poniedziałek, 1 lutego 2016

Opera 2015 - aneks: "Saul"



Przedstawienie, którego rejestracja trafiła do mnie dopiero teraz odbyło się latem 2015 roku na festiwalu w Glyndebourne. Zrobiło na mnie wrażenie tak potężne, że poczułam iż koniecznie muszę je dołączyć do listy „naj” 2015.  Sama byłam tym mocno zdziwiona, bo zazwyczaj inscenizowane oratoria Haendla nie są tym „co tygrysy lubią najbardziej”, a że nie jest to rzecz o jakiej można opowiedzieć w krótkiej wzmiance, stąd dzisiejszy wpis. Napisany już za czasów angielskich triumfów Haendla „Saul” cieszy się opinią jednego z najlepszych jego dzieł religijnych, chociaż oczywiście popularnością daleko mu do „Mesjasza”.  Kompozytor miał jednak sporo szczęścia, bo trafił mu się znakomity librecista w osobie Charlesa Jennensa, który wątki biblijne dotyczące pierwszego króla Izraela i jego otoczenia potrafił skondensować i zapewnić opowieści potoczystość oraz dramaturgiczną spójność. Przy tych zaletach jest to jednak oratorium, więc nie na wydarzeniach się skupia a na skutkach jakie one niosą dla stosunków Bóg-Człowiek i na psychologii postaci. Australijski reżyser Barrie Kosky, któremu powierzono reżyserię jest potomkiem żydowskich emigrantów z Europy Wschodniej (sądząc po nazwisku możemy się mniej więcej domyślać z której jej części), więc podejrzenie iż temat może być mu bliski nie wydaje się nieuprawnione. A jednak Bóg (przynajmniej taki, jakim go ukazuje Stary Testament) jest w tym spektaklu obecny tylko w śpiewanym tekście. Stoi to w zasadniczej sprzeczności z ideą utworu więc należałoby ten fakt poczytać za zasadniczą wadę. To, co zobaczyłam trzeba potraktować jak operę, a nie oratorium. A jednak całość okazała się tak koherentna, tak fascynująca, że trudno było oderwać się od ekranu nawet wtedy, kiedy rozgrywały się na nim sceny z punktu widzenia czysto estetycznego mocno wątpliwe (delikatnie powiedziawszy). Zostaliście ostrzeżeni, mogę zatem z czystym sumieniem przystąpić do relacji. W przeniesieniu akcji z czasów biblijnych do okresu, kiedy rzecz powstała nie ma nic oryginalnego, przynajmniej taki wniosek można wysnuć ujrzawszy kostiumy i scenografię. Już po chwili dostrzegamy deformacje i wyolbrzymienia, które skojarzyły mi się ze  sposobem pokazywania świata przez Petera Greenawaya, przynajmniej w jego słynnym niegdyś „Kontrakcie rysownika”. Sam bohater tytułowy wygląda na początku trochę jak Pingwin z „Batmana”. Jest śmieszny, żałosny, groźny – ma w końcu władzę. Robi przy tym kolosalne wrażenie dzięki niesamowitej kreacji aktorskiej Christophera Purvesa – to coś, co wymyka się słowom, trzeba zobaczyć. Kosky i Purves zbudowali tę rolę w sposób ostentacyjnie „fizyczny” – Saul biega, porusza się w jak w  gorączce, wykrzywia twarz w upiornych grymasach a przy tym wydaje dźwięki, których  Haendel nie przewidział: stęka, nuci, pomrukuje. W pierwszym akcie próbuje jeszcze trzymać  szaleństwo na wodzy, ale zazdrość powoduje, że narasta ono w sposób lawinowy i niekontrolowany. I nie wygląda wcale jak typowy, barokowy obłęd, skonwencjonalizowany, więc swoiście bezpieczny (podobnie jak później utrata psychicznej stabilności u licznych bohaterek oper romantycznych). Akt trzeci rozpoczyna spotkanie króla z Wiedźmą z Endoru i właśnie w tym miejscu wrażliwcy mogą zareagować niepożądanym odruchem. Rolę Wiedźmy obsadzono starym mężczyzną  (zamiast jak w oryginale alcistką) wyposażonym jednak w kobiece atrybuty, które są wykorzystywane. Ma to jednak sens, bo monstrum, które narodziło się przed chwilą z ciała i zbłąkanego umysłu Saula jest jego nieodłączną częścią, tą która karmi szaleństwo. Gorączkowej aktywności króla przeciwstawia reżyser pozorny spokój posunięty wręcz do melancholii Davida. Poznajemy go tuż po zwycięstwie nad Goliatem, kiedy rozentuzjazmowany dwór wiwatuje na jego cześć. Chwilę później Mihal z czułością obmywa umęczone walką ciało bohatera i ten obraz jednoznacznie kojarzy się z Pietą. O przyczynie smutku herosa dowiadujemy się później a jest ona bardzo daleka od tego, co o Dawidzie wiemy z Biblii. Przyszły król kocha zupełnie inną osobę niż powinien: nie młodszą córkę Saula Mihal, która obdarza go miłością , nie starszą Merab, która przynamniej go szanuje ale Jonathana, ich brata. Pasja zostaje zrealizowana. Przyznaję, że mam pewne wątpliwości dotyczące tego elementu spektaklu. Nie dlatego, że w jakikolwiek sposób razi mnie homoseksualne uczucie, możliwe wszak także trzy tysiące czy trzysta lat temu. Prześladowało mnie jednak namolne wrażenie, że to tylko moda lub polityczna poprawność kazała reżyserowi tak potraktować temat. W finale Mihal i Dawid odnajdują na polu bitwy wśród wielu innych ciał swoich poległych najbliższych: ona – ojca, on – kochanka. Saul nie żyje, Dawid włada – ale wbrew religijnej wiedzy i wbrew wymowie libretta nie wiemy czy będzie to zmiana na lepsze . Dawid  jest postacią niesłychanie tajemniczą i enigmatyczną, a dostajemy też delikatną sugestię, iż dużo mroczniejszą niż się na pozór wydaje. Zanim przejdę do muzycznej strony przedstawienia  powinnam jeszcze dodać, że wyróżnia się ono plastycznym wyrafinowaniem – nie każdy obraz jest w nim konwencjonalnie piękny, ale każdy można spokojnie oprawić i powiesić na ścianie.  A teraz – nareszcie – do muzyki. Nareszcie, bo to rzadka przyjemność wspominać rzecz wykonaną tak fantastycznie, w której wszystkie elementy składają się na wspaniałą całość. Orchestra od the Age of Enlightenment pod Igorem Boltonem dała dowód, że perfekcja i maestria mogą iść w parze z energią, witalnością, liryzmem i zadumą jednocześnie. W partyturze Haendla, wyposażonej w wiele fragmentów czysto instrumentalnych zawarte są też liczne fragmenty solowe dające muzykom możliwość popisu. Szczególnym aplauzem  publiczności mógł się cieszyć organista James McVinnie, któremu Barrie Kosky zafundował prezent w postaci grania na wirującej platformie wśród pełgających płomyków masy świec, ale nie mniej warte pochwały były flecistka Lisa Beznosiuk czy harfistka Frances Kelly. Na najszczersze zachwyty zasłużyli właściwie wszyscy śpiewacy, ale od strony czysto wokalnej szczególny hołd należy się Iestynowi Daviesowi, kontratenorowi u którego źródlana czystość i piękno  dźwięku łączy się umiejętnością przekazania słuchaczowi wszelkich stanów duszy bohatera a także czysto sceniczną charyzmą. Christopher Purves, oprócz porażającej roli wykonał także kawał dobrej roboty samym głosem. Jaką trzeba mieć kontrolę oddechową, żeby przy tak intensywnej aktywności ruchowej śpiewać jakby się stało niczym statua …  Młody amerykański tenor Paul Appleby okazał się eleganckim wokalnie i wzruszającym Jonathanem. Z dwóch sopranistek kreujących role córek Saula nieco bardziej podobała mi się  Lucy Crowe jako Merab, ale też kompozytor wyposażył ją w ciekawszą partię ( poza tym lubię troszkę ciemniejsze i okrąglejsze głosy).  Sophie Bevan – Mihal,  i jej jasnemu, dźwięcznemu sopranowi nic nie mam do zarzucenia, zadziałały  w tym wypadku moje osobiste preferencje.  Benjamin Hulett jako Najwyższy Kapłan powtórzył właściwie, tylko na mniejszą skalę wyczyn Purvesa dostając od reżysera  podobnie wyczerpującą fizycznie rolę i podołał zadaniu znakomicie. Nawet rozwibrowany tenor Johna Grahama-Halla sprawdził się w partii Wiedźmy z Endor lepiej, niż można przypuszczać. Taka postać nie musi i nawet nie powinna czarować nas pięknem głosu.
Ze wszystkich moich ochów i achów wynika jednoznacznie jeden wniosek: festiwal w Glyndebourne był z 2015 roku rajem dla operomaniaka, tym miejscem, gdzie działo się najwięcej, najciekawiej i najpiękniej. I nie trzeba było do tego największych i najkosztowniejszych gwiazd a „tylko” świadomych i odważnych artystów (trzeba mieć dużą odwagę aby kreować takie role jak Purves) – wszystkich, od muzyków i śpiewaków do reżyserów. I jeszcze charakteryzującej się tymi samymi cechami dyrekcji. Już czekam na tegoroczną edycję festiwalu!













Brak komentarzy:

Prześlij komentarz