niedziela, 25 stycznia 2026

„Pace e gioia sia con voi” – albo Cyrulik warszawski

Ciemno, ponuro, zimno i ślisko. Sytuacja za oknem nie zachęca do aktywności, a jeśli komuś, tak jak mnie przyplącze się jeszcze jakieś paskudne choróbsko nic się chce. Próbowałam. Naprawdę. „Manon” w WSO przekonała mnie chyba ostatecznie, że nawet Beniamin Bernheim nie jest wystarczającym argumentem, aby 3,5 godziny spędzić z Massenetem. „Purytanie” z Met mnie nie zawiedli, bo uważam to dzieło, a zwłaszcza jego bohaterkę za cokolwiek absurdalne ale chciałam posłuchać Artura Rucińskiego. Ten jednak zrezygnował z występu 3 godziny przed transmisją (wiadomo, zima śpiewaka) i nie posłuchałam. W związku z tym smętnie zasiadłam przed ekranem, żeby rozjaśnić sobie świat Rossinim i – całkiem niespodziewanie się udało za sprawą Warszawskiej Opery Kameralnej i jej „Cyrulika sewilskiego”. Dla nieznających tego miejsca krótki opis. WOK to teatr maleńki, z widownią na 150 zaledwie foteli, za to mieszczący się w 250-letnim, klasycystycznym budynku. Taka stylowa bombonierka. Przestrzeń jest tu ograniczona wszędzie – na scenie, w orkiestronie i we foyer też. Trzeba mieć na nią pomysł, żeby ten mikroskopijny teren jakoś sensownie zagospodarować, zwłaszcza kiedy wystawia się dzieło znane doskonale a wymagające obecności chóru. I okazało się, że można. Można nawet dołożyć tancerzy, którzy nie plączą się po scenie bez powodu, nikt na siebie nie wpada a wszystko skonstruowano z zegarmistrzowską precyzją. Nie oczekiwałam, że przez te ponad dwie godziny będę siedzieć z wielkim bananem na twarzy a tak się właśnie stało. Chętnych na powtórzenie mojego doświadczenia wypada ostrzec – to nie jest przedstawienie subtelne ani wyrafinowane (przynajmniej w stylistyce, w konstrukcji tak), ono się żywi humorem bardzo bezpośrednim a wręcz campowym. Oczy trzeba mrużyć, co tyle mamy przed nimi wściekłych, nasyconych barw a kostiumy … to osobna opowieść. Nie są umiejscowione historycznie, tworzą osobne uniwersum aczkolwiek aluzje do właściwego librettu czasu i miejsca akcji są wyraźnie. Mamy drzewko pomarańczowe i palety z owocami (Figaro zjada nawet jeden co nie przeszkadza mu śpiewać) .Podobnie szaloną widzimy charakteryzację. Za to scenografia dostosowana została do warunków, jest niebogata, ale świetnie pomyślana i daje mnóstwo możliwości wykorzystania do rozegrania sytuacji scenicznych. Szczególnie wertykalne, gęste żaluzje pełniące rolę ścian bocznych sprawdzają się fantastycznie. Dodać należy, że wszyscy wykonawcy – chórzyści, tancerze i soliści poruszają się w tym środowisku z niebywałą swobodą i wdziękiem. Tak to wygląda, a jak zapewne wiecie wymaga żelaznej dyscypliny, bo wystarczyłby mały błąd, żeby wszystko to się posypało. Nic takiego nie nastąpiło, wszystko zadziałało jak zaplanował to reżyser Grzegorz Chrapkiewicz i jego team realizacyjny : Anna Chadaj (kostiumy), Wojciech Stefaniak (scenografia), Ewelina Adamska-Porczyk (choreografia). Żeby zachwyt był pełen, wszystko to udało się również muzycznie – oczywiście, to nie był „Cyrulik” mojego życia, ale na pewno wart wizyty w teatrze, co wcale nie jest takie częste. MACV (Musicae Antiquae Collegium Varsoviense) pod energiczną batutą Adama Banaszaka brzmiała soczyście. Gwiazdą wokalną był Hubert Zapiór, którego pamiętam jeszcze z „Agrippiny” w POK (wtedy Teatrze Stanisławowskim), gdzie jako Lesbo do śpiewania miał mało, ale już błyszczał urokiem i talentem aktorskim (ma na to papiery, skończył studia w PWST). Te zalety ma nadal, z wiekiem doszły pewność każdego ruchu, silna osobowość i przede wszystkim giętki, piękny baryton. Figaro na medal. Debiutantka Teresa Marut dysponuje głosem delikatnym, ale bardzo urodziwym i wykazuje dużą sprawność koloraturową. Nic nie poradzę jednak, że wolę Rosiny mezzosopranowe. Theodore Browne był eleganckim wokalnie Almavivą, Tomasz Kumięga efektywnym Basiliem, Elżbieta Wróblewska dźwięczną Bertą. Małe zastrzeżenie mam do Piotra Micińskiego jako Basilia – nie było błędów ani potknięć, ale aria o plotce nie wybuchła „come un colpo di cannone”. Marek Makowski, chyba jeszcze student Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina był uroczy jako przysypiający gdzie się da (i nie da) Ambroggio. Obsadę uzupełnili Łukasz Górczyński w podwójnej roli Fiorella i Oficera, tancerze Dawid Pieróg, Jakub Piotrowicz, Michał Góral, Krzysztof Tyszko, świetny chór WOK oraz gitarzysta Wojciech Niemotko. Bawiłam się przednio, możecie też - https://www.youtube.com/watch?v=WeASlA7iIyo