czwartek, 2 grudnia 2021

"Partenope" czyli manewry miłosne w Madrycie

Właściwie nie wiem dlaczego, ale „Partenope” jakoś mi się nigdy w moim melomańskim życiu nie trafiła. Nawet kiedy wyszło ostatnie jak dotąd nagranie wypuszczone przez Erato (z Kariną Gauvin i Jarousskim) nie miałam ochoty po nie sięgnąć. I właśnie się przekonałam, że to był błąd. Jest to Handel już londyński, ale ciągle jeszcze po włosku i nie całkiem typowy. Jak na operę barokową ma sporo scen z wokalną interakcją między postaciami zaś arie nie trwają w nieskończoność. Także libretto nie wygląda całkiem standardowo dla swoich czasów. Napisał je w 1699 roku Silvio Stampiglia i było ono później wielokrotnie wykorzystywane przez różnych kompozytorów, w tym Antonio Caldarę. Dla Handla oryginalny tekst został przykrojony i przystosowany według jego wymagań przez nieznanego autora. Temat stanowi zjawisko odwieczne i znane wszystkim – wojna płci. Czyli – to komedia, pierwsza w dorobku Handla od debiutanckiej „Agrippiny”. Samą fabułę rozpoznajemy bez problemów, widzieliśmy to już nie raz, chociażby w „Alcinie”. Władczyni zaznaje rokoszy w ramionach młodego kochanka, ale w okolicy pojawia się poprzednia, porzucona dziewczyna zdradliwego amanta dla niepoznaki w stroju męskim. Gdzież więc oryginalność? Otóż w całkowitym rozbrojeniu tradycyjnego „boskiego idiotyzmu”, albowiem Arsace nie traci nagle wzroku i doskonale wie kto ukrywa się pod gustownym wąsikiem. Co też pozwala mu uniknąć finałowego pojedynku ze swoją ex przez propozycję uczciwej walki z odsłoniętą piersią … Na to, jak się domyślacie Rosmira/Eurimene nie może wyrazić zgody i wszystko wieńczy lieto fine, bo i królowa łaskawym okiem spogląda na odwiecznego a niedocenianego pretendenta do swych wdzięków. Całą tę historię Handel zaopatrzył w roziskrzoną, pogodną i pełną temperamentu partyturę, co nie wyklucza pięknych fragmentów w lirycznym nastroju, ale są one melancholijne raczej niż lamentacyjne. Najwyraźniej tego właśnie było mi teraz trzeba, bo na spektaklu Teatro Real bawiłam się przednio. Inscenizacja Davida Aldena powstała dawno, bo w 2008 roku dla English National Opera (gdzie, jak wszystko tam była śpiewana po angielsku) w koprodukcji z Opera Australia. Po kilku latach, pod koniec 2014 trafiła do San Francisco by wreszcie teraz wrócić do Europy a konkretnie do Madrytu. Alden przeniósł akcję do lat dwudziestych ubiegłego wieku, co pozwoliło ubrać bohaterów w atrakcyjne kostiumy (Jon Morrell) i zaprojektować oszczędną, geometryczną acz efektywną scenografię w kolorze białym (Andrew Lieberman), pięknie odbijającym światło (Adam Silverman). Do reżyserii także trudno zgłaszać większe zastrzeżenia, na scenie działo się sporo, ale nie za dużo, czasem z pieprzykiem ale bez intensywnej kotłowaniny. Wycięłabym tylko fragmenty toaletowe, obrzydliwe nie były ale niepotrzebne z pewnością. Zastanawiam się też, czy inni poza Anthonym Roth Constanzo wykonawcy roli Arminda dysponują takimi talentami akrobatycznymi jak on. Amerykański kontratenor, który brał udział już w przedstawieniach w SFO potrafi śpiewać w zdumiewających pozycjach, co zupełnie nie zaburza mu oddechu. Ma też umiejętności rodem z Broadwayu - scenka ze stepowaniem i zręcznym operowaniem kapeluszem i laseczką stamtąd się wywodzi (przypomniała mi niezapomnianego „Giulio Cesare” z Glyndebourne). Od strony wokalnej Roth Constanzo, zwycięzca Operaliów sprzed 9 lat także sprawdza się bardzo dobrze, chociaż to nie jest moja ulubiona barwa. A jednak falsecistą numer jeden jest tu Iestyn Davies, specjalista od postaci smutnych albo wręcz tragicznych, który wreszcie ma okazję wykazać się poczuciem humoru i temperamentem jako Arsace. Nic nie stanowi dla niego problemu – ani kaskady ozdobników, ani piękne, długie frazy. Przyznaję, że cieszę się ze sfimowania właśnie tej obsady, nie zaś drugiej z Franco Faggiolim. Brendę Rae pamiętam z „Rinalda” w Glyndebourne gdzie bardzo mi przypadła do gustu. Jako Partenope także, chociaż dół skali wydaje mi się mniej pewny niż wówczas, natomiast zalety aktorskie i wizualne pozostają bez zmian. Z Teresą Iervolino - Rosmirą/Eurimene zetknęłam się po raz pierwszy i było to spotkanie udane. Ładne, wyrównane brzmienie we wszystkich rejestrach, swobobodne ozdobniki - czego chcieć więcej. Z dwóch panów uzupełniających zespół lepiej wypadł Nikolay Borchev jako Ormonte. Jeremy Ovenden zaczął jako tako, ale z każdą chwilą jego wymęczony tenor o nieładnej barwie sprawiał coraz gorsze wrażenie. Orkiestrę Teatro Real, która rzadko grywa muzykę barokową poprowadził fachowiec w tej materii i szef artystyczny madryckiej opery Ivor Bolton. Pod jego ręką muzyka była radosna i potoczysta, lśniła jak należy. W zacnej kompanii Handla, Boltona i jego śpiewaków oraz muzyków trzy godziny minęły mi błyskawicznie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz