu, że Verdi wcale go nie napisał!). Mając do najwyższych nut stosunek mocno ambiwalentny myślałam, że żaden współczesny śpiewak mnie z tej strony nie zaskoczy ani nie zadziwi, ale cóż – myliłam się. Autorem zaskoczenia okazał się Javier Camarena, którego recital w argentyńskim Teatro Colon obejrzałam niedawno.  Zdarzenie miało miejsce kilka dni temu, 27 lipca i zdaje się stanowiło lokalny debiut meksykańskiego tenora. Oczywiście nie było ono moim pierwszym zetknięciem z jego sztuką wokalną, bo jest on już prawdziwą gwiazdą, należy nawet do bardzo ekskluzywnego „klubu” tych, co bisowali w spektaklu Met już więcej niż raz. O szczególnych zdolnościach Camareny pisałam na tym blogu przy okazji madryckiej „Córki pułku”, ale wszak co innego przedstawienie, a co innego koncert, na którym  (w wypadku tak ułożonego programu) trzeba ten popis powtarzać wielokrotnie. Nie wiem, czy barwę głosu tenora można uznać za piękną, rzecz zależy od gustu – w każdym razie jest to instrument jasny, młodzieńczo brzmiący ale jednocześnie metaliczny. Być może w tym tkwi przyczyna, że kiedy Javier Camarena wykonuje wysokie C odbieram dźwięk jako całkowicie naturalny – po prostu przedłużenie linii wokalnej, nie zaś popis. Oczywiście artysta musi mieć po temu jakieś wrodzone predyspozycje, poparte umiejętnościami wysokiej klasy. Najbardziej zadziwiające wydaje się jednak iż te seryjnie produkowane górne C brzmią tak, jakby nie kosztowały Camareny żadnego dodatkowego wysiłku i co równie zdumiewające tak też wyglądają – nie zmienia się specjalnie mimika, nie ma wspinania się na palce ani wyraźnego napięcia mięśni twarzy. Budzi to u mnie nieustający podziw i przeświadczenie, że kto jak to, ale ten człowiek właściwie wybrał fach – do niego się urodził. Świadczy o tym także jego zachowanie na estradzie – bardzo lubię, kiedy wokalista tak jak Camarena reaguje na muzykę całym ciałem i to nie tylko wtedy, kiedy sam śpiewa. Potwierdzenie można znaleźć w zapisie omawianego koncertu (jest na Tubie) i zafundować sobie przy okazji sporą frajdę.  Program ułożono tak, by szczególną ową właściwość wyeksponować, mieliśmy więc Donizettiego i nieśmiertelne „Ah! Mes amis ..”, dramatyczną arię Tombe degli avi miei " oraz cavatinę Ernesta. Był Rossini i „Si, ritrovarla... " z Kopciuszka”, był Gounod z Romea i Julii”.  Wielbiciele coraz popularniejszych „Poławiaczy pereł” mogą odetchnąć spokojnie, jako, że mordercza aria „Je crois entendre..”  nie sprawiła Camarenie najmniejszego problemu – naczelny współczesny Nadir Matthew Polenzani będzie więc miał więcej niż wartościową alternatywę. Na koniec koncertu artysta zaprezentował nie bardzo lubianą przez śpiewaków arię Alfreda z „Traviaty” w wersji z cabalettą. I warto przypomnieć sobie jak się z tą ostatnią czasem męczą inni tenorzy, choćby Piotr Beczała żeby docenić, jak triumfalnie może ona wypaść. A na finał finałów – oczywiście „La donna e mobile”.
P.S. Niegdyś tytułem króla Wysokiego C honorowano Luciano Pavarottiego. Po długim okresie bezkrólewia mamy następcę.  Spójrzcie na zdjęcie na górze - nie brak Wam sporej białej chustki w ręce artysty?




wtorek, 25 lipca 2017

Operowe lato we Francji



Sezon festiwalowy w pełni a i niektóre teatry jeszcze nie zawiesiły działalności, mamy więc mnóstwo możliwości nacieszenia się  operą na żywo, transmisji wszelakich też zatrzęsienie. Wszystkiego obejrzeć się nie da, zapasy na przednówek (czyli wczesną jesień) rosną. W komfortowej sytuacji nadmiaru podaży selekcja rzeczy do zobaczenia teraz staje się trudna. Na czoło tych pozycji wysunął się u mnie spektakl „Rigoletta” , który odbył się w lipcu w na festiwalu  Chorégies d'Orange. Jest to jedna z najstarszych tego typu imprez na świecie zorganizowana po raz pierwszy w 1869 roku a przedstawienia grane są w miejscu wyjątkowo klimatycznym, rzymskim amfiteatrze. Ta zaleta ma jednak znaczenie dla mających szczęście oglądać przedstawienie na żywo, moją uwagę ściągnęły oczywiście nazwiska Nadine Sierry i Leo Nucciego. Niestety, rzecz nie okazała się szczególnie godna uwagi pod żadnym względem, bo dobra wokalnie i wdzięczna jako postać Gilda to dla mnie trochę za mało. Leo Nucci, o rok młodszy od Dominga i prawdziwy baryton brzmi już zgodnie z metryką, trudno więc zachwycić się interpretacją.  Podobnie grana w ONP „Carmen” mego podziwu nie wzbudziła, ale tu przynajmniej rewelacji się nie spodziewałam. Inscenizacja Calixto Bieito stanowi jeszcze jeden dowód na to, że nic nie starzeje się tak szybko jak skandal. Ta produkcja, która przy okazji premiery została nim okrzyknięta przemknęła już przez kilka scen i dziś budzi raczej znużenie swą banalnością niż oburzenie (pisałam o niej tu). Przyznaję, że nie mam przekonania do Carmen w wykonaniu Elīny Garančy, nawet nie tyle ze względów głosowych, co interpretacyjnych. Mam wrażenie, że śpiewaczka, której mezzosopran lubię nie jest w stanie pokonać wrodzonego chłodu i dystansu. Oczywiście, Carmen mogłaby być i taka, gdyby reżyser jakoś to uzasadnił, ale tego zabrakło. Roberto Alagna po fatalnym Calafie w ROH jako Don Jose odnalazł się lepiej, w końcu wykonuje tę rolę od dawna. Stanowczo nie są to jednak najlepsze dni tego tenora. Najjaśniej błyszczała w spektaklu Maria Agresta jako Micaela, śpiewająca z piękną, naturalną płynnością (frazowanie to jedna z jej mocnych stron) i pięknym, ciepłym głosem. Ildar Abdrazakov okazał się całkiem niezłym Escamillem, co wypadku tak podstępnie napisanej roli jest sukcesem. Wszystko to jednak było dla mnie jakieś letnie i przyznaję, że czekam już na „Carmen” z Bregencji, ciekawa zarówno inscenizacji Kaspara Holtena, jak głównej bohaterki Gaëlle Arquez. . W tych warunkach moim najsympatyczniejszym przeżyciem operowym ostatnich dni okazał się całkowicie nieoczekiwanie doroczny koncert odbywający się na paryskich Polach Marsowych u stóp Wieży Eiffela 14 lipca, czyli w ramach obchodów święta narodowego Francji. Jak przystało na ważną okazję imprezę zorganizowano z rozmachem, poza solistami i orkiestrą wzięły w niej odział 3 chóry (dwa dorosłe i jeden dziecięcy). Przede wszystkim jednak doskonale ułożono repertuar przeplatając numery lżejsze i poważniejsze, tak, żeby licznie zgromadzona publiczność się nie znudziła, ale też dostała coś do podziwiania. Sprawcą sukcesu był w dużej części Valery Gergiev, który nie starał się porazić słuchaczy dbałością o szczegóły, ale poprowadził Orchestre national de France w stylu glamour, w teatrze operowym niekoniecznie pożądanym, ale na tego typu koncercie na swoim miejscu. Wszystko zostało zagrane gładko, płynnie, w szybkich, ale nie zagonionych tempach, muzyka błyszczała i migotała niczym mieniąca się  tego wieczora kolorami Wieża Eiffela. Moja wewnętrzna malkontentka poszeptywała wprawdzie, że np. fragment „Romea i Julii” Prokofiewa  nie spowodował tak zagrany zwyczajowych dreszczy, ale – przecież nie można mieć wszystkiego. Ze śpiewaków najmniej podobała mi się Diana Damrau, zwłaszcza w walcu Julii Gounoda.  Ludovic Tézier wykonał dwie arie Don Giovanniego, z których piękniej wypadła serenada.  Bryan Hymel wybrał z kolei przeboje – arię Cania i „La donna e mobile”, w obu zaprezentował intonacyjną pewność i dźwięczny, ładny tenor. Obaj panowie dobrze też poczuli się w duecie z „Don Carlosa”. A jednak najwięcej radości ze słuchania dostarczyły mi Nadine Sierra i Anita Rachvelishvili, razem i osobno. W ich wykonaniu falujący kwietny duet z „Lakmé” to była czysta przyjemność, podobnie jak odpowiednio słodkie wyznanie Lauretty „O mio babbino caro” samej Sierry. Natomiast aria Sapho „O ma lyre immortelle” należała do przeżyć zupełnie innej kategorii. Wykonanie Anity Rachvelishvili mogę skomentować tylko w jeden sposób:  mistrzostwo i piękno w absolutnej postaci. Na tym koncercie napakowanym uroczymi błahostkami był to moment czystego, głębokiego blasku, za co jestem artystce głęboko wdzięczna.  Ale nawet gdyby go nie było zapisałabym ten wieczór zakończony jak zawsze „Marsylianką” w naprawdę wdzięcznej pamięci. Sprawdźcie sami!






