sobota, 6 września 2014

Joyce DiDonato i "Stella di Napoli"

Dla dziatwy uczącej się i niektórych rodziców zmuszonych wydać  miesięczny dochód   na wyposażenie potomstwa do szkoły wrzesień nie jest wesołym miesiącem. Dla nas, operomaniaków – wręcz przeciwnie. Sezon się zaczyna, teatry otwierają podwoje po przerwie, wytwórnie płytowe zasypują nas nowościami.  Właśnie jako pierwszy z całej serii recitalowej zapowiedzianej na jesień ukazał się krążek  Joyce DiDonato  zatytułowany „Stella di Napoli”, co w tym wypadku ma potrójne znaczenie. Po pierwsze, oczywiście stella to gwiazda, jak Joyce, po drugie Stella jest najstarszą dzielnicą Neapolu, po trzecie zaś bohaterką zapomnianej opery Paciniego. To właśnie od jej arii zaczyna się ten recital, który pozwala uwierzyć, że nie wszystko stracone – belcanto przetrwa, skoro są takie śpiewaczki jak DiDonato. Dysponuje ona szczególnym rodzajem głosu – w zasadzie kwalilfiuje się ją jako mezzosopran, ale w jej skali leżą również niektóre partie sopranowe. Przy tym to instrument o pięknej, połyskliwej barwie, dużej giętkości i dźwięczności, z dobrą górą i miłą dla ucha średnicą. Nie imponuje może szczególną głębią w dole skali, ale nie każdy może być Ewą Podleś. Repertuar  na płycie został dobrany według starej zasady „dla każdego coś miłego” – coś dostali zwolennicy melacholijnego, rozmarzonego Belliniego, melodyjnego dramatu a la Donizetti, wreszcie rossiniowskiej pirotechniki wokalnej. Ci, którzy ciągle poszukują rarytasów maja do dyspozycji dwie arie Paciniego, po jednej Mercadantego i Carafy a wreszcie wyjątek  z opery kompozytora, o którym nawet w czasach Google’a niełatwo znaleźć informacje – Carlo Valentiniego.  Tytuł jego dzieła brzmi nieco znajomo – „Il sonnambulo”, ale historia, którą opowiada znacznie różni się od jego żeńskiej odpowiedniczki.  Za to „Le nozze di Lammermoor” Carafy opiera się na tej samej powieści Waltera Scotta , co wszystkim znany przebój. Takie porównania, nawet w formie szczątkowej  (tylko jeden krótki fragment) bywają bardzo interesujące, bo są dowodem na to, jak różne osobowości artystyczne traktują tę samą treść. Mamy tu również delikatne pułapki stylistyczne – konia z rzędem temu, kto nie znając utworu przypisałby arię Amelii z Elisabetty na zamku Kenilworth” Donizettiemu, tak jest smutno-słodka, mgławicowa i delikatna niczym Bellini. Natomiast tytułowa Stella daje wykonawczyni szansę na zaprezentowanie pełni talentów aktorskich – nie znając ani wcześniej ani muzyki, ani fabuły odebrałam tę bohaterkę jak bliźniaczkę Rosiny – temperamentne dziewczę z charakterem, które w razie potrzeby potrafi zarówno spuścić skromnie oczęta jak tupnąć kształtną nóżką. Joyce DiDonato to interpretatorka niezrównana, nie musimy jej widzieć, żeby odebrać emocje postaci. Tu nie ma kwestii „no dobrze, ale o czym ta dama tak pięknie śpiewa”. A przy tym  technika wokalna jest nieskazitelna, frazuje pięknie, koloratura, nawet  tak wymagająca jak w „Zelmirze” nie sprawia jej żadnych problemów . Brawo, Joyce, ze wszech miar udana płyta! Dodać należy, że zarówno orkiestra i chór Opéra National de Lyon (rozbudowane partie solowe klarnetu, harfy i  … cymbałków wykonane zostały świetnie) , jak wspomagający śpiewacy drugoplanowi, wszyscy ono pod pewną ręką Riccardo Minasiego sprawili się  znakomicie. Ten krążek powoduje, że moja radość z tego, iż to właśnie DiDonato ma być , według słów Mariusza Kwietnia jego partnerką w duetach z “Faworyty” i “Roberto Devereux”  podczas nagrywania nowego recitalu naszego barytona jest jeszcze pełniejsza.A ponieważ nie samą operą meloman żyje, wybieram się właśnie na kilka koncertów  Wratislavia Cantans. Ze szczególną nadzieją oczekuję występu Collegium 1704 pod  Vaclavem Luksem, którego nazwisko wyjątkowo współgra z hasłem tegorocznej edycji festiwalu “Z ciemności w światło”.

Wszystkim Czytelnikom, gdziekolwiek się znajdujecie życzę pięknego sezonu, wspaniałych wrażeń muzycznych w teatrach, salach koncertowych i przed ekranem kinowym lub telewizyjnym!


wtorek, 2 września 2014

Artur Ruciński, Verdi i "Zbójcy"



Tak jak chyba wszyscy polscy operomaniacy  miałam w drugiej połowie sierpnia dużo radości z sukcesu Artura Rucińskiego na salzburskim festiwalu. Międzynarodowa kariera naszego barytona nie zaczęła się wprawdzie ani dziś, ani wczoraj, ale w ostatnim czasie nabrała gwałtownego przyspieszenia. Śledzę życzliwie drogi artystyczne wszystkich polskich śpiewaków, którzy dopracowali się już solidnej pozycji na światowych scenach i tych, którzy są u początku tej drogi. Nie ukrywam jednak, że dwóch artystów zajmuje w moim melomańskim sercu miejsce szczególne a jednym z nich jest Ruciński. Dlaczego akurat on? Poza oczywistym talentem, urodą głosu i zaletami profesjonalnymi (bagatela) także dlatego, że jego rozwój artystyczny miałam możliwość obserwować od początku, jako, że zarówno nauka jak kariera związana jest od startu w moim miastem (w czasach, kiedy studiował  bywałam nawet na egzaminach wokalnych w warszawskiej Akademii Muzycznej). Widziałam i słyszałam najważniejsze role Rucińskiego w Teatrze Wielkim i Operze Kameralnej  - od Guglielma, Papagena i Hrabiego Almavivy przez Janusza, Valentina i Sharplessa do Enrica w „Lucii di Lammermoor” u boku Aleksandry Kurzak. Nie trafił mi się tylko jego Oniegin, co zamierzam nadrobić w tym sezonie. Cała ta wyliczanka stanowi najlepszy dowód na to, jak mądrym i cierpliwym człowiekiem jest p. Artur. Potrafił pozwolić swojemu głosowi rozwijać się spokojnie i naturalnie, co u barytona trochę trwa. Oparł się propozycjom, które temu nie sprzyjały,  chociaż mogły zapewnić doraźny sukces, który jednakże byłby pewnie krótkotrwały. Dziś, kiedy ma 38 lat  głos pociemniał, rozrósł się i jest już gotów do śpiewania Verdiego. I to jest wspaniała wiadomość dla widzów/słuchaczy na całym świecie, dla nas, krajowców zaprawiona lekką nutką goryczy – im większa sława i pozycja, tym rzadziej widywać pewnie będziemy Rucińskiego w domu. Chyba, że weźmie przykład z niewiele (trochę ponad 3 lata) starszego kolegi, Mariusza Kwietnia, który dla Krakowa znajduje czas w każdym sezonie i nie są to tylko koncerty. W każdym razie to właśnie Ruciński ma szansę dołączyć do Ludovica Teziera  i zaspokoić chociaż w części głód obecności prawdziwego baritone verdiano na scenach całego globu. Nie lekceważę wcale dokonań  Andrzeja Dobbera, Željko Lučića, George Peteana czy Dmitri Hvorostovsky’ego , ale raczej trudno mi któregokolwiek z nich uznać za następcę Piero Cappuccillego czy nawet Sherrilla Milesa, o dawniejszych mistrzach nie mówiąc. Artur Ruciński jest dopiero na początku verdiowskiej drogi (wykonuje na razie zaledwie 4 role, koncertowego występu jako Ezio w „Attyli” nie licząc), ale to początek niezwykle wręcz obiecujący. W kraju nie mieliśmy dotąd szczęścia, oprócz właśnie Ezia podziwiać  go  w tym repertuarze, pozostają nam więc tylko strzępy na YT, ale nawet one doskonale świadczą o perspektywach naszego barytona. Jeśli ktoś chciałby pełniejszego dowodu pozostaje tylko rejestracja „Zbójców” (I Masnadieri) z neapolitańskiego Teatro San Carlo z marca 2012, ale to potwierdzenie całkowicie wystarczające. „Zbójcy” to, proszę o wybaczenie wszystkich ortodoksyjnych wielbicieli klasyki  nie jest ani dobra sztuka, mimo, że napisał ją Schiller, ani dobra opera. Dzieło Verdiego, mimo wszystko daje się dziś słuchać (zastanawiająco przypomina mi „Giovannę d’Arco” , zwłaszcza te cabaletty w rytmie wesołej galopady, taką ma nawet do zaśpiewania chór), zawiera też przynajmniej jedną perełkę – wielką scenę Francesca z początku czwartego aktu. Verdi lubił niskie głosy męskie i często pisał dla nich partie ciekawsze od tenorowych (nawet, jeśli to tenor był bohaterem tytułowym i kłaniał się jako ostatni). W tym wypadku tak właśnie się stało, a Ruciński wykorzystał szansę, jaką dali mu kompozytor do spółki z reżyserem. Gabriele Lavia, były aktor zaczynający swą karierę w filmach najwyraźniej miał pomysł tylko na czarny charakter,  reszta wykonawców musiała sobie radzić sama, co wobec ich wątłych talentów scenicznych nie dało ciekawych rezultatów. Wokalnie było znacznie lepiej. Zaskoczył mnie pozytywnie Aquilles Machado śpiewający bardzo dobrze głosem rozmiarze „lekkopółśrednim”, ale dźwięcznym, nośnym, z niezłą górą i pewnością intonacyjną. Nie przepadam za barwą sopranu Lucrezii Garcii, trzeba jednak przyznać, że to śpiewaczka fachowa,  szczególnie w dramatycznych fragmentach roli (lamentacyjne, wymagające nienagannego legato nie leżą jej już tak dobrze). Tyle, że oboje stanowili dla Artura Rucińskiego tylko blade tło, bo on nie tylko świetnie śpiewał, ale też stworzył wspaniałą postać. Jego Francesco jest kaleki nie tylko duchowo, ale i fizycznie: garbaty, kulejący, przykurczony – warto popatrzeć jak niezwykle trudne od strony technicznej zadanie nie przeszkadza Rucińskiemu w skupieniu się na pracy czysto wokalnej. Nienaganna emisja, fantastyczna technika oddechowa i wyrównanie we wszystkich rejestrach czyni ten wcale nie potężny głos instrumentem idealnie posłusznym woli swego właściciela. I co za interpretacja, momentami aż ciarki przechodzą po grzbiecie! Gwoli sprawiedliwości musze dodać, że wszyscy śpiewacy otrzymali właściwe wsparcie ze strony dyrygenta Nicoli Luisottiego i orkiestry Teatro San Carlo. Żałuję tylko, że nie znam nazwiska muzyka pięknie realizującego długie  solo w uwerturze (właściwie stanowiącej concertino na wiolonczelę). Wracając zaś do głównego bohatera tego posta wygląda na to, że czeka go bardzo ciekawa przyszłość. Poza planami już znanymi będzie on przecież cieszyć się rezultatami błyskotliwego debiutu salzburskiego, który może przynieść konsekwencje znacznie dalej idące niż nagłe zastępstwo w ROH. Tamten występ w egzystującej już od wielu lat, ciągle tej samej produkcji u boku dobrych, ale niemających jeszcze pozycji gwiazd kolegów to jednak zupełnie co innego niż towarzyszenie na scenie superdivie w prestiżowym spektaklu na wielkim festiwalu. Jeśli istnieją jeszcze jacyś szefowie od obsad, którzy o Rucińskim nie słyszeli, teraz to się zmieni, bo baritone verdiano to skarb. Już w tym miesiącu Rucińskiego czeka przygoda bardzo interesująca – nie tylko debiut w La Scali, ale też kolejna rola verdiowska. Uczciwie  mówiąc, drugoplanowa, ale taka, w której można zaprezentować zarówno walory głosowe, jak aktorskie. W dodatku u boku Placida Domingo, którego z takim powodzeniem zastąpił nasz śpiewak w „Trubadurze”. Moim zdaniem, to nie Ruciński powinien się tej nieuchronnej konfrontacji obawiać … Mnie jednak jeszcze bardziej od początku sezonu interesuje w jego wypadku końcówka, kiedy to pojawi się na scenie Opera Bastille jako Don Giovanni. Będzie to debiut Rucińskiego w tej ikonicznej roli i chyba już na to najwyższy czas, bo za chwilę zapewne Verdi zawładnie wykonywanym przez niego repertuarem na dobre.         https://www.youtube.com/watch?v=v10th2NRRSs
https://www.youtube.com/watch?v=weaXxKav-ak
https://www.youtube.com/watch?v=CrGITLPy4Uw    
https://www.youtube.com/watch?v=F6sRdStzjTs








 

środa, 27 sierpnia 2014

Simon Boccanegra w Rzymie



„Simon Boccanegra” to dziwny utwór, taki „ni pies, ni wydra”. Już nie standardowa opera numerowa, jeszcze nie rzecz rewolucyjna na miarę „Otella”. Premiera (1857) była spektakularną klęską, której Verdi nie zapomniał i nigdy się z nią nie pogodził. Do tego stopnia, że 24 lata po niej, po gruntownym przepracowaniu i sporych zmianach „Simon” powrócił na scenę. Mimo wszystko pozostał dziełem nierespektującym ówczesnych reguł gatunku a i dziś sprawia wrażenie mocno niekonsekwentnego. Fabuła jest pokrętna i żeby naprawdę zorientować się o co chodzi, trzeba by doskonale znać meandry włoskiej historii, bo najważniejszy wątek spiskowo-polityczny na niej się opiera. Postaci amantów są czysto pretekstowe – miłość musi być, muszą zaistnieć jakieś przeciwności, którym trzeba stawić czoła. Sopran i tenor mają co śpiewać, należą do nich jedyne dwa konwencjonalne numery w operze, ale aktorsko sobie nie poszaleją. Role najciekawsze dostały się dwóm barytonom i basowi – to wielka rzadkość. W związku z tym wszystkim decyzja Riccardo Mutiego, aby właśnie „Simonem Boccanegrą” rozpocząć verdiowski sezon jubileuszowy w Teatro dell'Opera di Roma była odważna, kontrowersyjna i nie do końca zrozumiała. Ale ostatecznie od kogo wymagać znajomości dziejów własnego kraju, jeśli nie od mieszkańców stolicy zjednoczonych Włoch? Zaś maestro Muti cieszy się u siebie kolosalnym szacunkiem, ma status wręcz półboski więc jego wybór uszanowano. Czy okazał się trafny, niech sądzą sami Włosi. Po zagranym z wielką werwą hymnie narodowym kurtyna odsłoniła tradycyjną scenografię autorstwa Dante Ferettiego , rozsądną pod każdym względem, ładną, nieprzeładowaną i funkcjonalną. Identycznymi przymiotnikami można by określić reżyserię Adriana Noble – każdy z bohaterów był na swoim miejscu, jego czynności wynikały z libretta, nikt nie musiał śpiewać z twarzą wciśniętą między deski sceny ani wisząc głową w dół. Przyznaję, że byłam z tego zadowolona. Zaufanie autorowi (zwłaszcza, jeśli jest nim Verdi) i wierna realizacja jego założeń bywa dziś zbyt często traktowana jak dziwactwo i pożałowania godny objaw braku kontaktu ze współczesnością. Bo cóż zrobi mityczny „nowy, młody widz” po takim spektaklu? Ano, pójdzie sobie i więcej nie wróci, zdaniem niektórych. Być może. Jeśli tak – trudno, jego strata. Ale może jednak przyjdzie, by się uczyć i powoli dojrzewać do opery, by móc zrozumieć i ocenić po swojemu  produkty regietheatru mając solidną podstawę w tradycyjnych przedstawieniach?  Nie generalizując zaś – produkcja rzymska jest zapewne nie nazbyt inspirująca, ale solidna i porządna. Mnie to w tym wypadku wystarczy. Bo chociaż od jakiegoś czasu mniej surowo traktuję reżyserskie harce i eksperymenty rzecz tak głęboko osadzoną w konkretnych warunkach historycznych wolę oglądać zrobioną po bożemu (właśnie próbowałam zmęczyć współczesną i kampową  „Lucrezię Borgię” z La Monnaie – nie dałam rady, tak okropna była). W tych warunkach śpiewacy mogli skupić się na swojej robocie i w większości na tym skorzystali. Rolę tytułową w ostatnich czasach zmonopolizował Placido Domingo i z jednej strony miło było usłyszeć w niej prawdziwego barytona, z drugiej jednak nieco mi brakowało wrodzonego autorytetu i klasy Placidissima . George Petean to bardzo dobry śpiewak, obdarzony dokładnie takim, dość wysokim barytonem na jaki partię przeznaczył Verdi, zaś fizycznie podobny do … Dominga. Ale rola jest trudna  - trzeba w niej pokazać młodego, energicznego mężczyznę, który świeżo porzucił niechlubne zajęcie pirata i właśnie przeżywa dramat miłosny oraz starego, doświadczonego i zmęczonego przez lata sprawowania władzy dożę, niezapominajacego jednak o uczuciach. Peteanowi trudno coś zarzucić zarówno w materii czysto muzycznej jak interpretacyjnej, może poza brakiem odrobinki tego, co Domingo ma w nadmiarze (i na czym czasem nadmiernie polega) – charyzmy. Dmitri Beloselsky był bardzo efektywnym Fiesco - ładny, dobrze prowadzony bas, doskonałe frazowanie i porządna gra (a łatwo nie było, bo artysta jest od swej postaci o ładnych kilkadziesiąt lat młodszy). Podobał mi się także Quinn Kelsey jako wredny Paolo – głos o pięknej, ciemnej, głębokiej barwie bardzo przypadł mi do gustu. Młodzi kochankowie byli konwencjonalni  - zgodnie z partyturą, ale wyglądali dokładnie tak jak powinni a co ważniejsze oboje popisali się od strony wokalnej. Maria Agresta zaczyna mnie trochę przerażać – mam nadzieję, że nie spotka jej los Cheryl Studer, bo śpiewa za dużo i wszystko co w ręce wpadnie. Jak długo jej sopran zniesie taką eksploatację, nie wiem, ale wiem, że szkoda by było go utracić. Francesco Meli po raz kolejny udowodnił, że Gabriele Adorno nie musi być tenorem dramatycznym, jego popisowa aria (i jedyny w tej operze przebój) wypadła wspaniale. I tylko częste, zalęknione spojrzenia w stronę dyrygenta świadczyły o tym, iż Meli nie czuje się z jakiś względów komfortowo. Chór, który jak to u Verdiego jest jednym z najważniejszych bohaterów wykonał postawione przed nim zadania wokalno-aktorskie nieźle, chociaż w kluczowym pierwszym akcie wkradło się trochę nierówności. Riccardo Muti był energiczny jak zawsze, aczkolwiek momentami tempa wydawały mi się troszkę za szybkie zaś orkiestra (też tylko troszkę) za głośna. Tym, których nie przeraża prostota i tradycyjność tej produkcji polecam ją szczerze – mimo drobnych mankamentów warto ją obejrzeć. 








czwartek, 21 sierpnia 2014

Mamy Violettę! - "Traviata" z Glyndenbourne

Festiwal w Glynenbourne narodził się z miłości – do sztuki operowej i do kobiety. Dziś, po Johnie Christie, właścicielu posiadłości i teatru oraz jego muzie i małżonce, sopranistce Audrey Mildmay a potem ich synu George kieruje nim trzecie pokolenie – wnuk Gus. Jak na razie Glyndenbourne ma do swych szefów znacznie więcej szczęścia niż np. Bayreuth, też przedsięwzięcie rodzinne. Być może sielsko-anielskie otoczenie, wszystkie te łączki, owieczki i pyzate obłoczki na błękitnym niebie mają kojący wpływ na szefostwo, które nie napina się i nie ma w sobie tak bezwzględnej hucpy i pazerności jak kierujący obecnie Zielonym Wzgórzem potomkowie Wagnera. Brytyjski festiwal miał  od swoich początków nieco inny charakter – nie sprowadzano tam zagranicznych supergwiazd, skupiając się raczej na rodzimych talentach i uzdolnionej młodzieży spoza wyspy (chociaż były wyjątki). Polscy śpiewacy, przynajmniej w ostatnich latach pojawiają się na tej scenie rzadko – prawdziwym bywalcem był nieodżałowany Wojciech Drabowicz ( Hrabia Almaviva, Oniegin, Tomski, Komandor, Escamillo), potem latem 2000 Mariusz Kwiecień zaśpiewał tu bodajże czy nie swego pierwszego Hrabiego i wreszcie w 2007 zagościł Andrzej Dobber jako Banko. Tegoroczna edycja nie obyła się bez naszych, chciaż tylko w rolach comprimario. Przed jej rozpoczęciem, jak to zwykle bywa nikt nie wiedział, która z produkcji stanie się sukcesem, a która polegnie. Po niesmacznej awanturze  z „Kawalerem z różą” z utęsknieniem czekano na nową „Traviatę”, której w Glyndenbourne nie było od ćwierć wieku. W ciągu ostatnich 9 miesięcy to już trzecia transmitowana w mediach i nie miałam szczególnej ochoty jej oglądać. Ponieważ jednak 2 poprzednie, z Mediolanu i Paryża nie były ani atrakcyjne od strony teatralnej, ani też śpiewane w sposób pozytywnie zapisujący się w pamięci jednak się zdecydowałam. Na szczęście! Nie przegapiłam czegoś, co kolega z IFL entuzjastycznie ogłosił narodzinami gwiazdy, ja zaś, nieco ostrożniej pojawieniem się naprawdę obiecującego talentu. Zacznę jednak od produkcji, bo ona także warta jest bacznej uwagi – w zasadzie skromna od strony scenograficznej (tylko gra barw na kurtynach wydzielających poszczególne miejsca akcji oraz nieoczekiwanie bogaty żyrandol oraz kilka rekwizytów), ale z pięknymi kostiumami -  momentami Violetta wyglądała, jakby zeszła z obrazu Alfonsa Muchy . Nieskomplikowaną fabułę Tom Cairns opowiedział nam bardzo prosto i bezpośrednio, nie udziwniając niczego, przesuwając za to delikatnie akcenty w pewnych miejscach. Podobało mi się to, jak pokazano bohaterkę w pierwszym akcie – to jeszcze nie dramatyczna heroina, to młoda dziewczyna, która ma oczywistą w tym wieku chęć zabawy. Cień śmierci dopiero zaczyna się nad nią pojawiać, Violetta jeszcze się uśmiecha w sposób naturalny i niewymuszony, jeszcze ma chęć na przekomarzanki z Anniną (bardziej przyjaciółką i opiekunką niż służącą). Dramat rozwinie się właściwie dopiero w akcie drugim. Cairns zwrócił też baczną uwagę na otoczenie swojej bohaterki, która nie jest w chorobie i odchodzeniu samotna  - odwiedza ją Flora, doktor Grenvil towarzyszy jej nie tylko jako lekarz, ale i przyjaciel. Tylko na ostatnią chwilę Violetta zostaje bez towarzystwa  - bo każdy umiera w samotności ? Takie ujęcie odbiera trochę całej historii jej aspekt melodramatyczny, ale główną postać czyni nam (przynajmniej ja odniosłam takie wrażenie) jeszcze bliższą. I tylko potraktowanie Germonta seniora jako pragmatycznego cwaniaka nie bardzo potrafię zaakceptować, wolę go jako figurę monumentalną i groźną, a jednak zdolną do czułości. Przyznaję, jednak, że ten wizerunek papy Alfreda wynika z całości i jest możliwym wariantem bohatera.  Do koncepcji reżyserskiej idealnie dostosował się dyrygent Mark Elder – może to nie była najefektowniejsza czy najbardziej finezyjna „Traviata” jaką słyszałam, ale wszystko w niej było na swoim miejscu, zaś London Philharmonic Orchestra grała miękko i świetliście.  Pięknie wykonane zostały role drugoplanowe, na brawa zasłużyła szczególnie Magdalena Molendowska (znana doskonale chociażby z warszawskiej „Halki”) jako ciepła (także głosowo) Annina i Graeme Broadbent – Grenvil, ale także Hanna Hipp w roli Flory. Tassis Christoyannis jako Giorgio Germont zaprezentował sę jako śpiewak fachowy, lecz niezbyt ekscytujący, jego baryton nie zachwycił mnie barwą. W niewdzięcznej roli Alfreda amerykański tenor Michael Fabiano dokonał  rzeczy w moich uszach niebywałej, cenniejszej może nawet niż gdyby udało mu się zrealizować perfekcyjne wysokie C w cabaletcie. Mianowicie zabrzmiał  nie tylko żarliwie, ale też absolutnie szczerze, co jest niesłychanie trudne. W Glyndenbourne z nostalgią wspominany  bywa jego Książe Mantui, Alfredo od strony czystko technicznej nie osiągnął tego poziomu – troszkę zabrakło dźwięczności. Ale i tak Fabiano był świetnym Alfredem, chyba obok Charlesa Castronovo najlepszym, jakiego dziś mamy na scenie (oczywiście z tych, których znam). I tak wreszcie dotarłam do Venery Gimadievej, której pojawienie się cieszy mnie szczególnie  - ta młoda kobieta otrzymała od natury wszelkie dary niezbędne do wykreowania znakomitej Violetty. Oczywiście, to jeszcze nie jest kreacja całkowicie dojrzała i spełniona, ale myślę, że z czasem i następnymi występami w tej roli taką się stanie. Na razie mamy śpiewaczkę o pięknym, kryształowo czystym, ciepłym głosie używającą go z pełną świadomością tego, co robi. Przede wszystkim zaś znającą doskonale wartość piano i znakomicie się nim posługującą. Ozdobniki nie są olśniewające, ale bardzo przyzwoite. Poza tym miło posłuchać Violetty, a także na nią popatrzeć (Gimadieva jest  bardzo urodziwą damą o wielkich, pełnych wyrazu oczach), która nie stara się byc divą, ale próbuje z sukcesem przekazać zawarte w partyturze emocje bez efekciarstwa – prosto.
https://www.youtube.com/watch?v=ZRWBwHc9Gjw 
https://www.youtube.com/watch?v=vc1bjGTkKXA 
https://www.youtube.com/watch?v=xcT1Y96gnzI












piątek, 15 sierpnia 2014

Leonora i jej trubadur w Salzburgu

Żyjemy w takich czasach, że obiegowe powiedzenie „wszystko już było” jest aktualne jak nigdy. Także dlatego, że wszechobecne i wszędobylskie media nie przepuszczą żadnemu wydarzeniu, relacjonują lub transmitują co się da. Nawet w kwestii opery jesteśmy przez nie rozpieszczani w stopniu jeszcze kilka lat temu trudnym do wyobrażenia. Powoduje to uczucie, zwłaszcza, jeśli  obserwuje się tę dziedzinę od jakiegoś czasu, że nic nie jest w stanie nas zaskoczyć, przynajmniej od strony inscenizacyjnej zaś każdy pomysł reżyserski skądś już znamy. Akceptacja tego stanu rzeczy dla jednych jest trudna (tempo życia oraz ilość atakujących nas zewsząd bodźców powoduje, że pożądamy wciąż nowych) dla innych nie („najbardziej lubimy te piosenki, które już znamy”). Chęć połączenia zaktualizowanej wersji dzieła z z jego odsłoną tradycyjną daje czasem zaskakująco dobre rezultaty. Unika się wówczas zarzutu o hermetyczność i nieumiejętność mówienia współczesnym językiem  a jednocześnie można troszkę ugłaskać purystów. Istnieje tylko zasadnicze niebezpieczeństwo, że nikt nie będzie zadowolony, ale tym razem się udało.  Alvis Hermanis, reżyser i autor scenografii w tej produkcji powtarza z dobrodziejswem inwentarza  pomysł, który 3 lata temu uscenicznił Laurent Pelly realizujący w Paryżu “Giulio Cesare” (chciaż znając życie pewnie i on nie był pierwszy ani oryginalny), lecz robi to w sposób bardziej finezyjny niż poprzednik . Umieszcza mianowicie akcję w muzeum, zaś zaś osią fabuły czyni zatrudnioną w  owej instytucji kulturalnej  dziewczynę ulegającą swej marzycielskiej naturze. Na co dzień zakuta w służbowy mundurek  wyobraża sobie jakby to było być damą z obrazów, które otaczają ją w pracy i co też mogłoby się wydarzyć.  W tych wizjach mają też udział jej, normalnie zupełnie zwyczajni koledzy. Taki punkt wyjściowy daje pewne możliwości, głównie natury plastycznej – można użyć efektownych kostiumów z epoki obok bardziej zgrzebnych współczesnych ubrań. Za to odtwórcy głownych postaci muszą się uporać  z rolą w roli. Ale coż to za problem dla śpiewaków przyzwyczajonych na co dzień do tego, że ich bohaterowie dosyć często zmieniają tożsamość i udają kogoś innego. Poza tym, sytuacja usprawiedliwia ponadnormatywną gwałtowność emocji i pogmatwane libretto – wszak nie mamy do czynienia z prawdziwymi postaciami tylko ich wyobrażeniem. Przy tym niektóre drobne pomysły, będące konsekwencją ogólnej koncepcji wyjątkowo dobrze „Trubadurowi” służą. Na przykład Ferrando jako przewodnik opowiadający zwiedzającym jaka historia wpisana jest w pozornie będące tylko pięknym eksponatem obrazy. Także Azucenę poznajemy jako temperamentną pilotkę, co, całkiem nietypowo pozwala śpiewaczce być nieco filuterną – uśmiechnięta Azucena to prawdziwy rarytas! I tylko Manrico ma dla nas pozostać marzeniem, jako kochanek dzielny, namiętny i romantyczny – takich przecież już dziś nie ma, więc nie zobaczymy go we współczesnym stroju … Dostrzegłam w tej produkcji jeszcze jeden, interesujący szczegół – mocne podkreślenie faktu, że nasi kochankowie najchętniej pozostali by we władzy Tanatosa, nie zaś Amora. Rzeczywiście, w tekście wyjątkowo dużo mówi się o tęsknym oczekiwaniu śmierci, wyprzedzaniu w drodze do nieba, poświęcaniu życia itd. Nie ma sensu opisywać szczegółów, podejrzewam, że żaden operomaniak tego spektaklu nie przeoczył. Gdyby jednak tak się zdarzyło, na stronie Medici Tv ma być on dostępny bodajże do stycznia 2015. Na koniec części poświęconej samej produkcji słów kilka o czysto wizualnej jej stronie. Eva Dessecker, projektantka kostiumów miała sporo pracy, której rezultat jest efektowny. Jak dla mnie, troszkę tylko za dużo czerwieni męczącej wzrok i w takiej ilości neutralizującej znaczenie, jakie zazwyczaj przypisuje się tej barwie. Rozumiem jednak, że miał zaistnieć kontrast między namiętną purpurą z marzeń bohaterki a banalnym granatem, który zmuszona jest nosić w realnym świecie.Dzieląc się z Wami wrażeniami czysto muzycznymi zacznę od tego, co stanowi dla mnie największy kłopot. A raczej kto stanowi - oczywiście chodzi o Placido Domingo.Hrabia Luna to partia przeznaczona dla prawdziwego barytona verdiowskiego, co oznacza, że nawet tenor o barytonowej barwie nie może jej podołać, ale to wiedziałam wcześniej. Słuchając kilka dni temu „Trubadura” w radiu byłam skonsternowana i gotowa przysiąc, że moment w którym maestro powinien definitywnie pożegnać scenę nadszedł. Głos drży momentami tak mocno,  że trudno to tolerować. Co gorsza czasem oddechu nie wystarcza na wykończenie frazy i urywa się ona gwałtownie, kiedy powinna jeszcze brzmieć. Ale dziś  wrażenie miałam nieco odmienne. Słyszałam chwilami jak nadal piękną barwę ma ten tenor a zalet interpretacyjnych nawet czas nie jest w stanie Domingo odebrać. A zagrał on nieco innego Lunę niż to się zazwyczaj zdarza – to nie był konwencjonalny czarny charakter, tylko człowiek prawdziwie i namiętnie kochający ostatnią miłością swego życia. Furia i zazdrość były tak autentyczne, że prawie się przestraszyłam, czułość bezgraniczna. Mój francuski kolega-bloger (z Le Wanderer blog) napisał z kolei, że „Il balen” to było jedyne prawdziwe wyznanie miłosne w tym spektaklu. Tak więc Domingo pozostawił mnie w rozterce. Marie-Nicole Lemieux miała u mnie pewien kredyt zaufania, przepadam za jej kreacjami barokowymi (ulubiona to „Orlando furioso” Vivaldiego), cenię barwę, gęstość i ruchliwość głosu, uwielbiam temperament i poczucie humoru. Ale partia nieco przerasta artystkę, która nie ma wystarczającej mocy aby ją dobrze zaśpiewać, co owocuje masą wysilonych, krzykliwych dźwięków, które postaci źle służą. Lemieux jest jednak wytrawną aktorką, próbuje więc , z pewnym powodzeniem pokryć wokalne niedostatki aktorstwem. Kiedy się na nią patrzy przestaje się dostrzegać błędy – mamy przed sobą Azucenę.Wśród ewidentnych aktywów przedstawienia należy wymienić Ferranda wspaniale śpiewanego przez  Riccardo Zanellato. Niby nikt nie przychodzi na „Trubadura”, żeby posłuchać dobrego Ferranda, ale miło jest, kiedy spektakl znakomicie się zaczyna. A także wtedy, kiedy artyści wykonujący role drugoplanowe bez wyjątku są świetni – Diana Haller – Ines, Gerard Schneider – Ruiz, Raimundas Juzuitis – Stary Cygan. Podobnie sympatycznie czuje się zapewne każdy wielbiciel prawdziwie włoskiego, tenorowego brzmienia bez barytonowych domieszek słuchając Francesca Meli. Przyznam, że i ja, chociaż w zasadzie wolę ciemniejsze barwy tę przyjemność dzielę. Meli ma zalety nie do przeoczenia – jasny, pełen blasku ale metaliczny w brzmieniu głos, technikę, którą zaaprobowałby chyba (nic pewnego na tym świecie) surowy pedagog sztuki wokalnej i żarliwość, ciągle jeszcze młodzieńczą. Ta ostatnia cecha zgadza się w pełni z fizycznością artysty – chyba jeszcze nie widziałam tak chłopięcego Manrica. Oczywiście, słychać, że jest to rola dla niego pograniczna, ale Meli pozostaje po właściwej stronie tej granicy, chociaż jej blisko. W tym momencie przypomina mi się mroczny, udręczony, „barytonowy” Manrico Jonasa Kaufmanna – i cieszę się że są na scenie obaj. I nie chcę pomiędzy nimi wybierać. A Leonora ? Z dużą przyjemnością obserwuję rozwój kariery Netrebko, która porzuciła na razie role belcantowe (nie wiem, czy bezpowrotnie, podobno planuje Normę) i poświęca się głownie Verdiemu, a to kompozytor, który na tym etapie służy jej głosowi wspaniale. Wszyscy wiemy doskonale, jaki to instrument, nawet będąc nienajlepiej nastawionym do jego posiadaczki trudno mu odmówić bogactwa, urody, pełnego brzmienia. Kwestia posługiwania się nim jest może bardziej dyskusyjna, ja mam wrażenie, iż Netrebko i pod tym względem się rozwinęła. Koloratura jest troszkę mniej precyzyjna (co nie znaczy, że kiepska), ale jak pięknie jej sopran płynie nie rozlewając się przy tym ani nie rozmazując!  I z jaką biegłością posługuje się Netrebko pełnią skali – jej nie brak ani swobodnych górnych, ani dolnych dźwięków. I ile odcieni, świadomie i po mistrzowsku używanych ma ten głos! Stwierdzenie, że ktoś świetnie frazuje to podobno komplement banalny, jak twierdzi szanowana przeze mnie szczerze p. Dorota Kozińska ( znana niektórym jako Mus Triton) na łamach Muzyki w Mieście . Cóż, czasem nie da się być oryginalnym – Netrebko frazuje znakomicie. Najbardziej sporna, bo najbardziej osobista i zależna od gustów i potrzeb słuchającego jest interpretacja. Pod tym względem także  Anna Netrebko absolutnie chwyciła mnie za serce.  Nie mam najmniejszych wątpliwości, że to ona była powodem, dla którego warto tego „Trubadura” obejrzeć, ba, warto nawet podjąć trud podróży i ponieść koszty, by być świadkiem tego wydarzenia. Uważam, że zasłużyła tą Leonorą na to, by z nikim jej nie porównywać. Może już sama być punktem odniesienia. Daniele Gatti także wydaje się ostatnio być w doskonałej formie, poprowadził całość z wielką energią i jednocześnie zachował pełną kontrolę nad wszystkim. Śpiewacy nie musieli w panice obserwować orkiestronu,  symbioza między nim a sceną była słyszalna. Poza tym, cóż za panowanie nad najmniejszymi detalami, jaka równowaga między elementami lirycznymi a dramatycznymi (tę w „Trudadurze” szczególnie łatwo zgubić). To chyba najlepszy pod tym względem „Trubadur” jakiego dotąd słyszałam.

PS. Debiut salzburski Artura Rucińskiego odbył się 18 sierpnia, podobno z dużym sukcesem - gratuluję! Podkreślano prawdziwie barytonową barwę i tessiturę głosu artysty oraz szczęśliwy fakt, iż Hrabia Luna wyglądał wreszcie na brata Manrica. A  oto Leonora na kolanach przed Hrabią Luna.