niedziela, 21 stycznia 2018

"Fra Diavolo" w Rzymie

Historia percepcji niektórych dzieł doskonale świadczy o nadchodzących i mijających modach. „Fra Diavolo” Daniela Aubera, o którym dzisiaj jest doskonałym takiego świadectwa przykładem. Po entuzjastycznie przyjętej premierze w 1830 roku (polska odbyła się zaledwie rok później) opera stała się jedną z najpopularniejszych na świecie i tak zostało na wiele lat. W samej paryskiej Opéra-Comique  zeszła z afisza po … 77 latach stałej na nim obecności i 909 przedstawieniach! W wieku dwudziestym popularność słabła w każdym rokiem i w końcu rzecz nawet nie tyle zaginęła w pomroce dziejów, bo każdy operomaniak ten tytuł zna, ale stała się widmem, o którego istnieniu wiemy, ale mało kto widział i słyszał na własne uszy i oczy. Co ciekawe  (podają ów fakt niemal wszyscy, którzy o „Fra Diavolo” piszą, więc i ja nie potrafiłam tego szczegółu ominąć) coś więcej na ten temat mogą pamiętać wielbiciele starego kina konkretnie zaś slapstickowych komedii z bardzo dawnych lat. W 1933 powstała w Hollywood filmowa adaptacja dzieła, w której role służących Beppa i Giacoma przechrzczonych na tę okazję na Stanlio i Ollio zagrali Stan Laurel i Oliver Hardy znani u nas jako Flip i Flap. A dalej – właściwie cisza. Znając historię znikania „Braciszka Diabła” ze światowych scen warto przeanalizować, dlaczego tak się stało. Po części zawiniło z pewnością drastyczne zawężenie tego, co dziś zwiemy żelaznym repertuarem. Drugim podejrzanym jest oczywiście Richard Wagner i jego wpływ na nasz sposób patrzenia i przede wszystkim słuchania opery. To nie przypadek, że ofiarą czasu stały się w dużej części komedie a ciężkie dramaty muzyczne wtargnęły i na salony i pod strzechy wypełniając gatunkowy kanon w większej części. Jakby  nie było, bardzo mnie ucieszyła możliwość poznania wreszcie „Fra Diavolo” , którą zafundowała mi Opera di Roma za pośrednictwem Culturebox. Z każdą minutą bezpośredniego kontaktu z tym utworem uśmiechałam się coraz szerzej, jest to bowiem rzecz absolutnie rozkoszna zarówno od strony muzycznej, jak tekstowej. Nie bez powodu libretto uważane bywa za najbardziej udane dziecię librecisty szanowanego  nie bez powodu, czyli Eugène Scribe’a. Fabułę mamy nieskomplikowaną i czytelną, charaktery archetypowe wprawdzie, ale zaadaptowane stylowo i z wdziękiem oraz werwą, poczucie humoru niewątpliwe i działające doskonale do dziś. Bohater tytułowy nie ma wiele wspólnego z prawdziwym Michele Pezzą zwanym Fra Diavolo , ale i tak zapewne dużo więcej niż zdecydowana większość innych, teoretycznie historycznych postaci w operach. Tekst Scribe’a zainspirował Daniela Aubera do stworzenia muzyki lekkiej, czarującej i błyszczącej, o lata świetlne odległej od dramatów i tragedii jakie najczęściej podziwiamy na scenie. I może właśnie o to chodzi, może dlatego dzieło znikło z repertuaru. Reprezentuje przecież typ humoru bardzo odległy od