niedziela, 16 lipca 2017

"Don Giovanni" w Aix-en-Provence

Sama nie mogę w to uwierzyć, ale od ponad półtora roku nie miałam do czynienia z żadną nową produkcją „Don Giovanniego”. Odstawienie ulubionej używki nie wynikało z mojej chęci ani decyzji, koniec okresu wymuszonej abstynencji powitałam więc z radością i nadzieją. W dniach poprzedzających transmisję z Aix-enProvence apetyt wzrastał, dokarmiany kolejnymi entuzjastycznymi recenzjami zarówno o muzycznej, jak wizualnej stronie spektaklu. Zaciekawiły mnie zwłaszcza doskonałe świadectwa wystawiane Phillipe Sly’owi , bo, jak ostatnio nieskromnie ale trafnie powiedział Mariusz Kwiecień czas już, aby on i Peter Mattei mieli jakąś konkurencję w roli tytułowej. Tymczasem światowe sceny zaludniają legiony Don Giovannich przeciętnych, takich sobie i kiepskich, zdarzają się nawet całkiem nieźli. Świetnych jak tych dwóch – wciąż brak. Obejrzałam, wysłuchałam i jedno wiem na pewno: jeszcze nie tym razem. Już początek przedstawienia nie nastroił mnie pozytywnie, bo nie przepadam za „zagadywaniem” uwertury, a w tym wypadku było ono dosyć nonsensowne, bo polegało na bezładnym przemieszczaniu się bohaterów do scenie i przyjmowaniu póz. Podobny manewr zastosowano w czasie antraktu. Oczywiście, cel takich zabiegów jest jasny – ma nas uczynić częścią świata przedstawionego lub odwrotnie, opowiadaną historię wprowadzić do świata naszego ale mnie się to zawsze wydawało sztuczne. Temu samemu służył zapewne brak scenografii (puste deski sceny, kilka rekwizytów i kolorowe żarówki pokazywane tak często na zbliżeniach, że pewnie miały coś znaczyć) i kostiumy zawieszone w bezczasie gdzieś pomiędzy dawnym a współczesnym. Ze spraw ogólnych dało się też zauważyć likwidację barier klasowych: Giovanni i Leporello są raczej kumplami niż panem i sługą zaś para plebejska jest przez bohaterów arystokratycznych traktowana jak im równa. To tylko na pozór ma niewielkie znaczenie, bo jednak okazuje się częścią większej koncepcji, w której Don Giovanni nawet nie tyle jest łotrem, co dosadnie i kolokwialnie powiedziawszy dupkiem. Nie ma ani odrobiny klasy, brak mu manier (nawet powierzchownych), stylu. Jedyne co ma, to fizyczna atrakcyjność. I mogłabym tę koncepcję przyjąć bez oporu, gdyby nie rujnował jej nonsensowny , pretensjonalny ponad moją wytrzymałość finał  z Giovannim upozowanym na Chrystusa. Szkoda, bo znalazło się w tym przedstawieniu sporo elementów i scen, które warto docenić. Przede wszystkim prostą konsekwencją ustawienia postaci tytułowej jest mocne podkreślenie dramatycznych konsekwencji, jakie czyny Don Giovanniego mają dla jego ofiar, bo tak – one są tym właśnie. Przy okazji zyskuje postać Donny Anny, oczyszczona z niegodnych podejrzeń, że „sama chciała i obłudnie udaje przed narzeczonym by ocalić honor i pozór cnoty”. Anna jest w autentycznej depresji i chociaż kocha Don Ottavia, musi mieć czas na dojście do równowagi. Po prostu! Mamy też w spektaklu kilka pięknych obrazów , na przykład Don Ottavia z zazdrością patrzącego z boku na czułości Zerliny i Masetta czy donnę Elvirę tulacą z rozpaczą pijanego do nieprzytomności Giovanniego. I gdyby Jean-François Sivadier nie zniszczył pozytywnych wrażeń finałem, zapisałabym tę produkcję, mimo już wyłuszczonych zastrzeżeń po stronie « ma », czego niestety zrobić nie mogę, przynajmniej jeśli chodzi o inscenizację. Muzycznie sprawa również nie jest całkiem prosta ze względu na tytułowego bohatera. Philippe Sly opisywany jest jako bass-baryton, ale brzmi jak bardzo liryczny baryton. Dysponuje głosem tak delikatnym, że nie zawsze przebija się przez muzykę, a przecież Le Cercle de l'Harmonie to nie grzmiąca orkiestra symfoniczna ! Poza tym barwa tego głosu nie uwodzi urodą, mnie przeszkadza w nim jeszcze drobne wibrato zwane potocznie groszkiem. Byłoby to jednak mniej ważne, wszak gusta są różne, gdyby nie brak jakiejkolwiek kreacji wokalnej, gdyby wszystko nie zostało zaśpiewane tak samo kiepsko. Przykłady ? Proszę bardzo : wyskandowane raczej niż śpiewane « La ci darem », straszliwie niechlujne « Fin.. » (dykcja żadna, tekst prawie niezrozumiały), monotonne « Meta di voi ». Jest to dosyć  dziwne, jako, że Sly cieszy się opinią dobrego liedersangera, co zazwyczaj stanowi doskonałą rekomendację. Zastanawiałam się nad licznymi pochwałami ze strony mediów i doszłam do wniosku, że fizyczność Sly’a (wysoki, długonogi, ładnie umięśniony, z rudawymi blond lokami i miedzianą bródką)  tak zaabsobowała niektórych recenzentów, że zapomnieli go posłuchać.  Publiczność  w Aix chyba nie zapomniała – Sly dostał wprawdzie solidne brawa (zasużył chociażby doskonałą kreacją aktorską), ale jednak wyraźnie mniejsze niż wszystkie koleżanki i Nahuel di Pierro. Ten ostatni jako Lepporello ukradł tytułowemu bohaterwi uwagę widowni, bo był po prostu świetny – wokalnie i interpretacyjnie. To samo można powiedzieć o wszystkich paniach : Eleonora Buratto jako Donna Anna, Isabel Leonard jako Donna Elvira i Julie Fuchs jako Zerlina wszystkie stworzyły znakomite, kompletne kreacje wokalno-aktorskie  i słuchało się ich z dużą satysfakcją i przyjemnością. Pavol Breslik miał problemy z ozdobnikami w « Il mio tesoro », ale jego Don Ottavio mógł się podobać, zwłaszcza, że artysta wyposażył go w spore pokłady ciepła i uroku osobistego, którego ta postać zazwyczaj nie ma. Pochwały należa się także najmłodszemu (1990)  w młodej obsadzie Krzysztofowi Bączykowi. Masetto nie ma wiele okazji do popisania się, ale nasz bas nie tylko śpiewał bardzo dobrze, ale też doskonale grał i pokazał swojego bohatera jako mężczyznę kochającego i sympatycznego. Najmniej przekonania mam do Komandora Davida Leigha – wydał mi się tylko w porządku. Lubię w tej roli przepastne, głebokie, zaświatowe basy, a Leigh takiego nie ma. Jérémie Rhorer poprowadził swój zespół  Le Cercle de l'Harmonie zgodnie ze współczesnymi tendencjami w szybkich tempach, ale nie zagonił fragmentów lirycznych. Może tylko fenomenalna uwertura nie zabrzmiała z taką dramatyczną mocą jak powinna. Ogolnie, mimo wszystkich zastrzeżeń i braku Don Giovanniego z prawdziwego zdarzenia polecam ten spektakl ze względu przede wszystkim na zalety wokalne tercetu pań dopełnionego przez Nahuela di Pierro i Krzysztofa Bączyka.  









niedziela, 9 lipca 2017

Europuding czyli "Podróż do Reims"

Plombières-les-Bains dzieli od Reims niezbyt imponujący dystans 307 kilometrów, dziś do przejechania w jakieś cztery godziny. Ale w roku 1825, w dodatku w przeddzień ważnego wydarzenia to musiała być odległość trudna do pokonania. Bohaterowie opery Gioacchino Rossiniego odczuli to boleśnie na własnej skórze i na koronację Karola X w końcu nie zdołali dotrzeć, nie wystarczyło dla nich odpowiednio szybkich koni. Historyjka o ich niezbyt intensywnych usiłowaniach posłużyła Luigi Balocchiemu do napisania libretta dziełka, które miało uświetnić koronacyjne uroczystości Karola X. Uświetnienie udało się nie bardziej niż tytułowa podróż i po kilku próbach wykorzystania do innych dworskich celów rzecz znikła w pomroce dziejów. Nie cała, bo Rossini, jak to on wykorzystał spore fragmenty partytury w „Hrabim Ory”. Kiedy w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku parę zapomnianych stronic odnaleziono w bibliotece rzymskiej Akademii Świętej Cecylii pojawił się pomysł rekonstrukcji „Podróży do Reims”. Wymagało to iście detektywistycznych umiejętności i wytropienia innych fragmentów utworu w Paryżu i Wiedniu. Po czym zaczęła się robota czysto muzykologiczna, bo trzeba było te odnalezione kawałki jakoś poskładać w logiczną całość. Rezultat tytanicznych wysiłków można było podziwiać w miejscu urodzenia Rossiniego, w Pesaro, 18 sierpnia 1984  we wspaniałej obsadzie i pod wspaniałą dyrekcją Claudia Abbado. Zapis płytowy tego wydarzenia stał się wydawniczą sensacją i do dziś jest niedościgłym ideałem. A opera, chociaż nie weszła do żelaznego repertuaru zaczęła się cieszyć powodzeniem, co można sprawdzić chociażby zaglądając do YT, gdzie jest kilka jej pełnych wykonań. Polska premiera odbyła się w Warszawie zaledwie 14 lat temu, ale mieliśmy dużo szczęścia – dyrygował wybitny specjalista od Rossiniego Alberto Zedda a śpiewali min. Ewa Podleś i Rockwell Blake.

Wystawiający „Podróż do Reims” muszą się zmagać z dwoma podstawowymi problemami.  Po pierwsze obsada – partytura wymaga kilkunastu dobrych głosów. Po drugie inscenizacja – kantatowy charakter dzieła widać jak na dłoni, w zasadzie fabuła jest niemal nieobecna a całość składa się z pojedynczych popisów (i jednego, imponującego concertato na 14 postaci). W Opera di Roma casting director spisał się całkiem nieźle, chociaż jest to instytucja nie dorównująca budżetem chociażby La Scali. Z inscenizacją było znacznie słabiej, chociaż powierzono ją (a może właśnie dlatego) jednemu z najmodniejszych reżyserów współczesnych, Damiano Michieletto, którego przy tej okazji opuściła wszelka inwencja twórcza. Powielił więc pomysł znany już i zgrany w ostatnich latach do szczętu przenosząc akcję do galerii sztuki, gdzie ożywają eksponaty i mieszają się z pracownikami instytucji. Dostaliśmy więc to, co takich wypadkach zwykle (jak np. w salzburskim „Trubadurze” czy paryskim „Giulio Cesare”)  z dodatkiem równie zgranych chwytów charakteryzatorskich. Czy koszmarna szefowa zrobiona na Annę Wintour jeszcze kogoś bawi? Mnie nie bardzo, publiczność rzymska też nie wyglądała na ucieszoną. Mam do pana Michieletto także i osobiste pytanie – dlaczego wśród dobrodusznych kpinek z narodowych cech Polkę uczynił kokietliwą kretynką, oczywiście bez uzasadnienia w tekście, a nawet wbrew niemu (markiza Melibea ma piękną, godną muzykę)? I tu czas poświęcić uwagę proeuropejskiemu charakterowi „Podróży do Reims”, która mogłaby stanowić operowy emblemat UE. Słowa o jedności europejskiej padają nawet ze sceny! Wprawdzie wśród bohaterów są przedstawiciele tylko  8 narodów (Włochy, Francja, Hiszpania, Anglia, Niemcy, Polska, Rosja i Grecja), ale jednak…


Od strony muzycznej ten europuding wypadł całkiem nieźle, bardzo dobrze dyrygowany przez Stefano Monanari i na ogół   bardzo przyzwoicie śpiewany. Nie można  pochwalić właściwie tylko tenorów: Merto Sungu był po prostu wrzaskliwy a Juan Francisco Gatell jak zwykle intonacyjnie nieprecyzyjny. Maria Grazia Schiavo – Hrabina Foleville, Francesca Dotto – Pani Cortese, Adrian Sâmpetrean – lord Sidney, Bruno De Simone – baron Trombonok, Simone Del Savio - Don Alvaro wszyscy trzymali wysoki poziom wokalny. Nicola Ulivieri jako Don Profondo podobnie, ale tu wspomnienie Ruggero Raimondiego i  jego wspaniałego, komicznego zacięcia troszkę psuło mi wrażenie. Wśród całej obsady są też dwa wyjątki pozytywne  - Mariangela Sicilia jako Corinna i Anna Goryacheva w roli markizy Melibea. Sicilia , znana mi jak dotąd tylko z „Benvenuta Celliniego” potwierdziła swoją klasę . Także spotkanie z Anną Goryachevą było moim drugim i ponownym zachwytem nad przepięknym, bogatym głosem, nieskazitelną techniką i możliwościami wyrazowymi. Tylko młodym wiekiem tej śpiewaczki (rocznik 1986) można tłumaczyć brak pozycji supergwiazdy, na jaką zasługuje. Ona mi momentami przypomina młodą Ewę Podleś, a jest to najwyższy komplement, na jaki mnie stać.