środa, 11 stycznia 2017

"Nabucco" w Met



Stareńka produkcja (2001), na scenie wiekowy jak na aktywnego śpiewaka bohater tytułowy, za pulpitem równie niemłody i bardzo schorowany dyrygent. Czy to może dobrze wróżyć spektaklowi? Miałam takie wątpliwości, ale ageizm należy zwalczać więc  dałam szansę transmitowanemu z Nowego Jorku „Nabucco”. Oczywiście oprócz kwestii kalendarzowych w grę wchodzi inny, bez końca omawiany we wszystkich recenzjach problem – czy tenor, nawet o ciemnej barwie i pozycji żyjącego bóstwa sceny operowej powinien zabierać robotę barytonom. Moim zdaniem – lepiej nie, ale … No właśnie, gdzież te pokrzywdzone przez tenora rzesze barytonów verdiowskich, którym odebrał chleb? Nie ma, niestety. A samoczynnie nasuwa się kolejny argument – dziesiątki razy słuchaliśmy wykonań, w których typ głosu artysty niezupełnie był zgodny z tym, co zapisano w nutach i nie rozdzierano szat, jak czyni się w  tym konkretnym przypadku. Dajmy więc sobie z tym spokój i skupmy na tym, co zobaczyliśmy i usłyszeliśmy. Inscenizacja Elijaha Moshinsky’ego jest dla niego typowa – ostentacyjnie staromodna, dosyć bogata, w kostiumach z epoki, opowiedziana po kolei i bez eksperymentów. Takie przedstawienia chyba nawet w Met zaczynają już mieć opinię zakurzonych reliktów przeszłości i zapewne niebawem umrą śmiercią naturalną. Zbliża się czas, w którym młodzi odbiorcy opery nie będą już mieli szans na zobaczenie klasyki wystawionej po bożemu, bo komu by się chciało szukać wśród starych DVD … Ja należę do pokolenia wychowanego na takich produkcjach i chociaż także odczuwam ich nieprzystawalność do dzisiejszych trendów od czasu do czasu lubię sobie przypomnieć jak się dawniej opery pokazywało. W związku z tym nic mnie w tym spektaklu boleśnie nie uwierało, ale też nic nie ekscytowało ani  nie dawało do myślenia. Mam tylko pewną pretensję do J. Knighten Smita, który pilnował wznowienia o brak wsparcia strony aktorskiej u solistów. Kto w tym kierunku utalentowany, jak Domingo czy Jamie Barton sam dał sobie radę, z resztą było kiepskawo. Muzycznie rzecz wsparła się na barkach dwóch nie tak kruchych jak mogłoby się wydawać dżentelmenów. James Levine i Placido Domingo wciąż, po wielu latach i setkach wspólnych występów (jak skrupulatnie wyliczono to był ich 329-ty raz w Met, a gdzie inne teatry i nagrania) stanowią zwycięską drużynę, której się nie zmienia. Ze zdumieniem patrzyłam na siłę dyrygującego z wózka inwalidzkiego Levine’a, na cieszącą oko pasję z jaką pracował. To plus oczywista miłość jaką swego mistrza darzy orkiestra przełożyło się na żywą, energetyczną interpretację muzyki. Domingo jest obecnie w znakomitej formie wokalnej, to był stanowczo jego najlepszy Nabucco. Oczywiście tym, co nadal robi na odbiorcach wrażenie kolosalne jest jego osobowość i naturalny autorytet co podparte starannie przemyślaną interpretacją roli sprawia, że już nie tęsknię za prawdziwym barytonem chcąc podziwiać ten fenomen jak najdłużej. Wiem, że nie wszyscy tak to odbierają  - ale cóż – jak tak mam i pewnie już zawsze dobre występy Dominga będą mnie zachwycać a słabsze martwić. Tym razem nie  było powodów do tego ostatniego. Żal mi troszkę było, że ukraiński bas Dmitry Belosselskiy nie dorównał poziomem wokalnym swym kolegom. To bardzo ładny głos o prawdziwych basowych wibrujących dołach, ale instrument liryczny raczej, pozbawiony siły niezbędnej do roli Zaccarii , zwłaszcza przy gigantycznej widowni jaką dysponuje Met. Belosselskiy ma ponadto wyraźny problem z górą skali. Szkoda, bo kiedy muzyka wymaga pięknego brzmienia , długich fraz w średnicy jego głos brzmiał pięknie. Liudmyla Monastyrska śpiewa karkołomną partię Abigaile od lat, ale wbrew zasłyszanym doniesieniom szczególnych szkód jej to nie uczyniło. To wciąż sopran o niesamowitej potędze i giętkości zdolny do pokonania trudności roli z pozorną łatwością. Jedyne, co mi w śpiewaniu Monastyrskiej przeszkadza, to wrażenie jakbym miała przed uszami dwie zupełnie różne wokalistki, różnice barwowe w całej skali są za duże. Takie zjawisko występuje naturalnie u kontraltów, ale u sopranów być go nie powinno. Drugoplanowe postaci Feneny i Ismaela zyskały obsadę wręcz luksusową – Jamie Barton i Russell Thomas podarowali im swe piękne, pełne, bogate głosy i oboje śpiewali wspaniale. A na finał posta – oczywiście chór,  główny bohater „Nabucca”, któremu Verdi napisał nie tylko nieśmiertelny przebój (często, także i tu bisowany), ale całą świetną rolę. I chociaż ja najbardziej w niej lubię scenę z drugiego aktu, w której chór staccato dialoguje z Ismaelem  także poddałam się urokowi „Va, pensiero” . Śpiewacy z Met wykonali tę arię po mistrzowsku. Całą resztę niemałej partii też. 



sobota, 31 grudnia 2016

2016 w operze

Czas na kolejne roczne podsumowanie - to już czwarte na moim blogu . Jak zawsze jest ono czysto subiektywne, także w tym sensie, że jako zwykła polska operomaniaczka nie uprawiająca wymarzonego zawodu rentiera mam ograniczone możliwości czasowe i przede wszystkim finansowe. Siłą rzeczy jestem skazana na „teatr blisko domu”, w tym wypadku warszawski TWON i kilka wycieczek na spektakle gdzie indziej. Perturbacje zdrowotne zatrzymały mnie w rodzinnym mieście na czas wakacji, więc i z festiwalowych koncertów i atrakcji wiele nie użyłam. Na szczęście są także liczne transmisje kinowe, sieciowe i telewizyjne. Tym niemniej zdarzają się przypadki, że o  jakimś konkretnym przedstawieniu słyszę dużo i dobrze, a nijak nie mogę go zobaczyć. W tym roku szczególnie bolesna była niemożność bycia świadkiem wagnerowskich debiutów Anny Netrebko i Piotra Beczały w drezdeńskim „Lohengrinie”. Jak zawsze we wspominkach o tym, co mi się wśród obejrzanych i wysłuchanych spektakli wydało najlepsze nie stosuję stopniowania, bo zwyczajnie ani nie umiem, ani nie wydaje mi się to potrzebne.

     Spektakl roku: 
-      Amleto” Franco Faccio w Bregencji
-      „Lady Makbet mceńskiego powiatu” w Lyonie
-      „Czarodziejski flet” w Warszawie
-      „Łaskawość Tytusa” tamże
-      „Don Pasquale” w Krakowie
-      „L’Amour de loin” w Nowym Jorku
-      „Roberto Devereux” tamże

Pamiętnych spektakli było w 2016 trochę mniej niż rok wcześniej, ale za to aż 3 u nas, w Polsce. Szczególnie cieszę się z dwóch mozartowskich, które pokazał „mój” Teatr Wielki. Może Was nieco zdziwić obecność na tej liście „Roberta Devereux”, ale uważam, iż takie tradycyjne w najlepszym sensie tego słowa przedstawienia, należy cenić i docenić. Poza tym cieszy mnie nagła popularność „Lady Makbet mceńskiego powiatu”, mającej w 2016 dwie doskonałe odsłony – bardzo dobrą w Monachium i  jeszcze lepszą w Lyonie. A już w lutym 2017 transmisja tej wspaniałej opery z Amsterdamu.

DVD roku:
- „Saul” z Glyndebourne
- „Rape of Lucretia” z Glyndebourne







CD roku – recital, pieśń
-      Verismo” Anna Netrebko
-      „Farinelli” Ann Hallenberg
-      „In War  and Peace” Joyce DiDonato
-      „Chants d’Auvergne” Karina Gauvin
-      „Oh, Boy” Marianne Crebassa

CD roku – pełna opera
-      „Idiota” Weinberga  (PanClassics)
-      „Adriano in Siria” Pergolesego (Decca)







Role roku
- Anita Rachvelishvili jako Dalila w Paryżu
- Pavel Černoch jako Amleto i Iulia Maria Dan jako Ofelia w Bregencji
- John Lundgren jako Wotan w Bayreuth
- Ausrine Stundyte jako Katarzyna Izmajłowa w Lyonie
- Anja Kampe  jako Katarzyna Izmajłowa w Monachium
- Kacper Szelążek jako Ariodante i Olga Pasiecznik jako Ginevra w Warszawie
- Mariusz Kwiecień jako król Alfons, Elīna Garanča jako Leonor i Matthew Polenzani 
  jako Fernand w Monachium
- Mariusz Kwiecień jako Zurga w Nowym Jorku  
- Charles Castronovo jako Faust („Mefistofele”) w Baden Baden
- Marianne Crebassa jako Cherubino i Eleonora Buratto jako Hrabina w Amsterdamie
- Susanna Philips jako Clemence i Tamara Mumford jako Pielgrzym (L’Amour de loin”) 
   w Nowym Jorku
- Tomasz Konieczny jako Telramund w Wiedniu
- Aleksandra Kurzak jako Rachela w Monachium      
Tu miałam kłopot z ograniczeniem liczby kreacji wokalno-aktorskich, które mi się podobały. Tłumaczę to tym, iż łatwiej nawet z niedobrej produkcji wyłuskać dobre role niż znaleźć świetny całościowo spektakl.

     Wokalne nadzieje
Nawet nie wiecie, jak mnie raduje fakt iż nie mogę wymienić konkretnych nazwisk z obawy, że któreś pominę - taką mamy masę wspaniałych, polskich talentów. Niektórzy z nich zaczęli swoją drogę ku gwiazdom i już, już za chwilę na operowym firmamencie zabłysną. Niebawem zamierzam poświęcić im osobny post. Natomiast moim osobistym odkryciem jest  śpiewaczka do kategorii młodzieżowej nienależąca, ale ja jej wcześniej nie znałam – Ausrine Stundyte.
 
Dyrygent roku
- Kirill Petrenko – „Lady Makbet mceńskiego powiatu”  w Monachium


W tym wypadku jak rzadko nie miałam szczególnych problemów z wyborem. I tylko żal, że Petrenko już tylko przez rok zostanie w Monachium by odejść do Berliner Philharmoniker.

Kategoria specjalna
- Monica Bellucci i Ana Maria Martinez za wspólną kreację aktorsko-wokalną w trzecim sezonie "Mozart in the Jungle", gdzie dały twarz i głos La Fiammie


Bawcie się dobrze w Sylwestra i niech 2017 przyniesie nam wszystkim wspaniałe wrażenia muzyczne!



niedziela, 18 grudnia 2016

"Czarodziejski flet" w Warszawie

Lubię przedstawienia, dzięki którym jak dziecko zapominam o tym, co już widziałam dziesiątki razy i oddaję się nieskrępowanej radości „tu i teraz”. „Czarodziejski flet” od niepamiętnych czasów należy do moich ukochanych oper właśnie ze względu na to, że nawet dziś budzi we mnie uśpione na co dzień dziecię. Pierwsze moje zetknięcie z tym magicznym dziełem odbyło się w warszawskim Teatrze Wielkim dawno, dawno temu i pamiętam z niego tylko dwie rzeczy. Po pierwsze chwilową konsternację kiedy ze sceny padły słowa Trzech Dam „Ach jaki piękny młodzieniec” (śpiewano po polsku) a zobaczyłam niedużego, krągłego pana w sile wieku, którego ani przymiotnik, ani rzeczownik w najmniejszym stopniu nie opisywał. I po drugie, znacznie ważniejsze swój końcowy zachwyt, bo z biegiem akcji nawet dla mnie, osóbki wielce nieletniej przestało być ważne jak tenor wygląda. Od tego momentu minęło wiele lat i wiele przedstawień a gotowość na powrót do dziecięcych czarów pozostała ta sama, więc w świetnym  nastroju zasiadłam sobie znów na widowni tego samego Teatru Wielkiego w oczekiwaniu na muzyczno-sceniczną magię. I dostałam! Produkcja, którą nam zaprezentowano od premiery 4 lata temu w Komische Oper Berlin przewędrowała  świat - jeśli dobrze liczę TWON jest  siódmym pokazującym ją teatrem, i ta siódemka okazała się ze wszech miar szczęśliwa.  Przede wszystkim spektakl nadaje się doskonale dla widza w bardzo różnym wieku i o różnych doświadczeniach operowych. Nikt nie będzie się nudził , najwyżej nie odbierze jakichś aluzji i powiązań kulturowych, co nie pozbawi go przyjemności z oglądania. Czy musimy wiedzieć, do jakich postaci kina niemego (Louise Brooks jako Lulu, Max Schreck jako Nosferatu, Buster Keaton) nawiązują wizerunki Paminy,  Monostatosa i Papagena? Niekoniecznie (Papageno może też się kojarzyć ze znacznie współcześniejszejszym bohaterem „Maski” za sprawą neonowo żółtego garnituru). I tak ubawimy się przednio. „Czarodziejski flet”, mimo swej masońskiej legendy i próbom nadawania librettu ciężaru gatunkowego, jakiego zwyczajnie nie ma powinien  bawić i wzruszać, nie prowokować do szukania intelektualnych głębi. Pewien recenzent straszliwie się zapędził narzekając na spłaszczenie „filozoficznej wymowy dzieła”. Tymczasem owa filozofia jest u Schikanedera na poziomie dzieł zebranych Beaty Pawlikowskiej alias Blondynki. Najgorszą wersją „Fletu” w moich wspomnieniach pozostaje ta z Zurychu – była straszliwie serio, napakowana wolnomularskimi symbolami i dosłowna, gdyby nie świetni śpiewacy (Malin Hartelius, Piotr Beczała i Matti Salminen) nie wytrwałabym. Barrie Kosky, Suzanne Andrade i Paul Barritt nie poszli na szczęście tą drogą, jedynym gorzkawym akcentem w ich interpretacji jest dyskretne podkreślenie paternalistyczno-mizogonicznej wymowy tekstu. Tym z Czytelników, którzy o przedstawieniu nie słyszeli należy się próba opisu – skondensowanego, bo właściwie wystarczy spojrzeć na zdjęcia. Po odsłonięciu jaskrawo czerwonej kurtyny widzimy wielki biały ekran – na nim wyświetlane są projekcje stanowiące integralną część akcji. Postaci realne i animowane współistnieją i współpracują na równych prawach, jak Papageno i towarzyszący mu czarny kot budzący prawdziwy entuzjazm publiczności. A czasem nawet stapiają się w jedno, jak w wypadku Królowej Nocy przedstawionej nam jako gigantyczna modliszka. Akcja potoczyście posuwa się do przodu bo zrezygnowano z masy dialogów mówionych po niemiecku zastępując je właściwymi dla niemego kina napisami. Jest nawet „taperka”, Anna Marchwińska na pianoforte towarzysząca napisom (jak niegdyś bywało) we fragmentach dwóch fantazji Mozarta. Nie należę do purystów narzekających na ten zabieg, ale strasznie mi było żal drastycznego ograniczenia przezeń roli Papageny (sami rozumiecie…), której pozostał właściwie tylko „dzieciorobny” duet z Papagenem. Oczywiście w beczce miodu znajdziemy łyżeczkę dziegciu, bo taki sposób realizacji  odbiera dyrygentowi autonomię (musi wpasować się idealnie w tempo animacji) a śpiewakom możliwość interpretacji aktorskiej. To ostatnie działa na korzyść interpretacji wokalnej, która w tej sytuacji  pozostaje podstawowym środkiem wyrazu .Co koniec końców nie jest wcale złe. A dalej – popatrzcie, a jeszcze lepiej przyjedźcie do Warszawy zobaczyć sami, nie pożałujecie, jako, że na domiar dobrego rzecz wykonują dwie bardzo wyrównane ekipy śpiewacze. Nieprzezwyciężona niechęć do premier i gal sprawiła, że trafiłam na tzw. drugą obsadę, która okazała się (piszę po konsultacjach z tymi, co zaliczyli obie) tylko w jednym punkcie słabsza od pierwszej, za to w innym – lepsza. Orkiestrę poprowadził  niezgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami Piotr Staniszewski i zrobił to dobrze – muzyka brzmiała energetycznie, miała mozartowski blask (chociaż początek uwertury tego nie wróżył). Młody tenor, Manuel Günther okazał się Taminem znacząco lepszym (podobno) niż jego kolega z premiery – przyjemny głos, legato wysokiej jakości, wdzięk i doskonała dykcja (niby powinno być dla Niemca w tym wypadku naturalne, ale wszyscy wiemy, że nie zawsze jest). Nie ustępowała mu jego Pamina, Lucyna Jarząbek. Było to moje pierwsze spotkanie z tą artystką i na następne będę czekać z nadzieją. Nasz Papageno, Mikołaj Trąbka to z pewnością duży talent i baryton  mimo szczenięcego wieku (24 lata) już dobrze śpiewający, ale na razie jego głos nie wydaje się rozmiarem odpowiadać TWON. Instrument ten może się z czasem rozwinąć i na to liczę, bo jest niepośledniej klasy. Joanna Moskowicz bez trudności podbiła publiczność wściekłymi ozdobnikami Królowej Nocy. Mateusz Stachura również wzbudził potężny aplauz – jego Monostatos nie tylko był ciekawy jako postać, ale też interesująco zaśpiewany charakterystycznym tenorem. Oba tercety – Dam : Marcelina Beucher, Agata Schmidt i Anna Borucka oraz Chłopców : Adam Siwek, Leon Marut i Mikołaj Winkler brzmiały znakomicie, podobnie jak Zbrojni Mężowie : Pior Maciejewski i Paweł Kołodziej. I tylko Volodymyr  Pankiv zawiódł jako Sarastro  prezentując chropowaty głos i zaledwie poprawne śpiewanie. Cały  spektakl, wymagający żelaznej dyscypliny i precyzji okazał się prawdziwym przebojem i dziełem autentycznej zespołowej roboty jakiej dawno w TWON nie widziałam.
P.S. Zgadnijcie, jak się kończy pierwszy odcinek trzeciego sezonu mego ukochanego serialu "Mozart in the Jungle". " Pa-pa-pa, pa-pa-pa, Papagena..."















Drodzy Czytelnicy w Polsce i szerokim świecie – na Święta życzę, żeby nam wszystkim najpiękniejsza muzyka grała w uszach i sercach. Także jeśli Świąt nie obchodzicie i są to dla Was zwyczajne dni. 

piątek, 9 grudnia 2016

Bravo, Bravo Don Pasquale! (w Krakowie)

Świat wokół robi się coraz agresywniejszy i mniej przyjazny – w takich warunkach miło się od niego przynajmniej na chwilę mentalnie odciąć i udać w rejony, w których rzeczywistość, choćby skrzeczała bardzo głośno jest niesłyszalna. Taką terapeutyczną funkcję wyznaczyłam spektaklowi „Don Pasquale” i już wsiadając do pociągu poczułam się świąteczniej i słoneczniej niż na co dzień . Samo zestawienie nazwisk Donizetti – Kwiecień, które tyle przyjemności przyniosło mi w końcu października obiecywało wiele, a tu jeszcze Jerzy Stuhr … Pierwsze recenzje także były entuzjastyczne, więc na niedużej widowni Opery Krakowskiej zasiadłam w oczekiwaniu świetnej zabawy i uczty muzycznej. I tak też się stało, bo szampański nastrój wytworzony przez staromodną w najlepszym słowa sensie inscenizację spowodował, iż pewne niedociągnięcia wokalne liczyły się mniej niż zwykle. Każde padające ze sceny słowo było zgodne z tym, na co patrzyłam, każdy obraz miał wdzięk i styl , oczka puszczane do publiczności były nienachalne, ale wyraźne. Intryga przeprowadzona została tak lekko i sympatycznie, że gorzkawe akcenty, które libretto zawiera gdzieś się pochowały zostawiając wszystko to, co w fabule jasne i urocze. Oczywiście , to nie jest rzecz dla zwolenników regietheatru i jego metod ale tacy raczej nie wybierają „Don Pasquale”. Jerzemu Stuhrowi szczerze gratuluję udanego debiutu (dołączając do chóru usatysfakcjonowanych) i cieszę się bardzo, że można jeszcze przeżyć w operze dwie godziny niezmąconej, czystej radości nie zastanawiając się jakież to przepastne głębie znaczeniowe kryją się za brudnymi tapetami i armaturą sanitarną. Mieliśmy wprawdzie Norinę śpiewającą swoją arię (a raczej jej początek) w wannie, ale był to piękny przedmiot z epoki i służył doskonale podkreśleniu ponętnych kształtów bohaterki. Z kolei Karl Lagerfeld ze swoją bardzo charakterystyczną ekipą pomógł uświadomić współczesnej widowni z jakiego rozmiaru kosztami generowanymi przez młodą żonkę musiał się nieszczęsny Don Pasquale uporać. Gwoli sprawiedliwości powinnam dodać, że zdarzało mi się w czasie spektaklu doznawać ataków deja vu  („Cheti, cheti” przed kurtyną identycznie jak w Met, wędrujące „bukszpanowe” figury jak w warszawskim  ”Don Giovannim”), ale inteligentne czerpanie z dobrych wzorców nie jest wszak grzechem. Kilka entuzjastycznych słów należy się ode mnie młodej scenografce, Alicji Kokosińskiej która zaprojektowała bezwstydnie ładną (a przy tym nieukrywającą swej sztuczności) scenografię. Kostiumy Marii Balcerek były nie tylko piękne i podkreślały charakter postaci ale też miały w sobie element porozumiewawczego mrugnięcia do widza. Orkiestra Opery Krakowskiej prowadzona pewną i energiczną ręką Tomasza Tokarczyka uwolniła pokłady młodzieńczego wigoru nie tracąc przy tym na precyzji (kolejny plus – Jerzy Stuhr pozwolił uwerturze spełnić swoją rolę wprowadzenia w nastrój nie zagadując jej niepotrzebną akcją). Chór, świetnie zakomponowany ruchowo zaprezentował wyrównane brzmienie.  Najsłabszym elementem obsady okazała się niestety Alexandra Flood, tworząca udaną postać sceniczną, ale wokalnie taka sobie. Naprawdę wśród tych podobno ponad dziewięćdziesięciu kandydatek zgłaszających się na casting do roli Noriny nie było nikogo lepszego? Flood dysponuje głosikiem ładniutkim, ale tak maleńkim, że nawet w kameralnej przestrzeni gubi się i niknie, a ensemblach bywają chwile, że wcale go nie słychać. W pierwszej części przedstawienia sopranistce zdarzały się intonacyjne błędy a w górze fragmenty krzykliwe i nieprzyjemnie ostre. Po przerwie przecierałam uszy, bo brzmienie złagodniało i znacznie się ociepliło. Znany z polskich teatrów koreański tenor, Sang-Jun Lee ma warunki do partii Ernesta – ładny, okrągły głos, dobre wyszkolenie techniczne i stylistyczne. Tyle, że ta rola wymaga silniejszej nieco osobowości, bo już w libretcie jest trochę anonimowa – Ernesto wychodzi, śpiewa piękną arię i albo znika, albo pozostaje i nie robi nic. Dariusz Machej stworzył świetną postać tytułową. Jego Don Pasquale, mimo wszystkich swoich wad i śmiesznostek (a może dzięki nim) okazał się człowiekiem sympatycznym. Bas Macheja nie należy do tych przepastnych i wibrujących instrumentów, które tak lubię, ale pan Pasquale nie musi takiego mieć. Wystarczy sprawność stylistyczna, niezłe góry (czasem i bas musi się nimi wykazać) no i duża biegłość techniczna, a tymi wszystkimi cechami artysta się popisał. Inscenizacja  powstała dla Mariusza Kwietnia i oczywiście był on najjaśniejszą gwiazdą wieczoru. Tyle absolutnej swobody, wdzięku, klasy zarówno scenicznej jak wokalnej, tak welurowo brzmiący głos, niebywała łatwość posługiwania się ozdobnikami jakby to był naturalny sposób porozumiewania się -  delicje, proszę Państwa.  Muszę przyznać, że ten przełom jesieni i zimy jest dla mnie wyjątkowo szczęśliwy jeśli chodzi o możliwość spotkań ze sztuką wokalną Kwietnia w różnych jej aspektach. I kiedy w styczniu skończy się  warszawska, romantyczna odsłona trzeba będzie przez najbliższe dwa lata ścigać naszego barytona po świecie, bo polskich planów na ten okres nie ma… Jeszcze dziś studenci Wydziału Wokalno-Aktorskiego mają za to możliwość skorzystania z jego wiedzy i umiejętności  w trzecim i ostatnim dniu kursu mistrzowskiego. A wracając do głównego tematu posta – tytuł, wyjęty wprost z finału opery opisuje całość najdokładniej.

P.S. Pewnie już wiecie, ale gdyby nie … Londyński „Król Roger” z Kwietniem ma nominację do Grammy Award. Byłam na widowni, kiedy go filmowano i bardzo, bardzo mocno trzymam kciuki. Wręczenie nagród 12 lutego. 






Karl i chłopcy przy ukłonach




środa, 30 listopada 2016

"Mefistofele" i celebryci



 „Mefistofele” Arrigo Boito zazwyczaj okrutnie mnie męczy, zupełnie jak francuskie grand opera z którymi jest blisko spokrewniony.  Najlepszy dowód – nie zdołałam zmusić się do napisania niczego o niedawnej produkcji monachijskiej mimo udziału w niej mego ukochanego basa, tak się po seansie czułam znużona i niezdolna do wydobycia czegokolwiek z jałowego umysłu. Mam natrętne wrażenie, iż opera obciążona została młodzieńczym grzechem próby upchnięcia w niej wszystkiego, co nigdy się nie udaje. Orkiestrację odbieram jako grzmiącą, chórów wydaje mi się za dużo  a całość przytłaczająca. Możliwość zetknięcia z oryginalną, ponad pięciogodzinną wersją dzieła na szczęście nie istnieje (to dopiero byłoby przerażające) a klęska, jaką poniosło na prapremierze w La Scali ani trochę nie dziwi. Trzeba jednak naszemu półrodakowi przyznać, że kiedy już zabrał się do redagowania i poprawek nie oszczędzał materiału i ciął bez litości na wszelki wypadek niszcząc to, co wyrzucił (żeby nie kusiło?) ostatecznie zostawiając nawet nie połowę wersji pierwotnej. Rezultat przetrwał w repertuarze, chociaż do przebojów scenicznych nie należy. Ale zawiera kilka numerów chętnie włączanych do programu koncertów : obie arie Mefista, pierwszą Fausta, jedyną Małgorzaty. Ja też mam swoje ulubione fragmenty: „L’altra notte”, „Giunto sul passo estremo” i przede wszystkim duet kochanków „Lontano, lontano” , który uważam za jeden z najpiękniejszych w całej literaturze gatunku. Chęć usłyszenia ich wszystkich skłoniła mnie do obejrzenia retransmisji z późnowiosennego spektaklu w Baden Baden i nie żałuję, chociaż… Inscenizację Philippa Himmelmanna na pierwszy rzut oka spokojnie można uznać za to, co Amerykanie nazywają eurotrash. Po bliższym przyjrzeniu nie przestaje ona być w najwyższym stopniu denerwująca, za to zaczyna zastanawiać. Reżyser nie rezygnując z utartych schematów regietheatru pokazał naszej epoce lustro i widok nie jest przyjemny. Już w prologu otrzymujemy kpinę z tego jak wielu nam współczesnych może sobie wyobrażać niebo, bo anielski chór został ucharakteryzowany na tłum martwych celebrytów. Kogóż my tu nie mamy: jest Elvis i Marilyn,  Jackie Onassis i Lennon, Amy Winehouse i Liberace, są też postaci znane z filmów : Dorotka, Scarlet O’Hara, Eliza Doolittle i oper: Violetta Valery czy CioCio San. Można wręcz się zabawić w prostą grę „rozpoznaj jak najwięcej postaci” (gratulacje dla zespołu odpowiadającego za garderobę i charakteryzację, który miał do wykonania zadanie gigantyczne). Same zaś sfery niebieskie błyszczą i migoczą blikując niemiłosiernie, co uzyskano za pomocą kurtyny z cienkich pasków srebrnej folii, całkiem jak w Las Vegas. A to tylko prolog … Dalej mamy wielką czaszkę stanowiącą zasadnicze miejsce akcji,  brak kontaktu pomiędzy bohaterami (na szczęście Himmelmann powstrzymał się od banalnej diagnozy i nie mają oni w rękach komórek), bo międzyludzkie interakcje  zastąpiono ustawiczną autoprezentacją. Mefistofeles jest dokładnie z tej bajki – błyszczący, efekciarski, tani i powierzchowny. Takie ustawienie postaci ma swój sens, ale odbiera diabłu co diabelskie – powinien mieć w sobie pierwiastek niebezpieczeństwa, grozy. A ten, mimo starannej stylizacji raczej zalatuje tandetą. Erwin Schrott podejrzanie dobrze poczuł się w skórze tak pokazanego biesa, ale trudno artyście czynić zarzut z tego, że zastosował się do reżyserskich wskazówek i znakomicie je wykonał. Dotyczy to także wokalnej strony roli, którą, jeśli przymknąć uszy na chwilowe dociskanie głosu do granicy możliwości zaliczam do najlepszych osiągnięć Schrotta. Charles Castronovo z powodzeniem przestawia się na cięższy repertuar, i Faust jest tego dowodem. Lubię tego tenora, ciemną, niewłoską barwę jego instrumentu a przede wszystkim szlachetną elegancję z jaką śpiewa.   Wszystkie te elementy wsparte oszczędnym w ekspresji aktorstwem złożyły się na doskonałą rolę. Alex Penda (nadal trudno mi się przyzwyczaić do tej wersji jej imienia i nazwiska) nie jest zapewne najlepszą kandydatką na Małgorzatę, a dodatkowo utrudniono jej zadanie sceniczne ubierając w drindl, ten sam na początku i w obrazie więziennym (więzienia jako takiego zresztą nie ma). Podejrzewam, że znacznie lepiej odebrałabym ją w teatrze, nie mając przed oczami nerwowej mimiki. Wokalnie odczułam pewien niedosyt, ale i tak było lepiej niż w wypadku Małgorzaty monachijskiej – Kristine Opolais. Angel Blue (gdzieś zgubiła drugie, urocze imię Joy) dysponuje wszelkimi atutami potrzebnymi do partii Eleny – sporym, ruchliwym, welwetowym sopranem, pięknym legato i last but not least atrakcyjną powierzchownością. Wykorzystała te cechy i mimo, iż reżyser jej to utrudnił (ustawiczne spacery po schodach) stworzyła interesującą postać najpiękniejszej kobiety świata antycznego. Philharmonia Chor z Wiednia i Cantus Juventum z Karlsruhe brzmiały znakomicie. Stefan Soltesz lubi chyba takie wielkie, rozbudowane partytury i radzi sobie z nimi świetnie zmuszając orkiestry (w tym wypadku Münchner Philharmoniker) do gry precyzyjnej i skupionej. Mnie marzyłoby się tylko większe zróżnicowanie dynamiczne, momentami miałam wrażenie, że jest jednostajnie głośno. 
P.S. Jeżeli nie będziecie w niedzielę w Krakowie (wielu z nas będzie) pamiętajcie o transmisji z Bayerische Staatsoper. "Lady Makbet mceńskiego powiatu" pod KiryłemPetrenko to może być prawdziwe przeżycie.





niedziela, 20 listopada 2016

"Don Carlo" w San Francisco

Dziś będzie troszkę inaczej niż zwykle, bo mając do dyspozycji jedynie zapis dźwiękowy interesującego mnie spektaklu wsparty bogatym serwisem fotograficznym nie bardzo mogę się wypowiadać o produkcji. Sądząc po zdjęciach Emilio Sagi zrobił to co zazwyczaj przygotowując inscenizację w zasadzie tradycyjną, z bogatymi kostiumami i scenografią oszczędną na ile się da. Jeśli wierzyć recenzjom nie popisał się w kwestii psychologii postaci zostawiając śpiewaków samym sobie co dało rezultat mieszany, zależny od talentów i umiejętności tychże.  Natomiast reakcja mediów na muzyczną stronę przedstawienia była już jednoznacznie entuzjastyczna i to zarówno ze strony blogosfery jak recenzentów profesjonalnych. Muszę przyznać, że w czerwcu, kiedy odbyła się premiera straszliwie żałowałam, że San Francisco Opera tak rzadko udostępnia swoje spektakle w sieci, telewizji czy radiu. A jednak, z dużym opóźnieniem zapis czerwcowego „Don Carlo” się pojawił, i chociaż trzeba było nieco popracować nad spłaszczonym i suchym dźwiękiem cieszę się, że mogłam go wysłuchać. Naturalną koleją rzeczy nie mając przed oczami migających obrazków skupiłam się na muzyce oraz jakości nie tylko czysto wokalnej ale też interpretacyjnej. I nie mam innego wyjścia jak zgadzając się z większością pozazdrościć publiczności War Memorial Opera House szczelnie wypełniającej jedną z największych widowni świata (w sumie ponad 3300 miejsc). Wprawdzie Nicola Luisotti nie do końca zapanował nad dynamiką dźwięku i orkiestra miejscami była bliska zagłuszenia solistów a solo wiolonczelowe przed arią Filipa nie zabrzmiało tak elektryzująco jak powinno, ale mimo wszystko muzyka pod batutą doświadczonego dyrygenta żyła i pulsowała mnóstwem barw. Niekiedy takie nieperfekcyjne, ale właśnie mające swoją wewnętrzną żywotność wykonania są dużo ciekawsze od precyzyjnie rozplanowanych i zrealizowanych w każdym szczególe. Moim zdaniem to taki przypadek.  Nie wiem jak liczny jest chór SFO, ale brzmiał odpowiednio monumentalnie i dramatycznie w scenach autodafe i końcówce czwartego aktu a lekko i śpiewnie (jego żeńska część) na początku drugiego. Dobra robota. Jedynym zgrzytem (i należy to słowo potraktować dosłownie) tego pięknego wieczoru okazała się niestety Nadia Krasteva, która przywołała mi w pamięci fatalne wspomnienie dwukrotnego kontaktu z Anną Smirnovą w roli księżniczki Eboli. Krasteva, podobnie jak jej rosyjska koleżanka nie potrafiła zróżnicować brzmienia głosu, a przecież partia zawiera fragmenty w bardzo odmiennych nastrojach – piosenka saraceńska powinna płynąć wręcz figlarnie, w duecie z Carlosem mamy na początku akcenty lirycznego rozmarzenia, potem pojawia się gniew zaś „O don fatale” to już czysty dramat.  Niestety, o ile mezzosopranistka jako tako poradziła sobie z tym ostatnim fragmentem, cała reszta była jednostajnie krzykliwa i głośna. Andrea Silvestrelli jako Wielki Inkwizytor brzmiał odpowiednio dudniąco, głęboko i złowróżbnie. Natomiast mój ukochany bas, Rene Pape tego dnia chyba wyłączył emocje i po prostu wykonywał swoją pracę. Oczywiście nie wpłynęło to na kardynalne zalety jego śpiewu – cudowną barwę i fenomenalne legato, wciąż słuchanie go należało do kategorii dużych przyjemności, ale ciarki po grzbiecie nie chodziły. Ana Maria Martinez, debiutująca w partii Elisabetty w nagłym zastępstwie za Krassimirę Stoyanovą zaprezentowała się z najlepszej strony. Poza tym, że lubię ten ciemniejszy nieco od typowego  „hiszpański” timbre jej sopranu  Martinez cieszy mnie pewnością intonacyjną (niby oczywista oczywistość, a jednak niezupełnie) oraz interpretacyjnym wyważeniem – słychać co jej postać czuje, ale nie ma żadnych przydechów i innych tego typu ułatwień (żadnej „łezki”). A mimo tych wszystkich pozytywów niekwestionowanymi przez nikogo (rzadki przypadek) bohaterami spektaklu stali się, każdy z osobna i w duecie Michael Fabiano i Mariusz Kwiecień.  Fabiano dysponuje nie tylko idealnym do Carlosa tenorem – jasnym, metalicznym, o rosnącym z czasem „rozmiarze”. Ma on cechę, którą już wcześniej u niego podziwiałam, a która z latami kariery nie zanika, co zdarza się innym jego kolegom – mianowicie wyjątkową szczerość i emocjonalną wiarygodność. Na scenie łączy się ona niezbyt szczęśliwie z  mimiczną nadekspresją utrudniającą momentami patrzenie na niego, ale bez pośrednictwa kamery, w  teatrze czy zapisie fonicznym to przecież ginie. Słuchając uwierzyłam w młodzieńcza zapalczywość miłosną  Carlosa, w jego skomplikowaną więź z ojcem obecnym tylko jako autorytet królewski, nie zaś jako rodzic. Oczywiście Carlos Fabiano to zupełnie inny człowiek niż na przykład neurotyczny i mroczny bohater Jonasa Kaufmanna, ale wokalnie równie interesujący. Mariusz Kwiecień bardzo szybko „ośpiewał” swego Posę i uczynił go jedną ze swoich koronnych ról (która to już?) osiągając w niej mistrzostwo. Ani jednego nietrafionego akcentu, ani jednej nuty obok, ani jednego momentu nadużycia siły głosu. Sama rozkosz dla uszu, a w scenie śmierci markiza z całą pewnością niejedne oczy zwilgotniały – kiedy w głosie Kwietnia pojawia się czułość niewielu słuchaczy potrafi się oprzeć. Największe szaleństwo żywo i entuzjastycznie reagującej widowni w San Francisco wywołały dwa fragmenty opery – ten właśnie i duet Carlosa i Posy. Ani trochę mnie to nie dziwi – ten tenor i ten baryton pasują do siebie idealnie splatając się i kontrapunktując wzajemnie w sposób wyjątkowy. 
https://www.youtube.com/watch?v=_SnnlAT1_xk