czwartek, 16 kwietnia 2026

„The Amazing Adventures of Kavalier & Clay”

Kiedy Peter Gelb ogłosił, że odtąd każdy sezon Met otworzy nowa opera a dzieła współczesne będą znacznie ważniejszą niż dotąd częścią repertuaru tego teatru nie wydawało się to dobrym pomysłem. Met, pogrążona w popandemicznym kryzysie, zależna od sponsorów prywatnych i skazana w związku z tym na ustawiczne poszukiwanie źródeł finansowania musiała je znaleźć dla utworów publiczności nieznanych, a więc jeszcze niepopularnych. Ciągłe sięganie do „żelaznej” rezerwy finansowej przy wydatnie zmniejszonych dochodach z biletów nie mogło stanowić właściwego sposobu na załatanie dziury budżetowej. Gelb naraził się też środowisku poprzez sposób cięcia kosztów, którego ofiarą padli głównie pracownicy, i to zarówno ci z zespołów technicznych, jak chór i orkiestra. Narzekania zaczęły się też ze strony gwiazd wokalnych, przyzwyczajonych do otrzymywania w Nowym Jorku wysokich stawek, które teraz gwałtownie poszły w dół - ale wymagań co do ilości prób i czasu poświęcanego Met nie obniżono. A koszty utrzymania raczej, zwłaszcza w tym mieście nie spadły. Dodatkowo Gelb uwikłał swój teatr w spory sądowe, z których jeden już został rozstrzygnięty na jego niekorzyść, dwa dalsze trwają i wygląda na to, że też zakończą się przegraną. O ile problem z ex-królową Met Anną Netrebko można racjonalnie wytłumaczyć, trudniej zrozumieć proces z Anitą Rachvelischvili, żądającą od Met pół prawie pół miliona dolarów i mającą szansę na rekompensaty takiej osiągnięcie. To wszystko nie wróży przyszłości prestiżowej sceny najlepiej. Peter Gelb zamierza nią kierować do końca obecnego kontraktu, czyli do 2030 roku a potem przejść na emeryturę. W tym świetle plany popularyzacji współczesnej twórczości operowej, chociaż z pozoru sensowne i słuszne robią wrażenie nieco kontrowersyjnych i mających nieszczególne szanse polepszenia frekwencji na olbrzymiej widowni Met. I ten niezbyt optymistyczny scenariusz zaczął się sprawdzać, jako, że wyniki finansowe kilku pierwszych produkcji raczej imponujące nie były. Pojawiła się jednak inna możliwość, taka, która może być argumentem za słusznością tej ścieżki postępowania. Albo też tą jaskółką, która wiosny nie uczyni. W każdym razie prapremiera napisanej przez Masona Batesa i Gene Scheera na zamówienie Met opery „The Amazing Adventures of Kavalier & Clay” okazała się niespodziewanym sukcesem. Publiczność dopisała w takim stopniu, że do zaplanowanych spektakli dołożono jeszcze nieprzewidzianą wcześniej popołudniówkę. Zdecydowano się także na kinową retransmisję spektaklu, niestety tylko na terenie USA i Kanady. Ale – w sieci nic się ukryje, i dziś, kiedy mam za sobą dwukrotny seans trochę już wiem, co zadecydowało o powodzeniu właśnie tej opery, pewne tropy dostrzegam i postaram się je wypunktować. Na początek – książka, na której opiera się libretto. Została wydana również w Polsce (w tłumaczeniu Piotra Tarczyńskiego), można więc ją sprawdzić. I warto, w końcu to laureatka Nagrody Pulitzera, której (a raczej jej gremium jurorskiemu) w dzisiejszych czasach można chyba bardziej ufać niż Komitetowi Noblowskiemu. U nas popularniejszy jeśli chodzi o powieści Michaela Chabona jest chyba „Związek żydowskich policjantów”, ale ukazał się wcześniej. Libretto, które na kanwie „Niesamowitych przygód Kavaliera i Claya” napisał Gene Scheer kondensuje książkową fabułę, ale w zasadzie jest jej wierne. Zawiera zastanawiający miks tematów a niektórym z nich obecna sytuacja polityczna nadaje wysoce niepożądany kontekst. Historia ma swój początek w 1939 w Pradze, z której udaje się uciec na czas Joe Kavalierowi lądującemu w końcu na Brooklynie. Jego bliscy – rodzice i 14-letnia siostra nie mają tyle szczęścia i stają się ofiarami nieludzkiego systemu eksterminacji. Tymczasem Joe, dzielący pokój z kuzynem, Samem Clayem ujawnia swoje zdolności artystyczne i odkrywa je również u współlokatora. Obaj tworzą niezwykły komiks, który odnosi wielki sukces. Stworzona przez nich postać, The Escapist jest superbohaterem innym niż wszyscy – pomaga ludziom w zewnętrznym zagrożeniu przed nim uciec. Nie da się, nawet jeśli nie było to intencją realizatorów nie wysnuć wniosku, że miałby dziś pełne ręce roboty. Zmienili się tylko oprawcy i ich ofiary. Obok akcji zasadniczej w operze mamy wątki uczuciowe obu bohaterów – Joe spotyka Rosę, stającą się pierwowzorem kolejnej bohaterki komiksu, „bibliotekarki w dzień, superbohaterki w nocy”, Luny. Sam przeżywa romans z Tracy Baconem, który użyczył swojej fizjonomii Eskapiście. Itd. Wszystko to obserwujemy w szeregu krótkich, w większości dynamicznych scen. Jeżeli należycie do tych nieufnych, którzy na propozycję obejrzenia opery współczesnej reagują bojaźliwym pytaniem „bardzo będą na mnie krzyczeć?” to nie – nic z tych rzeczy. Muzyka jest łatwo przyswajalna, czasem nawet za gładko, ma w sobie wiele elementów pobrzmiewających jazzowo a linie wokalne nie sprawiają wrażenia agresywnie atakujących słuchacza. To zapewne też stanowi jedno ze źródeł sukcesu „Niezwykłych przygód Kavaliera i Claya”. Kolejnym jest atrakcyjna realizacja. Bartlett Sher często pracuje w Met, ale głównie jak dotąd nad operową klasyką. W tej produkcji najistotniejsze było utrzymanie rytmu szybko zmieniających się obrazów i synchroniczne wpisanie akcji scenicznej w projekcje video (Studio 59), będące jej ważną, momentami nawet zasadniczą częścią. Udało się to zrobić bardzo dobrze. Jest kolorowo, chwilami patetycznie jak w amerykańskim filmie a przekaz dociera aż nazbyt wyraziście. Podejrzewam, że to też w Met musiało się podobać. Od strony muzycznej nieco trudno oceniać pracę dyrygenta Yannicka Nézet-Séguina, kiedy słyszało się operę pierwszy raz w życiu, ale brzmiało to potoczyście i miało wewnętrzną energię. Śpiewacy spisali się świetnie, właściwie wszyscy. Andrzej Filończyk, który po pandemicznych falstartach wreszcie zadebiutował w Met zaprezentował dobry, ładnie brzmiący i otwarty głos i jak zawsze znakomitą kreację aktorską. Pod tym względem Miles Mykkanen zrobił na mnie nieco mniejsze wrażenie, ale jego tenor brzmiał kryształowo czysto. Protagoniści świetnie się też nawzajem głosowo dopełniali. Nowy dla mnie mezzosopran do obserwowania, a takim okazała się Sun-Ly Pierce to zawsze przyjemność. Podobnie jak nowy, interesujący baryton - Edward Nelson (Tracy Bacon). Obsada drugoplanowa, dosyć liczna nie zawiodła, podobnie jak pełniący tu dużą rolę i mający zróżnicowane zadania zarówno aktorskie jak muzyczne chór. Czy „The Amazing Adventures of Kavalier & Clay” po nowojorskim sukcesie ma szansę na trwałe zadomowienie się w repertuarze? Spędziłam a tą operą trochę czasu i nie uważam, żeby był stracony, ale szczerze mówiąc nie sądzę. To jest muzyka, której dobrze się słucha, ale niewiele pozostaje w głowie. Wystawienie zaś musi być bardzo kosztowne przede wszystkim ze względu na ogromne wymagania obsadowe innych wydatków (scenografia, kostiumy, projekcje, obsługa informatyczna) nie licząc. Niewiele teatrów będzie na to stać. Tak więc – korzystajmy, dopóki można.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz