czwartek, 23 października 2014

Paryska "Tosca" w cieniu krzyża

Mój blog ma już 29 miesięcy i jako, że na początku pisywałam trochę za często jest to 224-ty post. Jak dotąd żaden nie traktował  jednak o „Tosce”, w co sama nie mogę uwierzyć. Wszakże pomijałam konsekwentnym milczeniem jedno najpopularniejszych w swym gatunku dzieł świata, którego tytuł znają nawet osoby dostające gęsiej skórki na samo hasło opera. Znają nie bez przyczyny – utwór to pełen chwytliwych melodii (jak zwykle u Pucciniego arie są krótkie), idealnie skonstruowany pod względem dramaturgicznym, nie wymaga od słuchacza szczególnego wysiłku ani też heroicznego trwania w teatralnym fotelu przez długie godziny. Jak wszystko, co na pierwszy rzut oka wygląda na łatwe i oczywiste stawia przed realizatorami zadania trudne i od oczywistości dalekie. Barwna i bardzo charakterystyczna orkiestracja Pucciniego potrzebuje znakomitego dyrygenta i doskonałej orkiestry, inaczej jej niuanse giną. Jeszcze trudniej o właściwych śpiewaków, bo choć postacie główne nakreślone są wyraziście, to trzeba je nie tylko wypełnić treścią wokalną, ale też osobowością. Jak wszędzie – można by powiedzieć. Nieprawda.  Przy tak niezwykłej kondensacji emocji wykonawcy muszą od początku mieć koncepcję roli i realizować ją z żelazną konsekwencją. Artystów potrafiących ominąć wszystkie te pułapki nie ma jednak wielu, a publiczność ciągle się „Toski” domaga, powstają więc masowo przedstawienia po prostu złe. I właśnie dlatego, że nie chciałam się męczyć je oglądając od chyba 3 lat żadnej „Toski” nie widziałam. Dowiedziawszy się, że nowa inscenizacja planowana jest w Paryżu też nie zamierzałam próbować, aż do momentu, w którym dowiedziałam się, że jako Scarpia debiutuje Ludovic Tezier. Znając moją barytonocentryczność bez trudu można się domyślić iż wredny baron jest mą ulubioną w tej operze postacią. Wydaje mi się  także, iż to  rola dająca najwięcej możliwości interpretacji – jacy są Floria Tosca i Mario Cavaradossi mniej więcej się orientujemy, znamy też doskonale ich motywacje. O Scarpii nie wiemy właściwie nic, nie pamiętamy nawet jego imienia, przede wszystkim zaś tajemnicą pozostaje dla nas co uczyniło go szwarccharakterem pierwszej klasy. Fenomenalnym odtwórcą tej roli był Tito Gobbi, który zarówno na scenie jak w nagraniu płytowym potrafił sprawić, żebyśmy się go bali. Do dziś nie ma sobie równych. Współcześnie mamy dwóch wyróżniających się Scarpiów, obaj potrafią nam zaproponować kompletne, aczkolwiek krańcowo różne wizje swego bohatera, ale żaden z nich niestety nie jest idealny wokalnie. Myślę o Thomasie Hampsonie (arystokratyczny, elegancki , pozornie lodowaty) i Brynie Terfelu (prostacki plebejusz nieskutecznie walczący z licznymi kompleksami). Śledząc karierę Ludovica Teziera bardzo pilnie, nie mogłam sobie odpuścić jego Scarpii. Aby jednak wszystko było w miarę po kolei zacznę od inscenizacji, która nie należy do standardowych. Czekano na nią w Paryżu długo -  poprzednia „Tosca” miała tam premierę 20 lat temu i przestano ją grać w 2012. Od chwili odsłonięcia kurtyny wiemy, że znów będziemy mieć do czynienia z zabawą w „co innego widzisz, co innego słyszysz” i jeżeli ktoś spodziewał się wnętrz precyzyjnie opisanych w libretcie, zawiedzie się srodze. Zamiast kościoła Sant Andrea de la Valle widzimy gigantyczny krzyż, będący właściwie miejscem akcji. Gdyby nie kolorystyka, przypominałby jako żywo słynny etiopski Bet Giorgis w Lalibelli. Na ścianie jednego z ramion krzyża Cavaradossi maluje „swój” obraz. Umieściłam słowo swój w cudzysłowie, bo tym razem nazwisko autora jest znane i nie brzmi ono Cavaradossi. Dzieło Williama Bouguereau nijak poza tym nie pasuje do sakralnego charakteru miejsca zaś malarz urodził się sporo po opisywanych przez fabułę konkretnych wydarzeniach historycznych. Nie muszę dodawać, że nie ma kaplicy Attavantich ani Madonny, przed którą Tosca mogłaby złożyć swój bukiet. Rozziew między fonią a wizją jest jednak trochę denerwujący, jakkolwiek to co widzimy nie byłoby eleganckie i piękne. W trzecim akcie oczywiście nie ma mowy o żadnym Castel Sant'Angelo, jesteśmy gdzieś w okolicach brzegu Tybru, mamy zarośla, kikuty drzew i biały namiot rozświetlony pełgającym światłem płomienia.  A nad tym wszystkim – znów olbrzymi krzyż w pozycji horyzontalnej. Efektowne, ale biedna Tosca nie ma skąd wykonać swego samobójczego skoku i oddala się z godnością w stronę rzeki. „I już cała opera na nic”! Christof Hetzner, wykazał się ciekawą wyobraźnią plastyczną przy projektowaniu scenografii , na kostiumy jej nie wystarczyło. Są nieszczególnie ładne, i chociaż mniej więcej zgodne z czasem akcji  Cavarossiego na przykład  ubrano w strój, w którym wygląda jak urzędnik średniego szczebla, nie zaś artysta. Trudna uroda Marcello Alvareza tylko to podkreśla. Na jego wyczyny aktorskie należy przymknąć oczy – dosłownie. Emfaza, szerokość i standardowość gestu ośmiesza postać. Szkoda, bo śpiewał Alvarez bardzo przyzwoicie, ładną barwą i z doskonałą świadomością rozmiaru swego głosu – nie próbował krzykiem tuszować niedostatku mocy. Jego Tosce, Martinie Serafin wystarczyło jej na dwa akty, w ostatnim już siłowanie się z głosem, zwłaszcza z górnym rejestrem było słyszalne. Pozostawi mi wspomnienie Toski po rzemieślniczemu poprawnej, ale jakoś tak ogólnikowej. W Paryżu z nostalgią wspominana jest Sieglinda w wykonaniu Serafin, ale to postać bardziej liryczna zaś mniej wybuchowo temperamentna. „Vissi d’arte” było ładne. I tyle. Ludovic Tezier miał zapowiadane przed spektaklem kłopoty ze zdrowiem, co wpłynęło na jego śpiew, momentami wysokie dźwięki wypychał z gardła ostatkiem sił. Ale to były tylko chwile, poza nimi głos Teriera brzmiał welwetowo jak zawsze. Czy Scarpia może mieć uwodzicielsko aksamitny głos? Może, ale wtedy należałoby dostosować koncepcję sceniczną, a tu tego zabrakło. Czegokolwiek by jednak nie napisać o śpiewakach, utrzymali oni przyzwoity poziom, czego nie da się powiedzieć o dyrygencie. Pod ciężką ręką Daniela Orena orkiestra pozbawiła partyturę Pucciniego właśnie tego, co w niej najcenniejsze, czyli wspominanych na początku posta niuansów, barw i odcieni. Jeśli ciągle gra się monotonnie głośno nie może być inaczej. Hałaśliwie nie znaczy namiętnie. Jeśli będą Państwo okazję zobaczyć to przedstawienie z innym maestro mimo wszystkich wypunktowanych już jego wad jednak je polecam. Chyba, że jesteście purystami – wtedy inscenizacji Pierre’a Audi unikajcie. Gdyby zaś ktoś z początkujących melomanów chciał się dowiedzieć, jak brzmi „Tosca” wzorcowa, powinien sięgnąć po dawne nagranie z Marią Callas, Tito Gobbim i Giuseppe di Stefano pod Victorem de Sabatą. Można też znaleźć na YT drugi akt zarejestrowany w ROH z udziałem Callas i Gobbiego. Jest to dokument bezcenny, bo stanowi chyba jedyne tego rodzaju świadectwo niezwykłości talentu boskiej Marii. Istnieje bowiem wiele zapisów wideo jej koncertów, ale większy fragment ze spektaklu jest tylko jeden, ten właśnie. I chociaż w 1964 roku jej głos nie brzmiał już tak jak wcześniej znać to nie tylko warto, ale też koniecznie trzeba

piątek, 17 października 2014

Pani Makbet



Kim jest gwiazda we współczesnej operze i czym się różni od znakomitego nawet, ale „zwykłego” śpiewaka? Odpowiedź na to pytanie w zasadzie nie nastręcza większych trudności  - ten składnik odróżniający divę lub divo od innych wykonujących ten sam trudny zawód śmiertelników to charyzma, cecha tyleż tajemnicza co trudno definiowalna. Wydaje się na pierwszy rzut oka, że to niemal identycznie jak w kinie, ale po bliższym przyjrzeniu się widać, że jednak niezupełnie. W kinie czy telewizji (tu szczególnie) przy pewnym uporze i solidnym nakładzie kosztów można wypromować zupełną miernotę, w operze – raczej nie. Nawet błędnie podpisane kontrakty płytowe z artystami przeciętnymi  skutkujące namolnym ich lansowaniem przez kilka największych firm  (celuje w tym niechlubnym procederze Deutsche Grammophon) gwiazdy nie czynią, jak to doskonale widać chociażby na przykładzie Mojcy Erdmann. A więc charyzma. To ona powoduje, że artysta zyskuje sobie rzesze wielbicieli gotowych zagryźć tych, którzy się jej nie poddali, lub, co dziwniejsze poddali nie dość. Z drugiej strony każda superstar budzi niechęć, zwłaszcza u tych, którzy uważają iż na tych fanów sobie nie zasłużyła. Budzenie kontrowersji to bowiem dla gwiazdy chleb codzienny. Dlaczego o tym wszystkim piszę? Pewnie się domyślacie, że okazji pierwszej tego sezonu transmisji z Metropolitan Opera – „Makbeta”.  Wszystkie materiały i recenzje na temat tego spektaklu zostały zdominowane przez występ Anny Netrebko w roli pani Makbetowej. Chce kto tego czy nie chce to właśnie Netrebko, obok Jonasa Kaufmanna jest dziś największą atrakcją operowej sceny a dodatkowo znajduje się w bardzo interesującym momencie kariery – przepoczwarzania z sopranu liryczno-koloraturowego w prawdziwy lirico-spinto. Zaczęła od Manon Lescaut i ma już za sobą Leonorę, trzeba jednak przyznać, że Lady Makbet to całkiem inny kaliber. Niewiele osób miało okazję usłyszeć i zobaczyć debiut Anny w tej partii (w Bayerische Staatsoper), oczekiwanie było więc napięte i nerwowe – polegnie czy nie polegnie? Dziś, po transmisji każdy meloman może mieć na ten temat własną opinię. Zanim  jednak wyłuszczę swoją  kilka słów o inscenizacji (nie za dużo, bo pewnie widzieliście sami). Produkcja to nienowa, miała premierę siedem lat temu i już wtedy protagonistą był Željko Lučić . Adrian Noble stworzył spektakl koherentny i sensowny, bez nadmiernych udziwnień i utrudniania życia śpiewakom, chociaż znalazły się w nim sceny rozwiązane nie najszczęśliwiej. Dotyczy to zwłaszcza obrazów z czarownicami machającymi radośnie  torebkami, co budzi nieuchronną i zbędną w tym miejscu wesołość.  Podobała mi się natomiast lunatyczna scena lady Makbet  kroczącej po stopniowo dostawianych krzesłach. Chwała reżyserowi za niepoddanie się modzie i brak (z jednym wyjątkiem) prób epatowania publiczności brzydotą -  bez popadania w ostentacyjną ładność. Przechodząc do kwestii wykonawczych muszę zacząć od oddania sprawiedliwości Fabio Luisiemu , bo pierwszy bodajże raz w życiu zachwyciłam się jego dyrygowaniem – idealnie wyważone akcenty dramatyczne i liryczne, doskonałe wspomaganie śpiewaków, idealne panowanie nad dynamiką dźwięku w poszczególnych grupach instrumentów i w całej orkiestrze, dobre tempa. Chór Met właściwie zawsze zasługuje na słowa uznania, tak było i tym razem, zaś szczególnie pięknie zaśpiewali  „Patria opresa” . Rene Pape jako Banco to pewniak absolutny i chyba nikt się dziwił, że okazał się w tej roli godny, autorytatywny  i szlachetny . Głos Pape to instrument nieopisywalnej urody zaś jego legato powoduje, że mogę go słuchać bez końca. W tym wypadku przyjemność, jak i partia sama była krótka, zaś artysta, po transmitowanej popołudniówce miał przed sobą jeszcze wieczorny występ jako Sarastro. Joseph Calleja  jest obecnie w świetnej formie i jako Macduff pokazał się od najlepszej strony – głos dźwięczny, skupiony, nośny – brawo. Bardzo chciałabym swój entuzjazm rozszerzyć na bohatera tytułowego, ale niestety nie mogę. Żałuję, bo Željko Lučić jest jednym z najsympatyczniejszych współczesnych śpiewaków i bardzo się starał, ale jego Makbet był od strony wokalnej poprawny (wolumen nie predestynuje go do tej partii), mimo pewnych trudności z górą skali. Interpretacyjnie zaś Lučić wydał mi się „człowiekiem bez właściwości” – zatęskniłam za Simonem Keenlysidem, który dysponuje barytonem urodą nie dorównującym głosowi Serba, ale za to ma silną osobowość sceniczną. Może jednak tak być miało, może koncepcja polegała tu na opozycji silnej kobiety i słabego mężczyzny …, chociaż to duże uproszczenie.  Mocy i charyzmy  nie brakuje  pewnością  bohaterce wieczoru, ale zacznijmy od podstaw. Wymagania, jakie stawia śpiewaczce partia Lady Makbet są bardzo wysokie – głos musi być silny, ale sprężysty, o pewnej górze i skali i jakimże dole, dobrej koloraturze. Nie musi natomiast być piękny, dobrze jest wręcz, kiedy wykonawczyni nie obawia się ostrości i tego, że momentami zabrzmi brzydko. Wszystkie te zalety jednak na nic, jeśli brak wyrazu. Głównie w związku z tym, ale nie tylko oczywiście za niedoścignioną interpretatorkę roli uważana jest Maria Callas, nie należy też zapominać o Shirley Verrett i Leonie Rysanek. Współcześnie chyba najlepiej zaprezentowała się Liudmyla Monastyrska w ROH. Netrebko nie ma głosu tak wielkiego jak ukraińska koleżanka, można by zgłosić zastrzeżenia do precyzji intonacyjnej w górze, z dolnym rejestrem piersiowym były wyraźne kłopoty. A jednak zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie ogólne, miałam uczucie obcowania z osobą z krwi i kości, nie zaś tylko z „koncepcją sceniczną”. Netrebko sławna przecież z urody swego bogatego, aksamitnego głosu nie miała też żadnych problemów z poświęceniem jej momentami dla dobra postaci. Słuchałam Netrebko  z przyjemnością, z przyjemnością też na nią patrzyłam, bo każda sekunda grania tej mrocznej roli sprawiała jej wyraźną frajdę. Ja zaś lubię oglądać ludzi tak ewidentnie kochających swoją robotę. Bo to zazwyczaj przekłada się na jej jakość.
Przy okazji słów parę o debiutującej jako gospodyni transmisji Anicie Rachvelishvili  - mam nadzieję, że będzie się w tej roli pojawiać częściej. Sympatyczna, energiczna, wręcz entuzjastyczna, swobodnie operująca dobrą angielszczyzną – wspaniały nabytek dla Met. 








sobota, 11 października 2014

Vivaldi w Kopenhadze

Los nie szczędzi mi ostatnio barokowych radości. Po warszawskiej „Agrippinie”, którą można by pokazać wszędzie i być dumnym z wielką przyjemnością obejrzałam zarejestrowany w Kopenhadze spektakl „Ottone in villa”. Pierwsza opera Vivaldiego to typowe dziecko swoich czasów – zawiera właściwe same arie (jedna z nich podwójna) i wieńczy ją króciuteńki chór, ale ma też wszelkie przypisywane swemu autorowi zalety. Inwencja melodyczna Rudego Księdza  do dziś budzi wszak wielki podziw i wydaje się większa nawet niż u Haendla.Rzecz jest  w Polsce znana z wykonania koncertowego (nawet nie trzeba dodawać w ramach jakiego cyklu – obecnie niestety zagrożonego, bo krakowscy władcy jakoś go nie lubią) )  i być może z nagrania dokonanego w tej samej obsadzie. Na scenie teatralnej  jej nie widzieliśmy i pewnie długo nie zobaczymy, należy więc korzystać z nadarzającej się możliwości. Dlatego też linkuję dla Was całość, bo jakaś miłosierna dusza wrzuciła to na YT i solennie zapewniam, że warto. W Kopenhadze nie było śpiewaków o tak znanych nazwiskach jak w Krakowie (z wyjątkiem gwiazdy w roli tytułowej, tej samej we wszystkich przypadkach), ale dla klasy wykonawczej znaczenia to nie miało żadnego. Deda Christina Colonna , reżyserka przedstawienia zaś okazała się najwyraźniej duchowo spokrewniona z naszą Natalią Kozłowską, sposób podejścia obu pań do materii barokowej opery jest  dosyć podobny. Poczytałam sobie trochę o tej pierwszej , najwyraźniej będącej osobą obdarowaną wieloma talentami – jest także tancerką baletową, aktorką , choreografką. Tych umiejętności nie mogła wykorzystać przy okazji „Ottona”, chociaż zapewne własne doświadczenia  aktorskie mogły jej być przydatne i pomocne w pracy ze śpiewakami. Colonna nie miała do dyspozycji tak bajecznej scenografii naturalnej jak Kozłowska, w Kopenhadze scenę stanowiła nieduża biała arena niezbyt gęsto zapełniona rekwizytami. Kostiumy, jak w Warszawie stanowiły mieszankę różnych stylów i epok , znalazła się nawet postać w płomiennie rudej peruce, zupełnie jak nasz Neron. Colonna domieszała jednak do tego commedię dell’arte, bo cesarz z stroju Arlekina wzięty został prosto z niej, podobnie jak jego preceptor, który przez większość akcji poruszał się na niezbyt wysokich, ale jednak szczudłach. Zapewne chodziło o to, by nauczyciel , w tym wypadku na oko sporo młodszy od ucznia choć fizycznie przewyższał władcę zasiadającego na przypominającym krzesło tenisowego sędziego tronie . Mimo tych nieortodoksyjnych akcentów fabuła toczyła się wartko i zgodnie z librettem zaś bohaterowie, mimo typowych dla baroku komplikacji (A kocha B, B kocha C itd.) i przebieranek  potrafili nam przekazać to, co najważniejsze – ludzkie emocje. Główną niespodzianką okazała się dla mnie Sophie Junker, belgijska sopranistka w roli Caia tak dobra, że nawet Sonia Prina znalazła się nieco w jej cieniu. Junker dostała się wprawdzie muzycznie najciekawsza partia w całej operze, ale jak ona to wykorzystała! Pewny i pełny głos, precyzyjne ozdobniki, dobre aktorstwo, a ostania aria Caia to już według mnie mistrzostwo. Prina Ottona śpiewa nie od dziś, to doświadczenie słychać (pozytywnie), chociaż głos stracił już troszkę na blasku. Ale z podziwem słucha się, jak ona operuje nastrojami i kolorami, z jaką intensywnością potrafi być jednocześnie postacią komiczną i dramatyczną. Deborah York jako Tullia  przebrana za chłopaka jest urocza,  zaś jej jasny, dźwięczny głos  może nie zapisze się złotymi zgłoskami w historii, ale na bieżąco stanowi dla ucha prawdziwą przyjemność. Najmniej przekonała mnie do siebie Sine Bundgaard jako Cleonilla. Nie było żadnych ewidentnych błędów, ale głos jakich wiele, zaś postać, kojarząca się typem z haendlowską Poppeą nie miała połowy uroku ani temperamentu Barbary Zamek. Jedyny w tym towarzystwie pan, Leif-Aruhn Solen wykonał swoje zadanie efektywnie, za co należą mu się gratulacje, bo to właśnie on  musiał, poza śpiewaniem skupić uwagę na utrzymaniu równowagi na szczudłach, co z pewnością łatwe nie było. Z radością odkryłam w tym spektaklu kolejny świetny zespół instrumentalny wyspecjalizowany w wykonawstwie historycznie poinformowanym (pokraczny termin) – Concerto Copenhagen. Duńczycy mają prawdziwie południowy temperament i doskonale wydobyli z partytury jej włoską melodyjność, w czym spora zasługa ich szefa, Larsa Ulrika Mortensena. Dyrygent wykazał się doskonałą podzielnością uwagi, bo, zgodnie z dzisiejszą modą został też zaangażowany w akcję sceniczną (nie tylko on, także jego pierwszy skrzypek). Zobaczcie ten spektakl. Oprócz tych, którzy nie przepadają za barokiem ucieszy chyba wszystkich.
https://www.youtube.com/watch?v=XZr00s3edWQ

niedziela, 5 października 2014

"Trubadur" zdekonstruowany w Berlinie

Sytuacja jest co najmniej kłopotliwa, przynajmniej dla mnie. Berlińskiego „Trubadura”  oglądałam miotana sprzecznymi uczuciami: z jednej strony całkowicie pochłonięta tą niezwykłą inscenizacją i pełna podziwu dla jej realizatorów, z drugiej strony zaś dręczona niewygodnym poczuciem, że coś się tu nie zgadza. Najogólniej mówiąc litera wzięła całkowity rozbrat z duchem i zapanowała nad nim niepodzielnie. Philipp Stölzl poszedł rzadko wybieraną drogą – poprzez zasadniczą wierność tekstowi libretta chciał chyba wydobyć i podkreślić jego absurdalność i groteskowość. Zamiar ten wcielony w życie z imponującą konsekwencją byłby całkowicie usprawiedliwiony w teatrze dramatycznym, ale w operze mamy jeszcze pewien drobiazg – muzykę. Zaś partytura Verdiego pulsuje prawdziwymi, głębokimi emocjami , które można (choć za nic nie wolno) zniwelować tylko w jeden sposób – przez kiepskie wykonawstwo.  Pod tym względem zaś berliński spektakl miał pewne wady, o których niżej, ale ogólnie był dobry. Z tych właśnie przyczyn z każdą minutą spędzoną z tym „Trubadurem” czułam się coraz bardziej niepewnie. Owa ambarasująca produkcja miała premierę w marcu ubiegłego roku na Wiener Festwochen, ale wówczas doczekała się właściwie tylko lokalnego odzewu, bo nie występowały w niej gwiazdy (Artur Ruciński jeszcze tej pozycji nie osiągnął). Osiem miesięcy później w Berlinie napięte oczekiwanie i walka o bilety związana była z debiutem Anny Netrebko  w roli Leonory i Placida Domingo jako Hrabiego Luny. Sądząc po zdjęciach z  Wiednia przez ten niedługi czas koncepcja sceniczna się rozwinęła i niektórzy bohaterowie (np. Manrico czy Ines), zyskali jeszcze bardziej szalone fryzury. Szaleństwo, w którym jednakowoż jest metoda to najwłaściwsze słowo na opisanie tego, co dzieje się na scenie. Połączenie mrocznej opowieści z wieloma zbrodniami w tle z elementami commedii dell’arte  i niesłychanym wyrafinowaniem plastycznym dało efekt obłędnej groteski. Zrobiło to, może dzięki żelaznej konsekwencji i dyscyplinie z jaką zostało zrealizowane na mnie dużo większe wrażenie, niż  ostentacyjnie nadmiarowa i barokowa  produkcja monachijska.  Zwłaszcza, że właściwie każdy kadr można potraktować jak osobne dzieło malarskie inspirowane hiszpańskim barokiem – Zurbaran czy Velazquez jak żywy. Niezwykle efektowna jest również gra światła i cienia, momentami także służąca jako narzędzie wszechobecnej ironii – jak w scenie z Leonorą i zbliżającym się do niej „katem”. Fantastycznie skomponowano ruch we fragmentach zbiorowych – każdy chórzysta ma co robić i jego czynności wynikają logicznie z koncepcji całości. Ale, przy wszystkich zaletach ma ten spektakl zasadniczą wadę właśnie z niej wynikającą – bohaterowie zamienili się w marionetki  groteskowe jak cała reszta. Ocalał tylko … Ferrando, ważniejszy w tej inscenizacji niż zwykle i znacznie ciekawszy. W dużej mierze to zasługa wykonawcy roli traktowanej zazwyczaj po macoszemu przez reżyserów. Adrian Sâmpetrean dysponuje jednak nie tylko głosem o właściwej barwie i głębi, ale także potężną indywidualnością aktorską. Złowrogi „ochroniarz” Hrabiego Luny okazał się dla mnie jedną z głównych atrakcji wieczoru. Nie da się tego samego powiedzieć o jego szefie. Placido Domingo nie łapał oddechu tak spazmatycznie jak później w Salzburgu, co nie znaczy że partia nadaje się na jego głos. Pomijając już kwestię różnicy wieku między nominalnymi braćmi (na to można przymknąć oko), braku właściwej, barytonowej tessitury pominąć się nie da. Poza tym miałam silne wrażenie, że Domingo nie czuje się w tej inscenizacji komfortowo, wręcz jest trochę wobec niej bezradny.  Jego oldskulowe (w pozytywnym sensie) aktorstwo, które może być prawdziwym atutem w spektaklu bardziej tradycyjnym tutaj się nie sprawdza. Mogę sobie wyobrazić Andrzeja Dobbera, który nie tylko znacznie lepiej by tę rolę śpiewał, ale jednym spojrzeniem potrafił zmrozić publiczność i partnerów. Gaston Rivero  (znamy go z warszawskiego „Don Carlo”) okazał się problematycznym trubadurem.  To dość przyjemny w brzmieniu tenor, jednak o rozmiar za mały, czego nawet rozwinięta technika nagraniowa nie może pokryć. W podobnej sytuacji Francesco Meli niesłychanie skutecznie ratuje się elegancją, pięknym frazowaniem, ciepłem. Rivero ma te cechy i umiejętności na poziomie przeciętnym. Marina Prudenskaya także nie została przez naturę obdarzona potężnym głosem, za to posługuje się nim modelowo. To na pewno nie jest Azucena z tych, przy których mróz chodzi po kościach, ale taka, której można nawet współczuć – tragiczna, krucha, zastanawiająco młoda. Wszystko to doskonale słychać, a przy tym mezzosopran Prudenskiej ma piękną, nasyconą barwę. Nie będąc fachowcem nie wiem, jak od strony technicznej ona to robi, ale mimo trochę wydawałoby się niedostatecznego rozmiaru, jej głos bez kłopotu przebija się przez orkiestrę i chór (tak samo było, gdy śpiewała Wenus w „Tannhauserze”). Jak przy okazji większości debiutów w konkretnej partii Anna Netrebko nie wszystko sobie jeszcze w niej poukładała. Słychać było trochę niepokojących zaostrzeń brzmienia, ale poza tym bogata barwa tego niepowtarzalnego głosu i naprawdę piękne legato sporo może wynagrodzić. Słyszałam poza tym dwie następne Leonory Netrebko i wiem, że jej koncepcja tej roli dojrzała nadzwyczaj szybko. Daniel Barenboim nadał Staatskapelle Berlin niezwykle skoncentrowane brzmienie, grali wyraziście, z licznymi kontrastami dynamicznymi, z temperamentem czasem aż nadto rozbuchanym. Ale na szczęście (zwłaszcza dla Dominga) Barenboim należy do dyrygentów kochających i wspomagających śpiewaków, nie pozwolił ich więc zagłuszać.A swoją drogą na razie "Trubadura" mam  trochę dość.  Na jakiś czas wystarczy.Gdyby ktoś miał ochotę sprawdzić tę produkcję, link prowadzi do całości.














poniedziałek, 29 września 2014

"Latajacy Holender" w Wiedniu



„Latający Holender” (czy też w wersji ładniejszej „Holender tułacz”) to opera, od której powinno się swoją przygodę z Wagnerem zaczynać. Nie dlatego, że to dzieło stanowiące istotny jakościowy przełom w twórczości autora, ale z przyczyny bardziej praktycznej. W ten sposób można nierzadko niechętnego i wystraszonego delikwenta przekonać, iż twierdzenie o rzekomej niemelodyjności tej muzyki jest całkowicie bezpodstawne (nie trzeba mieć słuchu absolutnego, aby po pierwszym kontakcie np. z chórem marynarzy z trzeciego aktu zanucić go samemu) a nadto nie każdej wagnerowskiej operze trzeba poświęcić pół dnia.  A jak człowiek pokocha już „Holendra”, to zazwyczaj przepadło, naturalna ciekawość zaprowadzi go do „Lohengrina”, „Tannhausera”, wreszcie tetralogii i jeszcze dalej. Byle spokojnie i  bez zarzucania początkującego tyradami o genialności kompozytora. Mniej więcej tak rozwijała się moja wagnerowska ścieżka i myślę, że była dobra. „Holendra” zaś do dziś nie cenię wcale mniej niż bardziej monumentalne dzieła mistrza. Dlatego jestem ciekawa każdej następnej inscenizacji i nie pomijam żadnej mi dostępnej. Tym razem żądająca zazwyczaj słonej opłaty za swoje transmisje internetowe Wiener Staatsoper w ramach zanęty pozwoliła nam obejrzeć swój spektakl za darmo, skorzystałam więc chętnie. Produkcja oczywiście ma już swoje lata, zaś prezentowane przedstawienie było już pięćdziesiątą drugą jej odsłoną. Christine Mielitz nie siliła się na nowatorskie pomysły realizując dokładnie to, co zostało zapisane w tekście muzycznym i literackim uwypuklając może troszeczkę elementy nieco współczesne kobiety irytujące. Nie tylko feministki zastanawiają się nad tym, dlaczego odkupienie grzechów mężczyzny ( nie znamy konkretów, ale musiały być bardzo ciężkie) wymaga poświęcenia kolejnej, kobiecej ofiary. Trudno, ten motyw występuje u Wagnera regularnie zaś kto wie coś o nim samym i jego życiu wie też, że damy pełniły w nim role raczej służebne. Poza tym mistrz nie wymyślił przecież tej historii, ona „tylko” zapłodniła jego niepospolitą wyobraźnię. Fabuła zawiera mnóstwo elementów uważanych powszechnie za romantyczne, począwszy od samego tła – morze, wiatr, ciemności, w których czai się nieznane – a na bohaterach skończywszy – mroczny, niebezpieczny Holender i jasna, rozmarzona Senta. A co mamy na wiedeńskiej scenie? W zasadzie to, co powinniśmy. Począwszy od drugiego aktu znajdujemy się chyba na pokładzie statku-magazynu, który pełni różne role, zaś w tle mamy jedyny element współczesny – panoramę rozświetlonego kolorowo wielkiego miasta z wieżowcami typowymi dla naszych czasów. Cóż, mit tułacza jest przecież wieczny. Akcja toczy się zgodnie z librettem i tylko w dwóch momentach miałam wątpliwości co do sposobu jej poprowadzenia. Niekonieczna wydała mi się natychmiastowa i zbiorowa realizacja seksualnych popędów marynarzy w trzecim akcie kończąca się właściwie gwałtem. Zaś Senta dokonująca ostatecznego wyboru śmierci przez samospalenie (niczym idąca żywcem na stos Siegfrieda Brunhilda) wydała mi się niepotrzebnym wyolbrzymieniem. Ogólnie jednak to taka inscenizacja, która ani nie angażuje nadmiernie, ani nie boli. Nadaje się doskonale do pokazania początkującemu, bo zaczynać należy po bożemu. Ale gdzież jej tam do wizji Harry’ego Kupfera z Bayreuth (1985) czy nawet do mojej ulubionej wersji (o dziwo) Martina Kuseja .Od strony muzycznej też przedstawienie jakoś mnie nie porwało. Graeme Jenkins dyrygował porządnie (choć dynamika brzmienia wymknęła się trochę spod jego kontroli) ale nie czułam ani wiatru we włosach, ani grozy w monologu Holendra. To  niestety trzeba przypisać Brynowi Terfelowi. Bardzo go lubię, ale wydaje mi się, że jego kariera w ostatnich latach skręciła nadmiernie w stronę Wagnera . Do jego Holendra mogłabym zgłosić te same zastrzeżenia, co do Wotana – brak odpowiednio bogatej barwy głosu i odpowiedniego wolumenu. Może moim odczuciom winien jest znów bajeczny w tej partii Simon Estes, nie wiem. Terfel tworzy dobrą rolę, ale między nim a jego Sentą brak cienia chemii. Na szczęście Ricarda Merbeth stanowi najmocniejszy punkt obsady, śpiewa znakomicie, głos ma mocny, piękny, skoncentrowany, bez słyszalnego wysiłku przedzierający przez grzmiącą orkiestrę. Przy tym równie atrakcyjnie brzmi w lirycznych i dramatycznych fragmentach roli. Obaj tenorzy zaprezentowali się godziwie,  a Sternik – Thomas Ebenstein nawet doskonale. To mała rólka, ale napisana na głos liryczny , który w swojej pieśni musi stanąć do swoistego pojedynku o bycie słyszanym. Udało się, a warto było słyszeć! Norbert Ernst miał pewne niedostatki w mocy, ale i tak jego Erik mnie wzruszył, śpiewak  pozwolił się odbiorcy zidentyfikować ze zwyczajnych facetem, któremu los zgotował dramat.  Peter Rose jako Daland mnie nie zachwycił, głos ładny, ale jakoś zmatowiały. I tym razem usłużna pamięć podsunęła mi tę partię w wykonaniu Mattiego Salminena. Co nigdy nie jest dobrym znakiem, bo nie wspominasz innych w czasie czyjegoś występu, jeśli pochłonie cię on bez reszty.