bieżącej wrażliwości. Dziś jesteśmy  mniej finezyjni, a bardziej ironiczni. W każdym razie ja jestem szefostwu Opery Rzymskiej wdzięczna za ten udany wieczór a również za zatrudnienie teamu realizacyjnego pod wodzą reżysera Giorgio Barberio Corsettiego, który potrafił zapomniane dzieło rzeczywiście, a nie w cudzysłowie przybliżyć współczesnej publiczności. Metoda inscenizacyjna skojarzyła mi się z warszawskim „Czarodziejskim fletem” z tym, że tu projekcje video nie zastępowały scenografii a ją dopełniały w sposób trafny i dowcipny. Zabawa zaczęła się już w czasie uwertury mającej marszowo-wojskowy charakter (aż chciałoby się powtórzyć za Offenbachem i jego Wielką Księżną de Gérolstein  - Ah! Que j'aime les militaires!), kiedy to zobaczyliśmy podążających do Terraciny kabrioletem Lorda i Lady Rocburg a projekcja wyjaśniła nam temat gwałtownej konwersacji między małżonkami. Dalej działo się w podobnym stylu a cel osiągnięto nowoczesnymi środkami , ale w całkowitej zgodzie z autorskimi intencjami. Warto się tu bliżej przyjrzeć tytułowemu bohaterowi -  na szczęście nie zamieniono go w „Szlachetnego Bandytę” w typie Ernaniego czy Dicka Johnsona. Pozostał, jak w tekście zwykłym łajdakiem dybiącym nie tylko na fortunę wielkich państwa, ale też na skromny posag Zerliny, który miał jej umożliwić szczęśliwe życie z Lorenzem.  Tak właśnie zobaczyliśmy go na scenie a zewnętrzny wizerunek podejrzanie i chyba nieprzypadkowo przypominał … Don Giovanniego z ROH (zwłaszcza ciemnoniebieski płaszcz wypisz wymaluj podobny). John Osborn doskonale poradził sobie z wirtuozowską partią Fra Diavolo, tego typu role są jego specjalnością i nie sprawiają mu żadnych większych problemów. Wydaje się też, iż amerykański tenor lubi postacie komediowe i czuje się w nich lepiej niż w tych całkiem serio. Swoją drogą, najwyraźniej osławiony kryzys wokalny nie dotyczy tenorów lirycznych, bo mamy ich dziś dużo i przedniej jakości. Anna Maria Sarra została doproszona do obsady po nagłej rezygnacji gwiazdy, Pretty Yende. Słychać było po niej, że rola Zerliny jeszcze jej się nie do końca ułożyła, z górą były pewne kłopoty ale ogólnie policzyłam jej ten występ na plus, zwłaszcza, że śpiewaczka wykazała się niezbędnym w takiej muzyce wdziękiem. Sonia Ganassi  nie należy do moich ulubienic ze względu na poskrzypywanie, które się po pewnym czasie kariery mezzosopranom zdarza i zdarzyło się również tutaj, ale przeszkadzało mi mniej niż zwykle. Roberto de Candia ma i głos, i temperament odpowiedni  do typu barytona buffo i jako Lord Rockburg potwierdził to w całej rozciągłości. Chór Opera di Roma , zwłaszcza jego męska część (ci wszyscy wąsaci wojacy) był świetny, muzyka pod batutą Rory MadcDonalda brzmiała dziarsko i potoczyście, ale z francuskim charme’m. Sprawdźcie sami, warto poświęcić swój czas dziełu  nie tak popularnemu jak np. „Tosca” i odpocząć chwilę od melodramatycznych efektów!







środa, 10 stycznia 2018

"Cyrulik sewilski" na Polach Elizejskich


  Nadmiar reżyserskich ambicji nie zawsze wychodzi na dobre realizowanemu dziełu, czego dobitnym dowodem okazał się transmitowany z paryskiego Théâtre des Champs-Elysées „Cyrulik sewilski”. Wszystko w nim było niby w porządku, nic nie działo się w kontrze do tekstu, ale rezultat kontrowersyjny. Laurent Pelly, który inscenizację podpisał zazwyczaj (chociaż oczywiście zdarzają mu się, acz niezbyt często, wpadki) chciał chyba zaprezentować nam „Cyrulika” wyrafinowanego plastycznie i koncepcyjnie, co doprowadziło do skutku fatalnego w wypadku komedii zwłaszcza. Otóż owszem, na początku można było pozachwycać się czarno-białymi obrazami z płachtami fantazyjnie pozawijanego papieru nutowego w roli scenografii, ale z upływem czasu wizualna monotonia zaczynała po prostu nużyć oczy. Kostiumy, wszystkie ładne i eleganckie, a niektóre dodatkowo świetnie charakteryzujące bohaterów także utrzymano w monochromatycznej gamie od bieli do czerni poprzez szarość. W ten sposób, przynajmniej w warstwie obrazowej uleciało z komicznej opowiastki mnóstwo lekkości i uroku. Mógł to być celowy zamiar reżysera, bo tytułowy cyrulik też nie był tym typowym, ludycznym szaławiłą znanym z setek inscenizacji – charakterem bardziej przypominał doktora Malatestę z „Don Pasquale”. Ten Figaro jawił się jako Wielki Manipulator nie tyle pomagający swojemu panu w urzeczywistnieniu amorycznych zapałów, co kierujący nim jak marionetką. W sumie Laurent Pelly utrzymał się w granicach interpretacji i cały spektakl mógł się podobać, ale brakowało mi tego, co w „Cyruliku” uważam za rzecz niezbędną  - wdzięku i radości. Co nie znaczy, że od czasu do czasu (za rzadko jednak) uśmiech nie pojawiał się na mojej twarzy. Na szczęście od strony muzycznej to był prawdziwy sukces, jeden z najlepszych współczesnych „Cyrulików”, jakich słyszałam. Jérémie Rhorer  poprowadził swój zespół, Le Cercle de l’Harmonie z pasją i werwą , jakiej ta muzyka wymaga. Pięknie zaprezentował się się też chór Unikanti, którego członkowie wykazali prawdziwe zacięcie aktorskie. Z protagonistów publiczność chyba najbardziej j zachwycił Michele Angelini i nie bez powodu – góry ma promiennie i brzmiące bezwysiłkowo, frazuje niezwykle elegancko, a przy tym dysponuje autentyczną vis comica. Nie wiem, który z panów – śpiewak czy dyrygent wpadł na pomysł zinterpetowania części drugiej arii tenorowej w stylu hiszpańskim (w końcu jesteśmy w Sewilli), ale był to bardzo smaczny ornament. A Hrabia Almaviva Angelliniego okazał się zwyczajnie bardzo sympatyczny, czego nie można powiedzieć o jego słudze, bo taka była koncepcja. Florian Sempey wykonuje rolę Figara regularnie i od dawna, ale takiej interpretacji nie miał jeszcze okazji pokazać. Już sam wygląd sugerował, że nie będziemy mieć do czynienia z jowialnym Sowizdrzałem i trzeba przyznać, że francuski baryton mistrzowsko zrealizował reżyserskie założenia. Śpiewał fantastycznie – ma duży ale giętki głos  ładnej barwie, wrodzoną łatwość kreowania ozdobników i jest bardzo muzykalny. Catherine Trottmann na tle tak świetnych kolegów wypadła troszkę mniej efektownie, przynajmniej wokalnie – jej mezzosopran, chociaż miły dla ucha nie dysponuje dużym wolumenem, szwankuje przede wszystkim zasadniczy w tym typie głosu dół skali. Jako postać młoda, ładna i fertyczna śpiewaczka sprawdziła się idealnie. Ale i tu reżyser dołożył swoje trzy grosze, każąc jej niepotrzebnie prychać w „Una voce poco fa” kiedy Rosina opowiada o tym, jaka jest łagodna i łatwa do prowadzenia. Troszkę zaufania do nas, publiczności – i bez tego wiemy, o co tu chodzi! Peter Kálmán zaprezentował solidne rzemiosło wokalne i aktorskie jako Don Bartolo, Robert Gleadow zaskoczył mnie jako Don Basilio. Pamiętam go w partiach mozartowskich, jako Masetta i Leporella, ale od czasu, kiedy go w nich słyszałam głos mu się rozwinął, ma teraz tak cenne u basa, głębokie, wibrujące doły. Przy tym Gleadow doskonale bawił się rolą i charakteryzacją i budził szczere rozbawienie u publiczności. Z postaci drugoplanowych najciekawszy wydał mi się Guillaume Andrieux jako Fiorello – doskonale prowadzony baryton, dobra prezencja, sceniczna werwa – jeszcze o nim nie raz usłyszymy. W sumie – ten rok operowy zaczął mi się mimo wszystko całkiem dobrze, oby tak dalej. Gdyby mieli Państwo ochotę sprawdzić – tu jest całość https://www.youtube.com/watch?v=_9R549oIqfs 





poniedziałek, 1 stycznia 2018

2017 - bywało lepiej

"Płaszcz" w BSO
Piąte roczne, blogowe podsumowanie  imponujące nie będzie, bo nie był to dobry rok dla opery, przynajmniej w moich uszach. Mało w nim olśnień, wybitnych kreacji śpiewaczych a jeszcze mniej dyrygenckich. Przy tym wyszły na jaw rzeczy smutne i nieprzyjemne, dla których usprawiedliwienia nie ma. Skutkiem oskarżeń o molestowane seksualne upadły kariery Charlesa Dutoit i Jamesa Levine’a, co szczególnie w tym drugim przypadku okazało się dla szerokiej publiczności, zwłaszcza amerykańskiej szokujące. Levine był w ojczyźnie kochany jak niewielu dyrygentów na świecie i fakt, że jego zawodowa ścieżka tak się kończy jest naprawdę żałosny. Oczywiście, można argumentować, że to na razie tylko nieudowodnione oskarżenia, a przy tym dotyczące wydarzeń dość odległych w czasie, ale jest tych zgłoszeń dużo i, niestety, prawdopodobnych. Przy tym tego typu doniesienia nie pojawiają się po raz pierwszy, poprzednio tylko zamieciono je pod dywan. Jak w sprawie Harveya Weinsteina. A przechodząc do spraw milszych, mimo wszystko 2017 przyniósł mi trochę muzycznych wrażeń niepośledniej jakości –w tym pierwsze od lat wspaniałe nagranie "Trojan" -  i oto one.

     Spektakl roku: 
-       Andrea Chénier” w BSO
-      „Śnieżynka” w OnP
-      „Nabucco”w Arena di Verona
-      „Tryptyk” – w BSO
    Nie pisałam tylko o „Tryptyku”, który pojawił się na stronie BSO i był na niej przez zaledwie dobę w końcu grudnia. Kto nie zauważył powinien żałować. To było znakomite, świetnie śpiewane i dyrygowane przedstawienie.

DVD roku:
- „Francesca da Rimini” (Mercadante) - Dynamic

- „Rusałka” z Bydgoszczy - Dux
- Poławiacze pereł” z Met – Erato
- Lohengrin”z Drezna  - DG

CD roku – recital, pieśń
-      „L’Opera” – Jonas Kaufmann - Sony
-      „Piękna młynarka” – Christian Gerhaher i Gerold Huber - Sony
-      „Heroes in Love” Sonia Prina - Glossa
-      „Handel” - Philippe Jaroussky - Erato
-      „Mozart” – Juan Diego Florez – Sony
-  “Espoir” – Michael Spyres – Opera Rara

CD roku – pełna opera
-      „Trojanie” – Erato

Role roku
- Jonas Kaufmann, Anja Harteros i Luca Salsi w Andrea Chénier” w BSO
Elza van den Heever jako Electra w „Idomeneo” w Met
- Aida Garifullina jako Śnieżynka i Yuriy Mynenko jako Lel w „Śnieżynce”
- Magdalena  Kožená jako Penelopa i Kresimir Spicer jako Eumachiusz w „Powrocie Ulissesa do ojczyzny” w Théâtre des Champs Élysées 
- Eleonora Buratto jako Donna Anna, Isabel Leonard jako Donna Elvira i Julie Fuchs jako  Zerlina w Aix-enProvence
- Aleksandra Kurzak jako Liu w ROH
-Anna Stéphany  jako Sesto w „Łaskawości Tytusa” w Glyndebourne
- Marina Rebeka jako Leila, Mariusz Kwiecień jako Zurga i Matthew Polenzani jako Nadir  w Poławiaczach pereł” w SFO (kreacje wokalne, scenicznych nie widziałam
- Anna Netrebko jako Adriana i Piotr Beczała jako Maurizio w „Adrianie Lecouvreur” w WSO- jak wyżej

- Elina Garanča jako Eboli w OnP

- Ermonela Jaho jako Siostra Angelica i Ambroggio Maestri jako Gianni Schicchi w BSO


     Wokalne nadzieje
     - Krzysztof Bączyk
     - Szymon Komasa

Dyrygent roku
- John Nelson

Reżyser roku
- Philippowi  Stölzl

Książka roku
- Julian Barnes – „Zgiełk czasu” – Świat Książki
Nie wiem, czy to była najlepsza książka, jaka ukazała się na naszym rynku (wygrała większość znanych mi rankingów), ale z pewnością jedna z nich. Napisana komunikatywnym, prostym językiem, łatwo przyswajalna a przy tym dająca mnóstwo tematów do przemyśleń. Dymitr Szostakowicz stał mi się po lekturze jeszcze bliższy.

Kategoria specjalna – najgłupsza scena operowa w filmie fabularnym
- „Modliszka", odc. 5
Jeszcze przed chwilą była w tym miejscu zupełnie inna scena, ale konkurencja pobiła ją bezwarunkowo. Otóż w we francuskim serialu Netflixa policja wybiera się do opery z zadaniem ochronienia życia barytona śpiewającego Scarpię. Uświadomiona operowo funkcjonariuszka ostrzega kolegów, iż mord musi nastąpić najpóźniej w akcie drugim, bo potem Scarpia już się nie pojawi. A na scenie Tosca zabija barona po czym ... śpiewa "Voi lo sapete o mamma" . Tak, z "Rycerskości wieśniaczej" Mascagniego. Biedny Puccini ...

Hucpa roku
- Claus Guth – Cyganeria” w OnP

Odeszli

- Dmitri Hvorostovsky, Jiří Bělohlávlek, Kurt Moll, Stanisław Skrowaczewski, Georges Prêtre









sobota, 23 grudnia 2017

Nadine Sierra

Zastanawiałam się jaki temat mógłby dobrze posłużyć świątecznej atmosferze. W końcu przytłoczona pomysłami, które trzeba było wykluczyć już to ze względu na niekoniecznie sympatyczny ton, w którym musiałby wpis być utrzymany, już to na powagę jakiej domaga się ewentualnie opisywane dzieło, poszłam na łatwiznę. Ale jakże przyjemną! Jako pretekst posłużył mi koncert, który odbył się w Carnegie Hall z okazji kolejnej Richard Tucker Gala. Jego główną bohaterką była jak zazwyczaj tegoroczna laureatka Nagrody im. Tuckera przyznawanej najlepszym bądź najbardziej obiecującym amerykańskim śpiewakom. Nadine Sierra, bo o niej oczywiście mowa objawiła się moim uszom najpełniej ten jeden jedyny raz w pełni, czyli na żywo w marcu 2015. Miała być dla mnie tylko dodatkiem do gwiazdy wieczoru, Mariusza Kwietnia ale już po pierwszych dźwiękach dodatkiem być przestała a okazała się pełnoprawną partnerką. Zachwyciłam się wszystkim – ślicznym, okrągłym , lirycznym sopranem, dobrą techniką, interpretacją, wreszcie osobistym wdziękiem młodej (miała jeszcze przed sobą 26-ste urodziny) śpiewaczki. I miałam absolutną pewność, że już za chwilę Teatru Wielkiego nie będzie na nią stać (to był jej drugi występ  na naszej scenie, poprzednio pojawiła się na koncercie sylwestrowym 2014). Podejrzewam, że to poczucie dzieliło ze mną większość widowni. I tak też się stało, bo kariera Sierry  rozwinęła się przez te nawet nie 3 lata błyskawicznie. Wtedy miała przed sobą debiuty na najbardziej prestiżowych scenach świata, w tym w Met, dziś jest tam doskonale zadomowiona. W  Nowym Jorku pokazała się już jako Gilda , Zerlina, Ilia a za kilka dni, 29 grudnia  stanie na tej scenie jako  Susanna. Z tej wyliczanki widać, że jej głosowi sprzyja muzyka Mozarta, ale przecież nie tylko. Na razie typ sopranu koloraturowego nie predestynuje jej do cięższego repertuaru i na szczęście artystka ma na tyle rozsądku, by pozwalać swojemu instrumentowi rozwijać się w sposób naturalny, bez forsowania. Dlatego wykonywała jak dotąd tylko jedną partię Verdiego – Gildę ale w najbliższych planach ma Nannettę. Oprócz tego podąża ścieżką repertuarową doskonale zgodną z tym, czym obdarzyła ją natura: poza Mozartem (była jeszcze Paminą i nawet zdarzyła się Hrabina w San Francisco) wykonuje Donizettiego (na razie Norina i Lucia), zdarzył się także Gluck, Humperdinck, Cavalli, Britten(Tytania) i Puccini. Jako Musetta miała wystąpić na otwarcie bieżącego sezonu w ROH, ale się rozchorowała. Miejmy nadzieję, że będzie w pełni zdrowia w przyszłym roku, kiedy w jaskini lwa czyli sycylijskim Teatro Massimo zadebiutuje w partii Elviry w „Purytanach”. Czy ten repertuar jest mały? Raczej nie, biorąc pod uwagę wiek artystki, czyli zaledwie 29 lat) i fakt, że jej kariera trwa na razie dosyć krótko, mimo bardzo wczesnego profesjonalnego debiutu w partii Duszka Piaskowego w „Jasiu i Małgosi” na scenie Palm Beach Opera w 2002 ! Już rok później można było po raz pierwszy usłyszeć Nadine w radiu – zaśpiewała „O mio babbino caro” w programie o znaczącym tytule „From the Top”.  Warto dodać, że Sierra nie boi się też muzyki współczesnej i regularnie sięga po partie typu oratoryjno-kantatowego: ma przed sobą „Kadysz” Bernsteina a za sobą „Niemieckie Requiem” Brahmsa, „Stworzenie” Haydna , „Carmina Burana” Orffa i nieśmiertelnego „Mesjasza” . Wyliczanka wyliczanką, a czy rzeczywiście Nadine Sierra jest na operowej scenie kimś szczególnym? Moim zdaniem tak – są oczywiście w jej technice śpiewaczej rzeczy warte dopracowania, ale, poza głosem niepospolitej urody ma Sierra cechę, która zdarza się nawet największym gwiazdom niezbyt często – bezpośredniość i szczerość przekazu. Jest to poza tym „zwierzę sceniczne” i czuje się doskonale zarówno w rolach lirycznych, tragicznych jak i komicznych. No i – last but not least mamy do czynienia z uroczą, piękną młodą kobietą, co zawsze stanowi atut, nawet jeśli nie najważniejszy. Nie wiem, jak Państwo, ale ja 10 stycznia posłucham transmisji z Nowego Jorku, by dowiedzieć się jak brzmi w jej interpretacji mozartowska Susanna –a będzie miała u boku wspaniałych kolegów – Mariusza Kwietnia jako Hrabiego, Ailyn Perez jako Hrabinę, Ildara Abdrazakova jako Figara i Isabel Leonard w roli Cherubina.


Drodzy Czytelnicy, odpoczywajcie przy choince, cieszcie się obecnością bliskich i nie dajcie wciągnąć w polityczne spory. A jeśli zdarzy się komuś samotność lub praca – posłuchajcie muzyki, to zawsze pomaga! Pięknych Świąt!




Po koncercie w Warszawie. Kiepska jakość foty, ale bohaterowie byli szalenie mobilni

Artur Ruciński jako DOn Giovanni i Nadine Sierra jako Zerlina w Paryżu

Lucia i Piotr Beczała jako Edgardo w San Francisco



czwartek, 14 grudnia 2017

„Andrea Chénier” w La Scali



Dzień św. Ambrożego, patrona Mediolanu czyli 7 grudnia od bardzo wielu lat oznacza dla nas, operomaniaków jedno – otwarcie sezonu w La Scali. W tym roku zdecydowano się na duży wysiłek realizacyjny, z jakim zawsze związane jest wystawienie opery Umberto Giordano „Andrea Chénier”. Ostatnio cieszy się ona sporym powodzeniem na największych scenach europejskich i mieliśmy okazję do porównań z produkcjami Davida McVicara w ROH i Philippa Stölzla w BSO. Niestety La Scala przegrała z nimi wyraźnie, i to pod każdym względem. Inscenizacja Mario Martone okazała się bardzo sztampowa i złożona z samych klisz, a przecież trzymanie się libretta i didaskaliów nie musi sprowadzać spektaklu do wymiaru szkolnego. Udowodnili to właśnie McVicar i przede wszystkim Stölzl, którym takie chwalebne postępowanie nie przeszkodziło w stworzeniu przedstawień świetnych w oglądaniu i prawdziwie – mimo kostiumów z epoki - nowoczesnych (to dotyczy zwłaszcza produkcji monachijskiej). U Martone dostaliśmy obrotówkę, nieszczególnie ciekawe wnętrza (scenografia Margherita Palli, kostiumy Ursula Patzak) i jako element dodany lustra, w których można było obserwować fragmenty akcji inaczej niewidoczne i w jakiś sposób ją komentujące. Muszę przyznać, że nudziłam się na seansie okropnie, a to przy okazji „Chéniera” nieczęste zjawisko. Oczywiście temu uczuciu nie w całości zawinił reżyser, a jednak głównie on. Gdyby jednak muzyczna jakość była lepsza, pewnie i moje odczucia okazałyby się zupełnie inne. Tymczasem mediolańskie przedstawienie nie tyle było złe, co po prostu przeciętne. Riccardo Chailly  (w przyszłym roku będzie obchodził jubileusz 40-lecia współpracy z LaScalą) poprowadził orkiestrę z dużą werwą i temperamentem, ale niezbyt subtelnie. Być może moje oczekiwania co do śpiewaków były zbyt wygórowane, ale właściwie cały drugi plan (w tej operze jest przecież takich ról kilkanaście) nie zasłużył się niczym szczególnym. Ot, przyzwoita robota i tyle. Nawet scena ze Starą Madelon, która zazwyczaj wywołuje łzy w moich oczach tym razem pozostawiła je całkiem suche. Judit Kutasi to nie Elena Zilio… Z trójki protagonistów najsłabiej wypadła największa gwiazda wieczoru Anna Netrebko i znów – nie było źle, tylko przeciętnie. Na pewno z trzech ostatnich jej debiutów w nowych rolach (była jeszcze niezła Aida i bardzo dobra Adriana Lecouvreur) ten obiecuje najmniej przyszłym występom. Nie wiem, czy Netrebko cieszyła się pełnym zdrowiem, bo z górą skali miała duże kłopoty, śpiewała te dźwięki ostro i w sposób wyraźnie wymęczony. Piersiowe, głębokie doły i piękna średnica pozostały nienaruszone. Interpretacyjnie sopranistka także mnie zawiodła, wyglądało to na jazdę na autopilocie. Nie spodziewałam się, że dorówna Anji Harteros (subtelne niuanse nie są mocną stroną Netrebko), ale od współczesnej superdivy chciałoby się więcej. Dosyć trudno uwierzyć też w przemianę Maddaleny, bo jako płoche, filuterne dziewczę sopranistka jest mało wiarygodna i wokalnie i scenicznie. Słynna aria „La mamma morta” wypadła dobrze, ale na płycie było dużo lepiej, a i niedawne wspomnienie wspaniałej Harteros nie pomogło. Yusif Eyvazov zaskoczył chyba wszystkich, bo przynajmniej wokalnie mógł się jako Chénier podobać. Nie jest to mój ulubiony typ głosu, zwłaszcza, że w momentach napięcia pojawia się w nim vibrato (znów ten groszek!), ale ogólnie odebrałam go pozytywnie. Nie udało mu się stworzyć kreacji scenicznej, nie wydaje się, żeby otrzymał w tym względzie solidne wsparcie od reżysera, ale cztery arie w różnych nastrojach zostały przez tenora zaśpiewane stylowo, dość jasnym, skupionym głosem. Po raz pierwszy widziałam (słyszałam kilkakrotnie wcześniej) Netrebko i Eyvazova razem w pełnym spektaklu i okazało się, że nie wytwarzają między sobą żadnej scenicznej chemii, co paradoksalnie często się życiowym parom przytrafia.  Luca Salsi jest chyba najlepszym dzisiejszym Carlo Gérardem i pozycję tę potwierdził. Jego bohater, znacznie bardziej wielowymiarowy od barona Scarpii do którego niesłusznie bywa przyrównywany może pokazać na scenie całą gamę ludzkich uczuć. Może pod warunkiem, że jest obdarzony dużym głosem i nie musi walczyć o utrzymanie się we właściwej tonacji. Salsi ewidentnie nie musi, wobec czego skupia się na interpretacji – ze znakomitym skutkiem.  Scenicznie dał kreację standardową, ale w głosie było wszystko.  Tak odebrałam przedstawienie, które wygenerowało 11- minutową owację zgromadzonej w Teatro alla Scala publiczności. I znów się zastanawiam czy słyszałam i widziałam coś innego niż oni, czy mam problem z uszami. W każdym razie jeśli macie ochotę na Annę Netrebko w wyśmienitej formie warto w sieci poszukać zapisu niedawnego spektaklu WSO – „Adriany Lecouvreur” gdzie zarówno ona jak Piotr Beczała brzmią świetnie.
P.S. – Właśnie z La Scali nadeszły dobre wieści. Na styczeń 2021 planowane są spektakle „Króla Rogera” pod batutą zakochanego w muzyce Szymanowskiego Antonio Pappano. Będzie to wersja z ROH, reżyserowana przez Kaspara Holtena. Nazwiska śpiewaków nie są na razie znane.







poniedziałek, 4 grudnia 2017

Słabości geniusza czyli "Korsarz"

Czy warto poświęcić 100 cennych minut swego życia na kontakt z dziełem podpisanym przez wielkiego mistrza, ale wyraźnie nieudanym, takim, którego nawet sam autor by nie bronił bo całkiem nie miał do niego serca? Ja poświęciłam i nie żałuję, chociaż rzeczywiście „Korsarz”  to rzecz straszliwie standardowa i sprawia wrażenie, jakby napisał ją początkujący kompozytor i to taki nieszczególnie obdarzony talentem. Ale – uwaga –  to jest jednak Verdi i w nielicznych momentach go słychać. Historia tej opery trochę ją usprawiedliwia – napisana została szybko, do marnego libretta (i nic tu nie pomogło nazwisko autora literackiego oryginału – samego Byrona) w celu spłacenia kontraktowych zobowiązań. Wydawca nie zrobił na niej kokosów, bo po czterech latach niezbyt bujnego życia scenicznego (premiera 1848) odeszła w całkowite zapomnienie, z którego nie wyciągnęły jej nawet późniejsze triumfy Verdiego. Z niebytu wywołał ją Carlo Bergonzi w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku występując w koncertowej wersji opery. Potem, acz niezmiernie rzadko wystawiano ją na włoskich głównie scenach. W latach siedemdziesiątych „Korsarz” doczekał się nawet luksusowego  nagrania płytowego, które zrealizowano w serii wczesnych dzieł Verdiego pod batutą Lamberto Gardellego. Ale nawet ono, mimo bajecznej obsady wokalnej  - Jose Carreras, Montserrat Caballe i Jessye Norman – nie poprawiło sytuacji. W czasach nam bliższych na pokazanie dzieła współczesnej publiczności zdecydowano się w parmeńskim Teatro Regio w 2004 roku i najwyraźniej biedny „Korsarz” jakoś się do serc i uszu tamtejszej publiczności przebił, bo po pozostał w repertuarze na ładnych kilka lat. Zarejestrowano spektakl z października 2008 i całe szczęście, bo inaczej w roku jubileuszu mógłby być kłopot z projektem wydawniczym „Tutto Verdi” (nie zapisano przedstawienia z Zurychu, które dziś mogłoby wzbudzić pewne zainteresowanie ze względu na Vittorio Grigolo w partii tytułowej). Próbując zachęcić Państwa do posłuchania lub/i obejrzenia „Korsarza” powinnam zacząć od wyliczenia mocnych stron tej partytury, ale to już zostało zrobione przez nieocenionego p. Piotra Kamińskiego. Można więc tylko dodać, że w wieku dwudziestym przynajmniej dostrzegano urodę pewnych fragmentów nieszczęsnej opery, skoro na koncertach wykonywały je największe operowe tuzy z Marią Callas włącznie. Oprócz niej śpiewali je także Katia Ricciarelli, Thomas Hampson, Michael Fabiano i wielu innych. Z nagrań płytowych poza przytoczonym wyżej można polecić rejestrację spektaklu z La Fenice dokonaną w 1971 pod Jesusem Lopez-Cobos z Ricciarelli, Giorgio Lambertim, Renato Brusonem (lubił rolę Seida i śpiewał ją tak często jak się dało) i Angeles Gulin. A co wydaje się w „Korsarzu” atrakcyjne dzisiejszemu słuchaczowi? Mnie spodobała się nieco księżycowa uroda muzyki przypisanej narzeczonej tytułowego pirata Medorze i druga aria jego samego, ta więzienna  - może jedyny niestandardowy fragment opery. Poza tym mamy ciągłe powtórki schematu cavatina-scenka-cabaletta, gdzieniegdzie jakiś duet i chór. Obejrzałam cierpliwie parmeńskiego „Korsarza” z 2008 (rejestracja wcześniejsza tej samej produkcji miała słabszą obsadę mimo obecności w niej Brusona) i byłam wzruszona jej staromodną konsekwencją w trzymaniu się tekstu. Zobaczyłam dokładnie to, co powinnam, rozegrane przez reżysera Lamberto Puggellego bez udziwnień, prosto i tradycyjnie. Scenografia Marco Capuany i kostiumy Very Marzot idealnie wpisały się w tę nieczęstą już dziś metodę realizacyjną. W roli tytułowej znakomicie sprawdził się portugalski tenor Bruno Ribeiro obdarzony głosem raczej metalicznym niż ciepłym, ale może poza krótkimi chwilami wyciskania dźwięku nazbyt siłowo śpiewał bardzo dobrze. Nie jest chyba szczególnie utalentowany aktorsko, ale wykonał co trzeba przyzwoicie a wyglądał niezmiernie stylowo i atrakcyjnie, jako, że jest szczupłym, przystojnym mężczyzną. Irina Lungu jako Medora okazała się główną atrakcją wokalną spektaklu: dysponuje ciepłym, okrągłym, miękkim sopranem, pięknie frazuje i – co się z tym łączy – potrafi realizować typowe verdiowskie długie frazy legato. Nie jestem w stanie obiektywnie odnieść się do Silvii Dalla Benedetta w roli Gulnary, bo ma ona typ głosu, którego nie znoszę, mianowicie obciążony silną, gęstą wibracją zwaną potocznie groszkiem. Strasznie mnie to irytuje, co wszelkie próby oceny czyni ryzykownymi. Jako Seid wystąpił w Parmie Luca Salsi który swoją rozbudowaną rolę (dwie arie) wykonał mocnym, pewnym  i dobrze brzmiącym barytonem. Całość ze znanym dobrze z warszawskiej sceny temperamentem  poprowadził Carlo Montanaro, który zrobił dla biednego „Korsarza” wszystko, co się dało. Na koniec proponuję Wam sprawdzenie czy zła sława otacza tę operę słusznie. To nawet nie dwie godziny słuchania. Niżej znajdziecie kilka interesujących linków, w tym, jako pierwszy do omawianej dziś produkcji.







czwartek, 23 listopada 2017

Żegnaj, Dima!

Stało się. Nie ma już z nami Dimy Hvorostovskiego. Walczył dzielnie, z tą samą brawurą, którą prezentował na scenie, ale przegrał. Przegraliśmy też my, jego słuchacze i wielbiciele. Przyznaję, że dawno żadne odejście artysty operowego nie dotknęło mnie tak bardzo i tak osobiście. Dmitri Hvorostovski przez tyle lat zachwycał mnie i irytował jednocześnie, ale radości z jego słuchania miałam znacznie więcej. Nie czas dziś na przypominanie jego wspaniałej kariery – można ją sobie prześledzić w sieci. Należy przypomnieć, że Dima osierocił czworo dzieci, żonę i rodziców.  Wśród płyt do przesłuchania leży na moim stoliku ostatnie jego nagranie – „Rigoletto”. Nie wiem, kiedy się zbiorę, żeby pożegnać ten jeden z najpiękniejszych głosów na świecie … Żegnaj Dima, szczęśliwej drogi do nieba!